Człowiek o 24 twarzachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Boxerbaum i Kleberg wciąż się jednak wahali. Przed ujęciem podejrzanego chcieli mieć absolutną pewność. Dlatego też poprosili, by odciski ocenił ekspert.

Ponieważ odciski Milligana odpowiadały tym znalezionym na samochodzie ofiary, Nikki Miller postanowiła wszcząć postępowanie w sprawie o uprowadzenie, rabunek i gwałt. Uzyska nakaz aresztowania, aresztuje go i wtedy Polly będzie mogła go zidentyfikować w trakcie konfrontacji.

Boxerbaum zgadzał się ze swoim zwierzchnikiem Klebergiem, który nalegał, by policja uniwersytecka zaczekała na ekspertyzę. To nie powinno zająć więcej niż godzinę czy dwie.

Lepiej mieć pewność. Była ósma wieczorem, gdy ekspert z zewnątrz orzekł, że odciski należą do Milligana.

– Dobrze – powiedział Boxerbaum – zwrócę się o wszczęcie postępowania w sprawie o uprowadzenie. Jest to jedyne przestępstwo popełnione na kampusie, czyli na terenie nam podległym. Gwałt zdarzył się gdzie indziej.

Sprawdził informację, która nadeszła z biura identyfikacji przestępców: William Stanley Milligan, dwudziestodwuletni były skazaniec, został sześć miesięcy wcześniej zwolniony warunkowo z Lebanońskiego Zakładu Karnego. Jego ostatnim znanym był adres: 933 Spring Street, Lancaster, Ohio.

Nikki Miller wezwała oddział specjalny, który zebrał się w biurze oddziału zajmującego się przestępstwami o charakterze seksualnym, by zaplanować akcję. Musieli ustalić, ile osób znajduje się wraz z Milliganem w mieszkaniu. Dwie z ofiar gwałtów twierdziły, iż mówił on, że jest terrorystą i płatnym mordercą, a poza tym oddał strzał w obecności Polly. Musieli przyjąć, że jest uzbrojony i niebezpieczny.

Posterunkowy Craig z oddziału specjalnego zaproponował, by zastosować podstęp. Chciał posłużyć się pudełkiem z pizzerii Domino’s i udawać, że przyniósł pizzę. Postanowił zajrzeć do środka, gdy Milligan otworzy drzwi. Pozostali zgodzili się na ten plan.

Jednak Boxerbaum, od chwili gdy dowiedział się, jaki jest adres Milligana, miał wątpliwości. Dlaczego, zastanawiał się, były więzień miałby pokonywać odległość czterdziestu pięciu mil, jechać z Lancasteru do Columbus trzy razy w tygodniu po to, by popełnić gwałt? Coś tu się nie zgadzało. Gdy mieli już wychodzić, podniósł słuchawkę telefonu, wykręcił 411 i zapytał, gdzie obecnie mieszka niejaki William Milligan. Słuchał przez chwilę, a potem zapisał adres.

– Przeprowadził się do Reynoldsburga na 5673 Old Livingston Avenue – oznajmił. – Dziesięć minut drogi samochodem. Po wschodniej stronie. No tak, w tym jest więcej sensu.

Wszyscy, słysząc te słowa, odetchnęli z ulgą.

O dziewiątej Boxerbaum, Kleberg, Nikki Miller, Bessell i czterech członków oddziału specjalnego wyruszyli trzema samochodami w drogę. Jechali autostradą z prędkością dwudziestu mil na godzinę, a światło reflektorów ich samochodów przedzierało się przez najgęstszą mgłę, jaką w życiu widzieli.

Oddział specjalny dotarł na miejsce pierwszy. Piętnastominutowa przejażdżka okazała się w rzeczywistości jazdą trwającą godzinę, a następne piętnaście minut zajęło odnalezienie właściwego adresu przy krętej nowej uliczce na osiedlu Channingway. Czekając na przyjazd reszty ekipy, członkowie oddziału specjalnego rozmawiali z kilkoma sąsiadami. W mieszkaniu Milligana paliły się światła.

Gdy przybyli detektywi i policjanci z komisariatu uniwersyteckiego, wszyscy zajęli odpowiednie pozycje. Nikki Miller ukryła się po prawej stronie patia. Bessell poszedł za róg budynku. Pozostali trzej członkowie oddziału specjalnego zajęli pozycje po drugiej stronie. Boxerbaum i Kleberg podeszli od tyłu domu i zbliżyli się do podwójnych przesuwanych szklanych drzwi.

