3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Hyperion

Tekst
Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Hyperion
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

JEDEN

DWA

TRZY

CZTERY

PIĘĆ

SZEŚĆ

EPILOG


Tytuł oryginału: Hyperion

Copyright © 1989 by Dan Simmons

Copyright for the Polish translation © 2015 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Vanrad

Redaktor serii: Andrzej Miszkurka

ISBN 978-7480-593-3

Wydanie III

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60

e-mail kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

To dla Teda.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Konsul Hegemonii siedział na tarasie swojego czarnego jak heban statku kosmicznego i grał Preludium cis-moll Rachmaninowa na wiekowym, ale dobrze utrzymanym steinwayu. Ogromne, zielone, jaszczurokształtne bestie przewalały się z jazgotem w rozpościerających się poniżej bagniskach. Od północy nadciągała burza: na tle sinoczarnych chmur rysował się las olbrzymich drzewiastych paproci, na wzburzonym niebie kłębiły się dziewięciokilometrowej wysokości stratocumulusy, fale błyskawic przebiegały po widnokręgu. Bliżej, przy samym statku, ledwie widoczne gadzie sylwetki zderzały się od czasu do czasu z polem siłowym i, rycząc donośnie, przepadały w błękitnej mgle. Skoncentrowany na wyjątkowo trudnym fragmencie Preludium konsul nie zwracał uwagi na burzę i zapadający zmrok.

Zabrzęczał komunikator podłączony do hiperłącza.

Konsul przestał grać, znieruchomiał z rękami zawieszonymi nad klawiaturą i czekał. Grzmot przetoczył się w dusznym powietrzu. Od strony lasu dało się słyszeć żałobne zawodzenie sfory padlinożerców. Gdzieś w ciemności jakieś zwierzę z ptasim móżdżkiem donośnym trąbieniem obwieściło swoją obecność i umilkło. Basowe buczenie pola siłowego podkreślało niespodziewaną ciszę.

Odbiornik zabrzęczał po raz drugi.

– Szlag by to... – mruknął konsul i wstał od fortepianu.

Czekając, aż komputer przetworzy i zdekoduje wiązkę rozpadających się tachionów, nalał sobie szkockiej i rozsiadł się na poduszkach w salonie projekcyjnym. Wyświetlacz zamrugał na zielono.

– Odtwórz – polecił konsul.

– Zostałeś wybrany do powrotu na Hyperiona – zabrzmiał schrypnięty kobiecy głos.

Obraz jeszcze się nie uformował, w powietrzu wyświetlały się na razie tylko pulsujące kody transmisji, z których wynikało, że strumień tachionów pochodzi z Centralnej Tau Ceti, ośrodka administracyjnego Hegemonii. Konsul nie potrzebował cyfrowych danych nadawcy, żeby to stwierdzić – od razu rozpoznał niemłody już, lecz nadal piękny głos Meiny Gladstone.

– Zostałeś wybrany do powrotu na Hyperiona jako członek Pielgrzymki do Dzierzby – powiedziała.

Co ty powiesz, pomyślał konsul, i wstał z zamiarem wyjścia z salonu.

– Oprócz ciebie Kościół Dzierzby wybrał jeszcze sześcioro innych ludzi – ciągnęła Meina Gladstone. – Skład pielgrzymki został zatwierdzony przez Wszechrzecz. Twój udział leży w interesie całej Hegemonii.

Konsul stał nieruchomo, zwrócony plecami do migających kodów. Nie odwracając się, podniósł szklankę do ust i dopił szkocką.

– Sytuacja jest bardzo skomplikowana – ciągnęła znużonym tonem Gladstone. – Trzy standardowe tygodnie temu konsulat i Rada Lokalna poinformowali nas przez hiperłącze, że zanosi się na otwarcie Grobowców Czasu. Otaczające je pole antyentropijne rozszerzało się gwałtownie, a Dzierzbę widywano coraz dalej na południe, aż przy Górach Brzeżnych.

Konsul odwrócił się i opadł na poduszki. Przez ten czas projektor zdążył już wyświetlić hologram wiekowej twarzy Meiny Gladstone. Oczy miała nie mniej zmęczone od głosu.

– Z Parwati bezzwłocznie wysłano grupę uderzeniową ARMII:kosmos z zadaniem ewakuowania z Hyperiona obywateli Hegemonii zanim Grobowce się otworzą. Ich dług czasowy wyniesie nieco ponad trzy hyperiońskie lata.

