Wolność i spluwa

Tekst
Autor:Dan Baum
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Choć pasjonaci broni wygrali i nie przywrócono przepisu, nie odwołali czerwonego alarmu. Zakaz z 1994 roku wywołał tak przewlekłe zapalenie ich gruczołu gniewu – narządu bez przerwy podrażnianego przez NRA i prasę poświęconą broni palnej – że gdy w 2008 roku zanosiło się na zwycięstwo kolejnego demokraty w wyścigu o Biały Dom, branża zanotowała najlepszy rok w historii. W sklepach z bronią często widywało się plakaty przedstawiające uśmiechniętego Obamę z podpisem „SPRZEDAWCA ROKU W SEKTORZE BRONI PALNEJ”. Szczerze mówiąc, obawy drobniutkiej Erin Jerant nie były całkiem irracjonalne. Wkrótce po wyborach nowemu prokuratorowi generalnemu Ericowi Holderowi wymknęło się stwierdzenie, że przywrócenie zakazu karabinów szturmowych to jedna z „niewielu zmian w zakresie dostępu do broni, które chcielibyśmy wprowadzić”. Ta uwaga wywołała taką gównoburzę, że już po kilku tygodniach Holder mamrotał, że chodziło mu wyłącznie o „przestrzeganie obowiązującego prawa”, czyli powtarzał stanowisko NRA.

Karabinek AR-15 był do tego stopnia wszechobecny, gdziekolwiek się udałem, że powoli stawał się jednym z bohaterów tej historii. Im więcej o nim czytałem, tym bardziej wydawało mi się, że to jest przyszłość – może to iBroń. Nawet biznes skupiony wokół niego wyglądał inaczej niż kiedyś. Chociaż AR-15 wykonywali tradycyjni duzi producenci broni – Smith & Wesson, Ruger, Remington i Colt – to absolutnie nie jako jedyni. Produkowało je co najmniej trzydzieści amerykańskich firm, z których część to warsztaty złożone z dwóch czy trzech osób. Życie tej branży nie tętniło w dużych zadymionych fabrykach, ale głównie wśród silników, wytłaczarek i spawarek w strefach przemysłowych na obrzeżach miast. Gdy dotarłem do Arizony, postanowiłem poszukać takiego zakładu.

Do Phoenix przyjechałem w tym samym tygodniu, w którym Kongres przyjął ustawę prezydenta Obamy o służbie zdrowia, więc całe miasto przeżywało jedno wielkie załamanie nerwowe. Z tego powodu z Arizończykami trudno było rozmawiać o czymkolwiek innym, nawet o ich broni. W dusznej poczekalni zakładu wymiany oleju sieci Jiffy Lube starszy pan tak bardzo przeżywał to nowe prawo, że brakowało mu tchu; bałem się, że dostanie wylewu. „W tym kraju od pięćdziesięciu lat jest socjalizm, ale teraz wreszcie wyszedł z szafy i świeci gołą dupą!” – zakrzyknął i była to uwertura dwudziestominutowego monologu wygłoszonego dla dwuosobowej widowni złożonej ze mnie oraz przysadzistej kobiety zerkającej nerwowo znad numeru „Prensa Hispana”.

– Proszę pana – odezwałem się w końcu, wyciągając rękę, by poklepać go po kolanie odzianym w spodnie z kory. – Mogę pana zapewnić: po prostu przegraliście jedno starcie. Moim ciągle się to zdarza. Niech mi pan wierzy, republika wciąż ma się świetnie.

Nadal był niepocieszony.

Zostało mi trochę czasu przed spotkaniem, więc krążyłem po Phoenix w swoim świeżo naoliwionym aucie, kierując się wskazaniami Gun Store Findera. Pierwszy sklep, do którego wysłała mnie aplikacja, już nie istniał – szyld z napisem „BROŃ” skrzypiał, kołysząc się na upalnym wietrze, ale okna zamalowano na biało. Drugi również. Zajrzawszy przez przeszklone drzwi, stwierdziłem, że zamknięto go niedawno: na ścianie wisiał plakat reklamowy rewolweru Taurus Judge, tegorocznego hitu. Zaczynałem czuć się jak epidemiolog na tropie tajemniczej zarazy, która zostawia za sobą sznur martwych sklepów z bronią. W czasach gdy sprzedaż broni palnej miała się dobrze, coś zabijało sklepy.