Craig wyjął z bagażnika swojego samochodu pudełko z pizzerii Domino’s i napisał na nim czarnym flamastrem: Milligan, 5673 Old Livingston Avenue. Wypuścił koszulę na dżinsy, żeby zasłonić rewolwer, i podszedł swobodnym krokiem do jedynych z czworga drzwi wychodzących na patio. Zadzwonił. Żadnej reakcji. Zadzwonił ponownie i, słysząc hałas wewnątrz, przyjął postawę człowieka znudzonego. Jedną ręką podtrzymywał pudełko od pizzy, a drugą położył na biodrze, tuż przy rewolwerze.

Ze swojego miejsca za domem Boxerbaum widział młodego człowieka siedzącego w brązowym fotelu przed dużym kolorowym telewizorem. Na lewo od drzwi frontowych zobaczył czerwone krzesło. Salon-jadalnia o planie mającym kształt litery L. Nikogo więcej w zasięgu wzroku. Oglądający telewizję wstał z fotela i poszedł do frontowych drzwi.

Kiedy Craig zadzwonił po raz drugi, zauważył, że ktoś na niego patrzy przez szybkę znajdującą się obok drzwi. Drzwi się otworzyły. Przed Craigiem stał przystojny młody człowiek.

– Przyniosłem pańską pizzę.

– Nie zamawiałem pizzy.

Craig, zaglądając do mieszkania, zobaczył przez niezasłonięte okno Boxerbauma stojącego przy tylnych szklanych drzwiach.

– Taki mam adres. Dla Williama Milligana. To pańskie nazwisko?

– Nie.

– Ktoś zamówił telefonicznie – powiedział Craig. – Kim pan jest?

– To jest mieszkanie mojego kolegi.

– A gdzie jest ten kolega?

– Nie ma go tu teraz.

Mężczyzna mówił tonem apatycznym, z wahaniem.

– A gdzie jest? Ktoś zamówił tę pizzę. Bill Milligan. Na ten adres.

– Nie wiem. Sąsiedzi go znają. Może oni mogą panu coś powiedzieć, a może to oni zamówili tę pizzę.

– Mógłby mnie pan do nich zaprowadzić?

Młody człowiek kiwnął głową, podszedł do drzwi po przeciwnej stronie, zapukał, odczekał chwilę i zapukał ponownie. Nie było żadnej reakcji.

Craig rzucił pudełko od pizzy, wyciągnął błyskawicznie broń i przytknął ją do głowy podejrzanego.

– Nie ruszać się! Wiem, że to ty jesteś Milligan!

Nałożył mu kajdanki.

Młody człowiek wyglądał na oszołomionego.

– Po co to? Ja nic nie zrobiłem.

Craig przyłożył mu lufę między łopatki i pociągnął za długie włosy jak za lejce.

– Wejdźmy do środka.

Gdy Craig wpychał podejrzanego do mieszkania, pojawili się inni członkowie oddziału specjalnego z bronią w pogotowiu. Boxerbaum i Kleberg przyłączyli się do nich.

Nikki Miller wyjęła zdjęcie. Na zdjęciu na szyi Milligana widniał pieprzyk.

– Ma pieprzyk. Ta sama twarz. To on.

Posadzili Milligana na czerwonym krześle. Nikki zauważyła, że patrzy on przed siebie oszołomionym wzrokiem, jak w transie. Sierżant Dempsey schylił się i zajrzał pod krzesło.

– Jest broń – powiedział. – Dziewięciomilimetrowe magnum. Smith & Wesson.

Jeden z członków oddziału specjalnego obrócił siedzenie brązowego fotela i już chciał wziąć leżący na nim magazynek i plastikową torebkę z amunicją, jednak Dempsey go powstrzymał.

– Zostaw. Mamy nakaz aresztowania, a nie przeszukania. Czy pozwoli nam pan dokonać przeszukania? – zwrócił się do Milligana.

Milligan popatrzył na niego tępym wzrokiem.

Kleberg, który wiedział, że nie potrzebuje nakazu przeszukania, żeby sprawdzić, czy w mieszkaniu jest ktoś jeszcze, wszedł do sypialni i zobaczył na niepościelonym łóżku strój do joggingu. W pokoju panował bałagan, na podłodze walały się brudne części garderoby. Kleberg zajrzał do otwartego schowka na ubrania, a tam, na półce, ułożone równiutko, leżały karty kredytowe należące do Donny West i Carrie Dryer. Były nawet kawałki papieru, które Milligan wziął od obu kobiet. Natomiast brązowe okulary słoneczne i portfel znajdowały się na komodzie z lustrem.

Kleberg poszedł poszukać Boxerbauma, żeby mu powiedzieć, co zobaczył. Znalazł go w małej jadalni, która została zamieniona na pracownię malarską.

– Spójrz na to.