Gladstone zawiesiła głos. Konsul doszedł do wniosku, że nigdy przedtem nie widział przewodniczącej Senatu w tak posępnym nastroju.

– Nie wiemy, czy flota ewakuacyjna dotrze na czas – mówiła dalej – ale to jeszcze nie koniec naszych problemów. Wykryliśmy zbliżający się do Hyperiona klaster migracyjny Wygnańców, liczący co najmniej cztery tysiące... jednostek. Nasza ekipa ewakuacyjna powinna ich nieznacznie wyprzedzić.

Konsul dobrze rozumiał wahanie Gladstone. Klaster migracyjny Wygnańców mógł się składać z obiektów różnej wielkości – od jednoosobowych kanonierek po zamieszkane przez dziesiątki tysięcy międzygwiezdnych barbarzyńców puszkomiasta i forty kometarne.

– Połączone kolegium szefów sztabu ARMII uważa, że to wielka ofensywa Wygnańców – ciągnęła Gladstone. Komputer pokładowy wyświetlał hologram w takim miejscu, że jej smutne piwne oczy patrzyły jakby wprost na konsula. – Nie wiemy jeszcze, czy chcą tylko zawładnąć Hyperionem i Grobowcami Czasu, czy też przypuścić frontalny atak na Sieć. Na wszelki wypadek flota bojowa ARMII:kosmos, z batalionem inżynieryjnym wykwalifikowanym do budowy transportalu, wyruszyła już z układu Camn, żeby dołączyć do sił ewakuacyjnych, ale, w zależności od rozwoju sytuacji, wydane jej rozkazy mogą jeszcze zostać cofnięte.

Konsul pokiwał głową i machinalnie podniósł szklankę do ust. Skrzywił się, gdy okazało się, że jest pusta, i rzucił ją na gruby dywan wyściełający salon projekcyjny. Nie musiał mieć wojskowego wyszkolenia, żeby zrozumieć powagę decyzji taktycznej, przed jaką stanęli Gladstone i szefowie sztabu. Bez wojskowego transportalu, którego pośpieszna budowa pociągnęłaby za sobą astronomiczne koszty, stawienie czoła inwazji Wygnańców w układzie Hyperiona będzie niemożliwe. Gdyby zaś flota rzeczywiście zdążyła postawić transportal, i Hegemonia rzuciłaby całe siły ARMII do obrony leżącego na uboczu Hyperiona, Wygnańcy mogliby zaatakować inny z przygranicznych światów albo – gdyby sprawdził się najczarniejszy scenariusz – przechwycić hyperioński transportal i przeniknąć w głąb Sieci. Konsul ze zgrozą usiłował sobie wyobrazić zastępy uzbrojonych po zęby Wygnańców, rozlewające się poprzez transportale po bezbronnych miastach na stu planetach.

Przeszedł przez hologram Meiny Gladstone, podniósł szklankę i dolał sobie whisky.

– Zostałeś wybrany do udziału w Pielgrzymce do Dzierzby – mówił wizerunek starej przewodniczącej, którą prasa uwielbiała porównywać do Lincolna, Churchilla, Alvarez-Temp czy innej pre-hidżryjskiej legendy, która była akurat na topie. – Templariusze wysyłają drzewostatek Yggdrasill. Dowódca sił ewakuacyjnych ma rozkaz go przepuścić. Za cenę trzytygodniowego długu czasowego możesz się spotkać z Yggdrasillem, zanim ten wykona skok kwantowy z układu Parwati. Na pokładzie będzie już pozostała szóstka pielgrzymów wskazanych przez Kościół Dzierzby. Z naszych informacji wywiadowczych wynika, że co najmniej jedno z siedmiorga pielgrzymów jest agentem Wygnańców. W tej chwili... nie możemy stwierdzić, o kogo chodzi.

Konsul nie mógł się nie uśmiechnąć. Gladstone na pewno miała świadomość, jakie ryzyko podejmuje – musiała liczyć się z tym, że to właśnie on jest obcym agentem i że kiedy się z nim skontaktuje, strategiczne informacje trafią prosto do Wygnańców... Tylko czy naprawdę powiedziała mu coś ważnego? Ruchy floty będą łatwe do wykrycia, gdy tylko zostaną uruchomione napędy Hawkinga. Co więcej, gdyby rzeczywiście był szpiegiem, słowa przewodniczącej mogłyby go wystraszyć. Spoważniał i napił się szkockiej.

– Wśród pielgrzymów są Sol Weintraub i Fedmahn Kassad – dodała Gladstone.

