Dalej niż śmierćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału:

La mort et l’au-delà. Noël éternel

© Éditions des Béatitudes

Société des Œuvres Communautaires, janvier 2012

Burtin, 41 600 Nouan-le-Fuzelier

© Copyright by

Wydawnictwo Bernardinum Sp. z o.o., 2015

Tłumaczenie: Aleksandra Frej

Redakcja: Anna Jędrzycka

Nihil obstat

ks. Janusz Chyła

Cenzor ksiąg religijnych

Imprimatur

† Ryszard Kasyna

Biskup Pelpliński

Pelplin, 16 lutego 2015 r.

L.dz. 177/2015/K.Ord.

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57; fax 58 536 17 26

bernardinum@bernardinum.com.pl

www.bernardinum.com.pl

ISBN 978-83-7823-558-3

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Dotknąć Boga

  Uwertura To zbrodnicze opuszczenie zasłony Najbardziej nieśmiertelne ze wszystkich pytań

  I. Na tym brzegu 1. Siostra, która budzi lęk 2. Osiem gwiazd naszego ostatecznego Bożego Narodzenia oraz Adwentu, który je przygotowuje 3. Czuwać, otaczać opieką, troszczyć się – kochać, kochać, kochać do końca

  II. Przejście 1. Godzina najwyższej miłości 2. Nie kradnij mi śmierci! Nie zmuszaj mnie do niej! 3. Wniebowzięcie w ukwiecone ogrody. Odliczanie czasu żałoby

  III. Drugi brzeg albo za siódmym morzem 1. Królestwo, w którym jaśnieje jedynie Piękno; istnieje jedynie Miłość; panuje jedynie Światłość; triumfuje jedynie Życie: Niebo 2. Przepaść, która przyprawia o zawrót głowy: piekło 3. Jutrzenka, która promienieje radosną nadzieją: Czyściec

  PUNKT KULMINACYJNY. Przyjście w chwale, kiedy przemienią się nasze ciała

Dotknąć Boga

Seria ta bierze się w prostej linii z mojej książki Jésus… et toi! À fleur d’Évangile, będącej miłosną kontemplacją Pana Jezusa, za którym podążamy przez Galileę i Judeę od momentu Poczęcia do chwili Wniebowstąpienia.

Na zakończenie pojawia się wielkie pytanie: jak rozpoznać, znaleźć, napotkać Pana po Wniebowstąpieniu?

Innymi słowy: jak odnaleźć Go – czy raczej: pozwolić Mu się odnaleźć – w moim życiu, dziś, w tym świecie i w epoce, w której żyję?

Wybrałem więc dwanaście miejsc strategicznych, gdzie, jestem tego całkowicie pewien – pewnością absolutną, można Go znaleźć.

Uwertura

Po długiej nocy, którą spędziłem za kierownicą, droga prowadzi teraz prosto na wschód, w słońce, które wstaje wreszcie tam, za wzgórzami. Intrygują mnie fosforyzujące tablice sygnalizacyjne. To pewnie z powodu moich reflektorów. Sprawdzam: są całkiem wyłączone. I wtedy zaczynam rozumieć: to promienie królewskiej gwiazdy odbijają się w przedniej szybie. Wszystkie drogi mojego istnienia są tak samo oświetlone tym ostatecznym światłem, ku któremu zdążam.

Ta, dwunasta i ostatnia książka serii Ces Lieux où toucher Dieu (Miejsca, w których można dotknąć Boga) łączy się symbolicznie z naszym ostatecznym przejściem ku Brzegowi.

Traktuje o tym wszystkim, co dotyka nas najbardziej osobiście, najgłębiej, w sposób najbardziej żywotny – o kulminacyjnej chwili mojego życia i wszystkim, co ją poprzedza, przygotowuje, symbolizuje. A konkretnie o tym, co dotyczy starości, opieki paliatywnej, aborcji, samobójstwa, eutanazji, pogrzebu, żałoby, a zwłaszcza tego, co jest poza tym wszystkim: piekła, Czyśćca i, oczywiście, Nieba.

To zbrodnicze opuszczenie zasłony

Zabójcza jest zmowa milczenia wokół tego, co po śmierci. Po co bowiem żyć, jeśli trzeba przeżyć zaledwie kilka dekad wypełnionych cierpieniem, rozczarowaniami, łzami?

