Wolność i spluwa

Tekst
Autor:Dan Baum
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4
Odrzut

Nad chłopcem, który nigdy nie oddał strzału, możemy się tylko litować; nie ma on dzięki temu więcej uczuć humanitarnych, natomiast poważnie zaniedbano jego edukację.

Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie, rozdział Szczytne zasady[23]

Robert miał rewelacyjne dzieciństwo. Urodził się w rodzinie żydowskiej arystokracji z Środkowego Zachodu, która wzbogaciła się niewyobrażalnie na przerabianiu wycieńczonych krów mlecznych na hamburgery. Robert z bratem Justinem mogli biegać po całym zakładzie: od obitego boazerią biura, w którym ich ojciec i dziadek siedzieli naprzeciw siebie przy biurkach, aż do makabrycznie podniecającej ubojni. W zakładzie bednarskim siwobrodzi rzemieślnicy walili młotkami w metalowe obręcze, którymi ściskali drewniane beczki. Nauczyli go kręcić tymi piętnastokilowymi monstrami bączki na kantach. Małego Roberta wszyscy znali. Wszyscy go lubili.

Mieszkali w gigantycznym domu w stylu kolonialnym z basenem, nieopodal jeziora Michigan. Tata miał własny gabinet z dużym drewnianym biurkiem i szklanymi gablotami mieszczącymi wspaniałą kolekcję pistoletów z początków amerykańskiej wojskowości. Przywoływał Roberta i zachęcał go, by przesuwał palcem po krawędzi stęchłego leksykonu. „Ten pistolet lekkich dragonów kalibru sześćdziesiąt pięć odegrał ważną rolę w bitwie pod Nowym Orleanem” – mawiał tata, rozpoczynając lekcję historii pełną wartkiej akcji. Często zabierał syna na giełdy broni. Kiedy on oglądał rusznice skałkowe szkockich górali, Robert kupował drobiazgi – hitlerowską opaskę na ramię za dwa dolce, bagnet za jednego, pasy z nabojami, kabury, insygnia – nigdy nieprzekraczające ceną kilku dolarów. W końcu rodzice pozwolili mu usunąć ze swojego pokoju regały z książkami i wstawić ­szklane gabloty, takie jak u ojca, żeby trzymał w nich swoją kolekcję.

Najlepsze były weekendy. Robert siedział na drewnianym płocie, podczas gdy mama z tatą w swoim klubie strzeleckim nad jeziorem kierowali strzelby ku niebu. Gliniane rzutki roztrzaskiwały się nad wodą, a oni śmiali się i żartowali jak najlepsi przyjaciele. W klubie było niewiele kobiet, ale mama Roberta pojmowała dobrą zabawę szerzej niż większość pań. Była Teksanką – wnuczką żydowskich pionierów, którzy przyjechali krytymi wozami – i żyła swym dziedzictwem na całego. Gdy zbudowała dom na zimnej, płaskiej Północy, gubernator Teksasu Allan Shivers przysłał jej pudełko z glebą z hrabstwa Kinney, żeby dosypała ją do fundamentów i mogła wychować chłopców na teksańskiej ziemi. Raz w roku cała rodzina wsiadała do pociągu Texas Chief, a wuj Buddy zatrzymywał go w miejscowości Sugar Land, gdzie na rodzinnym ranczu od Chanuki do Nowego Roku Robert i Justin żyli wraz z gromadą kuzynów jak kowboje.

Wuj Buddy to dopiero był gość. Podczas wojny dowodził murzyńskim oddziałem karabinów maszynowych i poświęciłby armii całe życie, gdyby nie wypadek samochodowy, w którym stracił sprawność kolana. Podczas jednej z takich wizyt, gdy Robert miał dziewięć lat, a Justin jedenaście, wuj Buddy zabrał ich na przejażdżkę traktorem po wyboistej drodze – to zawsze była nie lada frajda. Toczyli się naprzód, aż wreszcie dotarli do wielkiej topoli. U jej stóp stał pordzewiały dwustulitrowy zbiornik. Wuj Buddy zeskoczył niezgrabnie na sztywno wyprostowaną nogę, a potem gestem, który miał zmienić życie małego Roberta, otworzył drewnianą skrzynię przymocowaną do traktora. Z plątaniny sznurów i narzędzi wyciągnął pistolet maszynowy.

Było to M3 – krótka, prymitywna broń wykonana w całości z tłoczonej stali. Podczas II wojny światowej armia kupowała je tysiącami, po kilka dolarów za sztukę. Żołnierze nazywali ten pistolet „smarownicą”, bo przypominał raczej narzędzie mechanika niż prawdziwą broń.