Konsul spochmurniał jeszcze bardziej. Spojrzał na chmurę cyfr migoczącą niczym drobinki kurzu wokół twarzy kobiety. Do końca transmisji pozostało piętnaście sekund.

– Potrzebujemy twojej pomocy – mówiła Gladstone. – Tajemnice Grobowców Czasu i Dzierzby muszą zostać rozwikłane, a ta pielgrzymka może być naszą ostatnią szansą. Jeżeli Wygnańcy podbiją Hyperiona, należy za wszelką cenę wyeliminować ich szpiega i zapieczętować Grobowce. Od tego może zależeć los Hegemonii.

 

Przekaz dobiegł końca, pozostały po nim tylko współrzędne punktu spotkania.

– Odpowiedź? – zapytał komputer pokładowy.

Wymagałoby to ogromnego wydatku energetycznego, ale statek był w stanie wstrzyknąć krótki, zaszyfrowany przekaz impulsowy w nieustającą paplaninę na hiperłączach spajających skolonizowaną część galaktyki.

– Nie – odparł konsul.

Wyszedł na taras i oparł się o balustradę. Zapadła noc, chmury wisiały bardzo nisko. Nie było widać gwiazd. Nieprzeniknioną ciemność mąciły tylko sporadyczne rozbłyski piorunów na północy i łagodna poświata fosforyzujących mokradeł. Konsul nagle bardzo wyraźnie uświadomił sobie, że jest w tej chwili jedyną istotą rozumną na nienazwanej planecie. Wsłuchując się w dobiegające z bagien odgłosy przedpotopowej nocy, rozmyślał o poranku: mógłby wyruszyć vikkenem EM o świcie, przez cały dzień pławić się w blasku słońca, zapolować na grubego zwierza w paprociowych lasach na południu, a wieczorem wrócić na statek, zjeść smaczny stek i popić go zimnym piwem. Wyobrażał sobie przejmującą radość polowania i równie przejmującą otuchę płynącą z samotności – samotności, na którą zapracował sobie bólem i koszmarem, jakich doświadczył na Hyperionie.

Hyperion.

Wrócił do kabiny. Zdążył jeszcze wciągnąć taras i uszczelnić kadłub tuż przed tym, jak spadły pierwsze ciężkie krople deszczu. Wszedł kręconymi schodami na górę, do mieszczącej się w dziobie statku sypialni. Okrągłą kajutę rozjaśniały tylko bezgłośne eksplozje błyskawic, wyławiające z mroku strużki deszczówki na świetliku. Rozebrał się, położył na wznak na twardym materacu, włączył system audio i zewnętrzne mikrofony. Furia burzy zmieszała się z gwałtownością wagnerowskiego Cwałowania walkirii. Huraganowa wichura wstrząsała statkiem. Łoskot gromów wypełniał kabinę, gdy świetlik rozbłyskiwał bielą, która wypalała powidoki na siatkówkach oczu konsula.

Wagner nadaje się tylko do burz, pomyślał. Zamknął oczy, ale pioruny przeświecały przez powieki. Przypomniał sobie skrzące się w słońcu kryształki lodu, niesione wiatrem wśród niskich wzgórz wokół Grobowców Czasu, i zimniejsze od nich lśnienie stali na niewyobrażalnym, najeżonym metalowymi cierniami drzewie Dzierzby. Przypomniał sobie przeszywające noc krzyki i krwaworubinowe spojrzenie stufasetowych oczu Dzierzby.

Hyperion.

Bezgłośnie polecił komputerowi wyłączyć głośniki i zakrył oczy przedramieniem. W ogłuszającej ciszy rozmyślał o szaleństwie, jakim byłby powrót na Hyperiona. Podczas jego jedenastoletniej służby konsularnej na tym odległym, zagadkowym świecie, tajemniczy Kościół Dzierzby kilkanaście razy wyraził zgodę, żeby przybyli spoza planety pielgrzymi wyruszyli barką na północ, za góry, na smagane wiatrem pustkowia wokół Grobowców Czasu. Nikt stamtąd nie wrócił – a działo się to jeszcze w dawnych, dobrych czasach, gdy Dzierzba był więźniem pływów czasu i niepojętych sił, pole antyentropijne rozpościerało się zaledwie na kilkadziesiąt metrów wokół Grobowców, a Hyperionowi nie zagrażał najazd Wygnańców.

Pomyślał o Dzierzbie przemieszczającym się swobodnie po całym Hyperionie; o milionach tubylców i tysiącach obywateli Hegemonii bezbronnych w obliczu istoty, która nic sobie nie robi z praw fizyki i porozumiewa się wyłącznie poprzez śmierć.