Zasłanianie Nieba jest zbrodnią. Prowadzi do rozpaczy. Dusi nadzieję. Jest rodzajem zbiorowego samobójstwa. To ostateczna przyczyna przygnębienia i wszelkiego rodzaju depresji naszych czasów. Mamy czarne myśli, bo nie umiemy już dojrzeć Nieba. To wbrew naturze, nic bowiem nie jest tak głęboko wpisane w nasze geny jak owa tęsknota za utraconym rajem, niepohamowane marzenie o nieskończonym szczęściu, pragnienie pełni – najbardziej dojmujące ze wszystkich – i wciąż niezaspokojone poszukiwanie miłości wiecznej i nieskazitelnie pięknej.

Jeśli jesteś ciągle niezadowolony, jeśli dobra ziemskie prowadzą cię do przesytu, wszystkie doświadczenia do nudy, wszystkie wydarzenia do niesmaku, to dowód, że twoje serce jest stworzone dla nieskończoności, twoja dusza dla nieśmiertelności, twój duch dla wieczności, twoje ciało dla chwały. Ni mniej, ni więcej.

Nie, nic nie jest zdolne napełnić twojego serca. Nic prócz tego, co wieczne i nieskończone. Ani kasa, ani seks, ani to wszystko, co może cię pasjonować, nie dadzą ci trwałego i całkowitego szczęścia. Jeśli pokładasz swoje szczęście w tym, co chwilowe, znajdziesz tylko sztuczne, małe przyjemności: twoje serce pozostanie puste, głodne wieczności, spragnione piękna. Z tego tylko powodu, że jest bez dna.

Dowód? To właśnie w najbogatszych krajach, wśród najzamożniejszych ludzi jest najwięcej samobójstw. Skąd bierze się więc ten przesyt życiem, gdy ma się w pewnym sensie wszystko, by być szczęśliwym?

Z drugiej strony młodzi, którzy wszystko stracili: ojczyznę, bo są uchodźcami, zdrowie, bo ulegli wypadkowi, dom, bo spłonął, rodzinę i przeżywają żałobę, wolność, jeśli są więźniami… ich twarze jaśnieją blaskiem, który nie jest z tej ziemi, ich serca przepełnione są radością, która nie jest z tego świata. W głębi swojego nieszczęścia są spokojni, mówią śmiało o sobie, że są szczęśliwi. Jaki jest więc ich sekret?

Jedną z przyczyn spuszczenia zasłony na to, co pozagrobowe – przepraszam!, poza tym, co na drugim brzegu! – jest, wynikająca z zimnego kartezjańskiego rozumowania, arogancka pogarda dla wszelkiego obrazu, symbolu, znaku.

Tymczasem, usuwając te poetyckie, obrazowe, fantazyjne formy przekazu, wylewa się dziecko z kąpielą. Skoro nie można już mówić o ogniu w związku z piekłem czy Czyśćcem, ani o szczęściu młodych ludzi zaślubionych Niebu, to cóż!, nie mówi się już o tym wcale.

Problem w tym, że sam Bóg w swojej Ewangelii mówi nam o tym wyłącznie poprzez podobieństwa i porównania. Słowo mówi o sobie w przypowieściach.

Bóg zwraca się do nas zawsze poprzez różnych pośredników. Po prostu dlatego, że szanuje naszą ludzką kondycję, w której wszelkie poznanie dokonuje się za pośrednictwem pięciu zmysłów. Bóg stał się ciałem i używa cielesnego języka, by złączyć się z nami w naszej cielesnej kondycji. Mielibyśmy być mądrzejsi od Niego i wzgardzić wyborem tych wyrażeń tak wyrazistych bo obrazowych? Czyżbyśmy byli bardziej bezcieleśni niż sam Bóg?

Na tych stronach przykłady wzięte z dzieła stworzenia będą nas odsyłać – jak oznaczenia na szlaku – do wielkich rzeczywistości niebieskich i boskich.

Czy nasza egzystencja nie jest usiana zapowiedziami śmierci, przeczuciami piekła, doświadczeniami oczyszczenia, przedsmakiem Nieba? Takie są i sakramenty: te zmysłowe znaki rzeczywistości będącej poza naszymi zmysłami. Wszystko, co w sobie nosimy – pragnienie miłości, tęsknotę za czystością, instynkt prawdy, dążenie do wieczności, poryw ku życiu, współudział w pięknie – wszystko to jest namacalnym dowodem, że Niebo istnieje, że dla niego jesteśmy stworzeni i ku niemu idziemy… Drugi brzeg morza jest innym obliczem śmierci. W czasie morskiej katastrofy wychwytywaliśmy jego sygnały, teraz widzimy na brzegu Oblicze1.