Boxerbaum wskazał duży obraz przedstawiający chyba jakąś królową czy osiemnastowieczną arystokratkę ubraną w niebieską suknię ozdobioną koronkami, siedzącą przy fortepianie, z nutami w dłoni. Zadziwiająco dobrze oddane były szczegóły. Obraz nosił podpis: Milligan.

– No no, to jest piękne – powiedział Kleberg.

Spojrzał na inne płótna oparte o ścianę, na pędzle i tuby z farbami.

Boxerbaum pacnął się otwartą dłonią w czoło.

– Plamy, które Donna West widziała na jego ręce. To stąd. On przed wyjściem malował.

Nikki Miller, która także widziała obraz, podeszła do podejrzanego siedzącego na krześle.

– Pan jest Milligan, prawda?

Podniósł na nią wzrok, oszołomiony.

– Nie – wymamrotał.

– To piękny obraz. Czy to pan go namalował?

Kiwnął głową.

– No więc – powiedziała z uśmiechem – jest podpisany „Milligan”.

Do Milligana podszedł Boxerbaum.

– Proszę posłuchać, Bill, ja jestem Eliot Boxerbaum z policji Uniwersytetu Stanowego Ohio. Porozmawia pan ze mną?

Żadnej reakcji. Nie było też śladu oczopląsu, który zauważyła Carrie Dryer.

– Czy ktoś odczytał mu, jakie mu przysługują prawa? Nikt nie odpowiedział, więc Boxerbaum wyciągnął kartę praw i odczytał ją głośno. Chciał mieć pewność.

– Jest pan oskarżony o uprowadzenie tych dziewcząt z kampusu, Bill. Chce pan o tym porozmawiać?

Milligan, zszokowany, podniósł na niego wzrok.

– Co się dzieje? Czy ja kogoś skrzywdziłem?

– Powiedział im pan, że będą je ścigać inni ludzie. Kim oni są?

– Mam nadzieję, że nikogo nie skrzywdziłem.

Gdy jeden z policjantów skierował się do sypialni, Milligan podniósł głowę i powiedział:

– Proszę nie kopnąć tamtego pudła. Bo wybuchnie.

– Bomba? – zapytał pospiesznie Kleberg.

– Jest tam...

– Pokaże mi pan, gdzie? – zapytał Boxerbaum.

Milligan wstał powoli i wszedł do sypialni. Zatrzymał się przy drzwiach i wskazał głową mały karton stojący na podłodze obok komody. Kleberg został z Milliganem, a Boxerbaum podszedł bliżej do kartonu, żeby zobaczyć. Pozostali policjanci stłoczyli się w drzwiach za Milliganem. Boxerbaum ukląkł obok pudła. Było otwarte. Boxerbaum zobaczył w środku druty i coś, co wyglądało jak zegar.

 

Wycofał się z pokoju i powiedział do sierżanta Dempseya:

– Proszę wezwać oddział straży pożarnej rozbrajający bomby. Kleberg i ja wracamy do komisariatu. Zabieramy Milligana.

Kleberg prowadził samochód policyjny. Rockwell z oddziału specjalnego siedział obok niego. Boxerbaum siedział z tyłu z Milliganem, który nie odpowiadał na pytania dotyczące gwałtów. Pochylił się w przód niezdarnym ruchem, bo przeszkadzały mu kajdanki, którymi miał skute z tyłu ręce, i mamrotał jakieś niepowiązane ze sobą uwagi.

– Mój brat Stuart nie żyje... Czy ja zrobiłem komuś krzywdę?

– Czy znał pan którąś z dziewcząt? – zapytał go Boxerbaum. – Czy znał pan pielęgniarkę?

– Moja matka jest pielęgniarką – wymamrotał Milligan.

– Dlaczego pojechał pan szukać ofiar na kampusie uniwersyteckim?

– Niemcy będą mnie ścigać...

– Pomówmy o tym, co się wydarzyło, Bill. Czy przywabiły pana długie czarne włosy pielęgniarki?

Milligan spojrzał na niego.

– Jesteś dziwny – powiedział, a potem, wpatrując się w Boxerbauma, dodał: – Moja siostra mnie znienawidzi, kiedy się dowie.

Boxerbaum dał spokój.

Przyjechali do Głównego Komisariatu Policji, wprowadzili więźnia tylnym wejściem i zaprowadzili na trzecie piętro do pomieszczenia, w którym poddano go formalnościom. Boxerbaum i Kleberg poszli do innego pokoju pomóc Nikki Miller przygotować oświadczenia potrzebne do uzyskania nakazu przeszukania.