Wuj Buddy naładował długi magazynek nabojami kalibru .45, a potem stanął za Robertem i objął go, pomagając mu oprzeć o ramię kolbę z wygiętego metalowego pręta. Chłopiec zacisnął prawą dłoń na chwycie pistoletowym, a lewą na magazynku. „Dobra” – powiedział wuj, po czym krótka, pękata broń w rękach Roberta dziko szarpnęła, a ryk, który temu towarzyszył, był dźwiękiem jego rozłupywanej przyszłości.

Magazynek opróżnił się w dwie sekundy. Dwustulitrowy zbiornik był doszczętnie podziurawiony.

Nawet przy sporej sumie, którą Robert już wtedy otrzymywał w zakładzie bednarskim, nie mógł sobie pozwolić na broń samoczynną, z której dało się strzelać. Mógł natomiast kupić zdezaktywowaną, więc gdy następnym razem pojechał z ojcem na giełdę, znalazł stena – brytyjski pistolet maszynowy tak jak M3 wykonany z taniej tłoczonej stali – w którym zamek przyspawano do komory zamkowej, przez co stał się nieszkodliwy. Cena wynosiła sto dwadzieścia pięć dolarów – sporo pieniędzy w 1963 roku, ale Robert je miał. Z dumą umieścił stena w swojej gablocie. Połknął bakcyla.

Z lektury czasopism o broni dowiedział się, że aż do 1934 roku każdy mógł wejść do sklepu żelaznego i za jakieś dwieście pięćdziesiąt dolarów kupić działającego thompsona bez żadnych pytań i wypełniania dokumentów – co pewnie tłumaczyło, dlaczego jedynymi postaciami z lat dwudziestych i początku trzydziestych, które Robert umiał wymienić, byli ludzie tacy jak Al Capone, Baby Face Nelson, Machine Gun Kelly, John Dillinger, Bonnie i Clyde. Potem uchwalono ustawę o broni palnej, która zakup broni maszynowej obłożyła wymogiem kontroli przeszłości i uiszczenia dwustu dolarów podatku, tym samym co w przypadku tłumików.

Po zakończeniu ery gangsterów większość ludzi bardzo długo nie miała pojęcia, że broń maszynową można nabyć legalnie. Rząd bynajmniej tego nie rozgłaszał. Jej entuzjaści stanowili nieduży, dyskretny klub, sprzedawali ją sobie nawzajem po kilkaset dolarów za sztukę, kupowali stemple po dwieście dolarów i nie pakowali się w kłopoty. Przed dziewięcioletnim Robertem rozsunęła się kurtyna dotychczas ukrytego świata.

Podatek, kontrola przeszłości i obostrzenia nie dotyczyły broni nieaktywnej, a małego Roberta interesowała każda, jaką mógł dostać za maksimum dwieście dolarów. Zarobki z zakładu bednarskiego uzupełniał, przywożąc z Teksasu swoim kolegom z prywatnej szkoły dwa rodzaje niedostępnych na Północy skarbów – fajerwerki i czipsy kukurydziane Fritos.

W 1964 roku, kiedy skończył jedenaście lat, wykonał telefon do amerykańskiego tuza handlu bronią J. Curtisa Earla. Chciał kupić nieaktywne MP 40 – niemiecki pistolet maszynowy z czasów II wojny światowej – wiedział jednak, że pan Earl może odłożyć słuchawkę, gdy tylko usłyszy jego dziecinny piskliwy głosik. Dlatego starannie odrobił lekcję: w pierwszych kilku zdaniach zawarł jak najwięcej wyrażeń właściwych ludziom zorientowanym. Powiedział, że interesuje go DEKO – jak w żargonie kolekcjonerów broni mówiono na nieaktywne trofeum wojenne – i choć ze względu na obrabianą maszynowo komorę zamkową oraz wzdłużne rowkowanie komory i zamka marzy mu się MP 38, to zadowoli się tańszym MP 40, mającym części ze stali tłoczonej. Aha, i nie zależy mu tak bardzo na bakelitowym chwycie przednim.

W słuchawce na chwilę zapadła cisza. „Owszem, mogę pomóc” – powiedział w końcu pan Earl.

Gdy tylko Robert zdobył MP 40, chciał mieć MP 44, kolejną broń hitlerowców. Pan Earl przesłał mu ją, zdezaktywowaną, za kolejne dwieście dolarów. „Wiem, że do thompsona A1 nie można założyć bębna, iglica jest nieruchoma – powiedział Robert podczas kolejnej przemowy – ale czy wciąż ma zamek Blisha?”

Okazało się, że ta broń była zbyt droga, ale tuż po wyrecytowaniu fragmentu Tory podczas swojej bar micwy Robert rozpakował thompsona M1 DEKO, króla pistoletów maszynowych z drewna i stali. Mama była super!

