Człowiek o 24 twarzachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Proszę mi powiedzieć, panowie – zapytał Schweickart, pocierając sobie brodę – czy z tej broni wystrzelono? Dla sprawdzenia, czy nie jest atrapą.

– Nie – odrzekł przewodniczący składu – ale to prawdziwa broń, z magazynkami.

– Jeżeli nie udowodniono, że można z niej wystrzelić naboje, to jak można twierdzić, że to broń?

– Próbne strzelanie odbędzie się dopiero w przyszłym tygodniu.

Gary uderzył otwartą dłonią w stół.

– Ale ja nalegam, żebyście, panowie, podjęli decyzję w sprawie cofnięcia zwolnienia warunkowego dzisiaj albo zaczekali i uczynili to po przesłuchaniu przed sądem. A teraz powiedzcie, czy to prawdziwa broń czy zabawka? Nie udowodniliście, panowie, że to broń – powiedział i popatrzył na każdego z obecnych po kolei.

Przewodniczący kiwnął głową.

– Panowie, sądzę, że nie mamy wyjścia. Musimy przesunąć termin decyzji do chwili, gdy będziemy w stanie orzec, czy jest to broń.

Na drugi dzień, o dziesiątej pięćdziesiąt rano, kurator sądowy Milligana wysłał zawiadomienie mówiące, że rozprawa dotycząca uchylenia warunkowego zwolnienia odbędzie się 12 grudnia 1977 roku w Zakładzie Karnym w Lebanon. Obecność Milligana nie była wymagana.

Judy pojechała, żeby porozmawiać z Milliganem na temat dowodów rzeczowych znalezionych przez policję w jego mieszkaniu.

Kiedy powiedział:

– Uważa pani, że ja to zrobiłem, prawda? – zobaczyła rozpacz w jego oczach.

– Nie liczy się to, co ja uważam. Liczą się te wszystkie dowody, z którymi musimy mieć do czynienia. Musimy przeanalizować jeszcze raz pańskie wyjaśnienia mówiące, dlaczego miał pan to wszystko u siebie.

Dostrzegła jego szklane spojrzenie. Wyglądał tak, jakby się od niej oddalał. Wycofywał w głąb siebie.

– To nie ma znaczenia – powiedział. – Już nic nie ma znaczenia.

Na drugi dzień otrzymała list pisany na liniowanym żółtym papierze:

Droga Panno Judy,

piszę ten list, bo czasami w rozmowie nie potrafię wyrazić tego, co czuję, a bardzo chcę, żeby Pani mnie zrozumiała.

Przede wszystkim chcę Pani podziękować za wszystko, co Pani dla mnie zrobiła. Jest Pani miłą, uroczą osobą i zrobiła Pani, co w Pani mocy. To wszystko, czego można oczekiwać.

Teraz będzie Pani mogła z czystym sumieniem zapomnieć o mnie. Proszę powiedzieć swoim zwierzchnikom, że nie chcę żadnych prawników. Prawnik nie będzie mi potrzebny.

Teraz, kiedy Pani jest przekonana, że jestem winien, muszę być winien. Pragnąłem jedynie mieć pewność, nic więcej. Przez całe swoje życie nie robiłem nic innego, tylko przysparzałem bólu tym, których kocham, i krzywdziłem ich. Najgorsze jest to, że nie mogę przestać tego robić, bo nie mogę nic na to poradzić. Gdy mnie zamkną w więzieniu, stanę się jeszcze gorszy, tak jak to było ostatnim razem. Psychiatrzy nie wiedzą, co zrobić, bo nie są w stanie zorientować się, co jest ze mną nie tak.

Teraz sam będę musiał się powstrzymać. Rezygnuję. Już mi nie zależy. Czy zrobi Pani dla mnie jeszcze jedną, ostatnią rzecz? Proszę zadzwonić do Mamy albo do Kathy i powiedzieć im, żeby tu więcej nie przyjeżdżały. Nie chcę już więcej nikogo widzieć, więc niech nie marnują benzyny. Ale kocham je i przepraszam. Jest Pani najlepszym prawnikiem, jakiego znam, i zawsze będę pamiętał, jaka Pani była dla mnie miła. Do widzenia

Billy

Tego dnia wieczorem sierżant dyżurny zadzwonił do Schweickarta do domu.

– Pański klient znowu próbował odebrać sobie życie.

– O Boże! Co sobie zrobił?

– Nie uwierzy pan, ale będzie oskarżony o zniszczenie mienia hrabstwa. Rozbił kibel w swojej celi i pochlastał sobie przeguby ostrym kawałkiem porcelany.

– O, do diabła!

– Powiem panu coś jeszcze, panie mecenasie. Ten pana klient to naprawdę dziwny facet. Rozwalił kibel gołą pięścią.