O wpół do dwunastej Bessell ponownie odczytał Milliganowi, jakie prawa mu przysługują, i zapytał, czy podpisze zrzeczenie się. Milligan wpatrywał się w niego, milcząc.

Nikki Miller usłyszała, jak Bessell mówi:

– Proszę posłuchać, Bill, zgwałcił pan trzy kobiety, a my chcemy się czegoś na ten temat dowiedzieć.

– Naprawdę to zrobiłem? – zapytał Milligan. – Skrzywdziłem kogoś? Jeżeli zrobiłem komuś krzywdę, to przepraszam.

Potem zamilkł i siedział bez słowa.

Bessel zaprowadził go na czwarte piętro, żeby zdjąć jego odciski palców i sfotografować go.

Policjantka w mundurze podniosła na nich wzrok, gdy weszli. Bessell chwycił Milligana za rękę, chcąc zdjąć odciski, ale więzień szarpnął się nagle, jakby przerażony tym, że Bessel go dotyka, i schował się za policjantką, jakby szukając ochrony.

– On się czegoś boi – powiedziała policjantka.

A potem, zwracając się do bladego jak ściana, rozdygotanego młodego człowieka, powiedziała łagodnie jak do dziecka:

– Musimy zdjąć pańskie odciski palców. Rozumie pan, co mówię?

– Ja... ja nie chcę, żeby on mnie dotykał.

– W porządku – odrzekła. – Ja to zrobię. Dobrze?

Milligan kiwnął głową i pozwolił jej zdjąć odciski. Po sfotografowaniu go policjant zaprowadził Milligana do celi.

Wypełniwszy formularze dotyczące nakazu przeszukania, Nikki Miller zadzwoniła do sędziego Westa. Sędzia, po usłyszeniu, jakie są dowody, i biorąc pod uwagę pilny charakter sprawy, kazał jej przyjechać do siebie do domu i o pierwszej piętnaście po północy podpisał nakaz. Nikki Miller pojechała na osiedle Channingway poprzez mgłę, która teraz była jeszcze gęstsza.

Następnie zadzwoniła po jednostkę przeprowadzającą przeszukanie. O drugiej piętnaście, gdy jednostka przybyła na miejsce, przedstawiła jej członkom nakaz przeszukania i policjanci przeszukali mieszkanie. Zrobili spis przedmiotów wyniesionych z mieszkania podejrzanego:

KOMODA Z LUSTREM – 343 dolary gotówką, okulary słoneczne, kajdanki i kluczyk, portfel, dowody tożsamości na nazwiska Williama Simmsa i Williama Milligana, potwierdzenie podjęcia pieniędzy za pomocą karty kredytowej Donny West.

SCHOWEK – karty kredytowe Master Charge Donny West i Carrie Dryer, karta z kliniki należąca do Donny West, zdjęcie Polly Newton, pistolet automatyczny kalibru 25 [Tanfoglio Giuseppe] A.R.M.I. oraz pięć niezużytych nabojów.

TOALETKA – kartka o wymiarach 3,5 na 11 cali z adresem Polly Newton. Kartka z jej kalendarzyka.

RAMA W GŁOWACH ŁÓŻKA – nóż sprężynowy, dwie paczki prochu.

KOMODA – rachunek za telefon na nazwisko Milligana, olstro na pistolet Smith & Wesson.

POD KRZESŁEM – dziewięciomilimetrowy pistolet Smith & Wesson z magazynkiem oraz sześć niezużytych nabojów.

POD SIEDZENIEM BRĄZOWEGO FOTELA – magazynek z piętnastoma niezużytymi nabojami oraz plastikowa torebka zawierająca piętnaście niezużytych nabojów.

Wróciwszy do Głównego Komisariatu, Nikki Miller zaniosła dowody rzeczowe do sekretarza sądu, uzyskała poświadczenie i oddała je do przechowalni.

– Jest tego dosyć, żeby rozpocząć postępowanie – powiedziała.

Milligan kulił się w kącie małej celi, trzęsąc się cały. Nagle, po wydaniu takiego dźwięku, jakby się krztusił, zemdlał. W chwilę później otworzył oczy i popatrzył ze zdumieniem na ściany, kibel i pryczę.

– O Boże, nie! – krzyknął. – Znowu! Nie!

Usiadł na podłodze, wbijając wzrok tępo w przestrzeń. A potem zobaczył w kącie karaluchy i wyraz jego twarzy się zmienił. Skrzyżował nogi, zgarbił się, podparł brodę dłońmi i, uśmiechając się dziecinnie, zaczął się przyglądać karaluchom biegającym wkoło.