Robert odpuścił sobie studia. Nie chciał być architektem ani weterynarzem; chciał za to pracować w rodzinnej firmie i cieszyć się dobrym życiem. Odbębnił swoje na nieprzyjemnych posadach w zakładzie utylizacyjnym, w ubojni i na dziale krwi, gdzie suszarki pierścieniowe wysuszały krew wykorzystywaną potem w zakładzie nawozowym. Bez względu na to, jak długi prysznic brało się po pracy w dziale krwi, specyficzna woń wydobywała się z porów skóry, gdy tylko człowiek zaczynał się pocić. Robert nauczył się odróżniać chorą krowę od zdrowej: czy obraca łbem? czy się ślini? czy ma guzki na mostku? Zapisał się do Whopper College prowadzonego przez Burger Kinga, a potem przez rok kierował restauracją tej sieci w Londynie, żeby przekonać się, jak działa branża na drugim końcu łańcucha produkcji. Miesiącami pracował przy olbrzymiej umowie dotyczącej sprzedaży hamburgerów moskiewskim szkołom. Odszedł z niczym, zdegustowany gigantycznym łapownictwem.

W połowie lat siedemdziesiątych – gdy już się ożenił i miał małe dzieci – zarabiał zaledwie osiemnaście tysięcy dolarów rocznie. Ale jego pensja była nieistotna. Stało za nim rzeźnicze imperium, które wraz z bratem mieli odziedziczyć. Mógł wydawać nieograniczone sumy, na co tylko mu się podobało. A podobały mu się karabiny maszynowe.

Im więcej o nich czytał, tym bardziej narastała jego fascynacja. Nie zabijaniem przy ich użyciu – nie przepadał za historią wojskową. Tym, co uwielbiał, była przepiękna konstrukcja, która wiele mówiła o mentalności, technologii, metalurgii i między­narodowym prawie patentowym końca XIX i początku XX wieku. Co prawda broń maszynową (i pułapkę na myszy!) wynalazł ­Hiram Maxim z Maine, ale to John Browning z Ogden w stanie Utah w zasadzie doprowadził ją do perfekcji przed wybuchem I wojny światowej. Jego projekt był tak prosty, niezawodny i elegancki, że nadal używano go jeszcze w Wietnamie[24]. Inne mocarstwa nie mogły – z powodu prawa patentowego, bezpieczeństwa narodowego i szowinistycznej dumy – tak po prostu skopiować wzoru Browninga. Dlatego Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Rosja zadały sobie mnóstwo (komicznego nieraz) trudu, żeby obejść patenty Amerykanina. Na przykład Francuzi w karabinie St. Étienne Mle 1907 zastosowali mechanizm wyrzutu lufy, w którym do transferu energii służyło koło zębate. Karabin był niedorzeczny i musiał zacinać się w błotnistych warunkach, ale stanowił ­czysto francuski projekt, więc Francuzi z dumą wystawili go do walki.

 

Robert uwielbiał wszystkie browningi i wszystkie egzemplarze – w pełni sprawne, a zwłaszcza niedziałające. Dla niego istotą kolekcjonerskiej radości było oglądanie postępu technologii w czasie. Poza tym jednak gotów był wyjść poza DEKO, uszczknąć trochę z rodzinnej fortuny i kupić sprawną broń samoczynną. Zadzwonił do znajomego człowieka z firmy zaopatrującej policję i za dwa tysiące dwieście pięćdziesiąt dolarów kupił nieużywanego thomp­sona marynarki wojennej, model 1921 z pięćdziesięcionabojowym bębnem.

Wystrzeliwanie amunicji kalibru .45 całymi skrzynkami w klubie to był świetny ubaw, dopóki Robert nie zrozumiał, że praktycznie nową broń zużył do poziomu jakichś dziewięćdziesięciu trzech procent sprawności. Odwiesił thompsona na ścianę, wycofując go z użytku. Kolekcjonerstwo wciąż liczyło się dla niego bardziej niż strzelanie.

Skombinował zaproszenie do Las Vegas na ekskluzywną aukcję York Arms and Armor Museum, gdzie jako dwudziestopięciolatek był zdecydowanie najmłodszą osobą w sali. Stał z tyłu, słuchał, nie odzywał się, dopóki nie nadszedł odpowiedni moment do licytacji, i wyszedł jako właściciel browninga model 1917A1 – karabinu maszynowego kalibru .30, montowanego na trójnogu i chłodzonego wodą, na którym armia Stanów Zjednoczonych polegała od I wojny światowej aż do wojny w Korei. Wkrótce potem capnął brytyjskiego vickersa – kolejnego chłodzonego wodą olbrzyma na trójnogu – za jedyne dwa i pół tysiąca dolarów, a następnie dwa zabytkowe szwedzkie browningi z lat dwudziestych, też chłodzone wodą, każdy ozdobiony królewskim herbem i zamontowany na podstawie przeciwlotniczej.

