Zimowe nawiedzenie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zimowe nawiedzenie
Zimowe nawiedzenie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Zimowe nawiedzenie
Audio
Zimowe nawiedzenie
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dan Simmons

Zimowe nawiedzenie


Tytuł oryginału

A Winter Haunting ISBN 978-83-8116-800-7 Copyright © 2002 by Dan Simmons All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Redakcja Robert Cichowlas Projekt graficzny okładki Anna Damasiewicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Karen

Oniemiał i pobladł niczym upiór,

jakby to o nim traktowała

historia widmowego ogara wewnątrz ludzkiego ciała1.

— Sir Walter Scott, The Lay of the Last Minstrel,

Pieśń VI, werset 26

Ogary zimy

doganiają mnie.

— Sting, The Hounds of Winter

1 Wszystkie cytaty nieopatrzone odrębnym przypisem zostały przełożone przez tłumacza.

1

Czterdzieści jeden lat po tym, jak umarłem, mój przyjaciel Dale powrócił na farmę, na której zostałem zamordowany. Panowała wtedy ostra zima.

Wiem, co sobie myślicie. Jest taka stara dziennikarska anegdota o tym, jak William Randolph Hearst potrzebował kogoś, kto zająłby się tematem powodzi w Johnstown, więc wysłał tam młodego reportera. To była przełomowa chwila w życiu tego chłopaka. Następnego dnia nowicjusz odesłał Hearstowi telegramem następującą informację: „BÓG ZASIADŁ DZIŚ NA SAMOTNYM WZGÓRZU NAD JOHNSTOWN, BY ZE SMUTKIEM OBSERWOWAĆ GWAŁTOWNOŚĆ NISZCZYCIELSKICH SIŁ NATURY”. Stara gwardia przysięgała, że Hearst nie wahał się nawet dziesięciu sekund, nim nadał odpowiedź: „ZAPOMNIJ O POWODZI. ZRÓB WYWIAD Z BOGIEM”.

Stwierdziłem, że zmarłem czterdzieści jeden lat temu, więc wasza odpowiedź brzmi: Zapomnij o Dale’u. Kogo to obchodzi? Powiedz nam lepiej, jak to jest być martwym — jakie jest życie po życiu? Jak to jest być duchem? Czy istnieje Bóg?

Przynajmniej ja zadałbym takie pytania. Niestety, nie jestem duchem. Nie wiem też nic o życiu pozagrobowym. Kiedy żyłem, nie wierzyłem w duchy, niebo, Boga, duszę przeżywającą ciało, zmartwychwstanie czy reinkarnację, i to się nie zmieniło. Gdybym musiał opisać mój obecny stan istnienia, powiedziałbym, że jestem torbielą pamięci. Dale wyczuwa mnie tak mocno, ponieważ zostałem odcięty i wypalony z reszty jego świadomości przez traumę. To dlatego zdaję się istnieć jako coś większego niż pamięć, a zarazem mniejszego niż życie, stanowiąc niemal dosłowną czarną dziurę w całokształcie wspomnień, uformowaną w zawalisku powstałym na skutek grawitacji smutku.

Wiem, że nie jest to dobre wyjaśnienie, lecz tak naprawdę sam tego nie rozumiem. Wiem tylko, że jestem i że nastąpiło moje „ożywienie” — to może być najlepsze określenie — kiedy Dale zdecydował się powrócić i spędzić zimę na farmie, na której niegdyś mieszkałem i gdzie umarłem.

I nie, nie zachowałem wspomnień z chwili własnej śmierci. Nie wiem na jej temat więcej od Dale’a. Najwyraźniej śmierć, tak jak i narodziny, jest tak ważna, że nie sposób jej sobie przypomnieć.

Za życia byłem zaledwie chłopcem, lecz wystarczająco rozgarniętym i dostatecznie zdeterminowanym, by pewnego dnia zostać pisarzem. Wiele lat przygotowywałem się do tego — uczyłem się pracy ze słowem — wiedząc, że upłynie jeszcze mnóstwo czasu, zanim będę w stanie napisać prawdziwe opowiadanie, a tym bardziej powieść. Mimo to ćwiczyłem tworzenie akapitów rozpoczynających te formy literackie.

Gdybym miał zapożyczyć początek dla tej historii, ukradłbym go z nudnej powieści Thackeraya z 1861 roku zatytułowanej Lovel the Widower:

Kto powinien być bohaterem tej opowieści? Nie ja, który piszę te słowa. W tej sztuce jestem zaledwie chórem. Rzucam spostrzeżenia na temat zachowania postaci — jestem narratorem ich prostej historii.