Mimo że w kajucie było ciepło, przeszedł go dreszcz.

Hyperion.

Noc dobiegła końca, wraz z nią minęła burza, ale kolejny gwałtowny front mknął tuż przed zbliżającą się jutrzenką. Chłostane wiatrem dwustumetrowe drzewiaste paprocie gięły się jak trzciny. Tuż przed brzaskiem hebanowy statek konsula wzniósł się na słupie błękitnej plazmy, przebił coraz grubszą warstwę chmur i zaczął się piąć ku otwartemu kosmosowi i wyznaczonemu miejscu spotkania.

JEDEN

Konsul obudził się z tym szczególnym bólem głowy, suchością w gardle i wrażeniem zapomnienia tysiąca wizji sennych, jakie pozostawia po sobie sen kriogeniczny. Zamrugał, dźwignął się do pozycji siedzącej na niskiej leżance i półprzytomnie odlepił ostatnie przyczepione do ciała czujniki. W pozbawionej okien jajowatej kajucie towarzyszyły mu dwa bardzo niskie klony załogowe i jeden bardzo wysoki templariusz w płaszczu z kapturem. Jeden z klonów podał mu szklankę soku pomarańczowego, którym tradycyjnie witano ludzi wybudzonych z kriogenicznego snu. Konsul przyjął ją z wdzięcznością i pił łapczywie.

– Drzewo dzielą od Hyperiona dwie minuty świetlne i pięć godzin lotu – powiedział templariusz.

Konsul zdał sobie sprawę, że ma przed sobą Heta Masteena, kapitana drzewostatku templariuszy i Prawdziwy Głos Drzewa. Miał mętną świadomość, że to wielki zaszczyt, zostać obudzonym osobiście przez kapitana, ale na razie był zbyt otumaniony skutkami kriosnu, żeby należycie to docenić.

– Inni nie śpią już od kilku godzin. – Het Masteen gestem odprawił klony. – Zebrali się na dziobowej platformie jadalnej.

– Hhrghn – powiedział konsul. Napił się soku, odkaszlnął i spróbował jeszcze raz: – Dziękuję ci, Hecie Masteenie – wykrztusił.

Rozejrzawszy się po jajowatej kajucie – kobierzec ciemnej trawy na podłodze, przezroczyste ściany, żebrowanie z giętego jazodrzewia – doszedł do wniosku, że znajduje się w jednym z mniejszych strąków mieszkalnych. Przymknął oczy i spróbował sobie przypomnieć spotkanie z Yggdrasillem, tuż przed tym, gdy statek templariuszy dokonał skoku kwantowego.

Przypomniał sobie, jak szykując się do cumowania, pierwszy raz zobaczył kilometrowej długości drzewostatek. Szczegóły widoku rozmywały się w zdublowanym polu siłowym generowanym przez maszyny i ergi, które otaczało jednostkę jak kulisty obłok mgły. Mimo to było widać, że ulistniona masa mieni się tysiącami światełek – łagodnie prześwietlały liście i cienkie ścianki strąków mieszkalnych, lśniły na niezliczonych platformach, pokładach, mostkach, schodach i w altanach. Przy rufie skupiły się kuliste moduły napędowe i ładunkowe, podobne do przerośniętych galasów. Błękitnofioletowe smugi kondensacyjne snuły się za statkiem jak długie na dziesięć kilometrów korzenie.

– Inni czekają – przypomniał półgłosem Het Masteen i skinieniem głowy wskazał poduszki, na których złożono bagaż konsula, czekający teraz na otwarcie.

Podczas gdy templariusz w zadumie podziwiał jazodrzewiowe dźwigary, konsul ubrał się w półoficjalny strój wieczorowy: luźne czarne spodnie, wyglansowane wysokie buty, koszulę z białego jedwabiu wydymającą się w talii i na łokciach, pochodzącą z Carvnel ozdobioną topazem spinkę do kołnierzyka, krótki czarny płaszcz z epoletami połyskującymi karmazynem Hegemonii, oraz miękki trójgraniasty kapelusz w złotym kolorze. Fragment zakrzywionej ściany zmienił się w lustro, w którym mógł się przejrzeć – zobaczył człowieka w wieku nieco dojrzalszym niż średni, elegancko ubranego, opalonego, z dziwnie bladymi plamami poniżej smutnych oczu. Zmarszczył brwi, skinął głową i odwrócił się plecami do lustra.