Rozbieranie karabinów na części to była czysta przyjemność. Zaprojektowano je genialnie, wewnętrzne elementy wykonano pięknie, a każdej broni towarzyszył cały wszechświat ekwipunku, który należało upolować: pasy i skrzynki amunicyjne, wózki, trójnogi, brezentowe przykrycia, celowniki, zestawy do czyszczenia i instrukcje. Robert zachłannie kolekcjonował i stopniowo zgromadził w pełni automatyczny arsenał wart miliony dolarów: argentyński maxim z 1895 roku z lśniącym mosiężnym płaszczem wodnym; austro-węgierski schwarzlose 07/12 wykorzystujący ciężar zamka do opóźnienia odrzutu; dziewiętnastowieczna nepalska bira – olbrzymia dwulufowa machina na korbę, odlana jakby z surówki i pokryta pismem dewanagari; wykonany w Związku Radzieckim maxim „śnieżny” z charakterystyczną pomalowaną na biało osłoną z przodu; rzadki chłodzony wodą morską browning kalibru .50 z pokładu amerykańskiego niszczyciela z II wojny światowej; włoski fiat-revelli wyglądający, jakby miał się rozpaść, gdy tylko ktoś na niego kichnie; schmeissery; uzi; radziecki pulemiot Diegtiariowa piechotnyj z lat trzydziestych z okrągłym talerzem amunicji zamontowanym na wierzchu niczym frisbee. Umieścił je w bunkrze wielkości kortu tenisowego, który urządził jak angielski klub dżentelmenów – bladożółty dywan, głębokie skórzane fotele, ściany obłożone dębową boazerią. Ale właściwie tylko on tam schodził. Jego broń nie była przeznaczona na widok publiczny.

Stos pozwoleń Roberta na broń maszynową zrobił się gruby niczym książka telefoniczna na Manhattanie. Jego zdjęcia w rozmiarze paszportowym dołączone do każdego z nich świadczyły o upływie lat: od gładkolicego potomka rodu do barona biznesu o obfitym podbródku. Broń samoczynna to kosztowne hobby – łatanie dziur w olbrzymiej kolekcji oznaczało kupno rzadkich karabinów w cenie pięćdziesięciu tysięcy dolarów lub wyższej, czasem wręcz o wiele wyższej. Robert stawał się kimś, kogo określa się mianem „czarnej dziury” – człowiekiem, który nigdy żadnej broni nie sprzedaje. Szczycił się tym, że jest prawdziwym kolekcjonerem, a nie tylko zbieraczem. W przeciwieństwie do niektórych nie rzucał się na każdy znaleziony karabin tylko po to, by pokazać, jaki jest bogaty.

Pieniądze nie stanowiły problemu. Robert i jego brat zasiadali naprzeciw siebie przy biurkach, z których wcześniej korzystali ojciec i dziadek. Sprawili, że duży biznes rozrósł się, stając się gigantycznym przedsięwzięciem. Rozwodnili swoje udziały, żeby zwiększyć kapitał, pod marką Kirkland pakowali mięso dla sieci Costco, weszli w branżę mięs delikatesowych i dań gotowych, zostali dostawcą mięsa do bajgli McDonald’s ze stekiem, jajkiem i serem.

Wraz z większą forsą zaczął się jednak większy ból głowy. Odkąd Robert i Justin przejęli kierownictwo, nauka pozwalająca na wyszukiwanie bakterii E. coli znacznie się posunęła, a im baczniej przyglądali się państwowi inspektorzy, tym więcej znajdowali. Raz zamykano na tydzień linię mielenia mięsa, potem na kolejny ubojnię. Jeden inspektor kazał firmie robić to, drugi – śmo.

Robert i Justin zbudowali warte miliony dolarów laboratorium, żeby samodzielnie prowadzić badania i być o krok przed rządowymi naukowcami, ale nie tylko na nich musieli uważać; również na legislatorów, którzy co rusz wymyślali jakieś nowe regulacje, oraz na prawników. Przedsiębiorstwu, Bogu dzięki, nigdy nie zdarzył się poważny problem z bakteriami E. coli, ale nigdy nie wiadomo, kiedy mógłby się przytrafić. Nawet drobne naruszenie przepisów mogło kosztować fortunę i rzucić firmę na pastwę inspektorów z Agencji Żywności i Leków (Food and Drug Administration, FDA) lub prawników powoda.