Wszechwiedzące „ja” Thackeraya oczywiście kłamało. Każdy stwórca mówiący, że jest prostym chórem i niewzruszonym obserwatorem poczynań swoich dzieł, jest hipokrytą i kłamcą. Oczywiście, wierzyłem, że jest to prawdą w przypadku Boga, przynajmniej w tych nielicznych chwilach, w których uważałem, że może On w ogóle istnieć. Pewnego razu, kiedy z Dale’em i Mike’em rozmawialiśmy w kurniku o Bogu, moim jedynym wkładem w dyskusję było sparafrazowanie cytatu z Marka Twaina: „Gdy spoglądamy na ból i niesprawiedliwość świata, musimy dojść do nieuchronnego wniosku, że Bóg jest bandytą”. Nie jestem pewien, czy wierzyłem w to wówczas, ani czy wierzę teraz, ale z pewnością zaszokowało to Mike’a i Dale’a, którzy zamilkli. Zwłaszcza Mike. Był wtedy ministrantem i zachowywał się bardzo pobożnie.

Wygląda jednak na to, że odbiegam od tematu, choć jeszcze nie rozpocząłem swojej opowieści. Zawsze nienawidziłem pisarzy, którzy tak robili. Nadal nie mam żadnego potężnego wersu otwierającego. Zacznę więc od nowa.

Czterdzieści jeden lat po tym, jak umarłem, mój przyjaciel Dale powrócił na farmę, na której zostałem zamordowany. Panowała wtedy ostra zima.

Dale Stewart jechał z zachodniej Montany do środkowego Illinois, pokonując ponad dwa tysiące siedemset kilometrów w ciągu dwudziestu dziewięciu godzin. Góry malały, by następnie zniknąć w lusterku wstecznym, a niekończące się odcinki jesiennej prerii zlewały się w rdzawą plamę. Podążał I-90 na wschód, następnie I-29 na południowy wschód, później I-80 na wschód i I-74 na południe, by znowu skierować się na wschód. Podróżował tak przez większą część dwóch stref czasowych, powracając do przypominającej szachownicę geometrii Środkowego Zachodu i zmuszając się do przebijania przez ponad czterdzieści lat wspomnień, niczym nurek schodzący coraz niżej, walczący z bólem i ciśnieniem, jakie przynoszą podobne głębiny. Zatrzymywał się tylko na jedzenie, uzupełnienie paliwa i kilka drzemek w miejscach obsługi podróżnych przy drogach międzystanowych. Nie spał dobrze od miesięcy, czyli dłużej niż od próby samobójczej. Teraz był zaopatrzony w leki nasenne, lecz nie zdecydował się zatrzymać i skorzystać z nich podczas podróży. Chciał jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Nie bardzo rozumiał, po co tam jedzie.

Dale miał zamiar przybyć do Elm Haven późnym rankiem, zrobić objazd po rodzinnym mieście, a potem pojechać na farmę Duane’a jeszcze przed zmierzchem. Było po jedenastej wieczorem, kiedy zobaczył na I-74 znak zjazdu ELM HAVEN.

Planował przenieść się do dawnego domu Duane’a na początku lub w połowie września, co pozwoliłoby mu o tej porze roku cieszyć się kolorami jesieni i pięknymi, słonecznymi dniami. Przybył ostatniego dnia października, w nocy, w ostatnich godzinach pierwszego Halloween nowego stulecia, twardo lądując w zimnym zwiastunie zimy.

Spieprzyłem — pomyślał, minąwszy wiadukt nad I-74, zmierzając w środku nocy pustą drogą trzy kilometry na północ, w kierunku Elm Haven. Znowu spieprzyłem. Wszystko, czego nie straciłem, spieprzyłem. A wszystko, co utraciłem, straciłem dlatego, że to spieprzyłem.

Pokręcił głową, wściekły z powodu rozczulania się nad sobą i sentymentalizmu rodem z głupich haseł umieszczonych na naklejkach na zderzaki. Czując mgłę zbyt wielu nocy ze zbyt małą ilością snu, nacisnął przycisk, by opuścić szybę od strony kierowcy. Powietrze było zimne, a wiatr wiał intensywnie z północnego zachodu. Chłód pomógł Dale’owi nieco się rozbudzić, gdy wjechał na Hard Road, zaledwie półtora kilometra na południowy wschód od Elm Haven.

Hard Road2. Dale uśmiechnął się mimo woli. Nie myślał o tym wyrażeniu od dziesięcioleci, lecz ono natychmiast opanowało jego myśli, gdy tylko skierował się na północny zachód autostradą stanową 150A, powoli wjeżdżając do śpiącego miasta.