5

Gary Schweickart i Judy Stevenson zignorowali list Milligana, w którym ten odbierał im pełnomocnictwa i odwiedzali go codziennie w więzieniu. Biuro obrońcy publicznego wyasygnowało fundusze na badania psychologiczne i w dniach 8 oraz 13 stycznia 1978 roku, psycholog kliniczny, doktor Willis C. Driscoll, poddał Milligana serii testów.

Test na inteligencję wykazał, że Milligan ma iloraz 68, ale Driscoll stwierdził, że występująca u badanego depresja wpłynęła na obniżenie wyniku. Orzekł też, że Milligan cierpi na ostrą schizofrenię.

Cierpi na znaczną utratę tożsamości, wskutek której granice jego Ja są bardzo słabo określone. Doświadcza schizofrenicznej utraty dystansu i ma bardzo ograniczoną zdolność do dokonywania rozróżnienia między własnym ja a otoczeniem... Słyszy głosy, które każą mu robić różne rzeczy i które wrzeszczą na niego, kiedy się im nie podporządkowuje. Milligan wyraża przekonanie, że głosy te pochodzą od ludzi, którzy przyszli z piekła, żeby go dręczyć. Mówi także o dobrych ludziach, którzy okresowo wstępują w jego ciało, by walczyć ze złymi ludźmi... Moim zdaniem pan Milligan jest obecnie pozbawiony zdolności do czynności prawnych. Nie jest on w stanie ustanowić adekwatnego kontaktu z rzeczywistością w celu zrozumienia zdarzeń, które wychodzą na jaw. Zalecam usilnie hospitalizację badanego w celu przeprowadzenia dalszych badań i kuracji.

Pierwsza potyczka prawna nastąpiła 19 stycznia, kiedy Judy Stevenson i Gary Schweickart przedstawili orzeczenie sędziemu Jayowi Flowersowi jako dowód na to, że ich klienta cechuje brak zdolności do podejmowania skutecznych działań prawnych. Flowers oświadczył, że wyda polecenie dla Ośrodka Zdrowia Psychicznego Gminy Południowo-Zachodniej w Columbus, aby tam, na oddziale psychiatrii sądowej, przebadano oskarżonego. Gary i Judy zmartwili się tym, bo psychiatrzy z tego ośrodka bywali zwykle po stronie oskarżycieli.

Gary nalegał, by wszystko, co się okaże podczas badań, zakwalifikować jako informację poufną, której nie będzie można w żadnych okolicznościach użyć przeciwko ich klientowi. Sherman i Yavitch nie zgodzili się. Na to obrońcy publiczni zagrozili, że powiedzą Milliganowi, żeby nie rozmawiał z psychologami i psychiatrami z Ośrodka. Sędzia Flowers omal nie ukarał ich za obrazę sądu.

Osiągnęli kompromis, kiedy oskarżyciele zgodzili się pytać Milligana o cokolwiek, co powiedział powołanym przez sąd psychologom, a co mogłoby świadczyć na jego niekorzyść, tylko wtedy, gdy będzie występował we własnej obronie. Częściowe zwycięstwo było lepsze niż nic. Obrońcy publiczni postanowili podjąć ryzyko i zgodzić się, na tych warunkach, na badania Williama Milligana w Ośrodku Zdrowia Psychicznego Gminy Południowo-Zachodniej.

– To dobry znak – powiedział ze śmiechem Sherman, kiedy wychodzili od sędziego. – Dowodzi, że ogarnia was desperacja. Ale na nic się to wam nie zda. Ta sprawa to nasza wygrana.

Żeby zapobiec kolejnym próbom samobójczym, biuro szeryfa przeniosło Milligana do pojedynczej celi, znajdującej się w części więzienia przeznaczonej dla chorych i Milliganowi nałożono kaftan bezpieczeństwa. Później tego samego popołudnia Russ Hill, sanitariusz, sprawdzając, co się dzieje z pacjentem, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zawołał sierżanta Willisa nadzorującego zmianę od godziny trzeciej po południu do jedenastej, i wskazał Milligana przez kratki. Willis otworzył usta ze zdumienia. Milligan zdjął kaftan bezpieczeństwa i, podłożywszy go sobie pod głowę jak poduszkę, spał głębokim snem.

ROZDZIAŁ DRUGI

1

Pierwsza rozmowa z psychologiem była wyznaczona na 31 stycznia 1978 roku. Dorothy Turner, drobna pani psycholog o macierzyńskim wyglądzie i nieśmiałym, prawie przestraszonym wyrazie twarzy, podniosła wzrok, kiedy sierżant Willis wprowadził Milligana do pokoju badań.