ATF z drobiazgowymi zasadami dotyczącymi broni maszynowej bardzo przypominała Robertowi FDA. Ani w pracy, ani w swoim hobby nie mógł zaznać spokoju. Nadszedł wreszcie dzień pod koniec prezydentury Clintona, kiedy Robert i Justin spojrzeli na siebie znad zsuniętych biurek i zadali sobie pytanie: „Komu to potrzebne?”.

Justin skończył pięćdziesiąt lat, Robertowi niewiele do tego brakowało. Mieli tyle pieniędzy, że starczyłoby do końca życia. Żeby kontynuować działalność, musieliby ponownie ją rozszerzyć – w amerykańskim przemyśle nie da się stać bezczynnie – a to oznaczałoby rozpoczęcie od nowa: rozwodnienie udziałów i sprzedaż akcji, żeby zwiększyć kapitał, wymyślenie nowych produktów i znalezienie nowych klientów.

Gdyby biznes chciało przejąć któreś z ich dzieci, może zdecydowaliby się działać dalej. One jednak nie chciały. Dlatego w sierpniu 2001 roku – miesiąc przed atakami z 11 września – interes zbudowany od zera przez ich dziadka sprzedali koncernowi Cargill i odeszli z kupą forsy.

Na emeryturze Robert miał czas wynajdywać artefakty kultury broni maszynowej – stare ołowiane figurki strzelców, insygnia oddziałów karabinów maszynowych, wspomnienia strzelców, kufle do piwa z motywami karabinów, działające historyczne modele broni w skali jeden do sześciu – oraz łatać dziury w swojej kolekcji. Zaczął pisywać techniczne artykuły na temat historycznych karabinów do jednego z naukowych czasopism poświęconych broni palnej. W społeczności entuzjastów dołączył do znanej i szanowanej starszyzny, był kolekcjonerem dżentelmenem, hojnym źródłem wiedzy technicznej i historycznej. Co roku jeździł na wielkie strzelanie, żeby zobaczyć, co kto wystawił na linii ognia, porozmawiać ze starymi znajomymi, a może znaleźć też coś nowego do kolekcji.

Wiosną 2010 roku poleciał do Las Vegas, wynajął samochód i jechał przez trzy godziny do Wikieup w Arizonie na jedną ze swoich ulubionych imprez. Tam pośród ryku ognia spotkał przygarbionego okularnika w średnim wieku, ubranego w spodnie z zaszewkami oraz czapkę NRA, w której wyglądał jak idiota.

Staliśmy na szczycie wzniesienia wyrównanego buldożerem, przed nami rozciągał się wyschnięty parów o szerokości niespełna kilometra, zakończony sznurem niskich pagórków – idealne miejsce do strzelania. Pagórki stanowiły osłonę, a odległość do najbliższego domostwa wynosiła wiele kilometrów. Wschodziło słońce, a mężczyźni w bluzach z kapturami i spodniach z wojskowym kamuflażem rozstawiali linię strzału na płaskim wzniesieniu, rozpakowywali narzędzia i pudełka z amunicją, rozcierali dłonie z zimna i rozmawiali beztroskim, naszpikowanym żargonem językiem, jaki słyszy się przy torach wyścigów NASCAR. Dziesiątki karabinów maszynowych stały na dwunogach, trójnogach i stojakach pod prowizorycznymi osłonami z niebieskiego brezentu. Zdołalibyśmy zmusić do odwrotu Wehrmacht.

W dole, w parowie, kręcili się ludzie rozstawiający różnego rodzaju cele: stalowe beczki, zezłomowane auta i dziesiątki osobliwie wyglądających drewnianych słupów z pomarańczową końcówką, które przypominały gigantyczne zapałki.

Robert – z bujnymi czarnymi brwiami, żywym spojrzeniem i zawadiackim uśmiechem – rozprawiał o trudnościach technicznych w XIX wieku.

– Pierwsze karabiny maszynowe były czarnoprochowe. Możecie sobie wyobrazić te chmury dymu – mówił, zaciągając się papierosem. Był niski, więc w pokrytej insygniami skórzanej kurtce wyglądał jak dziesięciolatek, który bawi się w pilota myśliwca. – Żeby karabin naprawdę działał, potrzebowali potężnej, jednorodnej, dobrze pasującej amunicji. Wczesny rozwój karabinów maszynowych powstrzymywała nieprecyzyjność naboi. – Ciągnąłby dalej, ale przywołał go stary znajomy, niejaki Doktor, żeby rozstrzygnąć pewien problem z vickersem.