Najbardziej nieśmiertelne ze wszystkich pytań

Omawiane tu rzeczywistości stawiają nas natychmiast przed nieuniknionym i fundamentalnym pytaniem o istnienie: dlaczego istnieję? Ku czemu podążam? Jaki jest sens, kierunek i znaczenie mojego życia? A kiedy wiem, co mnie czeka, wówczas pozostaje jedyne pytanie, jedyny problem do rozstrzygnięcia, jedyna konieczność domagająca się odpowiedzi: jak dojść do Nieba, do mojej ziemi ojczystej? Jak uzyskać do niego wizę? Jak uniknąć piekła? Jak się uratować czy raczej – pozwolić się uratować? I jeszcze: jak pomóc innym, by zostali uratowani? Jak zagrodzić im drogę ku potępieniu, wprowadzić ich na drogę ku Niebu? Jak otworzyć ich na wiekuiste szczęście?

 

Młody austriacki ksiądz Jakob Gapp podczas przesłuchania przez gestapo, w Berlinie w styczniu 1943 roku, mówił: „Uważam, że życie wieczne warte jest więcej niż jakiekolwiek dobro na tym świecie. Jestem więc przekonany, że nie ma żadnego porównania, tak w przypadku jednostek jak i całego narodu, między odebraniem zbawienia duszy a odebraniem dóbr i bogactw ziemskich”.

Ach! Gdyby te ubogie strony mogły pomóc, choćby jednemu, nie oblać końcowego egzaminu, nawet jeśli jest możliwość poprawki, dostać na czas wizę do Nieba, przeżyć ostatnie dni na ziemi w świetle i pięknie. Uczynić z ostatniej godziny najpiękniejszą w całym życiu – prawdziwe narodziny w ramionach mamy.

Wtedy mój czas nie będzie stracony. Wtedy będę szczęśliwy2.

1 Patrz też: Ch. Gouyaud, Quelle prédication des fins dernières aujourd’hui?, La Nef 2011.

2 Nie chcąc zawieść tych, którzy chcieliby więcej i u których ta książka pozostawi niedosyt, za pewien czas w Wydawnictwie Béatitudes wydam kolejną pracę, tym razem poza serią. Zamieszczę tam te wszystkie świadectwa i cytaty, których nie mogłem pomieścić tutaj i pogłębię niektóre aspekty. Ta książka nie jest, jak się to często zdarza, syntezą wcześniejszej pracy, lecz przeciwnie, kwintesencją późniejszej książki. Czymś w rodzaju aperitifu… Wyznaczam wam więc spotkanie z… La passerelle vers l’Éternel, ou l’Essen-Ciel.

I. NA TYM BRZEGU

Wiem teraz, że wy wszyscy,

wśród których po drodze głosiłem królestwo,

już mnie nie ujrzycie. (…)

Po tych słowach upadł na kolana

i modlił się razem z nimi wszystkimi.

Wtedy wszyscy wybuchnęli wielkim płaczem.

Rzucali się Pawłowi na szyję i całowali go. (…)

Potem odprowadzili go na okręt.

Dz 20,25.36-38

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Siostra, która budzi lęk

Panie, bądź pochwalony

przez naszą siostrę, śmierć cielesną,

której żaden żyjący człowiek ujść nie zdoła.

św. Franciszek z Asyżu1

* Zasłonięta, wystawiona na widok publiczny, skarykaturyzowana

„Wszyscy chcą iść do Nieba, ale nikt nie chce umrzeć! Nie wiem, doprawdy, którędy chcą tam dojść!” – zawołał Emiliano Tardif, ewangelizator i podróżnik, mój brat2.

Jean Vanier, inny mój ukochany brat, głosiciel Bożego Miłosierdzia, jest zaskoczony: telewizja okroiła jego wywiad. I to o co? Właśnie o fragment o tajemnicy śmierci. Dzwoni do nich. Odpowiedź: publiczność nie znosi tego tematu. Stąd cenzura3.

I, o paradoksie! Śmierć jest wciąż pokazywana, wszechobecna!