Zobaczyła przystojnego młodego człowieka, mającego sześć stóp wzrostu i ubranego w niebieski kombinezon. Miał wąsy i długie bokobrody, a w jego oczach czaił się dziecinny lęk. Wyglądał na zdziwionego widokiem nieznajomej kobiety, ale gdy usadowił się na krześle naprzeciwko niej, na jego twarzy pojawił się uśmiech. Ręce trzymał złożone na kolanach.

– Panie Milligan – odezwała się. – Nazywam się Dorothy Turner, pracuję w Ośrodku Zdrowia Psychicznego Gminy Południowo-Zachodniej i jestem tutaj, żeby zadać panu pewne pytania. Gdzie pan obecnie mieszka?

Milligan rozejrzał się naokoło.

– Tutaj – powiedział.

– Jaki jest pański numer ubezpieczenia społecznego? Zmarszczył brwi i zastanawiał się przez dłuższą chwilę, wpatrując się w podłogę, w żółte ściany, w blaszaną popielniczkę stojącą na stole i we własne paznokcie.

– Proszę pana – powiedziała Dorothy – jeżeli mam panu pomóc, to musi pan ze mną współpracować. Musi pan odpowiadać na moje pytania tak, ażebym wszystko rozumiała. No więc, jaki jest numer pańskiego ubezpieczenia społecznego?

Wzruszył ramionami.

– Nie wiem.

Spojrzała w notatki i odczytała numer.

Pokręcił głową.

– To nie jest mój numer. To musi być numer Billy’ego.

Popatrzyła na niego badawczo.

– A pan nie jest Billym?

– Nie – odparł.

Zmarszczyła brwi.

– Chwileczkę. Jeżeli pan nie jest Billym, to kim pan jest?

– Ja jestem David.

– A gdzie jest Billy?

– Billy śpi.

– Śpi? Gdzie?

Wskazał na własną pierś.

– Tutaj, wewnątrz. Śpi.

Dorothy Turner westchnęła i postanowiła uzbroić się w cierpliwość.

– Muszę porozmawiać z Billym – oznajmiła.

– Arthur pani nie pozwoli. Billy śpi. Arthur go nie obudzi, bo jeżeli to zrobi, to Billy odbierze sobie życie.

 

Dorothy przez dłuższą chwilę przyglądała się młodemu człowiekowi, nie mając pewności, jak postąpić dalej. Jego głos i wyraz twarzy, gdy mówił, były dziecinne.

– Chwileczkę. Chcę, żeby mi pan to wyjaśnił.

– Nie mogę. Popełniłem błąd. Miałem o tym nie mówić.

– Dlaczego?

– Bo będę miał kłopoty z innymi.

W jego głosie brzmiała panika.

– I masz na imię David?

Kiwnął głową.

– A kim są inni?

– Nie mogę pani powiedzieć.

Postukała lekko palcami w stół.

– Słuchaj, Davidzie, musisz mi o tym opowiedzieć. Wtedy będę mogła ci pomóc.

– Nie mogę – odrzekł. – Oni się na mnie wściekną i nie pozwolą mi więcej wyjść na świat.

– Ale musisz komuś powiedzieć. Bo bardzo się boisz, prawda?

– Tak – odrzekł, a do oczu napłynęły mu łzy.

– To ważne, żebyś miał do mnie zaufanie. Musisz mi powiedzieć, co się dzieje. A wtedy będę mogła ci pomóc.

Zastanowił się nad tym. Myślał długo i intensywnie. I w końcu wzruszył ramionami.

– Powiem pani, ale pod jednym warunkiem. Musi pani przyrzec, że nie wyjawi pani tego sekretu nigdy i nikomu na świecie. Nikomu. Nigdy! Nigdy! Nigdy!

– Dobrze – zgodziła się. – Przyrzekam.

– Nigdy w życiu?

Kiwnęła głową.

– Niech pani powie, że pani przyrzeka.

– Przyrzekam.

– Dobrze – powiedział. – Powiem pani. Ja nie wiem wszystkiego. Tylko Arthur wie wszystko. Tak jak pani powiedziała, boję się, bo często nie wiem, co się dzieje.

– Ile masz lat, Davidzie?

– Osiem. Niedługo będę miał dziewięć.

– A dlaczego to właśnie ty przyszedłeś ze mną porozmawiać?

– Nawet nie wiedziałem, że się pojawię na świecie. Ktoś doznał krzywdy w więzieniu i ja znalazłem się w kręgu, i wyszedłem na świat, żeby wziąć na siebie ból.

– Czy mógłbyś to wyjaśnić?

– Arthur mówi, że ja jestem strażnikiem bólu. Kiedy ktoś doznaje krzywdy, pojawiam się i odczuwam jego cierpienie.

– To musi być okropne.