Aromat kawy zawiódł mnie do przyczepy obsługiwanej przez klub 4H z Kingman w Arizonie[25]. Najwidoczniej ostatnio Departament Rolnictwa rozszerzył wachlarz działań tej organizacji w zakresie wspierania młodych ludzi z prowincji o obsługę strzelców karabinów maszynowych. Śniadaniowe burrito i kubek gorącej wody o smaku kawowym sprzedali mi licealiści, podejrzanie weseli jak na tę porę dnia, tuż po wschodzie słońca.

Nie jestem pewien, czego spodziewałem się po wielbicielach broni maszynowej. Gdy jednak zająłem miejsce przy piknikowym stoliku, w towarzystwie cudownie nieogolonych strzelców, wylądowałem w samym środku sympozjum historycznego, konkursu wiedzy o tajnikach wojskowości. Cmoktając burrito, dowiedziałem się, że w 1893 roku swój projekt karabinu maszynowego sprzedał Hotchkissowi wiedeński kapitan baron Adolf von Odkolek, ale słynne pierścienie chłodzące dodał oczywiście Laurence Benét. Jak się okazało, dopiero w 1909 roku Argentyna zrezygnowała z belgijskiej amunicji 7,65 × 53 mm do Maxima, zastępując ją amunicją 7,65 × 53 mm Spitzer – rzecz jasna ze względu na bardziej płaską trajektorię lotu!

Ściskając burritos w umazanych rozpuszczalnikiem dłoniach, mężczyźni debatowali o tym, czy Vickers ulepszył projekt Maxima, kiedy wykupił firmę w 1896 roku, i czy zamek Blisha stanowił postęp, czy niebezpieczny krok wstecz. Bez choćby chwili przerwy rozmowa zeszła na broń maszynową widywaną w filmach. HBO właśnie rozpoczęło nadawanie serialu Pacyfik i wszyscy przy stoliku zgadzali się, że producentom jak rzadko kiedy udało się oddać to charakterystyczne klink-klink-klink ruchomego zamka karabinu Browning Model 1917A1 chłodzonego wodą.

Większość mojego towarzystwa stanowili panowie po pięćdziesiątce albo starsi, często z siwymi kucykami zwisającymi spod czapek z daszkiem, ubrani jak dniówkowi robotnicy. Mówili za to jak profesorowie albo maniacy patentów, a zważywszy na wartość broni ustawionej na linii ognia, zarabiali z pewnością jak giełdowi spekulanci.

Pomarszczony sześćdziesięciolatek w furażerce piechoty morskiej poprosił, żebym się posunął, dosiadł się, a potem sprowadził rozmowę na temat, którym mogłem się pożywić.

– Kojarzycie te wszystkie sceny z filmów o I wojnie światowej, w których karabiny maszynowe koszą całe zastępy nadciągających żołnierzy? – zapytał. – To wcale nie było tak. Brytyjczycy nazywali to „ścianą ognia”. Karabiny maszynowe kierowało się w powietrze, tak żeby pociski spadały rzędem przed własnymi postępującymi oddziałami. Strzelało się nad głowami żołnierzy, a kule spadały kurtyną. Stożek rozrzutu to inna sprawa. Do tego był potrzebny wysunięty obserwator. Nie będzie to już panu potrzebne? – Zmiął mój papierek po burrito. – Tu macie karabin maszynowy – powiedział z dłonią na papierku. – A tu – wskazał mój papierowy kubek kawy – jest wróg. Przycupnął za wzgórzem i myśli, że jest bezpieczny. – Ułożył przedramię między kubkiem a papierkiem, żeby udawało wzgórze. – Strzelacie ponad wzgórzem i kule spadają im na głowy. Właśnie tak powinno się używać karabinów maszynowych.

To ci dopiero obrazek na bezsenne noce: lecący prosto w dół deszcz milczących kul, przed którymi nie ochroni nawet okop.

Zapytałem, czy nie przeszkadza im konieczność płacenia dwustu dolarów podatku federalnego. To chyba trochę słono. Parsknęli śmiechem.

 

– Powiem panu, co to jest słono – odparł niejaki Walter, który wybrał się do Arizony aż ze Staten Island. – Mam browninga z 1917 roku. W latach siedemdziesiątych zapłaciłem za niego tysiąc pięćset dolarów. Gdyby ktoś chciał go kupić teraz, wybuliłby trzydzieści kafli. Trzydzieści kafli! A pan mi tu mówi o stempelku za dwie stówki? Cholera, amunicję za dwie stówy mój karabin zużywa w pół minuty. Dwie stówy…

– Kiedyś to była bariera. Podatek wynosił więcej niż cena broni.

– Te czasy już minęły.

– I to dawno.