Jednak tylko jako potworność. Nigdy z jej łagodnym obliczem4. Z drugiej strony jest zręcznie omijana, unikana, zasłaniana. Już nie seks jest tabu, a śmierć. Wszędzie się ją pokazuje, wszędzie się ją ukrywa. Myśleć o niej? Nonsens5.

Będzie banalizowana: krótka wzmianka pośród wielu innych.

Kamuflowana: w USA modeluje się ciało w pozycji siedzącej przez kilka dni, udając, że jest ciągle żywe!

Skarykaturowana, ośmieszana, by z niej kpić: szkielety, trupy wychodzące z grobów w zielonkawych promieniach ze śmiertelnym krzykiem na Halloween; horrory; sekty satanistyczne czy subkultury gotyckie.

Erotyzowana: suicide is sexy, kiss and kill. Zbrodnie na tle seksualnym: przebicie sztyletem.

Zdesakralizowana: już się nie modlimy przy osobie, która odchodzi. Już nie szanujemy jej ciała. Podczas kremacji rozmawiamy z papierosem w ręku, słuchamy muzyki. Na grobach: piłka do nogi, samochodzik wyścigowy…

Zmanipulowana, chcemy mieć nad nią władzę: na żądanie, samobójstwo w asyście, zabójstwo z premedytacją.

Nie znosimy bowiem, kiedy ona wymyka się naszej wszechwładzy. W końcu uda mi się je ujarzmić, zdominować, zmanipulować – te dwa momenty życia, nad którymi nie mam absolutnie żadnej władzy: poczęcie i śmierć. Położę na nich rękę. Będą zdane na moją łaskę. To ja będę decydować kiedy i jak przyjść na świat: w laboratorium połączę spermę i sprzedawane oraz kupowane komórki jajowe, wynajmę kobiecy brzuch. I druga skrajność: sam będę decydować, kiedy opuścić świat, i kto, niegodny, by żyć, powinien go opuścić. Oto ja, pan życia, pan niemożliwego! Wszechwładny! Oto ja… Bóg!

Odmowa przyjęcia rzeczywistości. Odrzucenie tego, co stworzone. Bunt wobec Stwórcy.

Od tysiącleci, we wszystkich cywilizacjach śmierć ma w sobie coś absolutnie świętego. Dokonując jej desakralizacji cofamy się do punktu wyjścia, do punktu… śmierć!

Niezrozumiały paradoks: z jednej strony staramy się usunąć śmierć; z drugiej, wszędzie ją… promujemy! Chwalimy samobójstwo, osłaniamy je, towarzyszymy mu. Zabijamy do woli, zwłaszcza w stadium największej kruchości, hiperwrażliwości: w momencie pojawienia się życia i u jego naturalnego schyłku.

Dziwna zbieżność z tymi dyktaturami, dla których człowiek jest tylko ciałem: wczoraj w obozie zagłady, dziś w laboratorium sterylnej likwidacji.

„Negacja śmierci zmusiła nas do stworzenia cywilizacji zabójstwa. Tylko akceptacja śmierci może pozwolić nam wejść w komunię życia”6.

* Nieuchronna, nieunikniona, nie do ominięcia

Ląduję w Quebecu, w hospicjum dla dzieci upośledzonych. André (lat 4) jak tylko mnie zobaczył, przybiega i rzuca mi prosto w twarz: „A ty, kiedy umrzesz?”. No proszę, zmierzasz prosto do celu. Natychmiast. Masz rację, to o wiele ważniejsze niż: „Jak się masz?”. Prawdę mówiąc, to jest jedyne i najistotniejsze pytanie, jakie stawia sobie każda ludzka istota.

Najbardziej naglące pytanie, jakie stawia sobie każde dziecko. Lecz często nie ośmiela się go nawet sformułować. Wstydzi się, boi…

To jest jedyne pytanie, które przenika najodleglejsze cywilizacje od ich początków. Szacunek dla ciał zmarłych, wyrażony w grzebaniu ich z troską, to jedyny znak pozwalający z całkowitą pewnością stwierdzić obecność człowieka, zdiagnozować ludzkość jako organizm fizyczny – żadne zwierzę tak nie robi.

Można próbować wszystkiego, by ją wyminąć, zaciemnić, zapomnieć o niej – jednak ona wciąż tu jest. Wszechobecna. Nim się staliśmy, już się panoszyła. Wokoło nas, już pracowała. Przed nami, już przycupnęła. Wciąż ją napotykamy. Nieustannie jej unikamy7. Nie można jej ominąć, staje przed każdym z nas. Bez względu na to, w którym momencie życia człowieka przychodzi, jaka jest jego sytuacja materialna, jaką wyznaje religię czy filozofię. I tak dzieje się w każdej epoce, pod każdą szerokością geograficzną. Ani jedna ludzka istota z niej nie powróciła. Ani jedna? Tylko jedna. Suspens.