Zakapturzony templariusz dał mu znak gestem i razem wyszli przez otwór, który pojawił się w strąku, na biegnący w górę chodnik, który zakręcał i znikał im z oczu za litą ścianą pokrytego korą pnia drzewostatku. Konsul zawahał się, zszedł na skraj chodnika... i natychmiast się cofnął. Przepaść mierzyła co najmniej sześćset metrów (sztuczne ciążenie – równe jednej szóstej ziemskiego, a wytwarzane przez spętane u nasady drzewa sfery osobliwości – pozwalało odróżnić „dół” od „góry”), a chodnik nie miał barierki.

W milczeniu podjęli wędrówkę na górę. Trzydzieści metrów i pół obwodu pnia dalej porzucili spiralny chodnik na rzecz delikatnego mostu wiszącego i dotarli do konara o pięciometrowej średnicy, po którym zaczęli oddalać się od pnia. Kierowali się w stronę gęstego skupiska liści mieniących się w blasku hyperiońskiego słońca.

– Czy mój statek został wyprowadzony z hangaru? – zainteresował się konsul.

– Zatankowany i gotowy do startu czeka w sferze numer jedenaście – odparł Het Masteen.

Znaleźli się w cieniu pnia. W czarnych przestrzeniach pośród liści zapłonęły gwiazdy.

– Pozostali pielgrzymi zgodzili się skorzystać z pańskiego statku podczas lądowania na Hyperionie, jeśli tylko dowództwo ARMII wyda stosowne pozwolenie – dodał templariusz.

Konsul przetarł oczy. Żałował, że nie dano mu więcej czasu, żeby doszedł do siebie po lodowatych uściskach kriosnu.

– Macie kontakt z flotą ewakuacyjną?

– Naturalnie. Wywołali nas, gdy tylko zakończyliśmy skok kwantowy. Od tamtej pory jesteśmy... eskortowani przez okręt wojenny Hegemonii.

Masteen wskazał niebo nad głową.

Konsul zmrużył oczy i spojrzał w górę, ale w tej samej chwili górne gałęzie obracającego się powoli drzewa wynurzyły się z cienia i rozległe połacie liści zapłonęły słonecznymi kolorami. Nawet tam, gdzie nadal zalegał cień, gnieżdżące się nad chodnikami żarptaki lśniły jak japońskie lampiony, światłopnącza rozświetlały wiszące mosty, a ziemskie świetliki i muślinki z Maui-Przymierza, które z tajemniczym mruganiem przemierzały liściaste labirynty, mieszały się z gwiezdnymi konstelacjami w sposób zdolny zmylić najlepszych gwiezdnych nawigatorów.

Het Masteen wsiadł do kosza windy zawieszonego na linie z włókna węglowego, której drugi koniec ginął gdzieś wśród trzystu metrów gałęzi nad ich głowami. Konsul poszedł w jego ślady i kosz bezszelestnie ruszył do góry. Chodniki, strąki i platformy były dziwnie puste, jeśli nie liczyć kilku templariuszy i ich malutkich pomocników, klonów. Wcześniej, przez wypełnioną gorączkowym pośpiechem godzinę, która upłynęła od zacumowania na drzewostatku, do momentu, gdy zapadł w sen, też nie widział żadnych intruzów, ale wtedy tłumaczył to sobie bliskością skoku kwantowego i domniemywał, że pasażerowie spoczywają bezpiecznie na leżankach kriogenicznych. Teraz jednak statek poruszał się z prędkością daleką od relatywistycznej, i wśród gałęzi powinno się wprost roić od gapiów.

Zwrócił na to uwagę templariuszowi.

– Wy, szóstka pielgrzymów, jesteście naszymi jedynymi pasażerami – odparł Masteen.

Kosz zatrzymał się w gąszczu listowia. Templariusz wysiadł i stanął na sfatygowanych drewnianych stopniach wiekowego eskalatora.

Konsul zaniemówił ze zdumienia. Przeciętny statek templariuszy (bez wątpienia najlepszy pojazd do podróży międzygwiezdnych) przewoził zwykle od dwóch do pięciu tysięcy ludzi. Drzewostatki rzadko gromadziły dług czasowy większy niż cztery, pięć miesięcy; kursowały na krótkich, widowiskowych trasach wśród gęsto rozmieszczonych układów gwiezdnych, dzięki czemu ich zamożni pasażerowie spędzali w kriośnie absolutne minimum czasu. Kurs Yggdrasilla na Hyperiona i z powrotem oznaczał sześcioletni dług mierzony czasem Sieci oraz – biorąc pod uwagę absolutnie niekomercyjny charakter rejsu – gigantyczne straty finansowe dla templariuszy.