Kiwnął głową, a w jego oczach pojawiły się łzy.

– To jest niesprawiedliwe.

– Co to jest „krąg”, Davidzie?

– Arthur to tak nazywa. Wyjaśnił nam, jak to wszystko się dzieje, kiedy ktoś z nas ma wyjść na świat. „Krąg” to dużo białego światła z reflektora. Wszyscy stoją naokoło niego i patrzą albo śpią w łóżkach. I ten kto wejdzie w krąg światła, wychodzi na świat. Arthur mówi: „Ten, kto jest w kręgu, ma w swoim posiadaniu świadomość”.

– A kim są ci inni?

– Jest ich wielu. Nie znam ich wszystkich. Znam teraz niektórych, ale nie wszystkich. Ojej... – zająknął się.

– Co się stało?

– Wyjawiłem pani imię Arthura. Teraz na pewno będę miał kłopoty. Za to, że wygadałem sekret.

– W porządku, Davidzie. Ja przyrzekłam, że nikomu nie powiem.

Skulił się na krześle.

– Nie mogę więcej mówić. Boję się.

– Już dobrze, Davidzie. Wystarczy na dzisiaj. Ale przyjdę jutro i jeszcze porozmawiamy.

Gdy wyszła z gmachu więzienia, przystanęła i otuliła się płaszczem. Wiał zimny wiatr. Przyszła tu przygotowana na to, że spotka młodego przestępcę, udającego chorobę psychiczną w celu uniknięcia odpowiedzialności, lecz nigdy nie spodziewałaby się czegoś takiego.

2

Na drugi dzień Dorothy Turner, wchodząc do pokoju badań, zauważyła w wyrazie twarzy Milligana coś nowego. Unikał jej wzroku, siedział na krześle z kolanami podciągniętymi w górę i bawił się własnymi butami. Dorothy spytała go, jak się czuje.

Z początku nie odpowiedział. Rozglądał się tylko i spoglądał na nią od czasu do czasu, nie dając znaku, że ją poznaje. Potem pokręcił głową, a kiedy się odezwał, mówił głosem chłopca z cockneyowskim akcentem.

– Wszystko jest takie głośne – powiedział. – Pani. I wszystkie dźwięki. Nie wiem, co się dzieje.

– Masz dziwny głos, Davidzie. Czy to jakiś akcent?

Spojrzał na nią szelmowsko.

– Ja nie jestem Davidem. Ja jestem Christopher.

– A gdzie jest David?

– David był niegrzeczny.

– Co to znaczy?

– Inni się na niego wściekli, bo wygadał.

– Czy możesz mi to wyjaśnić?

– Nie mogę. Nie chcę mieć kłopotów jak David.

– A dlaczego on ma kłopoty? – zapytała, marszcząc brwi.

– Bo wygadał.

– Co wygadał?

– Pani wie, co. Wygadał sekret.

– No to może powiesz mi coś o sobie, Christopherze? Ile masz lat?

– Trzynaście.

– A co lubisz robić?

– Gram trochę na bębnach. Ale lepiej gram na harmonijce ustnej.

– A skąd pochodzisz?

– Z Anglii.

– Masz braci albo siostry?

– Tylko Christene. Ona ma trzy lata.

Gdy mówił ze swoim cockneyowskim akcentem, obserwowała bacznie jego twarz. Był szczery, poważny, zadowolony, całkiem inny niż chłopiec, z którym rozmawiała poprzedniego dnia. Milligan musi być niewiarygodnie dobrym aktorem, pomyślała.

3

Dnia 4 lutego, podczas trzeciej wizyty, Dorothy Turner zauważyła, że młody człowiek, który wszedł do pokoju badań, zachowuje się inaczej niż dwaj pozostali, których widziała poprzednio. Usiadł na krześle niedbale, garbiąc się i patrząc na nią arogancko.

– Jak się dzisiaj czujesz? – zapytała, bojąc się usłyszeć jego odpowiedź.

Wzruszył ramionami.

– Dobrze.

– Czy mógłbyś mi powiedzieć, jak się mają David i Christopher?

Zmarszczył brwi i spojrzał na nią gniewnie.

– Zaraz, paniusiu, ja pani nawet nie znam.

– Jestem tutaj, żeby ci pomóc. Musimy porozmawiać o tym, co się dzieje.

– Cholera, ja nie mam pojęcia, co się dzieje.

– Czy nie pamiętasz, że rozmawiałeś ze mną przedwczoraj?

– Do diabła, nie. Nigdy w życiu pani nie widziałem.

– Możesz mi powiedzieć, jak się nazywasz?

– Tommy.

– Tommy? A nazwisko?

– Nazywam się tylko Tommy.

– A w jakim jesteś wieku?