Paradoks: nie ma nic pewniejszego niż ta chwila, nie ma nic bardziej niepewnego niż ten moment. „Jaką wielką niewiadomą jest ta mała towarzyszka. Jaką odległą perspektywą ta codzienna groźba!”8.

Wszyscy są wobec niej równi. Podczas tsunami na Oceanie Indyjskim czy w czasie trzęsienia ziemi na Haiti turyści z pięciogwiazdkowego hotelu i biedni rybacy, ministrowie i kloszardzi, wszyscy dzielili ten sam los. Z jedną różnicą przy trzęsieniu ziemi: biedacy są uprzywilejowani, bo chałupki w dzielnicach biedoty powodują mniej ofiar niż wille i pałace.

Człowiek trzeciego tysiąclecia z całą swoją wysoko rozwiniętą techniką jest wobec niej równie ogołocony, bezsilny, słaby jak Neandertalczyk. IPod, MP3, GPS, nie są dla ciebie żadnym ratunkiem (za wyjątkiem komórki na dnie przepaści czy pod zwałami betonu). GPS nie wskaże ci drogi do Nieba, chyba że „Głosem Pana i Stwórcy”! Skype nie połączy cię z żadnym umarłym. Człowiek jest zdolny kroczyć po powierzchni Księżyca, ale nie potrafi zbadać drugiej strony śmierci. Czyste upokorzenie dla naszej arogancji!

Kto wobec niej nie doświadcza zawrotów głowy? Oto stoisz wobec wielkiej niewiadomej, na progu niezbadanego świata, przed głębią, z której nikt nie wraca, przed upadkiem w przepaść, której dna nie widać.

Człowiek może manipulować życiem, ale śmierci nie usunie. Może dokonać klonowania, ale przejścia nie uniknie. Jedyne, czego może technicznie dokonać, to sprowokować ją, uprzedzić jej godzinę. Jednakże… nie uprzedzajmy!

* Jutro zmasakrowany? Dziś zamordowany!

Czy tego chcę czy nie, czy o tym myślę czy nie, tak to jest: śmierć jest częścią życia na jego ziemskim etapie, tak samo jak i narodziny. Omijanie jej w nieskończoność, unikanie, usuwanie niczemu nie służy. Nie jestem strusiem. Chcę spojrzeć jej prosto w twarz, zobaczyć, czym ona jest naprawdę, a nie co robią z niej media. To pierwszy krok, by zażegnać strach przed nią.

Paradoksalnie, jeśli pomijam rzeczywistość śmierci, to smak życia usycha u samego źródła. Zresztą kto chciałby naprawdę nieskończonego ziemskiego życia? Szczerze, czy marzyłeś kiedyś, żeby żyć 888 888 lat? Albo choćby 888 lat? Pomijając gigantyczny problem demograficzny naszej planety uginającej się pod tysiącami miliardów mieszkańców, kto naprawdę miałby ochotę poznać doświadczenia, nędze i cierpienia bez perspektywy ostatecznego końca?

Jednakże wszyscy zawsze marzymy, żeby żyć na zawsze… Co oznacza więc to współistnienie w nas niechęci do cierpienia i niepohamowanego pragnienia wieczności? Pragnienia wciąż odpychanego.

Myślimy, o przyszłości, żeby nie myśleć o wieczności, a wieczność zabiera nas mimo wszystko. Bóg zbiera nas jak zielone jeszcze owoce, które trzeba odrywać od gałęzi (Gustave Thibon).

Ogołacając śmierć z jej znaczenia, godzimy w sens życia: w jego znaczenie, w jego orientację i kierunek. Jeśli życie jest odcięte od swojego kresu, jeśli wspinaczka nie kończy się już szczytem, jeśli przeprawa nie ma już brzegu, na którym można wylądować: to po co, po co jeszcze żyć?

Na dnie rozpaczy współczesnego świata zachodniego tkwi mord na nadziei. Jeśli jeszcze nie wykrwawiła się na naszych ulicach, to w każdym razie pozwoliliśmy tej kruchej panience dygotać ze strachu w naszych sercach. Zmasakrowaliśmy to, co jest tam, poza, a więc zamordowano to, co jest tu.