Przyszła jednak pora udać się do Glendale, toteż przebiłem się przez korki i dotarłem do rozległej siatki zaprojektowanych bez polotu szarych budynków ze stali, przyozdobionych kojarzącymi się z grubsza z techniką, ale mętnymi szyldami firm typu Technotron i Tronotech. Jeździłem i jeździłem, a gdy wreszcie pojąłem, że zabłądziłem, wtedy wprost przede mną wyrósł drogowskaz, którego szukałem: zakład zbrojeniowy Patriota. Zaparkowałem, a potem zabębniłem pięścią w nieoznaczone stalowe drzwi.

Szczęknęły zamki, po czym drzwi się otwarły i Frank ­DeSomma zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Znalazł mnie pan – powiedział, gestem zaprosił mnie do biednie umeblowanego biura i zamknął za nami drzwi.

Nie przypominał rusznikarza z Arizony, ale raczej handlarza przecenioną elektroniką z Brooklynu. Był niski i kluchowaty, nosił bladoniebieski sportowy garnitur, złote łańcuchy i duży, pękaty złoty sygnet. Ciemne włosy przylizał do tyłu, a jego mięsistą twarz zdobiły wąsik i bródka. Z brooklyńskim akcentem – tak mocnym, że aż zapachniało korniszonami – rozpoczął przewidywalnie rozpaczliwy monolog na temat ustawy prezydenta Obamy o służbie zdrowia. Dałem mu mówić przez półtorej minuty, rytmicznie tupiąc nogą; w owym tygodniu taka była cena interesów w Arizonie. Wreszcie uniosłem dłoń.

– Litości. Pogadajmy o broni.

DeSomma wzruszył ramionami, uśmiechnął się i zaczął opowiadać historię swego interesu. Jego rodzina przeprowadziła się z Brooklynu do Arizony, kiedy miał osiem lat. Wszyscy jego koledzy mieli broń, a on jako dwudziestoparoletni operator maszyn w przemyśle lotniczym i kosmonautycznym był zafascynowany nie tylko hukiem i błyskiem, ale również jej mechaniczną perfekcją. W 2002 roku, gdy dziesięcioletni zakaz karabinów szturmowych wkrótce miał wygasnąć, DeSomma wyczuł, że niedługo skoczy popyt na AR-15. Sprzedał budynek mieszkalny i zapytał żonę, czy zarobione w ten sposób dwadzieścia pięć tysięcy dolarów może zainwestować w rozkręcenie interesu produkcji części do broni.

Wszystkie AR-15 są identyczne pod względem działania. Bądź co bądź to właśnie wymienność części czyni tę broń tak ekscytującą. DeSomma uznał jednak, że stworzy coś lepszego. Od czasu wojny w Wietnamie AR-15 znane było z tego, że jest lekkie i celne, ale też kapryśne i często się zacina. DeSomma stwierdził, że problem tkwi w wykorzystaniu gazów z wystrzału jednego pocisku do wyrzucenia łuski i umieszczenia kolejnego pocisku w komorze. Przesuwanie zamka bezpośrednio za pomocą gorących gazów oznaczało pokrycie go brudem, co ostatecznie skutkowało popsuciem broni, dlatego DeSomma sięgnął do koncepcji stosowanej w karabinach samopowtarzalnych starszych niż M16. Opracował metodę wykorzystania gazów do popchnięcia bolca, czyli tłoku, który z kolei popchnie zamek. Zwiększała się masa broni, ale zamek był dzięki temu czystszy. Kiedy w 2004 roku pojechał z tym wynalazkiem na duże targi broni, ludzie uznali go za wariata chcącego cofnąć rozwój AR-15.