– Mam szesnaście lat.

– A mógłbyś mi trochę powiedzieć o sobie?

– Paniusiu, ja nie rozmawiam z obcymi. Więc niech mi pani da spokój.

Przez następny kwadrans Dorothy usiłowała coś z niego wydobyć, ale „Tommy” był zamknięty w sobie. Po wyjściu z gmachu więzienia Dorothy przystanęła na chwilę na Front Street. Była oszołomiona. Myślała o „Christopherze” i o obietnicy, jaką dała „Davidowi”, obietnicy, że nie wyjawi sekretu. Teraz była rozdarta, bo z jednej strony obiecała, a z drugiej zdawała sobie sprawę, że trzeba o wszystkim powiedzieć obrońcom Milligana. Później tego samego dnia zatelefonowała do biura obrońcy publicznego i poprosiła do telefonu Judy Stevenson.

– Proszę posłuchać – powiedziała, gdy odezwała się Judy – nie mogę w tej chwili z panią o tym mówić, ale jeżeli nie czytała pani książki pod tytułem Sybil, to niech ją pani przeczyta.

Judy Stevenson, zaskoczona telefonem Dorothy Turner, jeszcze tego samego wieczoru kupiła broszurowe wydanie Sybil i zaczęła tę książkę czytać. Gdy zrozumiała, do czego to prowadzi, położyła się do łóżka i patrząc w sufit, powiedziała do siebie: Zaraz. Osobowość wieloraka? Czy to właśnie usiłuje mi zasugerować Dorothy Turner? Spróbowała sobie przypomnieć Milligana trzęsącego się podczas konfrontacji, a potem innego Milligana, przy innych okazjach – gadatliwego manipulatora, opowiadającego dowcipy, bystrego. Przypisywała te zmiany w jego zachowaniu depresji. A potem pomyślała o opowieściach sierżanta Willisa o tym zręcznym typku, który potrafił uwolnić się z kaftana bezpieczeństwa i o uwagach sanitariusza Russa Hilla na temat nadludzkiej siły, jaką nieraz demonstrował Milligan. Słyszała w wyobraźni słowa Milligana: „Nie pamiętam, czy zrobiłem coś, co oni mi zarzucają. Nic nie wiem”.

Zastanowiła się, czy nie obudzić męża, Ala, i nie porozmawiać z nim o tym, ale wiedziała, co on by powiedział. Wiedziała, co powiedziałby każdy, kogo poinformowałaby, o czym teraz myśli. W ciągu trzech lat pracy w biurze obrońcy publicznego nie spotkała nigdy nikogo takiego jak Milligan. Postanowiła nie mówić jeszcze nic Gary’emu. Musi najpierw sama to sprawdzić.

Następnego dnia rano zadzwoniła do Dorothy Turner.

– Proszę posłuchać – powiedziała – Milligan, z którym spotykałam się i rozmawiałam w ciągu kilku ostatnich tygodni, czasami zachowywał się dziwnie. Zmieniał mu się nastrój. On ulega nastrojom. Ale nie widziałam istotnych różnic, które skłoniłyby mnie do przypuszczenia, że przypadek Milligana przypomina przypadek z powieści.

– To jest coś, z czym się zmagam od wielu dni – odrzekła Dorothy Turner. – Obiecałam nie mówić nikomu i dotrzymałam obietnicy. Powiedziałam pani tylko, żeby przeczytała pani książkę. Ale mam zamiar skłonić go, żeby mi pozwolił wyjawić swój sekret.

Przypominając sobie, że Dorothy Turner jest psychologiem stojącym prawdopodobnie po stronie oskarżycieli, Judy powiedziała:

– Oddaję inicjatywę w pani ręce. Proszę mnie zawiadomić, czego oczekuje pani ode mnie.

Kiedy Dorothy Turner przyszła na czwarte spotkanie z Milliganem, zastała przestraszonego chłopca, tego samego, który za pierwszym razem nazywał siebie Davidem.

– Wiem, że obiecałam nigdy nie wyjawić sekretu – powiedziała – ale muszę powiedzieć o nim Judy Stevenson.

– Nie! – krzyknął i skoczył na równe nogi. – Przyrzekła pani! Panna Judy przestanie mnie lubić, jeżeli pani jej powie.

– Nie przestanie. Jest twoim adwokatem i musi o tym wiedzieć, żeby ci pomóc.

– Pani przyrzekła. Jeżeli złamie pani obietnicę, to będzie tak, jakby pani skłamała. Nie może pani tego wygadać. Ja mam kłopoty. Arthur i Ragen są na mnie wściekli za to, że się wygadałem i...

– Kto to jest „Ragen”?

– Obiecała pani. A obietnica to najważniejsza rzecz na świecie.