Zamartwiamy się widząc wszystko w czarnych barwach, dzień i noc poddajemy się czarnym myślom, wpadamy z jednego przygnębienia w drugie, tworzymy społeczeństwo w ostrej depresji, ale to nieuniknione, jeśli śmierć jest tylko śmiercią. Jest jedynie betonową ścianą, o którą się rozbijamy. Trzeba koniecznie powrócić do pierwszej przyczyny naszej zbiorowej depresji, jaką jest odcięcie od samego Źródła życia.

Nasz wieczorny SOS dla wszystkich: „A myśmy się spodziewali…” (Łk 24,21). Nadzieja odeszła w przeszłość. Jest przestarzała! Wyobcowana! Wyszła z użycia! Trzeba koniecznie odciąć się od tego śmiertelnego przesunięcia czasowego! Wyrwać się z tego anachronizmu pogrzebanej nadziei: przejść od Wielkiego Piątku do poranka Zmartwychwstania.

Chantal ma siedem lat kiedy traci tatę i mamę. Powie: „Nagle dowiedziałam się, jak bardzo śmierć jest bliska, zaskakująca, że każdy może umrzeć nie wiadomo kiedy. Jednak nadało to mojemu życiu, temu życiu tu i teraz, niezrównany smak. Każdego ranka dziwię się i cieszę, że jestem żywa”9.

 

Wszystko to podkreśla konieczność, aktualność rzucenia Bożego światła na tę konieczną strefę naszej egzystencji, która pozbawiona oślepiającego słonecznego światła, pozostaje jedynie gęstymi ciemnościami.

Oto bowiem bajeczna wiadomość dnia: wiem już, czym jest ta śmierć, która szaleńczo mnie fascynuje i terroryzuje. Wiem, co jest po drugiej stronie. Znam jej ukryte oblicze. Ktoś je zbadał. Tę nieprzebytą ścianę ktoś przeszedł w przeciwnym kierunku, robiąc w niej wyłom, którego nic i nikt już nigdy nie zamknie.

Śmierć nie jest już zagadką: jest tajemnicą, to znaczy rzeczywistością, która mnie oślepia czy raczej olśniewa, ale mocą światła10.

Dlaczego? Jak? Po prostu dlatego, że Autor wszelkiego życia, Artysta dzieła stworzenia, Twórca mojego poczęcia, mój Rodzic numer jeden, Wynalazca mojego istnienia sam przyszedł objawić mi rzeczywistość, dać mi do niej klucz, otworzyć przede mną jej sekret, odsłonić jej tajemnicę, odszyfrować znaczenie: kierunek, sens a przede wszystkim orientację: Orient – wschodzące słońce, które z horyzontu gdzieś w przyszłości rzuca swoje promienie na moje dzisiejsze życie.

Pozwólmy więc Życiu, by osobiście oświecało nas, od wewnątrz, co do tej zagadkowej śmierci, która od dziś nie będzie mogła tak się nazywać – śmierć. To słowo jest przestarzałe, bo została objawiona rzeczywistość. Więcej: podjęta, przemierzona, a więc zwyciężona.

* Buntujesz się wobec niej? Bóg tym bardziej!

Bo śmierci Bóg nie uczynił

i nie cieszy się z zagłady żyjących.

Stworzył bowiem wszystko po to, aby było.

Mdr 1,13-14

„Dobrze wiem, że trzeba pójść do szpitala, żeby umrzećPrzepraszam, żeby nie umrzeć. Ale ja nie chcę umierać!” – woła ośmioletnia Helenka dotknięta miopatią.

Jest to też krzyk samego Boga. Pierwotny krzyk skierowany do pierwszej Ewy?: „Nie chcę, żebyś umarła!”. On dał im życie, iskrę własnego nieśmiertelnego życia, życia na zawsze, życia na wieki. Jednak i tu już mamy do czynienia ze świętością męczennika. Ofiara prosi Boga za swoim oprawcą: to krzyk jej krwi, którego słucha Bóg. By dobrze ukazać, że śmierć wypływa z grzechu, pierwszym, który tego doświadczył, był czwarty człowiek (Abel) zamordowany z nienawiści, z zazdrości. Łzy i krzyki pierwszej Ewy są na ziemi echem łez i krzyku Boga.