Minął asfaltową drogę po prawej stronie i zdał sobie sprawę, że w ciągu ostatnich kilku dekad wybrukowano County Road 6 łączącą Jubilee College Road z Hard Road — w czasach, gdy tu mieszkał, stanowiła ona zaledwie błotniste koleiny biegnące między ścianami kukurydzy — więc teraz, gdyby zechciał, mógł jechać wprost na północ do domu Duane’a. Ciekawość skłoniła go jednak do dalszej podróży, by zobaczyć znów Elm Haven.

Była to chorobliwa ciekawość, jak się okazało. Samo miasto wydawało się smutne i skurczone w ciemności. Niewłaściwe. Mniejsze. Martwe. Zasuszone. Zwłoki.

Dwie biznesowe przecznice Main Street rozciągające się wzdłuż Hard Road utraciły kilka budynków, dezorientując ­Dale’a niczym znajomy uśmiech z brakującymi zębami. Przypomniał sobie wysoką fasadę sklepu z artykułami żelaznymi Jensena — obecnie znajdowała się tu pusta parcela. A & P, gdzie pracowała matka Mike’a, również zniknęło. Przypomniał sobie świecące okna Parkside Cafe — teraz stał tu prywatny dom. ­Lucky’s Grill po drugiej stronie ulicy wyglądał na rodzaj pchlego targu z wypchanymi zwierzętami, wpatrzonymi w Hard Road zakurzonymi, czarnymi oczami. Rynek Corner Pantry został zabity deskami. Nie było fryzjera, którego zakład znajdował się niegdyś obok. Bandstand Park spotkał los gorszy od zniknięcia — niewielka przestrzeń wielkości ogródka została zagracona maleńką salką VFW3 i różnymi blaszanymi budkami. Estradę zburzono, drzewa wycięto, pozostawiając jedynie pniaki, a pomnik wojenny porastały chwasty.

 

Dale zawrócił i pojechał z powrotem na wschód, skręcając na północ w Broad Avenue. Chmury wisiały nisko i dął zimny wiatr. Liście przelatywały przez szeroką ulicę przed jego toyotą land cruiser, a ich suche szuranie brzmiało jak tupot szczurów. Przez chwilę zmęczenie przekonało go, że to rzeczywiście były szczury, całe setki, przebiegające przez snopy światła reflektorów.

Broad Avenue nie była oświetlona latarniami. Okazałe wiązy, które kiedyś tworzyły sklepienie na całej szerokości ulicy, padły ofiarą holenderskiej choroby wiązu dziesiątki lat temu, a drzewa posadzone od tego czasu wydawały się mniejsze, skarłowaciałe, nieregularne i niegodne swoich poprzedników. Niektóre z pięknych starych domów wzdłuż Broad wciąż stały za szerokimi trawnikami. Ciche, ciemne budynki stawiające czoło nocnym wiatrom wyglądały jednak jak wiekowi weterani wojenni na zlocie, co sprawiało, że Dale był bardziej świadomy brakujących domów niż tych nielicznych ocalałych.

Skręcił w prawo w Depot Street i przejechał kilka przecznic do swojego domu z dzieciństwa, znajdującego się naprzeciwko miejsca, gdzie niegdyś stała Old Central School.

Dom, w którym mieszkał jako siedmiolatek, nadal był rozpoznawalny, choć już w nikłym stopniu. Ogromny stary wiąz, rosnący wówczas naprzeciwko sypialni, którą dzielił z Lawrence’em, oczywiście zniknął, a nowi właściciele dawno temu utwardzili krótki podjazd i dostawili nowoczesny garaż, który nie pasował do amerykańskiego stylu domu wybudowanego na planie kwadratu. Na ganku brakowało poręczy i huśtawki. Dawne białe, drewniane obicia zastąpiono winylowym sidingiem. Halloweenowe dynie i wykonana ze słomy ludzka postać w ogrodniczkach zostały wystawione na ganek z okazji święta, lecz świece wypaliły się kilka godzin wcześniej, nadając trójkątnym oczom dyni wygląd czarnych i pustych oczodołów czaszki. Przybierający na sile wiatr targał wnętrznościami słomianego stracha na wróble.

Old Central już oczywiście nie było. Dale’owi pozostało niewiele wyraźnych wspomnień z lata 1960 roku, lecz doskonale pamiętał, jak budynek płonął, a pomarańczowy żar wznosił się w kierunku burzowego nieba. Ta niegdyś okazała dzielnica miejska na planie kwadratu obecnie była wypełniona kilkoma domostwami o nędznym wyglądzie — ciemnymi i nieprzystającymi do towarzystwa starszych, wyższych domów wzniesionych po obu stronach. Wszelkie pozostałości dawnego budynku szkoły i jego ogromnego placu zabaw dawno temu zostały zlikwidowane.