– Więc gdybym chciał się w to wkręcić, to ile trzeba mieć na początek? – zapytałem. – Jaka jest najtańsza broń maszynowa, którą mógłbym kupić?

– Sten – odparli chórem trzej mężczyźni, a potem ze znużeniem przybili sobie piątki.

Pistolet maszynowy z tłoczonej stali, od którego dziewięcioletni Robert rozpoczął kolekcję DEKO, podczas II wojny światowej kosztował brytyjski rząd około czterech dolarów za sztukę. Dziś, gdyby ktoś znalazł egzemplarz, zapłaciłby za niego tysiąc razy więcej. I to była najtańsza broń maszynowa na rynku.

Pierwszym, co spowodowało skok cen, była ustawa z 1986 roku, za którą lobbowało NRA, nazwana szumnie ustawą o ochronie posiadaczy broni palnej. To prawo, podpisane przez Ronalda Reagana, znosiło wiele wprowadzonych w latach sześćdziesiątych regulacji dostępu do broni palnej, które NRA uważało za uciążliwe. W ostatniej chwili ktoś przemycił jednak poprawkę zakazującą sprzedaży cywilom broni maszynowej zarejestrowanej w ATF po 19 maja 1986 roku. Nagle liczba sztuk broni maszynowej, którymi można było legalnie handlować, zatrzymała się na jakichś stu osiemdziesięciu sześciu tysiącach. Zawrotny wzrost cen siedem lat później spowodowało pojawienie się internetu. Wkrótce użytkownicy w całej Ameryce zaczęli znajdować strony obsługujące hobbystów broni automatycznej i mówili sobie: „Jasna cholera! Mogę kupić karabin maszynowy!”.

– Na początku interesowali się tym głównie pracujący faceci. Faceci, których ciekawiła mechanika – powiedział Walter ze Staten Island. – Kupowali broń za kilkaset dolarów, trochę z niej strzelali, sprzedawali i kupowali następną. W tamtych czasach, a mówimy o latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ci od broni maszynowej to byli strzelcy gorszej kategorii. Ludzie strzelający do rzutków, snajperzy i kolekcjonerzy patrzyli na nich z góry. Proszę pamiętać, że to były czasy, kiedy strzelający do rzutków nosili krawaty. My, maszynowcy, byliśmy małą ferajną z brudem za paznokciami. A potem, w latach dziewięćdziesiątych – głośno klasnął w dłonie – ceny oszalały. Zagustowały w tym japiszony. Teraz zamiast faceta pracującego w sklepie z tłumikami bawi się w to właściciel takiego sklepu, rozumie pan? – Nachylił się do mnie. – Dzisiaj nigdy w życiu nie byłoby mnie stać na ten karabin. – Obejrzał się przez ramię, a potem przez drugie. – Tu jest więcej nadzianych gości niż na Kentucky Derby.

Mężczyźni wstali, wyrzucili foliowe opakowania do niebieskich beczek na śmieci i ruszyli w stronę linii ognia. Z wyschniętego parowu ulotnili się ludzie, w powietrzu niósł się szczęk ładowanej i odbezpieczanej broni. Wszyscy nałożyli ochronniki słuchu. Rozległa się freonowa syrena okrętowa, a wtedy karabiny wypaliły jednocześnie z takim hałasem, jakby wszechświat rozpękał się na dwoje.

Chmurki kurzu tańczyły nad parowem, zielono-czerwone pociski smugowe drapały powietrze, mosiężne łuski skakały migoczącymi strumieniami z dymiących komór. Przerośnięte zapałki okazały się słupami, do których przypięto laski dynamitu. Ilekroć w jakąś trafił pocisk, wybuchała z hukiem, od którego pękały bębenki, wśród wielkiej niczym dom kuli siarkowożółtego dymu.

Robert stał z rękami w kieszeniach skórzanej kurtki lotniczej i patrzył, trzymał w zębach papierosa i uśmiechał się szeroko.

– Uwielbiam tutaj strzelać! – zawołał poprzez łomot. – Widzi pan, jak mało gapiów? Impreza tylko dla strzelców. Dżentel­meńska!

– Jest takich więcej?

– Mnóstwo! Stały się równie popularne jak zbiórki pieniędzy dla republikanów! Pan nie strzela?

– Nie mam z czego!