Dopiero chwilę później zdał sobie sprawę, że drzewostatek idealnie nadaje się do mającej wkrótce nastąpić ewakuacji mieszkańców planety, a wtedy wszelkie koszty operacji zostaną pokryte przez Hegemonię. Co w niczym nie zmieniało faktu, że Bractwo Templariuszy podjęło ogromne ryzyko, sprowadzając tak piękną, bezbronną i cenną jednostkę (istniało tylko pięć statków tej klasy) w potencjalną strefę wojny.

– A oto pozostali pielgrzymi – obwieścił Het Masteen, gdy schody wyniosły ich obu na szeroką platformę.

Przy końcu długiego drewnianego stołu zasiadała niewielka grupa ludzi. Nad nimi płonęły gwiazdy (kosmiczna panorama obracała się od czasu do czasu, gdy statek zmieniał kurs), a widoczne z obu boków sferyczne ściany listowia przywodziły na myśl skórkę olbrzymiego owocu. Konsul zorientował się, że znaleźli się na kapitańskiej platformie jadalnej, zanim jeszcze pozostała piątka wstała na powitanie, a Het Masteen zajął miejsce u szczytu stołu. Na lewo od kapitana pozostawiono wolne krzesło dla konsula.

Kiedy wszyscy usiedli i ucichli, Het Masteen dokonał oficjalnej prezentacji. Konsul nie znał pozostałych gości osobiście, ale niektóre nazwiska brzmiały znajomo, a dzięki wieloletniemu doświadczeniu dyplomatycznemu, z łatwością katalogował tożsamości i pierwsze wrażenia.

Po lewej ręce miał księdza Lenara Hoyta, kapłana staroświeckiej chrześcijańskiej sekty katolików. W pierwszej chwili nie skojarzył znaczenia czarnego stroju i koloratki, dopiero potem przypomniał sobie szpital św. Franciszka na Hebronie, gdzie prawie cztery standardowe dziesięciolecia wcześniej odbył alkoholową kurację odwykową po swojej pierwszej – katastrofalnej – misji dyplomatycznej. Poza tym dźwięk nazwiska Hoyta podsunął mu wspomnienie innego księdza, który przepadł bez wieści na Hyperionie mniej więcej w połowie jego kadencji konsularnej.

 

Wedle oceny konsula, Lenar Hoyt był człowiekiem młodym, tuż po trzydziestce, wydawało się jednak, że jakieś wydarzenia z nieodległej przeszłości okrutnie go postarzyły. Ściągnięta twarz, ziemista skóra opięta na kościach jarzmowych, duże, głęboko zapadnięte oczy, wąskie wargi zaciśnięte w permanentnym skurczu i skrzywione w sposób daleki od choćby najbardziej cynicznego uśmiechu, włosy nie tyle przerzedzone, ile wręcz zmasakrowane działaniem promieniowania... Konsul nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ma przed sobą człowieka, który od wielu lat walczy z chorobą – a jednak z zaskoczeniem stwierdził, że pod tą maską skrywanego bólu przetrwał cień chłopca z przeszłości: ledwie widoczny zarys pulchnej twarzy, zdrowej cery i łagodnych ust młodszego, zdrowszego, mniej zgorzkniałego Lenara Hoyta.

Obok księdza siedział człowiek, którego twarz przed laty znali prawie wszyscy obywatele Hegemonii. Ciekawe, pomyślał konsul, czy zbiorowa pamięć mieszkańców Sieci jest obecnie równie krótka jak w czasach, gdy ja tam mieszkałem. Pewnie tak. A może jeszcze krótsza. W takim razie pułkownik Fedmahn Kassad, zwany Rzeźnikiem Bressii Południowej, nie cieszył się już zapewne ani sławą, ani nawet niesławą. Dla ludzi z pokolenia konsula i wszystkich ekspatriantów, których życie toczyło się powolnym, prowincjonalnym rytmem, Kassad nie był człowiekiem, którego łatwo się zapomina.