Wysokie wiązy stojące niczym wartownicy wokół szkolnej posesji wycięto, a w ich miejsce nie posadzono żadnych nowych drzew. Maleńkie domy w tym kwadracie — wszystkie zbudowane po 1960 roku — wyglądały na odsłonięte i podatne na zranienie pod czarnym niebem.

W rzędach budynków znajdujących się przed byłym boiskiem szkolnym było więcej luk. Po domostwie Somersetów, niegdyś sąsiadującym ze starym domem Dale’a, nie pozostał nawet fundament. Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko Somersetów, gdzie stała biała, schludna posiadłość pani Moon, po działaniach buldożera została tylko pokryta żwirem parcela. Dom rodzinny jego przyjaciela Kevina — ranczerskie zabudowanie, które wydawało się nowoczesne i nie na miejscu w 1960 roku — nadal znajdował się tam, gdzie wcześniej, na niewielkim wzniesieniu, ale nawet w ciemności Dale zauważył, że był niepomalowany i wymagał napraw. Oba wielkie wiktoriańskie domy stojące dawniej na północ od domu Kevina zniknęły, zastąpione krótką ślepą uliczką z kilkoma nowymi domostwami — bardzo tanimi — stłoczonymi tam, gdzie niegdyś zaczynał się las.

Dale szedł powoli na wschód, minął Second Avenue i zatrzymał się w miejscu, gdzie kończyła się Depot Street, a zaczynała First Avenue. Dom Mike’a O’Rourke’a wciąż tam był. Malutki budynek o dachu pokrytym szarym gontem wyglądał dokładnie tak jak w 1960 roku, z wyjątkiem tylnej przybudówki, którą najwyraźniej wzniesiono na miejscu oficyny. Stary kurnik, gdzie spotykał się Rowerowy Patrol, przepadł, lecz pozostał duży ogród warzywny. Z przodu, spoglądając smutno przez First Avenue na opustoszałe po żniwach pola, Matka Boska wciąż wyciągała ręce, kierując dłonie na zewnątrz i obserwując wszystko ze stojącej w ogródku przed domem na wpół zakopanej kapliczki w kształcie wanny.

Dale nie widział żadnych dzieci świętujących Halloween. Wszystkie domy, które minął, były ciemne, z wyjątkiem okazjonalnego światła na werandzie. Elm Haven miało niewiele latarń w 1960 roku, ale teraz wydawało się, że nie ma ich wcale. Zauważył dwa małe ogniska płonące na podwórkach wzdłuż Broad i pozostałości kolejnego — zostawionego bez dozoru, obecnie już w formie pomarańczowego żaru, z iskrami wzlatującymi na silnym wietrze — na podwórzu O’Rourke’a. Nie pamiętał, by na Halloween rozpalano ogniska, kiedy mieszkał tu jako chłopiec.

Dale skręcił w lewo za małą szkołą średnią i zostawił Elm Haven za sobą, przy wieży ciśnień odbijając na zachód w Jubilee College Road, by następnie przyspieszyć, jadąc na północ County 6, i w szybkim tempie pokonać ostatnie pięć kilometrów dzielących go od farmy Duane’a McBride’a.

2

Przez jedenaście lat życia ani razu nie opuściłem Illinois, ale to, co zobaczyłem w Montanie oczami Dale’a, przekonało mnie, że mieszkałem w niesamowitym miejscu. Góry i rzeki nie przypominają niczego, co można spotkać na Środkowym Zachodzie — wraz z moim wujkiem Artem lubiliśmy łowić ryby w Spoon River nieopodal Elm Haven, która raczej nie kwalifikuje się jako „rzeka”, zwłaszcza gdy porówna się ją z szerokimi, falującymi, o szybkim nurcie Bitterroot, Flathead, Missouri czy Yellowstone. Z kolei nasze leniwe siedzenie na brzegu i obserwowanie bobrów podczas pogawędki trudno nazwać „wędkarstwem”, tym bardziej że nie przystawało do energetycznej mistyki wędkarstwa muchowego w Montanie. Nigdy nie próbowałem wędkarstwa muchowego, ale podejrzewam, że wciąż wolałbym nasze ciche, oparte na siedzeniu w cieniu i konwersacjach przy spokojnym nurcie podejście do połowu ryb. Zawsze jestem podejrzliwy wobec zajęć sportowych lub rekreacyjnych, które zaczynają brzmieć jak religia, kiedy ich zwolennicy wypowiadają się na ich temat. Poza tym wątpię, czy w rzekach Montany są jakieś sumy.