2

W kilka godzin później, kiedy przyszli, żeby go przenieść, Milligan nie spał. Został skuty z potężnym czarnoskórym mężczyzną i wraz z grupą więźniów wyprowadzony na dół, a potem przez tylne drzwi na parking, gdzie stał furgon, który miał ich zawieźć do więzienia hrabstwa Franklin.

Furgon dojechał do centrum Columbus, do futurystycznej fortecy, stojącej w samym sercu miasta. Jej betonowe ściany sterczały na wysokość dwóch pięter, masywne i pozbawione okien. W swych wyższych partiach budowla ta przypominała nowoczesny biurowiec. A nad dziedzińcem więzienia hrabstwa Franklin górował posąg Benjamina Franklina.

Furgon skręcił w boczną uliczkę za więzieniem i zatrzymał się przed drzwiami garażowymi z falistej stalowej blachy. Z tego miejsca było widać, że więzienie stoi w cieniu wyższego budynku, z którym jest połączone – budynku Pałacu Sprawiedliwości hrabstwa Franklin.

Stalowe drzwi podjechały do góry, furgon wjechał do środka i drzwi zamknęły się za nim. Skuci kajdankami więźniowie zostali wyprowadzeni z furgonu i znaleźli się w przestrzeni znajdującej się pomiędzy dwiema parami otwierających się pionowo stalowych drzwi. To znaczy wszyscy więźniowie oprócz jednego – Milligana, gdyż ten wyśliznął się z kajdanków i znajdował się jeszcze w furgonie.

– Wychodźcie, Milligan! – krzyknął na niego policjant. – Ty cholerny gwałcicielu. Co ty sobie wyobrażasz?

Czarnoskóry mężczyzna, z którym Milligan był skuty, powiedział:

– Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Przysięgam na Boga, że on po prostu się z nich wyszarpnął.

Brama więzienia otworzyła się z sykiem i sześciu więźniów zostało wpędzonych pomiędzy bramę zewnętrzną a przestrzeń oddzieloną kratami. Przez kraty widzieli centrum kontroli – monitory telewizyjne, terminale komputerowe i całe tuziny funkcjonariuszy – mężczyzn i kobiet ubranych w szare spodnie lub spódnice i czarne koszule. Gdy zewnętrzna brama zamknęła się za więźniami, otworzyła się wewnętrzna, okratowana, i zostali wprowadzeni do środka.

W hallu było pełno poruszających się czarnych koszul i dawał się słyszeć cichy stukot klawiatur komputerowych. Przy wejściu stała funkcjonariuszka z podniesioną w górę kopertą z szarego papieru.

– Rzeczy wartościowe – powiedziała. – Obrączki, zegarki, biżuteria, portfele.

Kiedy Milligan opróżnił kieszenie, wzięła jego kurtkę i sprawdziła podszewkę, a potem oddała kurtkę funkcjonariuszowi z przechowalni.

Milligan został poddany rewizji ponownie, i jeszcze dokładniej, przez młodego funkcjonariusza, a potem umieszczony w celi wraz z innymi więźniami, oczekującymi na wciągnięcie do rejestru. Przez małe kwadratowe okienko patrzyły na nich czyjeś oczy. Czarnoskóry mężczyzna trącił Milligana łokciem i powiedział:

– Domyślam się, że to ty jesteś ten sławny. Uwolniłeś się z kajdanków. A teraz musisz nas wszystkich stąd uwolnić.

Milligan spojrzał na niego oczami bez wyrazu.

– Jeżeli będziesz sprzeciwiał się policji – oznajmił czarnoskóry mężczyzna – to zatłuką cię na śmierć. Możesz mi wierzyć, bo nie raz siedziałem. A ty siedziałeś kiedyś?

Milligan kiwnął głową.

– I dlatego mi się to nie podoba. Dlatego chcę wyjść – powiedział.

3

Kiedy w biurze obrońcy publicznego, znajdującym się o jedną przecznicę od więzienia, zadzwonił telefon, Gary Schweickart, wysoki, brodaty, trzydziestotrzyletni kierownik zespołu adwokatów, próbował właśnie zapalić fajkę. Telefonował jeden z adwokatów, Ron Redmond.

– Dowiedziałem się o czymś ciekawym, kiedy byłem w sądzie miejskim – powiedział. – Wczoraj wieczorem policja zarejestrowała gwałciciela uniwersyteckiego. Przewieźli go do więzienia hrabstwa Franklin. Będą go trzymać, chyba że wpłaci kaucję w wysokości pół miliona dolarów. Powinieneś tu kogoś przysłać.

– Nie mam tu teraz nikogo. Sam pilnuję interesu.

– No wiesz, wiadomości się rozeszły i wkrótce będzie tu pełno dziennikarzy z „Citizen-Journal” i z „Dispatch”. Mam wrażenie, że policja chce wywrzeć na faceta presję.