Dał znak, żebym poszedł za nim, i pomaszerowaliśmy wzdłuż linii ognia do przykrytej niebieskim brezentem budki z odręcznym napisem „WYPOŻYCZALNIA BRONI SAMOCZYNNEJ”. Na tablicy, niczym kanapki w kawiarni, wypisano dostępną broń. THOMPSON 25 dol. PPSZ 20 dol. STEN 20 dol. BAR 50 dol. Ceny dotyczyły wystrzelenia jednego magazynka amunicji. Podszedłem do budki i oznajmiłem młodej kobiecie – jednej z niewielu, jakie zobaczyłem przez cały ranek – że chcę postrzelać z thompsona. Wzięła ode mnie pieniądze i wskazała, żebym podszedł do skraju wzniesienia.

W dole szalało piekło – wszędzie fruwały smugacze, płonęły zezłomowane samochody, wybuchał dynamit. Pieski preriowe i jaszczurki musiały się zastanawiać: „Co, do cholery?”. Obok mnie stanął wysportowany mężczyzna po sześćdziesiątce z podgoloną fryzurą niczym granitowy klif, ściskając w dłoni pistolet maszynowy Thompson. Włożył do niego trzydziestonabojowy magazynek, odciągnął zamek, odbezpieczył broń i wręczył mi ją.

– Może pan to cofnąć?!

Podejrzliwie uniósł brew.

– Może pan wyjąć magazynek i zwolnić zamek?! – zawołałem ponad hałasem.

Zmarszczył czoło.

– Chcę to wszystko zrobić sam! – wyjaśniłem.

Właśnie trzymanie broni w ręku lubiłem najbardziej – poczucie ciężaru, obsługiwanie mechanizmu. Odkąd tylko pamiętam, oglądałem, jak z thompsonami obchodzą się żołnierze, policjanci i gangsterzy. Mógłbym z powodzeniem wykonać te wszystkie ruchy przez sen. A teraz miałem jedyną szansę naprawdę to zrobić.

Mężczyzna wzruszył ramionami i wyjął magazynek. Nacisnął spust, pozwalając zamkowi opaść na pustą komorę, po czym włożył mi broń do rąk.

Trzymając ją za chwyt pistoletowy, wsunąłem magazynek do gniazda i docisnąłem nasadą dłoni jak sierżant Saunders w Combat! albo Eliot Ness w Nietykalnych. Lewą ręką złapałem zamek i odciągnąłem. Ściskając w zębach wyimaginowane cygaro, uniosłem broń do policzka.

Kopnęło znacznie słabiej, niż się spodziewałem. Kolba uderzała mnie w ramię, a ja pokierowałem pasmo chmurek kurzu po powierzchni pustyni do jednego z pomarańczowych słupów. Bum!

Broń szczęknęła – magazynek był pusty. Dwadzieścia pięć dolarów poszło z dymem w mniej więcej cztery sekundy. Robert uśmiechał się od ucha do ucha.

– Teraz pan rozumie? – zapytał ze śmiechem.

Rozumiałem. Weźcie najzacieklej nienawidzącego broni pacyfistę, jakiego znacie, i dajcie mu thompsona, żeby postrzelał do laski dynamitu. A potem podepnijcie go pod wykrywacz kłamstw i zapytajcie, czy było fajnie.

Roger Sprava, jeden z najmłodszych strzelców na imprezie, ładował z zamontowanego na trójnogu browninga model 1919 zasilanego pasem amunicji kalibru .30 – na taki zakup trzeba by zastawić dom. Obok rosła górka pustych mosiężnych łusek. Za nim, na drewnianym stelażu, stały kolejne karabiny, których łączna wartość przewyższała pewnie sto tysięcy dolarów. Uznałem, że gość chyba utrzymuje się z funduszu powierniczego.

– Ja? Bogaty? – odparł, kiedy zrobił sobie przerwę. Miał krótkie włosy i szczupłą, chłopięcą twarz, którą wykrzywił, wachlując dym unoszący się z rozgrzanego karabinu. – Pracuję w fabryce półprzewodników w Phoenix. Po prostu oszczędzam – powiedział. Pierwszą broń maszynową kupił w 1997 roku. – Chciałem tylko kupić MAC-10 za osiemset dolarów, bo w Prawdziwych kłamstwach Arnold Schwarzenegger strzelał z dwóch takich naraz – przyznał. Ale dalej poszło już szybko. – Potem kupiłem M16… – Zmieszany wskazał swoją kolekcję: karabinek M2, uzi z tłumikiem o średnicy butelki whiskey oraz thompson. Ich długie stalowe lufy połyskiwały w mocnym słońcu Arizony. Sprava cieszył się, że ulokował pieniądze w tej broni zamiast, powiedzmy, w funduszach inwestycyjnych; to zrozumiałe uczucie mroczną od kryzysu wiosną 2010 roku. – Wiem, że taka broń stale zyskuje na wartości – powiedział. – A funduszy inwestycyjnych nie da się w sobotę wziąć za miasto, żeby się nimi pobawić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?