Gabinet narożny Dale’a na kampusie Uniwersytetu Montany, dawny dom jego rodziny w starej części Missouli i jego ranczo w pobliżu jeziora Flathead pozostają dla mnie obce, lecz fascynujące. Missoula — jak na miasto liczące zaledwie pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców — wydaje się ciepłym miejscem dzięki rzeczom, które prawdopodobnie bym uwielbiał, gdybym dożył dorosłości: księgarniom, piekarniom, dobrym restauracjom, muzyce na żywo, bardzo przyzwoitemu uniwersytetowi, kinom i teatrom oraz tętniącemu życiem śródmieściu.

Psychiatra Dale’a, niejaki Charles Hall, miał swoje biuro nad jednym ze starszych antykwariatów. Dale chodził do niego przez ostatnie dziesięć miesięcy przed powrotem do domu. Po raz pierwszy odwiedził psychiatrę dwa dni po tym, jak przystawił sobie lufę naładowanej dubeltówki Savage do skroni i pociągnął za spust.

Biuro doktora Halla było małe, lecz komfortowe — książki, grafika na ścianie, okno z widokiem na zieleń, z biurkiem po jednej stronie i dwoma wytartymi skórzanymi fotelami ustawionymi naprzeciw siebie, oddzielonymi małym szklanym stolikiem, na którym stały wyłącznie dzbanek wody z lodem, dwie szklanki i pudełko chusteczek. Dale potrzebował chusteczek tylko podczas trzeciej wizyty, kiedy dopadło go wiosenne przeziębienie.

Podczas ostatniej sesji, w połowie października, liście za oknem były czerwone, a doktora Halla zaniepokoiła decyzja pacjenta o spędzeniu zimy w Illinois. Ostatecznie jednak zmienili temat z numerów alarmowych i tego, że Dale koniecznie musi skontaktować się z innym lekarzem, by ten zapewnił mu niezbędne środki antydepresyjne i tabletki nasenne.

— Jesteś świadomy, że zdecydowanie odradzam ci realizację planu polegającego na samotnym spędzeniu zimy w Illinois? — zapytał doktor Hall.

— Tak, przyjąłem to do wiadomości — odparł Dale.

— Czy moja rada sprawia ci jakąś różnicę?

— Płacę sto dwadzieścia pięć dolarów za godzinę pańskich rad.

— Płacisz sto dwadzieścia pięć dolarów za godzinę terapii — sprostował Hall. — Za mówienie. Lub, w twoim przypadku, Dale, nie tyle za mówienie, ile za niezbędne ci recepty. Nie zmienia to jednak faktu, że planujesz samotnie spędzić kolejne dziesięć miesięcy w Illinois.

— Owszem. Ale tylko dziewięć miesięcy. Tyle, ile trwa ciąża.

— Zdajesz sobie sprawę, że to klasyczny wzorzec.

Dale czekał i słuchał.

— Małżonek umiera, a pozostały przy życiu wyjeżdża, próbując „zacząć nowe życie”. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, Dale. Nie zdają sobie jednak sprawy, że to, co jest im w tym czasie potrzebne, to ciągłość, kontakt z przyjaciółmi, system wsparcia…

— Moja żona nie umarła. Anne żyje i ma się dobrze. Ja ją po prostu zdradziłem i straciłem. Zarówno ją, jak i córki.

— Efekt jednak jest taki sam…

— Nie do końca. Tutaj nie mam szans na żadną ciągłość. Mam zakaz przebywania w moim domu w Missouli poza wizytami pod dozorem i niedzielnymi wypadami rozwiedzionego tatuśka. Nie znoszę tego. A sam się pan zgodził, że kolejna zima na ranczu to kiepski pomysł…

— Tak, oczywiście — odparł doktor Hall.

— Dlatego wracam na Środkowy Zachód, by spędzić tam część urlopu naukowego. Wracam do Jolly Corner4.

— Nigdy nie wyjaśniłeś, dlaczego twój przyjaciel Duane nazwał swój dom Jolly Corner — zauważył doktor Hall. — Czy uważał go za szczęśliwe miejsce? Wspominałeś, że mieszkał tam z ojcem alkoholikiem. Czy to była ironia? Czy to możliwe, że jedenastolatek zdobył się na taką ironię, czy może sam nadałeś tę nazwę, gdy minęły całe dekady od tamtych wydarzeń?