– Czy ty nie rozumiesz, Davidzie? Jeżeli nie powiem Judy, to ona nie będzie mogła cię uratować. I być może zamkną cię w więzieniu, i to na długo.

– Nie obchodzi mnie to. Obiecała pani.

– Ale...

Zauważyła, że jego oczy robią się szklane i że Milligan zaczyna poruszać ustami, jakby mówiąc do siebie. Potem usiadł prosto, złączył koniuszki palców obu dłoni i spojrzał na nią gniewnie.

– Proszę pani, pani nie ma prawa – powiedział z brytyjskim akcentem, charakterystycznym dla ludzi z klas wyższych, ledwo otwierając usta – złamać obietnicy danej chłopcu.

– Chyba się jeszcze nie spotkaliśmy – powiedziała, ściskając poręcze krzesła i rozpaczliwie usiłując ukryć zaskoczenie.

– On pani mówił o mnie.

– Pan jest Arthurem?

Potwierdził skinieniem głowy.

Dorothy zaczerpnęła powietrza.

– A więc, panie Arthurze, jest rzeczą zasadniczej wagi, żebym powiedziała adwokatom, co się dzieje.

– Nie – odrzekł. – Oni pani nie uwierzą.

– Dlaczego nie mieliby się o tym przekonać? Przyprowadzą Judy Stevenson na spotkanie z panem i...

– Nie.

– To mogłoby uratować pana przed więzieniem. Ja muszę...

Pochylił się w przód i popatrzył na nią z wyrazem wyższości.

– Panno Turner, jeżeli przyprowadzi pani tutaj kogokolwiek, inni będą milczeli, i wyjdzie pani na idiotkę.

Po piętnastu minutach, w ciągu których spierała się z Arthurem, zauważyła, że znowu ma szklane oczy. Opadł na oparcie krzesła. A potem, gdy ponownie pochylił się do przodu, jego głos stał się inny, a wyraz twarzy odprężony i przyjazny.

– Nie może pani nic powiedzieć – oznajmił. – Obiecała pani, a obietnica to rzecz święta.

– Z kim teraz rozmawiam? – wyszeptała.

– Z Allenem. To ja przeważnie rozmawiam z Judy i Garym.

– Ale oni znają tylko Billy’ego Milligana.

– My wszyscy reagujemy na imię „Billy”, tak żeby sekret nie wyszedł na jaw. Ale Billy śpi. Śpi od dawna. Więc, panno Turner... Czy mogę się do pani zwracać po imieniu? Matka Billy’ego ma na imię Dorothy.

– Mówi pan, że to pan rozmawia przeważnie z Judy i Garym. A kogo jeszcze oni poznali?

– Tommy’ego. Nie wiedzą o tym, bo Tommy mówi bardzo podobnie do mnie. Poznałaś Tommy’ego. To on potrafi się wyzwolić z kaftana bezpieczeństwa i z kajdanków. Jesteśmy bardzo podobni, ale przeważnie to ja mówię. On bywa nieprzyjemny i sarkastyczny. Nie potrafi być w takich dobrych stosunkach z ludźmi jak ja.

– Kogo jeszcze poznali Judy i Gary?

Wzruszył ramionami.

– Pierwszym, którego widział Gary, był Danny. Danny był przestraszony i zmieszany. Nie wie zbyt wiele o tym, co się dzieje. Ma dopiero czternaście lat.

 

– A pan w jakim jest wieku?

– Ja mam osiemnaście lat.

Dorothy westchnęła i pokręciła głową.

– W porządku... Allenie. Wydajesz się inteligentnym młodym człowiekiem. Rozumiesz, że muszę zostać zwolniona z obowiązku dotrzymania obietnicy. Judy i Gary muszą się dowiedzieć, co się dzieje, po to, żeby móc cię dobrze bronić.

– Arthur i Ragen nie zgadzają się na to – powiedział Allen. – Mówią, że ludzie będą uważali, że jesteśmy wariatami.

– Ale czy to się nie opłaci? Przecież dzięki temu nie pójdziesz z powrotem do więzienia.

Pokręcił głową.

– To nie ode mnie zależy. Trzymaliśmy to w tajemnicy przez całe życie.

– A od kogo to zależy?

– No, od wszystkich. Arthur nas pilnuje, ale sekret należy do nas wszystkich. David ci trochę powiedział, ale to nie powinno posunąć się dalej.

Usiłowała mu wyjaśnić, że jest jej obowiązkiem jako psychologa opowiedzieć o tych rzeczach jego adwokatowi, jednak Allen stwierdził, że nie ma gwarancji, że to by pomogło. A gdyby się wydało i zrobiła się wrzawa w prasie, jego życie w więzieniu stałoby się nie do wytrzymania.