Tajemnica losu ludzkiego ujawnia się najbardziej w obliczu śmierci; jednakże człowiek instynktem swego serca słusznie osądza sprawę, jeśli wzdryga się przed całkowitą zagładą i ostatecznym końcem swej osoby, i myśl o tym odrzuca. Zaród wieczności, który nosi w sobie, jako niesprowadzalny do samej tylko materii, buntuje się przeciw śmierci. Ta naturalna odraza do śmierci i ten zalążek nadziei nieśmiertelności znajduje uzasadnienie i spełnienie w wierze chrześcijańskiej11.

Życie nie wymyśliło śmierci! Nie, i jeszcze raz nie! To bunt przeciwko Życiu, u samego jego źródła, umożliwił wtargnięcie, inwazję, włamanie się tej złodziejki i gwałcicielki: śmierci12. Jednym słowem Bóg określa jej twórcę: „To nieprzyjaciel tak uczynił!”; jednym słowem również odszyfrowuje jej imię: ludobójstwo. Od początku.

Nic innego nie wzbudza takiego buntu Boga. Jest On w stanie permanentnego buntu przeciwko temu intruzowi, który zjawia się, by nękać Jego arcydzieło. Nie może znieść śmierci, nie toleruje jej, nie uznaje.

Bunt, który nie jest ani bierny, ani bezsilny jak mój, ale energiczny, dynamiczny, skuteczny.

Sam Stwórca uczyni swoim to ciało – moje, twoje – do którego przystąpi ten mroczny kosiarz, by zmierzyć się z nim twarzą w twarz, stanąć w szranki w nieubłaganej walce wręcz. Pewnego dnia da mu się zwyciężyć, na kilka godzin, by potem pokonać go na zawsze. Zmiażdżony, skruszony przez niego, pojawia się, wyrywając się z jego szponów i paszczy, by teraz z kolei samemu pokonać go, zmiażdżyć, skruszyć. Ostatecznie. Jezus czyni się zabójcą: zabija śmierć! Zabójca ją zabija!

On chce dzielić to ostateczne zwycięstwo ze mną, z tobą. Śmierć, jak wąż z rozdeptaną głową, porusza jeszcze swoim mściwym ogonem. Ale my wiemy z całkowitą pewnością: „Jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć” (1 Kor 15,26). I będę mógł – już niedługo – rzucić jej szalony okrzyk radości: „Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo?” (1 Kor 15,55). Co odpowie? Nie będzie żadnej odpowiedzi. Nawet pomruku rannej lwicy. Śmierć jest śmiertelna. Amen! Alleluja!

On nie poddał się śmierci: przyjął ją. Nie został przez nią pokonany, ale ją przekroczył13. Jak przekracza się spiżową bramę. Odtąd śmierć nie jest już śmiercią. Pies – może umrzeć. Drzewo – może umrzeć. Nawet gwiazda może umrzeć. Jednak ludzkie serce umrzeć nie może. Nigdy. To niemożliwe. Chciałbym być przez chwilę prezesem Akademii Francuskiej, by na zawsze wykreślić z naszego języka to posępne słowo w odniesieniu do ludzkiej istoty. To kłamstwo. Parodia. Oszustwo.

* Boisz się? Płaczesz? Bóg tym bardziej!

Ponieważ zaś dzieci mają udział we krwi i w ciele,

dlatego i On także bez żadnej różnicy otrzymał w nich udział,

aby przez śmierć pokonać tego,

który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła,

i aby uwolnić tych wszystkich,

którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli.

Hbr 2,14-15

Śmierć. Któż więc się jej nie boi? Kogo ona nigdy nie przeraziła, nie sterroryzowała? Czyż nie jest to jej pierwszy sposób na pokonanie nas? Cała moja natura się hardo sprzeciwia: śmierć w najwyższym stopniu występuje przeciw naturze. Plądruje, pustoszy, niszczy naturę zrodzoną z Życia i stworzoną dla życia.

Sprzeczne z naturą jest to brutalne oddzielenie ciała i duszy, które są nierozerwalnie z sobą złączone: twoja dusza wyrażająca się poprzez ciało, twoje ciało ukazujące duszę14.

Do tego stopnia stworzone jedno dla drugiego, że nie będziesz mógł zaznać w pełni szczęścia, zanim twoja dusza – chwilowo wyrwana z ciała – nie odnajdzie go w chwale. Jednak nie uprzedzajmy.