Dale zawahał się, nie wiedząc, jak zareagować. Był zawstydzony tym, że Hall nie dostrzegł aluzji do The Jolly Corner. Jeśli jego psychiatra nie znał Henry’ego Jamesa, jak mógł być inteligentny? Czy powinien powiedzieć Hallowi, że Duane nie powiedział mu o The Jolly Corner, gdy miał jedenaście lat — czyli w wieku, w którym zmarł — lecz po raz pierwszy użył tej nazwy w odniesieniu do własnej farmy, gdy Dale przeniósł się do Elm Haven w 1956 roku, kiedy obaj mieli po osiem lat? Ośmioletnie dziecko z farmy znało opowieść Henry’ego Jamesa, a współczes­ny psychiatra Dale’a, liczący sobie sto dwadzieścia pięć dolarów za godzinę, nigdy o niej nie słyszał.

— Sądzę, że Duane McBride był jedynym prawdziwym geniuszem, jakiego kiedykolwiek poznałem — oznajmił w końcu Dale.

Doktor Hall rozsiadł się wygodnie w fotelu. Dale pomyślał, że jak na psychiatrę Hall nie potrafi zachować pokerowej twarzy. Dostrzegał jego sceptycyzm w lekkim uniesieniu brwi i wymuszonym neutralnym wyrazie twarzy.

— Wiem — kontynuował Dale. — Geniusz to bardzo mocne słowo. Nie używam go często… do diabła, nigdy go nie używam. Spotkałem w swoim życiu wielu bardzo inteligentnych ludzi — pisarzy, naukowców i badaczy, ale Duane jest jedynym geniuszem, jakiego poznałem.

Doktor Hall kiwnął głową.

— Lecz znałeś go, będąc zaledwie dzieckiem.

— Duane nie żył wystarczająco długo, aby przekroczyć próg dzieciństwa — przyznał Dale — lecz z całą pewnością był dziwnym dzieckiem.

— Co masz na myśli? — Lekarz położył swój żółty notatnik na kolanach i pstryknął długopisem. Dale uznawał ten nawyk za rozpraszający i w jakiś sposób irytujący.

Westchnął. Jak mógłby to wyjaśnić?

— Żeby to zrozumieć, musiałbyś osobiście poznać ­Duane’a. Na zewnątrz był zwyczajnym, flejtuchowatym dzieciakiem z farmy — grubym, zaniedbanym i z zawszonymi włosami. Nosił tę samą flanelową koszulę i sztruksowe spodnie przez cały czas, zarówno latem, jak i zimą. I pamiętaj, że to było w 1960 roku — w tamtych czasach dzieciaki stroiły się do szkoły nawet w takich wiochach, jak Elm Haven w Illinois. Nic nadzwyczajnego, ale mieliśmy ubrania do szkoły i do zabawy, i znaliśmy między nimi różnicę. Nie to co flejtuchy z dzisiejszych szkół…

Udawany neutralny wyraz twarzy doktora Halla przeszedł w delikatne skrzywienie, które sygnalizowało, że pacjent odbiegł od tematu.

— Poznałem Duane’a krótko po tym, jak moja rodzina przeniosła się do Elm Haven. Byłem wówczas w czwartej klasie5 i od razu zauważyłem, że on był inny — jego inteligencja była wręcz straszna.

— Straszna? — spytał doktor Hall, jednocześnie coś notując. — W jakim sensie?

 

— Może nie straszna — odrzekł Dale — lecz wykraczająca poza granice naszego pojmowania. — Wziął głębszy oddech. — W porządku. Było lato, a my skończyliśmy piątą klasę. Grupka chłopców zwykła kręcić się razem w klubie, który nazywaliśmy Rowerowym Patrolem. Było to coś na kształt juniorskiej Ligi Sprawiedliwości…

Dale zauważył, że Hall nie ma pojęcia, o czym mówi. Być może psychiatrzy płci męskiej nigdy nie byli chłopcami. To by wiele wyjaśniało.

— Nasz klub miał siedzibę w starym kurniku Mike’a ­O’Rourke’a — kontynuował Dale. — Mieliśmy tam sofę na sprężynach, stare wygodne krzesło z wysypiska, obudowę radia… Tego rodzaju gówna. Pamiętam, że pewnej nocy latem, kiedy się nudziliśmy, Duane zaczął opowiadać nam historię Beowulfa… słowo w słowo. Noc po nocy recytował Beowulfa z pamięci. Wiele lat później, kiedy czytałem ten epicki poemat w college’u, rozpoznałem go… słowo w słowo… jako historię z opowiadań Duane’a.