Następnie pojawił się David, którego poznała po dziecinnym głosie i zachowaniu, i błagał ją, żeby dotrzymała słowa.

Powiedziała, że chce rozmawiać z Arthurem i pojawił się Arthur.

– Jest pani uparta – oznajmił, marszcząc brwi.

Spierała się z nim przez dłuższy czas, aż w końcu miała wrażenie, że on jest już tym zmęczony.

– Nie lubię spierać się z damą – powiedział, opadając na oparcie. – Jeżeli pani uważa, że jest to absolutnie konieczne i jeżeli inni się zgodzą, to ja daję pozwolenie. Ale musi pani uzyskać zgodę wszystkich.

Spór trwał bardzo długo. Dorothy wyjaśniała sytuację każdemu, kto się pojawił, z osobna. Przy tym za każdym razem, kiedy następowała transformacja, była tak zdumiona jak na samym początku. Piątego dnia stanęła twarzą w twarz z Tommym, który dłubał w nosie.

– Więc zdajesz sobie sprawę, że muszę powiedzieć pannie Judy.

– Paniusiu, nie obchodzi mnie, co zrobisz – odrzekł. – Zejdź ze mnie.

A Allen powiedział:

– Proszę obiecać, że nie powie pani nikomu oprócz Judy. I musi pani zmusić ją, żeby obiecała, że nie powie nikomu innemu.

– Zgadzam się – odpowiedziała. – I nie pożałujesz tego.

Tego dnia po południu Dorothy Turner poszła z więzienia prosto do biura obrońcy publicznego, gdzie rozmawiała z Judy Stevenson. Wyjaśniła, jakie Milligan postawił warunki.

– To znaczy, że nie mogę powiedzieć Gary’emu Schweickartowi? – zapytała Judy.

– Musiałam dać słowo. Miałam szczęście, że zgodził się dopuścić panią do sekretu.

– Jestem nastawiona sceptycznie – powiedziała Judy.

Dorothy Turner kiwnęła głową.

– Dobrze. Ja też tak sądziłam. Ale obiecuję pani, że gdy się spotkamy z pani klientem, czeka panią niespodzianka.

4

Gdy sierżant Willis wprowadził Milligana, Judy Stevenson zauważyła, że jej klient jest jak nieśmiały nastolatek. Wydawało się, że boi się Willisa, tak jak gdyby go nie poznawał. Podbiegł szybko do stołu i usiadł obok Dorothy Turner. Nie chciał mówić, dopóki Willis nie wyszedł. Pocierał sobie przeguby.

– Czy mógłbyś powiedzieć pani Judy Stevenson, kim jesteś?

Opadł na oparcie i pokręcił głową. Patrzył przy tym na drzwi, jakby chciał się przekonać, że sierżant wyszedł.

– Proszę pani – powiedziała w końcu Dorothy Turner – to jest Danny. Poznałam go całkiem dobrze.

– Cześć, Danny.

Judy Stevenson usiłowała ukryć swoje zakłopotanie na widok jego zmienionego wyrazu twarzy i na dźwięk jego zmienionego głosu.

A on podniósł wzrok na Dorothy Turner i wyszeptał:

– Widzi pani? Patrzy na mnie tak, jakby myślała, że jestem wariatem.

– Wcale nie – powiedziała Judy. – Ja po prostu jestem zdezorientowana. Jest to bardzo niecodzienna sytuacja. Ile masz lat, Danny?

Potarł sobie przeguby, jakby go przed chwilą rozwiązano, a on usiłował przywrócić krążenie krwi, ale nie odpowiedział.

– Danny ma czternaście lat – powiedziała Dorothy Turner. – Doskonale maluje.

– A co malujesz? – zapytała Judy Stevenson.

– Przeważnie martwe natury – powiedział Danny.

– Czy to ty namalowałeś te pejzaże, które policja znalazła w twoim mieszkaniu?

– Ja nie maluję pejzaży. Nie lubię ziemi.

– Dlaczego?

– Nie mogę powiedzieć. Bo on mnie zabije.

– Kto cię zabije?

Była zaskoczona własnym postępowaniem – tym, że poddaje go krzyżowemu ogniowi pytań. Wiedziała przy tym, że nie wierzy w to wszystko, była zdecydowana nie dać się oszukać, ale zdumiewało ją to, co wydawało się mistrzowskim aktorstwem.

Zamknął oczy, a po jego policzkach popłynęły łzy.

Coraz bardziej zbita z tropu tym, co się dzieje, Judy przyglądała mu się uważnie, gdy zdawał się wycofywać w głąb siebie. Jego wargi poruszały się w milczeniu, jego oczy stały się szklane, a potem uciekły w bok. Rozglądał się naokoło, zaskoczony, dopóki nie rozpoznał obu kobiet i nie uświadomił sobie, gdzie jest. Poprawił się na krześle, skrzyżował nogi i wyjął z prawej skarpetki papierosa, nie wyciągając paczki.