W wypadku spraw, w których chodziło o poważne przestępstwa, kiedy było możliwe, że policja może kontynuować dochodzenie po aresztowaniu, Gary Schweickart rutynowo wybierał któregokolwiek adwokata i posyłał go do więzienia hrabstwa. Jednak to nie było rutynowe zatrzymanie. Szeroki rozgłos, jaki tej sprawie nadały media, czynił z niej łakomy kąsek dla policji, i Schweickart przypuszczał, że będzie ona naciskała na więźnia, żeby złożył oświadczenie lub się przyznał. Ochrona jego praw miała kosztować wiele wysiłku.

Schweickart postanowił sam udać się do więzienia hrabstwa Franklin. Pogada sobie z facetem. Przedstawi mu się jako obrońca publiczny i ostrzeże go, żeby rozmawiał tylko z adwokatem i nikim poza nim.

Schweickart przybył do więzienia w odpowiedniej chwili, bo właśnie dwaj policjanci wprowadzili Milligana przez bramę i oddawali go w ręce dyżurującego sierżanta. Schweickart poprosił, żeby mu pozwolono na krótką rozmowę z więźniem.

– Nie wiem nic o tym, co rzekomo zrobiłem – zawodził płaczliwym głosem Milligan. – Nie pamiętam. Oni po prostu przyszli i...

– Niech pan posłucha. Ja chciałem tylko się przedstawić – powiedział Schweickart. – Zatłoczony hall to nie miejsce, w którym można mówić o faktach związanych ze sprawą. Jutro albo pojutrze porozmawiamy na osobności.

– Ale ja nie pamiętam. Znaleźli te rzeczy w moim mieszkaniu i...

– Zaraz, zaraz, niech pan o tym nie mówi. Ściany mają tutaj uszy. I niech pan będzie ostrożny, kiedy zaprowadzą pana na górę. Policja zna mnóstwo sztuczek. Niech pan z nikim nie rozmawia. Nawet z innymi więźniami. Niektórzy z nich mogą być podstawieni. Zawsze znajdą się faceci, którzy tylko czekają na informacje, które mogą komuś sprzedać. Jeżeli chce pan mieć sprawiedliwy proces, to niech pan trzyma język za zębami.

Milligan wciąż kręcił głową i pocierał sobie policzek, próbując mówić o faktach związanych ze sprawą. A potem wymamrotał:

– Starajcie się o uniewinnienie. Ja chyba jestem wariatem.

– Zobaczymy – powiedział Schweickart – ale nie możemy o tym mówić tutaj.

– Czy jest kobieta prawnik, która mogłaby się zająć moją sprawą?

– Mamy kobietę prawnika. Zobaczę, co się da zrobić.

Schweickart patrzył, jak funkcjonariusz zabiera Milligana, który miał się teraz przebrać – zmienić własne ubranie na niebieski kombinezon, jaki tutaj nosili wszyscy więźniowie. Trudno będzie pracować z kłębkiem nerwów, jakim jest ten spanikowany facet, pomyślał Schweickart. On właściwie nie zaprzecza, że popełnił przestępstwa. Powtarza tylko w kółko, że nie pamięta. To jest niezwykłe. Gwałciciel uniwersytecki, proszący o uniewinnienie z powodu choroby umysłowej. – Schweickart mógł sobie wyobrazić, jaka to byłaby gratka dla gazet.

Po wyjściu z gmachu więzienia kupił „Columbus Dispatch”. W gazecie, na pierwszej stronie, widniał tytuł:

POLICJA ARESZTOWAŁA PODEJRZANEGO

O GWAŁTY NA KAMPUSIE

W artykule pisano, że jedna z ofiar, dwudziestosześcioletnia studentka ostatniego roku, zgwałcona przed prawie dwoma tygodniami, będzie proszona o zidentyfikowanie gwałciciela podczas konfrontacji. Do artykułu dołączono zdjęcie z podpisem „Milligan”.

 

Powróciwszy do biura, Schweickart zatelefonował do innych miejscowych gazet i poprosił, żeby nie zamieszczały zdjęcia, bo może to wpłynąć na wynik konfrontacji mającej się odbyć w poniedziałek. Ale dziennikarze odrzucili jego prośbę. Powiedzieli mu, że jeżeli dostaną zdjęcie, to je opublikują. Schweickart podrapał się w brodę końcem fajki, a potem zaczął wykręcać własny, domowy numer telefonu, bo chciał powiedzieć żonie, że spóźni się na obiad.

– Hej – odezwał się głos od drzwi – wyglądasz jak niedźwiedź przyłapany z nosem w ulu.