Hall kiwnął głową.

— Dla kogoś w tym wieku niezwykła jest sama wiedza o Beowulfie.

Dale musiał się uśmiechnąć.

— Niezwykłe było to, że Duane recytował go nam w staroangielskim.

Psychiatra zamrugał.

— Jak więc to zrozumiałeś…

— Trajkotał przez jakiś czas staroangielskim, a potem to tłumaczył — wyjaśnił Dale. — Jesienią tamtego roku uraczył nas pakietem dzieł Chaucera. Uważaliśmy, że Duane jest dziwny, lecz byliśmy nim zachwyceni.

Doktor Hall poczynił kolejną notatkę.

— Kiedyś wałęsaliśmy się wspólnie, a Duane czytał nową książkę… Myślę, że to było coś Trumana Capote’a, pisarza, o którym oczywiście wówczas nawet nie słyszałem… Jeden z chłopaków, chyba był to Kevin, zapytał go, jak podoba mu się książka. Odpowiedział, że wszystko jest w porządku, ale autor jeszcze nie zdołał pozbawić swoich postaci znamion imigracji.

Lekarz zawahał się, po czym zrobił kolejną notatkę. Może tego nie rozumiesz — pomyślał Dale — ale jestem pisarzem — właś­ciwie czasami jestem pisarzem — i nigdy nie miałem przeklętego redaktora, który rzuciłby równie wnikliwą uwagę.

— Jakieś inne manifestacje jego… geniuszu? — spytał psychiatra.

Dale przetarł oczy.

— Tego lata, kiedy Duane zmarł, w 1960 roku, kilku z nas leżało w hamaku na farmie wujka Henry’ego i ciotki Leny, znajdującej się przy tej samej drodze co Jolly Corner. Była noc, my patrzyliśmy na gwiazdy, a Mike O’Rourke — który był ministrantem — powiedział, że uważa, iż świat istnieje w umyśle Boga, i zastanawiał się, jakby to było spotkać go i uścisnąć mu dłoń. Nie wahając się ani sekundy, Duane odpowiedział, że sam by czuł się tym zaniepokojony, gdyż podejrzewał, że Bóg spędza zbyt wiele czasu na grzebaniu swoimi mentalnymi palcami w mentalnym nosie…

Doktor Hall niczego nie zapisał, ale spojrzał na Dale’a niemal z wyrzutem.

— Jak rozumiem, twój przyjaciel Duane był ateistą?

Dale wzruszył ramionami.

— Mniej więcej. Nie, czekaj… Pamiętam, co powiedział mi na początku, gdy zaczęliśmy wspólnie spędzać czas… Budowaliśmy trójelementową rakietę w czwartej klasie… Wyznał, iż doszedł do wniosku, że wszystkie kościoły i świątynie modnych obecnie bogów… Tak ich nazywał: „modnymi obecnie bogami”… Że one są zbyt zatłoczone, więc wybrał jakieś niewielkie egipskie bóstwo na swojego boga. Uczył się starych modlitw, studiował rytuały, podszedł do tego kompleksowo. Pamiętam, jak mówił mi, że rozważał czczenie Terminusa, rzymskiego boga granic, ale zamiast tego zdecydował się na to egipskie bóstwo. Uważał, że skoro było ignorowane przez wiele stuleci, może być samotne.

— To niezwykłe — przyznał doktor Hall, czyniąc finalną krótką notatkę.

Dale nie mógł powstrzymać uśmiechu.

— Jeśli dobrze pamiętam, Duane właśnie w tym celu nauczył się odczytywać egipskie hieroglify. Żeby modlić się do swego zapomnianego boga. Oczywiście, zanim zmarł w wieku jedenastu lat, mówił w ośmiu lub dziewięciu językach, a czytał prawdopodobnie w kilkunastu kolejnych.

Doktor Hall odłożył na bok swój żółty notes, co było oznaką, że znudził się omawianym tematem.

— Czy coś ci się znowu śniło? — zapytał.

Dale zgodził się, że nadszedł czas na zmianę tematu.

— Zeszłej nocy znowu śniły mi się dłonie.

— Opowiedz mi o tym.

— Ten sen nie różnił się niczym od poprzednich.

— Tak, Dale, to jest mniej więcej definicja „powtarzających się snów”, ale interesujące jest odnalezienie niewielkich, lecz istotnych różnic, kiedy się owe sny omawia.

— Nie omawialiśmy za bardzo moich snów.

— To prawda. Jak wiesz, jestem psychiatrą, a nie psychoanalitykiem. Mimo to opowiedz mi, proszę, swój sen o dłoniach.