– Czy ktoś ma ogień?

Judy zapaliła mu papierosa. Zaciągnął się i wydmuchnął dym w górę.

– No więc, co nowego? – zapytał.

– Czy mógłbyś powiedzieć pani Judy Stevenson, kim jesteś?

Kiwnął głową, robiąc kółko z dymu.

– Jestem Allen.

– Czy my się już spotkaliśmy? – zapytała Judy, mając nadzieję, że drżenie w jej głosie jest niedosłyszalne.

– Byłem tu kilka razy, kiedy pani i Gary przychodziliście pomówić o sprawie.

– Ale rozmawialiśmy zawsze z tobą jako Billym Milliganem.

Wzruszył ramionami.

– Wszyscy reagujemy na imię „Billy”. To oszczędza nam mnóstwa wyjaśnień. Ale nigdy nie mówiłem, że jestem Billym. Wy przyjmowaliście, że tak jest, a ja uważałem, że wyjaśnianie wam, że jest inaczej, nie doprowadzi do niczego dobrego.

– Czy mogę rozmawiać z Billym? – zapytała Judy.

– O, nie. Oni trzymają go w uśpieniu. Gdyby mu pozwolili wyjść na świat, odebrałby sobie życie.

– Dlaczego?

– On wciąż się boi, że ktoś go skrzywdzi. I nie wie o naszym istnieniu. Wie tylko, że czas mu się wymyka.

– Co to znaczy? – zapytała Judy.

– To się zdarza nam wszystkim. Człowiek jest gdzieś i coś robi. I nagle jest gdzie indziej i widzi, że upłynął jakiś czas, ale nie wie, co się w tym czasie wydarzyło.

Judy pokręciła głową.

– To musi być okropne.

– Do tego nie można się przyzwyczaić – powiedział Allen.

Kiedy wszedł sierżant Willis, żeby go odprowadzić do celi, Allen podniósł wzrok i uśmiechnął się do niego.

– To jest sierżant Willis – powiedział do obu kobiet. – Ja go lubię.

Obie kobiety wyszły z gmachu więzienia razem.

– Rozumie pani teraz, dlaczego do pani zadzwoniłam – powiedziała Dorothy.

Judy Stevenson westchnęła.

– Przyszłam tutaj z przekonaniem, że będzie dla mnie oczywiste, kiedy on udaje. Ale teraz jestem pewna, że rozmawiałam z dwiema różnymi osobami. Rozumiem już, dlaczego przedtem on czasami wydawał się taki inny. Przypisywałam to zmianom nastroju. Musimy powiedzieć o wszystkim Gary’emu.

– Było mi bardzo trudno uzyskać jego zgodę na powiedzenie pani. Sądzę, że Milligan na to nie pozwoli.

– Musi – powiedziała Judy. – Nie mogę sama dźwigać ciężaru tej wiedzy.

Judy Stevenson po wyjściu z gmachu więzienia poczuła przerażenie, złość, była zmieszana. Wszystko to wydawało się nie do wiary. Było wprost nieprawdopodobne. Równocześnie jednak, gdzieś w podświadomości, zaczynało jej świtać, że może w to wierzyć.

Tego samego dnia, trochę później, zatelefonował do niej do domu Gary. Powiedział jej, że dzwoniono z biura szeryfa z informacją, że Milligan ponownie usiłował popełnić samobójstwo, waląc głową w ścianę celi.

– Dziwne – powiedział Gary – przeglądając akta, uświadomiłem sobie, że dzisiaj, czternastego lutego, są jego dwudzieste trzecie urodziny. I wiesz co... są też Walentynki.

5

Na drugi dzień Dorothy i Judy powiedziały Allenowi, że trzeba dopuścić do tajemnicy Gary’ego Schweickarta.

– To absolutnie wykluczone.

– Ależ musisz na to pozwolić – upierała się Judy. – O tym muszą wiedzieć inni ludzie. Po to, żeby cię uchronić przed więzieniem.

– Obiecałyście. Taka była umowa.

– Wiem – powiedziała Judy. – Ale to jest sprawa o zasadniczym znaczeniu.

– Arthur mówi „nie”.

– Pozwól mi porozmawiać z Arthurem – poprosiła Dorothy.

Zjawił się Arthur i popatrzył na nie gniewnie.

– To się robi bardzo męczące. Muszę wiele myśleć i uczyć się, i mam dosyć tego dręczenia.

– Musi nam pan pozwolić wtajemniczyć Gary’ego – powiedziała Judy.