Pułkownik Fedmahn Kassad – wysoki mężczyzna, niewiele niższy od mierzącego dwa metry wzrostu Masteena – był ubrany w czarny mundur ARMII pozbawiony wszelkich insygniów i odznaczeń. Jego strój był poniekąd podobny do czarnego ubioru Lenara Hoyta, ale sam pułkownik w niczym nie przypominał księdza. W przeciwieństwie do wychudzonego Hoyta, Kassad – mocno opalony i żylasty jak rękojeść bicza – był w świetnej formie. Pod skórą ramion, nadgarstków i szyi rysowały się włókna mięśni. Oczy miał małe, ciemne i wszystkowidzące, niczym obiektywy jakiejś prymitywnej kamery wideo, a rysy ostre i kanciaste – jego twarz cała składała się z cieni, płaszczyzn i faset. Nie była wymizerowana jak twarz Hoyta, wyglądała raczej na wykutą w zimnym kamieniu, a biegnąca wzdłuż żuchwy cienka kreska zarostu dodatkowo uwypuklała wyrazistość jej linii, jak krew podkreślająca ostrze noża. Powolne, wyrachowane ruchy pułkownika przywodziły konsulowi na myśl ziemskiego jaguara, którego dawno temu widział na Lususie, w prywatnym ZOO na statku osiedleńczym. Kassad nie podnosił głosu, nie dało się jednak nie zauważyć, że nawet jego milczenie przykuwa uwagę.

Długi stół wydawał się prawie pusty, po tym jak wszyscy skupili się przy jednym jego końcu. Naprzeciw Fedmahna Kassada siedział mężczyzna, którego Het Masteen przedstawił jako poetę, Martina Silenusa.

Silenus stanowił przeciwieństwo swojego vis-à-vis. Kassad był wysoki i szczupły, Silenus – niski i wyraźnie zapuszczony. W porównaniu z ciosanym w kamieniu obliczem pułkownika, twarz poety była ruchliwa i wyrazista jak u ziemskich naczelnych. Głos miał donośny, chrapliwy, pospolity. Zdaniem konsula, Martin Silenus – z tymi rumianymi policzkami, szerokimi ustami, wysoko zarysowanymi brwiami, lekko szpiczastymi uszami, i wiecznie gestykulującymi dłońmi o długich palcach, których pozazdrościłby mu wirtuoz fortepianu (a także dusiciel) – miał w sobie coś niemal sympatycznie demonicznego. Srebrzyste włosy tworzyły niechlujnie przystrzyżoną grzywkę. Wyglądał na człowieka dobiegającego sześćdziesiątki, ale charakterystyczne sine przebarwienia szyi i dłoni zdradzały, że przeszedł już niejedną kurację poulsenowską, tak że równie dobrze mógł mieć od dziewięćdziesięciu do stu pięćdziesięciu lat standardowych. Jeśli bliżej mu było do tej górnej granicy, to – jak doskonale wiedział konsul – najprawdopodobniej miał nierówno pod sufitem.

O ile Silenus przy pierwszym spotkaniu sprawiał wrażenie krewkiego i hałaśliwego, o tyle jego sąsiad przy stole emanował nie mniej imponującą aurą inteligentnej powściągliwości. Kiedy podczas prezentacji Sol Weintraub podniósł wzrok, uwagę konsula zwróciła krótka siwa broda, pożłobione zmarszczkami czoło i błyszczące smutne oczy słynnego naukowca. Już wcześniej słyszał historię Żyda Wiecznego Tułacza i jego beznadziejnej misji, ale i tak wstrząsnął nim widok niemowlęcia w jego ramionach: Weintraub trzymał na rękach kilkutygodniową Rachel, swoją córkę.

Konsul odwrócił wzrok.

Szóstym pielgrzymem – i jedyną kobietą przy stole – była Brawne Lamia. Kiedy ich sobie przedstawiano, pani detektyw wpatrywała się w konsula z taką natarczywością, że jej spojrzenie ciążyło mu jeszcze długo po tym, gdy odwróciła wzrok.

Lamia – pochodząca z Lususa, gdzie ciążenie wynosiło jeden i trzy dziesiąte ziemskiego – wzrostem zaledwie dorównywała siedzącemu dwa krzesła dalej poecie, ale nawet luźny sztruksowy skafander pokładowy nie maskował jej potężnej muskulatury. Czarne loki opadały na ramiona, brwi rysowały się poziomymi ciemnymi krechami na szerokim czole, nos – ostry i wydatny – podkreślał ptasi charakter profilu. Usta miała szerokie i wyraziste, niemal zmysłowe, leciutko uniesione w kącikach w delikatnym uśmiechu, o którym jednak trudno byłoby powiedzieć, czy jest okrutny, czy tylko figlarny, a ciemne oczy sprawiały wrażenie prowokujących rozmówcę do odkrycia prawdy.