— Był taki jak zawsze. Znowu byłem dzieciakiem…

— W jakim wieku?

— Dziesięć lat, jedenaście, sam nie wiem. We śnie jednak jestem w swoim dawnym domu w Elm Haven. W sypialni na piętrze z moim młodszym bratem Lawrence’em…

— Mów dalej.

— Rozmawiamy przy zapalonej lampce nocnej. W pewnym momencie on upuszcza komiks. Sięga po niego i… cóż, ta dłoń wyłania się spod łóżka i chwyta go za nadgarstek. Ciągnie go w dół.

— Poprzednim razem wspomniałeś, że dłoń była blada.

— Tak. Nie. Nie zwyczajnie blada, biała… biała niczym czerw… trupio biała.

— Co jeszcze zauważyłeś w dłoni? A może były to dłonie, w liczbie mnogiej?

— Początkowo jest tylko jedna. Łapie Lawrence’a za nadgarstek i ściąga go z łóżka, zanim którykolwiek z nas zdąży zareagować. Ręka — biała dłoń — jest dziwna, ma długie palce… Mam na myśli to, że są o wiele za długie… Mają po dwadzieścia lub więcej centymetrów. Przypominają odnóża pająka. Potem chwytam Lawrence’a za nogi…

— W tym momencie został on już wciągnięty pod łóżko?

— Tylko jego głowa i ramiona. Wciąż krzyczy. Właśnie wtedy widzę obie pajęcze białe dłonie, ciągnące i wciskające go pod łóżko.

— Jakieś rękawy? Mankiety? Odsłonięte ramiona?

— Nie. Tylko białe ręce i ciemność, ale taka znacznie ciemniejsza niż mrok pod łóżkiem Lawrence’a. Może jak rękawy czarnego aksamitnego szlafroka.

— I nie udaje ci się ocalić brata?

— Nie. Dłonie go wciągają. W końcu znika.

— Znika?

— Znika. Zupełnie, jakby w drewnianej podłodze otworzyła się dziura. Ręce go tam wciągają.

— Ale twój brat, w prawdziwym życiu, wciąż żyje i ma się dobrze.

— Tak. Pewnie. Prowadzi agencję ubezpieczeniową w Kalifornii.

— Czy omawiałeś z nim ten sen?

— Nie. Nie widujemy się zbyt często. Czasami rozmawiamy przez telefon.

— Ale nigdy nie wspomniałeś mu o śnie?

— Nie. Lawrence… Cóż, czasami bywa wielkim mrukowatym gościem, ale jest też wrażliwy. Nie lubi mówić o tamtym lecie. Tak jak i o całym swoim dzieciństwie. Miał ciężki okres jako nastolatek w Chicago i przeszedł załamanie nerwowe po tym, jak rzucił college.

— Czy sądzisz, że on również ma w pamięci luki dotyczące tamtego lata? Kiedy to było?

— W 1960.

— Czy uważasz, że może mieć takie same luki jak ty?

— Nie. Nie wiem. Wątpię. Po prostu nie lubi o tym mówić.

— W porządku. Wróćmy do twojego snu. Jak się czujesz, gdy przegrywasz to… przeciąganie liny… a twój młodszy brat znika?

— Przerażony. Zły. I…

— Mów dalej.

— Jak sądzę, czuję ulgę. Myślę, że spowodowaną tym, iż dłonie pochwyciły Lawrence’a, a nie mnie. Proszę mi powiedzieć, co to, do diaska, znaczy, doktorze Hall.

— Omawialiśmy już to, że sny nie muszą niczego oznaczać, Dale. Ale prawie na pewno istnieje powód, dla którego się pojawiają. Dla mnie wygląda to na prosty sen lękowy. Czy odczuwasz niepokój na myśl o nadchodzących miesiącach?

— Oczywiście. Ale dlaczego akurat ten sen?

— Jak sądzisz, dlaczego niepokój wyraża się przez ten sen?

— Nie mam pojęcia. Czy to może być wyparte wspomnienie?

— Myślisz, że posiadasz faktyczne wspomnienie białych dłoni wciągających twojego młodszego brata pod łóżko?

— Cóż… lub czegoś podobnego.

— Omawialiśmy już wyparte wspomnienia. Choć wszystkie filmy i telewizja o nich mówią, w rzeczywistości są bardzo, bardzo rzadkie. A wyparte wspomnienie pomaga radzić sobie z prawdziwym zdarzeniem, takim jak przemoc fizyczna bądź seksualna, a nie z koszmarną fantazją. O co chodzi? Widzę, że coś cię niepokoi.

Inne książki tego autora