Tak właśnie zaczęła się jedna z tych charakterystycznych historii o pomysłowości i harcie ducha, które pojawiają się na tyle często, by podtrzymywać amerykański sen. Przez pierwsze cztery lata DeSomma nic sobie nie wypłacał, każdego zarobionego centa wpuszczając z powrotem w biznes. Kiedy go poznałem, pobierał skromne dwieście pięćdziesiąt dolarów tygodniowo, miał jednak dwudziestu pięciu pracowników, którzy wytwarzali tysiąc karabinów rocznie, sprzedawanych za oszałamiającą kwotę od tysiąca dziewięciuset do dwóch tysięcy sześciuset dolarów za sztukę. Co roku kilka egzemplarzy sprzedawał komendom policji, większość produkcji trafiała jednak do cywili. Liczył także na skutek wojen w Iraku i Afganistanie.

– Sprzedaje pan broń armii? – zapytałem.

– Nie, ale każdy facet, który do mnie przychodzi, jest przyzwyczajony do tej platformy i chce przy niej pozostać.

Pozostać? Ostatnią rzeczą, na jaką mieli ochotę znani mi weterani wojny w Wietnamie, było „pozostanie” przy M16. Czy to dlatego, że w przeciwieństwie do dzisiejszych żołnierzy nie traktowano ich jak gwiazdy? Dlatego, że znacznie więcej ich zginęło? Czy to po prostu czasy się zmieniły?

Mężczyzna otworzył sejf i wręczył mi jeden ze swoich karabinków. Był on cięższy, masywniejszy niż AR-ka chłopaka, który dał mi postrzelać w Denver. Ten zbierał fantastyczne recenzje. Wielu uważało, że to najlepsze AR-15 na rynku. „Gun Digest” określił tę broń, mogącą między kolejnymi czyszczeniami wystrzelić niewiarygodną liczbę stu tysięcy sztuk amunicji, mianem „AR-15 doskonałego”.

DeSomma nie krył się z emocjami i regularnie rzucał typowe szpetne uwagi na temat liberałów[18], Obamy i „tych, co wyciągają łapę po broń”. Był jednak również człowiekiem, który głęboko wierzy w wizję Ameryki, w jakiej chciałby żyć, oddanym temu, by jego interes pomógł ją urzeczywistnić. Cud Konstytucji Stanów Zjednoczonych, mówił, polega na tym, że robi ona wszystko, żeby zapewnić zwyczajnym obywatelom możliwość obalenia tyrańskiej władzy. „Niech mi pan pokaże drugi kraj, który stworzył coś takiego” – powiedział, przekrzywiając głowę i wtykając ją między moją twarz a notes, w którym próbowałem coś zapisywać. Mówił, że zagwarantowanie w założycielskim dokumencie naszego kraju prawa do broni sugerowało dość niezwykłe pokłady zaufania państwa do zwykłego człowieka. Wierzył, że twórcy Konstytucji chcieli widzieć nad kominkiem każdego Amerykanina – by mógł on stawić czoło tyranii – najnowszą zdobycz technologii bitewnej: muszkiet skałkowy. Jego dzisiejszym odpowiednikiem, twierdził DeSomma, jest AR-15. Powinniśmy nie tylko nie zakazywać sprzedaży, ale także uznać AR-kę za broń najmocniej chronioną przez drugą poprawkę. Wytwarzanie AR-15 to przywilej, niemalże święte powołanie; tym sposobem DeSomma przyczyniał się do realizacji marzeń założycieli naszego kraju. Jasne, był dumny z tego, jak szybko i udanie zbudował swój biznes.

– Ale tu nie chodzi o pieniądze. Nie chodzi nawet o broń – rzekł, zamaszystym gestem wskazując teren fabryki. – Chodzi o władzę stanów i obywateli!

Jako producent broni oprócz podatku dochodowego i od działalności gospodarczej DeSomma płacił jedenastoprocentową akcyzę, tak samo jak każdy, kto wytwarza alkohol i papierosy, czyli artykuły, do których konsumpcji rząd chce zniechęcić obywateli. Akcyza bolała go nie dlatego, że musiał rozstać się z pieniędzmi, ale ze względu na samą zniewagę.