Gdyby człowiek był jedynie udoskonaloną małpą, śmierć byłaby postrzegana jako normalna i naturalna. Skoro jednak wywołuje taki bunt, to mamy wpisany w nasze ludzkie geny instynkt boskiej nieśmiertelności15.

Jezus doświadczył mojego lęku nie tylko, by go do głębi ukoić, uświęcić, ale jeszcze, by go zażegnać. Wziął na siebie mój lęk, by dać mi swoją odwagę w obliczu wściekłości zabójcy, swoją dziecięcą ufność wobec zbliżającej się ostatniej godziny.

Tak, sam Bóg w Jezusie miał udział w twojej śmierci. Zasmakował jej goryczy. Znosił ją w cierpieniu czy raczej ociekał krwawymi skrzepami. „Z głośnym wołaniem i płaczem za swych dni doczesnych zanosił On gorące prośby i błagania” (Hbr 5,7) do Ojca, by oddalił od Niego tę przerażającą śmierć, najbardziej haniebną, najgorszą torturę, jaką może wymyślić okrucieństwo szatana.

Jednak przeżył ciemne doświadczenie śmierci, by otworzyć cię na jasną nadzieję. Zanurzył się w niej, by ją przekroczyć, by do głębi nasycić ją miłością i w ten sposób sprawić, by lęk rozproszył się w spokojnej ufności16. I to nie usuwając jej, nie porażając, nie unikając.

Nie bój się więc bać! Przechodziła przez to nawet mała Tereska. Na osiemnaście dni przed tym nim odeszła, mówiła: „Nie boję się tego, co będzie potem, tego jestem pewna. (…) Pierwszy raz tego doświadczyłam, ale od razu zdałam się całkowicie na Boga”17.

Wracają do mnie poruszające słowa Cassie18, szesnastolatki, która zapłaciła własną krwią za pragnienie przekazywania innym miłości Jezusa. Przeglądając jej poruszający dzienniczek trafiam na:

Musisz być w każdej chwili gotowa, by wejść od razu w wieczność… Jeśli nie wiesz dla kogo oddać życie, to nie warto żyć… Czuję, że oddam życie dla Boga. To trudne, ale tak piękne, bo On oddał swoje życie za mnie.

Teraz całe światło, które ja – czy raczej Pan za moim pośrednictwem – rzucę na tę tajemnicę, rozproszy powoli ten lęk, a przynajmniej go ukoi, odbierze mu zdolność kąsania, jakby to była zdezynfekowana rana. Będzie pewnie jeszcze boleć, ale nie będzie ropieć, a więc nie będzie wywoływać stanów zapalnych w twoim organizmie.

Ta siostrzyczka, która wprowadza nas w szczęście

Śmierć i siostra! Jaka sprzeczność! Dwa określenia całkowicie przeciwstawne! Nie sposób ich połączyć! A jednak… Biedaczyna z Asyżu pozwala sobie na takie szaleństwo: cóż więc czyni na łożu śmierci, gdy łagodnie gaśnie jego lampa? Śpiewa. Co za zgorszenie! Chcą zmusić go do milczenia, nie daje się. To zbyt szokujące! Nie do zniesienia. (Przy odejściu jego siostrzyczki Teresy, setki skowronków przylecą nagle i będą świergotać zapamiętale ku radości Teresy, ale ku rozpaczy jej sióstr).

Co śpiewa? Pieśń, zwaną Pieśnią słoneczną, ułożoną w ogródku w San Damiano, gdy jego oślepłe oczy nie mogą już nawet kontemplować łagodnego światła Umbrii. Oto wymyśla na poczekaniu nową zwrotkę: „Panie, bądź pochwalony przez naszą siostrę śmierć cielesną, której żaden żyjący człowiek ujść nie zdoła”. Ta, której tak się boimy, ma być siostrzyczką? Siostrzyczką jest ten przerażający gość, ten złowróżbny kosiarz, ta okrutna złodziejka? Czy to możliwe? On chyba majaczy19.

Przenosimy się z Asyżu do Dibamba (Kamerun). Oto młody Robert Naoussi20. Siostrzyczka opatrując mu rany (15 godzin na każde bandażowanie) szepnęła nieśmiało: „Może już wkrótce zobaczysz Boga”. Jego odpowiedź jest jak płomienna strzała: „Ale… to jest właśnie szczęście!”. Oczy błyszczą mu jak migocące gwiazdy21.

Inne książki tego autora