Podniósł wzrok i zobaczył uśmiechniętą twarz Judy Stevenson.

– Tak? – zapytał, odkładając słuchawkę i odpowiadając uśmiechem na jej uśmiech. – Zgadnij, kto o ciebie pytał.

Odgarnęła długie czarne włosy z twarzy, odsłaniając pieprzyk na lewym policzku. Jej orzechowe oczy patrzyły pytająco.

Podsunął jej gazetę, wskazując zdjęcie i tytuł, a jego gardłowy śmiech wypełnił małe pomieszczenie biura.

– Konfrontacja jest w poniedziałek. Milligan prosił o adwokata kobietę. Gwałciciel uniwersytecki jest twój.

4

Judy Stevenson przyjechała na konfrontację w poniedziałek rano, 31 października, za kwadrans dziesiąta i, kiedy przyprowadzono Milligana, zobaczyła, jaki jest przerażony i zrozpaczony.

– Jestem z biura obrońcy publicznego – powiedziała. – Gary Schweickart mówił, że chciał pan mieć adwokata-kobietę, więc on i ja będziemy pracowali razem. A teraz proszę się uspokoić. Wygląda pan, jakby pan miał się całkowicie załamać.

Milligan wręczył jej jakiś złożony papier.

– Dostałem to w piątek.

Judy rozłożyła papier i przekonała się, że jest to dokument z wydziału penitencjarnego, nakazujący zatrzymanie Milligana w więzieniu i poinformowanie go, że wstępne przesłuchanie na temat pogwałcenia warunków zwolnienia warunkowego odbędzie się w więzieniu hrabstwa Franklin. Ponieważ policja, aresztując go, znalazła u niego w domu broń – uświadomiła sobie Judy – jego zwolnienie warunkowe może być cofnięte, a on natychmiast może być wysłany do więzienia w Lebanon w pobliżu Cincinnati, gdzie będzie oczekiwał na proces.

– Przesłuchanie jest za tydzień od najbliższej środy. Zobaczymy, co można zrobić, żeby zatrzymać pana tutaj. Wolałabym, żeby pan przebywał w Columbus, gdzie możemy się z panem łatwo kontaktować.

– Nie chcę wracać do Lebanon.

– Proszę się uspokoić.

– Nie pamiętam, czy zrobiłem coś, co oni mi zarzucają.

– Porozmawiamy o tym później. Teraz musi pan wejść na to podwyższenie i stać tam. Myśli pan, że da pan radę?

– Chyba tak.

– Proszę odgarnąć włosy z twarzy, żeby mogli dobrze pana widzieć.

Policjant poprowadził go po stopniach i ustawił wraz z innymi w szeregu, na pozycji numer dwa.

Identyfikacji dokonywały cztery osoby. Donnie West, pielęgniarce, która zidentyfikowała go na zdjęciu, powiedziano, że nie jest potrzebna, pojechała więc z narzeczonym do Cleveland. Cynthia Mendoza, która wpłaciła gotówkę na jeden z czeków, nie rozpoznała Milligana. Wybrała zamiast niego numer trzy. Kobieta, którą zgwałcono w sierpniu w zupełnie innych okolicznościach, powiedziała, że mógłby to być numer dwa, ale nie była tego całkiem pewna. Carrie Dryer stwierdziła, że bez wąsów nie ma pewności, ale numer dwa wydaje jej się znajomy. Polly Newton dokonała identyfikacji z całą pewnością.

Trzeciego listopada wielka ława przysięgłych, rozpoznająca zasadność oskarżenia przed właściwym procesem, sformułowała oskarżenie. Milligan został oskarżony o trzy przypadki uprowadzenia, trzy przypadki rabunku z bronią w ręku i cztery przypadki gwałtu. Wszystko to były przestępstwa pierwszego stopnia, podlegające karze od czterech do dwudziestu pięciu lat więzienia każde.

Urząd prokuratorski rzadko mieszał się do sprawy przydzielenia oskarżycieli – nawet w poważnych sprawach dotyczących morderstwa. Normalnym trybem postępowania było wyznaczenie jednego z prokuratorów przez przewodniczącego wydziału do spraw przestępstw na dwa lub trzy tygodnie przed procesem – na chybił trafił. Jednak prokurator hrabstwa, George Smith, wezwał dwóch ze swych najlepszych prokuratorów i powiedział im, że rozgłos towarzyszący sprawie gwałciciela uniwersyteckiego spowodował oburzenie opinii publicznej. Chciał, żeby obaj zajęli się sprawą i żeby uczynili to z dużą energią.