 

– Zupełnie jakbyśmy robili coś złego, coś brudnego – powiedział i jego chropowaty głos aż zadrżał.

Kiedy złożył wniosek o pożyczkę w banku Chase, w którym miał wszystkie swoje konta, zatem znano jego doskonałą zdolność kredytową, usłyszał, że nie obsługują „tego rodzaju działalności”.

– Jakbym prowadził burdel albo co! – Rozłożył ręce w klasycznym geście typu „możecie mnie pozwać”. – W zeszłym roku miałem zamówień za dwanaście milionów dolarów, a Chase nie chce mi dać kredytu!

DeSomma był nie tylko urażony. Wydawał się szczerze, dogłębnie zdezorientowany: bank Chase oraz ludzie, którzy uznali, że branża producentów broni powinna płacić akcyzę – nie wspominając już o chcących ograniczyć dostęp do broni albo wręcz go zakazać – mylili się. Wydawało im się, że broń jest zła, a co za tym idzie, że osoby, które ją lubią, należy ukarać.

Znajomi DeSommy, sami pasjonaci broni, należeli do najzacniejszych, najbezpieczniejszych, najuczciwszych i najbardziej praworządnych mieszkańców aglomeracji Phoenix. Ich broń to zwyczajny sprzęt, pomysłowo zaprojektowany i – zwłaszcza w przypadku DeSommy – wyprodukowany z zegarmistrzowską precyzją; musiał to przyznać każdy, kto kiedykolwiek wziął ją do ręki i z niej strzelił. Policja i wojsko potrzebują broni palnej wysokiej jakości, żeby zadbać o bezpieczeństwo kraju, ale DeSomma nie chciał się chować za tym argumentem. To właśnie obecność broni w rękach prywatnych czyni Amerykę wyjątkową; druga poprawka do Konstytucji odróżnia obywatela od poddanego. Ludzie obrzucający błotem produkty DeSommy – nakładający na nie podatek od grzechu, dyskryminujący w kontaktach biznesowych i chcący ich zakazać jako „karabinów szturmowych” – byli albo zupełnymi ignorantami, albo szczerze pogardzali wolnością, którą ta broń symbolizuje. To albo najgorszy sort elitarystów – próbujących kontrolować coś, czego nawet nie chce im się zrozumieć – albo fundamentalistyczni wrogowie Ameryki.

Wyjął z kieszeni iPhone’a.

– Niech pan popatrzy – powiedział, po czym włączył na ­YouTubie nagranie z przemowy inauguracyjnej Ronalda Reagana przed pierwszą kadencją.

„Nasz kraj ma rząd, a nie odwrotnie – mówił malutki, srogi Rea­gan. – To nie rząd federalny stworzył stany, ale stany stworzyły rząd federalny”.

– Ten człowiek był dla mnie jak rodzony dziadek – rzekł ze smutkiem DeSomma, chowając telefon. – To za mojego życia jedyny prezydent, któremu naprawdę zależało na Ameryce.

Chyba wyczuł, że starczy mi już tego kazania, bo gestem zaprosił mnie, żebym ruszył za nim do fabryki – labiryntu hal pozbawionych okien. Mimo podmiejskiego otoczenia spodziewałem się zastać tam ludzi w skórzanych fartuchach, wykuwających części do broni pośród ogłuszającego hałasu i fontann iskier. Zamiast tego weszliśmy do pogrążonego w niemal całkowitej ciszy hangaru pełnego maszyn sterowanych numerycznie (CNC) – kostkowatych trzymetrowych molochów ze stali i szkła. Przed każdym z nich stał człowiek analizujący kod, a niemy ekran komputera odbijał mu się w okularach ochronnych. Ci faceci mniej przypominali ­robotników w fabryce, a bardziej kontrolerów ruchu lotniczego.

Podeszliśmy do jednej z maszyn CNC.