Konsul doszedł do wniosku, że Brawne Lamię można uznać za piękną kobietę.

Gdy prezentacja dobiegła końca, odchrząknął i zwrócił się do templariusza:

– Zapowiadał pan, kapitanie, że pielgrzymów będzie siedmioro. Czy siódmym jest dziecko M. Weintrauba?

Kaptur Heta Masteena poruszył się wolno z boku na bok w geście zaprzeczenia.

– Nie. Tylko ci, którzy świadomie wyruszą na poszukiwanie Dzierzby, mogą być nazywani pielgrzymami.

Przy stole zapanowało lekkie poruszenie. Wszyscy z pewnością wiedzieli to, o czym pomyślał konsul: jeżeli Kościół Dzierzby miał wyrazić zgodę na pielgrzymkę, liczba jej uczestników musiała wyrażać się liczbą pierwszą.

– Ja jestem siódmym pielgrzymem – dodał Het Masteen, templariusz, kapitan drzewostatku Yggdrasill i Prawdziwy Głos Drzewa.

W ciszy, jaka zapadła po tych słowach, Masteen dał znak ręką i gromada klonów podała pielgrzymom ostatni posiłek przed lądowaniem na planecie.

* * *

– Czyli Wygnańców nie ma jeszcze w układzie? – spytała Brawne Lamia. Miała gardłowy, lekko chrapliwy głos, którego brzmienie fascynowało konsula.

– Jeszcze nie – odparł Het Masteen – ale wyprzedzamy ich zaledwie o kilka dni standardowych, nie więcej. W obłoku Oorta układu Hyperiona nasze przyrządy wykryły ślady użycia napędu termojądrowego.

– Czy wybuchnie wojna? – zaniepokoił się Hoyt. Głos miał równie zmęczony jak twarz.

Kiedy nikt nie pośpieszył z odpowiedzią, ksiądz spojrzał w prawą stronę, jakby poniewczasie postanowił skierować swoje pytanie do konsula.

Konsul westchnął. Żałował, że klony podały wino, a nie whisky.

– Kto wie, co zrobią Wygnańcy? – odpowiedział pytaniem. – Raczej nie kierują się już ludzką logiką.

Martin Silenus wybuchnął gromkim śmiechem. Gestykulując kieliszkiem, rozchlapywał wino na boki.

– To żeś, kurwa, wymyślił. Tak jakbyśmy my, ludzie, kiedykolwiek kierowali się ludzką logiką!

Pociągnął solidny łyk wina, otarł usta i znów się zaśmiał.

– Jeżeli rozgorzeją walki – zauważyła Lamia, marszcząc brwi – możemy nie dostać pozwolenia na lądowanie.

– Dostaniemy je – zapewnił ją Het Masteen. Słońce zakradło się pod fałdy kaptura i padło na żółtawą skórę.

– I ocaleni przed pewną śmiercią na wojnie, zginiemy równie pewną śmiercią z rąk Dzierzby – mruknął Hoyt.

– Nie ma śmierci we wszechświecie! – zacytował Silenus głosem, którym (konsul dałby sobie głowę uciąć) obudziłby człowieka z kriosnu.

Poeta dopił wino i uniósł pusty puchar, jakby wznosił toast na cześć gwiazd:

Nigdzie nie odczujesz

Żadnej woni śmiertelnej – a śmierć przyjść powinna.

Zapłacz, zapłacz, o, zapłacz, Cybelo! Twe dzieci

Okrutne – w dreszcz bezsiły przemieniły boga.

Płaczcie, bracia, o, płaczcie! Nie mam żadnej mocy,

Słaby jak trzcina – słaby – słaby jak mój głos,

O, o, ból, ten straszliwy ból słabości! Płaczcie,

Bo ciągle się rozpadam...[1]

Znienacka zawiesił głos, dolał sobie wina i beknął głośno w ciszy, która zapadła po jego recytacji. Pozostała szóstka spojrzała po sobie. Konsul zauważył, że Sol Weintraub uśmiecha lekko – dopóki dziecko nie poruszyło się w jego ramionach i nie odwróciło jego uwagi.

– No tak... – odezwał się niepewnie Lenar Hoyt, jakby próbował pochwycić zgubiony przed chwilą wątek. – Jeżeli konwój Hegemonii odleci, a Wygnańcy zajmą Hyperiona, być może okupacja obejdzie się bez rozlewu krwi i pozwolą nam zająć się swoimi sprawami.

Pułkownik Kassad parsknął cichym śmiechem.