Terry Sherman, trzydziestodwuletni mężczyzna o kędzierzawych czarnych włosach i z zawadiackim wąsem, był znany z tego, że nie znał litości dla przestępców seksualnych i chwalił się, że nigdy nie przegrał sprawy o gwałt. Zajrzawszy do akt, roześmiał się.

– To przesądzona sprawa. Nakazy były słuszne. Mamy tego typa. Obrona będzie bezradna.

Trzydziestopięcioletni Bernard Zalig Yavitch był podczas studiów o dwa lata wyżej niż Judy Stevenson i Gary Schweickart i znał ich dobrze. Gary był u niego praktykantem, gdyż Yavitch, zanim został prokuratorem, występował przez cztery lata jako obrońca publiczny. Zgodził się z Shermanem, że jest niemal przesądzone, że wygrają tę sprawę.

– Niemal? – zapytał Sherman. – Mając wszystkie dowody rzeczowe, odciski palców, wyniki konfrontacji, mamy wszystko, czego nam potrzeba. A oni nie mają nic.

Kilka dni później, rozmawiając z Judy, Sherman postanowił bez ogródek powiedzieć jej, co myśli.

– W sprawie Milligana nie będzie żadnego ubijania interesów. Mamy faceta i zażądamy wyroku skazującego, i to najwyższego wymiaru kary. Wy nie macie niczego.

Ale Bernie Yavitch nie był tak pewny siebie. Jako były obrońca publiczny wiedział, co by zrobił na miejscu Judy i Gary’ego.

– Mają jedną rzecz. Mogą starać się o uznanie go za chorego umysłowo.

Sherman roześmiał się.

Na drugi dzień William Milligan próbował popełnić samobójstwo, rozbijając sobie głowę o ścianę celi.

– On nie dożyje do procesu – powiedział, dowiedziawszy się o tym, Gary Schweickart do Judy.

– Mnie się wydaje, że on nie ma predyspozycji i do przesłuchań sądowych – odrzekła Judy. – Uważam, że powinniśmy powiedzieć sędziemu, że naszym zdaniem on nie jest zdolny do podejmowania skutecznych działań prawnych.

– Chcesz, żeby go zbadał psychiatra?

– Musimy zgłosić taki wniosek.

– O Boże – powiedział Gary. – Już widzę te tytuły.

– Do diabła z tytułami. Z tym chłopakiem coś jest nie tak. Nie wiem, co to jest, ale widziałeś, jaki on wydaje się różny przy różnych okazjach. A kiedy mówi, że nie pamięta gwałtów, ja mu wierzę. Powinien zostać zbadany.

– A kto za to zapłaci?

– Mamy fundusze – stwierdziła.

– Tak, miliony dolarów.

– No przecież możemy sobie pozwolić na to, żeby go poddać testom psychologicznym.

– Powiedz to sędziemu.

Gdy sąd zgodził się na zwłokę i na to, by William Milligan został przebadany przez psychologa, Gary Schweickart zajął się sprawą przesłuchania Milligana przez przedstawicieli wydziału penitencjarnego, które miało się odbyć o ósmej trzydzieści rano w środę.

– Odeślą mnie na pewno do Lebanon – powiedział Milligan.

– Postaramy się, żeby tego nie zrobili – odrzekł Gary.

– Znaleźli w moim mieszkaniu broń. A to było złamanie jednego z warunków mojego zwolnienia warunkowego. Warunek ten brzmiał: „Nigdy nie kupię ani nie będę posiadał, używał czy miał pod kontrolą morderczej broni lub broni palnej”.

– Być może – powiedział Gary. – Ale my, jeżeli mamy pana bronić, chcemy, żeby pan był tutaj, w Columbus, gdzie możemy z panem pracować, a nie w więzieniu w Lebanon.

– Więc co zrobicie?

– Proszę to zostawić mnie.

Gary zauważył, że Milligan się uśmiecha i że w jego oczach pojawiło się podniecenie, jakiego nie widział u niego przedtem. Milligan był teraz odprężony, niefrasobliwy i żartował. Był innym człowiekiem, nie przypominał tego kłębka nerwów, z którym Gary spotkał się pierwszego dnia. Może się okazać, że będzie go łatwiej bronić, niż się z początku spodziewali.

– To tyle – powiedział mu Gary. – Proszę się trzymać.

Zaprowadził Milligana do sali konferencyjnej, gdzie przedstawiciele wydziału penitencjarnego dostali już kopie sprawozdania kuratora sądowego Milligana oraz zeznanie sierżanta Dempseya mówiące, że znalazł w mieszkaniu Milligana, podczas aresztowania go, dziewięciomilimetrowego Smith & Wessona i półautomatyczną broń kalibru 25 wraz z magazynkiem zawierającym pięć naboi.