– Projekt komory spustowej powstaje na komputerze i zostaje przesłany cyfrowo do tych maszyn – wyjaśnił DeSomma. Komora spustowa to główna część broni, pusta metalowa skrzynka wielkości kasety wideo. Elementy mechanizmu spustowego zostają umieszczone w środku, a lufę, kolbę i wszystko inne przyczepia się na zewnątrz.

Operator otworzył klapę CNC i wsunął tam krótką płytkę srebrnoszarego metalu – pusty kawałek aluminium. Spojrzał na wyświetlacz z długim ciągiem liczb – to te komputerowe instrukcje – i wcisnął kilka guzików.

Za szybą robotyczne wiertła i frezy zaczęły wiercić w płytce. Strzykały spiralne fragmenty aluminium, a po mniej więcej dwudziestu pięciu minutach kawałek metalu przekształcił się w komorę spustową AR-15. DeSomma wręczył mi ją. Nic nie ważyła.

Z punktu widzenia prawa pusta metalowa puszka, którą trzymałem w rękach – komora spustowa – była bronią palną. To jedyna część karabinu, na której miał się znaleźć numer seryjny. Żeby ją nabyć, nawet taką pustą, nagą, nieszkodliwą, bezwładną, jaką teraz miałem w dłoni, należało wypełnić formularz ­federalny 4473 i poddać się takiej samej kontroli przeszłości jak przy zakupie w pełni sprawnego glocka albo strzelby. Później jednak wszystkie części, dzięki którym z AR-15 można strzelać, w świetle prawa były tylko częściami. Zamek, lufę, magazynek, kolbę, spust i tak dalej można było kupować, sprzedawać i wysyłać pocztą z taką samą swobodą jak sprzęt wędkarski czy akcesoria kuchenne. Zatem gdy tylko strzelec nabył komorę spustową, mógł zbudować sobie prawie każdą broń, nigdy więcej nie poddając się kontroli przeszłości ani nie wypełniając formularza. Choć w praktyce właściciel AR-15 strzelał z różnej broni, ze stanową i federalną biurokracją musiał się zmierzyć tylko raz. Równo­cześnie ATF teraz nie wiedziało już, jakiego kalibru broń jest w użyciu. Karabinek AR-15 to uniemożliwił. Bez przerwy zmieniał kształt.

Łatwo zatem zrozumieć, dlaczego ta broń stała się tak popularna. Fajnie się z niej strzelało. To spełnienie marzeń geeka o bezliku zaawansowanych technicznie części. Dzięki niej każdy odgrywał epizod w globalnej wojnie z terroryzmem oraz w marszu amerykańskiej historii. Działało to bez względu na rodzaj strzelania interesujący danego pasjonata. I utrud­niało ­życie ATF. AR-15 było idealną bronią w erze Partii Herbacianej.

DeSomma odprowadził mnie do samochodu. Zanim wsiadłem, zdjąłem kurtkę, odsłaniając kaburę z coltem za pasem.

– Proszę, proszę! – rozpromienił się. Położył rękę na sercu i zamknął oczy. – Robi mi pan zaszczyt, przychodząc z bronią do mojego miejsca pracy.

Nigdy nie napotkałem biznesu ani hobby równie splecionego z politycznym światopoglądem jak broń palna i strzelectwo. Od opiekuna strzelnicy z przypinką „MOLON LABE” aż po Erin Jerant i Franka DeSommę – każde z nich wcześniej czy później zaczynało śpiewać konserwatywną arię. Przecież nie wszyscy tenisiści w Ameryce byli syjonistami rewizjonistami i nie każdy pracownik branży oponiarskiej tylko czekał, żeby wychwalać zalety peronizmu. Przed opuszczeniem aglomeracji Phoenix postanowiłem odwiedzić jeszcze jedno miejsce: Instytut Goldwatera. W 1964 roku senator Barry Goldwater śmiertelnie mnie wystraszył, ale potajemnie zawsze miałem do niego słabość[19]. Może i był nuklearnym wichrzycielem o spojrzeniu szaleńca, ale przynajmniej intelektualnie konsekwentnym. Chciał, żeby rząd przestał się mieszać w życie obywateli – włączając w to osoby homoseksualne, kobiety potrzebujące przerwać ciążę i użytkowników marihuany. Jeśli ktoś potrafił mi wytłumaczyć, dlaczego upodobanie do broni palnej tak często wpisane jest w ten sam chromosom co polityczny konserwatyzm – jakim cudem na Sarah Palin mógł głosować tak naturalny demokrata jak ten tonący w długach, pozbawiony perspektyw chłopak z klasy robotniczej spotkany w Rodzinnym Centrum Strzeleckim – to właśnie tutaj, w podwzgórzu ruchu konserwatywnego.

Instytut był nowoczesnym budynkiem z białej cegły, znajdującym się przy zadrzewionej bocznej ulicy w centrum Phoenix. W holu dominowało wielkie brązowe popiersie nieżyjącego senatora, na ścianach zaś wisiały czarno-białe fotografie przedstawiające Goldwatera w towarzystwie panteonu sław ruchu konserwatywnego: Friedricha Hayeka, George’a Willa, Ronalda Reagana, Clarence’a Thomasa, Margaret Thatcher i Arthura Laffera. Jego charakterystyczne groźne okulary patrzyły na mnie z każdej strony, kiedy podszedłem do recepcjonistki, żeby się przedstawić.

– Mam dla pana idealnego człowieka – powiedziała, po czym skierowała mnie w głąb korytarza do Nicka Draniasa.

W mieście ludzi ubierających się na westernową modłę – w koszule na perłowe zatrzaski albo w uniformy emeryta złożone z koszul­ki polo oraz żółtych spodni – Nick, w niebieskiej garniturowej koszuli i krawacie, wyglądał jak ambasador Wschodniego Wybrzeża. Rezydował w typowej klitce politykiera: obite boazerią ściany, a na nich zdjęcia pełne uścisków rąk, dyplomy uznania i patriotyczne badziewie.

Nick równie dobrze mógł mieć trzydzieści pięć albo pięćdziesiąt lat, miał głęboko osadzone oczy i rozmyślnie nieruchomą twarz, jakby najdrobniejszy wyraz emocji był czymś „liberalnym” albo oznaczał oddanie czegoś za darmo. Jako niezapowiedzianego gościa przyjął mnie uprzejmie, ale odniosłem wrażenie, że gdybym go zirytował, pod biurkiem miał guzik, po którego naciśnięciu spadnę razem z fotelem do dziury najeżonej kolcami.

Zarabiał na życie pisaniem opinii amicus curiae[20], którymi wszczepiał konserwatywny i libertariański światopogląd w sprawy sądowe dotyczące wszystkiego – od praw wyborczych przez dotacje na akwaria aż po broń. Zapytałem go o relację między bronią a ruchem konserwatywnym, a wtedy zaczął powtarzać wywiedziony z drugiej poprawki argument DeSommy, że uzbrojeni obywatele są ochroną przed tyranią.

– Stop – powiedziałem, unosząc dłoń. – Gromada facetów z karabinami w szafach nic nie zdziała wobec armii z czołgami, śmigłowcami i odrzutowcami.

Oparł się w fotelu i popatrzył na mnie z lekkim uśmieszkiem, jakby latami czekał, aż ktoś wpakuje się w tę pułapkę.

– To dziwne stwierdzenie w ustach osoby w pana wieku – odparł. – W którym roku się pan urodził?

– W pięćdziesiątym szóstym.

Wyprostował się, splótł dłonie, pochylił się nad nimi i wbił we mnie wzrok.

– Pańskie życie zdefiniowała wojna w Wietnamie. Potężne wojsko Stanów Zjednoczonych zostało pokonane przez wroga uzbrojonego właściwie tylko w karabiny. W naszych dwóch obecnych wojnach jest podobnie i żadna nie wygląda dobrze. No i niech pan popatrzy na Rosjan w Afganistanie. – Rozsiadł się wygodnie w obrotowym fotelu. – Więc proszę mi nie mówić, że ludzie z karabinami w dłoniach nie mogą stawić czoła współczesnemu wojsku.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, a on nachylił się niczym pantera gotowa do ataku. Zamknąłem usta i zrobiłem unik.

Niedawno Sąd Najwyższy zniósł obowiązujący od dawna w Dystrykcie Kolumbii zakaz posiadania broni krótkiej, co konserwatyści fetowali jako wielkie zwycięstwo. Nick sam napisał raport, w którym optował za likwidacją zakazu.

– Wydawało mi się, że konserwatyści są zwolennikami praw stanów – powiedziałem. – Nie uważa pan, że mieszkańcy Waszyngtonu mają prawo zdecydować, jakie lokalne przepisy dotyczące broni są dla nich najlepsze?

Odrzucił ten argument:

– Moim zdaniem powinniśmy rozstać się z myślą, że władza lokalna jest święta. Wręcz przeciwnie, władza, która wie, gdzie mieszkasz, jest jeszcze groźniejsza niż ta rządząca z daleka, w Waszyngtonie.

– Czapka z alufolii![21] – zawołałem i czułem, że palec Nicka zbliża się do przycisku.

On jednak zerknął na zegarek.

– Wy na lewicy patrzycie na taki problem jak przemoc z użyciem broni palnej i mówicie: „Musimy coś z tym zrobić” – rzekł smutno, z zadumą, jakby opisywał godne politowania zachowanie ludów prymitywnych. – My na prawicy skłaniamy się raczej ku stwierdzeniu: „Jesteśmy ogromnym, skomplikowanym, wielo­języcznym krajem o niezwykle rozwiniętej wolności, więc siłą rzeczy czasami stanie się coś złego”. Skąd pomysł, że można ograniczyć poziom przemocy z użyciem broni, nie naruszając praw obywateli?

Trzydzieści tysięcy osób zabitych rocznie z broni palnej to zdaniem Nicka rzecz straszna, ale nie tak zła jak ograniczenie praw Amerykanów w zakresie dostępu do broni palnej – tak samo jak śmierć stu trzydziestu sześciu tysięcy amerykańskich żołnierzy była rozdzierającą tragedią, ale nie tak wielką, jaką byłoby oddanie Europy w ręce nazistów. Wolność ma swoją cenę. Nagle już tak bardzo mnie nie dziwiło, że ojciec chłopaka spotkanego przeze mnie w Rodzinnym Centrum Strzeleckim nie zabrał mu broni po przypadkowym wystrzale w domu. Pozbawienie dorosłego syna broni palnej po takiej przerażającej lekcji musiało mu się wydać czymś gorszym niż pozwolenie, żeby ją zatrzymał; młody człowiek dostał nauczkę, a jeśli nie, to kiedyś za to zapłaci. To dokładne przeciwieństwo tego, jak ja zawsze myślałem o ryzyku i osobistej suwerenności – czy to w przypadku syna, czy wszystkich ludzi.

– Nosi pan broń? – zapytałem Nicka.

– Mam jedną, ale nie noszę.

– Dlaczego?

Wzruszył ramionami i wstał, dając mi znak, że nasz czas dobiegł końca. Gdy otwierał mi drzwi, zakasłał w pięść i zniżył głos.

– Ale jedno muszę panu powiedzieć. Ja i wielu innych konserwatystów jesteśmy zbulwersowani reakcją naszego środowiska po 11 września. Ogarnęła nas żądza krwi i potrzebowaliśmy paru lat, żeby wrócić do swoich zasad. Patriot Act, Guantanamo, transfery…[22] Powinniśmy byli protestować, a tego nie robiliśmy. Dlatego jeśli dziś, jeżdżąc po kraju i rozmawiając z ludźmi, których ma pan za wściekłych posiadaczy broni, zobaczy pan, że konserwatyści obstają przy tych zasadach ze zdwojoną siłą, to być może przyczyną jest właśnie nasza porażka po 11 września.