Wolność i spluwa

Tekst
Autor:Dan Baum
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jego sklep niełatwo było znaleźć. Nie miał szyldu. MapQuest doprowadził mnie przed zamknięte drzwi z zadymionego szkła na osiedlu biurowym w Longmont w Kolorado, obok czegoś, co nazywało się White Rose Herbals. Zadzwoniłem, a wtedy drzwi uchylił na piętnaście centymetrów jakiś człowiek o ponurej minie i spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Ja do Olivera – powiedziałem. Otworzył drzwi na tyle, żeby mnie wpuścić, a potem znowu je zamknął. Czułem się, jakbym wchodził do nielegalnego baru w czasach prohibicji. – Przyszedłem kupić tłumik.

– Oliver niedługo wróci.

Rozejrzawszy się, zrozumiałem środki ostrożności. Znajdowaliśmy się w małej, pozbawionej okien sali wystawowej przypominającej plan zdjęciowy The Man from U.N.C.L.E. Na ścianach wisiała najbardziej przerażająca kolekcja broni bojowej, jaką kiedykolwiek widziałem: ze dwadzieścia pięć czarnych lub piaskowych AR-15 ozdobionych laserami i celownikami, każdy z dużym rurowatym tłumikiem przykręconym do lufy. Wziąłem do ręki jeden z nich i zauważyłem przełącznik pełny/półautomat. To była broń maszynowa – samoczynna, z tłumikiem i celownikiem.

– Wykonujecie zlecenia dla wojska? – zapytałem człowieka o kwaśnej minie.

– Jeszcze nie. Oby niedługo.

– Więc kto to kupuje?

– A kto nie?

Wrócił do warsztatu, gdzie dwaj inni faceci pracowali nad bronią przy długim blacie.

Przyłożyłem oko do dużego celownika i spojrzałem przez zadymione drzwi. Na grzbiecie mojego nosa na dachu domu dwie przecznice stąd, zamigotała drabina. Mógłbym trafić muchę, która po niej szła. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pomieszczenia wpadł barczysty mężczyzna z włosami w kolorze rudoblond. Jego twarz wypełniła celownik.

– O kurde! – zawołał ze śmiechem, zaglądając w głąb lufy. – Ty jesteś Dan?

Odwiesiłem broń na ścianę. Oliver był krzepkim facetem po czterdziestce, miał przystojne słowiańskie rysy oraz uścisk dłoni silny niczym zgniatarka samochodów Mokrej Roboty.

– To jest broń za dwa znaczki – powiedział, wyciągając w jej kierunku palce wskazujące obu rąk. – Jeden federalny znaczek potrzebujesz na broń maszynową, a drugi na tłumik. Sprzedam ci ją natychmiast za pięć tysięcy sześćset dolców, a to jest świetna okazja.

Zaczął robić wiele rzeczy naraz: sprawdzać coś w komputerze, wykonywać telefony, ustawiać drukarkę, grzebać w papierach i wyjmować dwa pistolety z kabur ukrytych za pasem – krótkolufowego smitha & wessona .357 magnum i małego glocka kalibru .40. Gadając przez telefon, podał mi niewielkie kartonowe pudełko, w którym znalazłem czarną, anodyzowaną rurkę o długości około piętnastu centymetrów, z wyrytym napisem TEC-65 i numerem seryjnym. Nie przerywając gorączkowej rozmowy, wziął ode mnie kartę kredytową i obciążył ją na trzysta dwadzieścia pięć dolarów: dwieście pięćdziesiąt za tłumik i siedemdziesiąt pięć „opłaty transferowej”. Przyciskając telefon ramieniem do ucha, zaniósł tłumik, teraz już mój, do warsztatu i zamknął go w olbrzymim sejfie na broń. Miałem nie zobaczyć go przez najbliższe trzy miesiące. Badanie przeszłości wymagane przy pozwoleniu na tłumik i na nosze­nie broni ukrytej trwało tyle samo – powinienem otrzymać oba dokumenty mniej więcej w tym samym czasie. Oliver zakończył rozmowę i zwrócił się do mnie:

– Przepraszam. Kompletne wariactwo?

– Tłumiki?

– Tłumiki, broń, wszystko.

– Jak trafiłeś do tego biznesu?

– Moja matka wychowała się w Niemczech podczas wojny i nie cierpi broni. Nie wolno mi było mieć pistoletu na wodę ani na gumkę. Nie wolno mi było celować palcem i robić pif-paf! No, mamusiu – gestem wskazał broń na otaczających nas ścianach – zobacz, co narobiłaś.

– A tłumiki?

– Większość moich klientów jest taka jak ty. – Zamaszystym gestem wymierzył oba palce wskazujące prosto w mój nos. – Chcą kupić tłumik, bo to takie tabu. Ale potem odkrywają, że wyciszenie wszystkiego ma sens. Kiedy uczysz syna strzelać, musisz krzyczeć, żeby cię usłyszał, bo ma zatyczki w uszach. Dzieciaki nie lubią, kiedy się na nie krzyczy! Wyłączają się! Założysz tłumik i problem znika. Ja bez tłumika już nie strzelam. No bo i dlaczego? Po co męczyć się z hałasem, skoro wcale nie trzeba? Większość ludzi nie od początku tak myśli. Najpierw wydaje im się, że to po prostu takie fajne. Że są jak James Bond. Wina Hollywoodu. Chcesz usłyszeć, jak to będzie brzmiało?

Czmychnął na zaplecze, skąd wrócił z karabinem kalibru .22 z celownikiem i piętnastocentymetrowym tłumikiem przykręconym do lufy. Przeszliśmy przez parking do miejsca, gdzie pług zepchnął dużą zaspę brudnego śniegu. Oliver odciągnął zamek, wycelował w zaspę i pociągnął za spust. Broń wydała z siebie ciche „pfu” – mniej więcej jak na filmach – a z hałdy wzbiła się garstka śniegu.

– Fajne, co? – zapytał, gdy wracaliśmy do środka.

Wyjaśnił, że tylko tłumiki kalibru .22, czyli takie jak mój, są równie ciche jak te hollywoodzkie. Przy tych do dziewięciomilimetrówek i czterdziestekpiątek – nie wspominając o pełnowymiarowej broni strzeleckiej – huk i tak jest dosyć głośny, chociaż o wiele cichszy niż bez tłumika. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze prędkość pocisku. Tłumik redukuje tylko odgłos wybuchającego prochu. Większość pocisków, w tym te kalibru .22, poruszają się szybciej niż dźwięk i powodują charakterystyczny trzask. Można go wyeliminować, tylko używając amunicji poddźwiękowej, tak jak Oliver w tej demonstracji.

– A gdzie coś takiego kupić?

– Wszędzie. Poproszę prawo jazdy. – Spisał moje dane, podpisał i podstemplował formularz, a potem wręczył mi plik papierów. – Zrób sobie dwa zdjęcia paszportowe, a potem idź z nimi i z tymi dokumentami do szeryfa, gdzie zdejmą ci odciski palców. Oprócz tego potrzebujesz jeszcze jego podpisu. Musi wydać zgodę. – Teatralnie przewrócił oczami. – Kiedy dostaniesz papiery z powrotem, wysyłasz całość do ATF razem z czekiem na dwieście dolarów. To wszystko pieprzenie, ale dzięki niemu się bogacimy.

– I co potem?

– Potem czekasz. Pewnie całe trzy miesiące. Papiery wrócą do mnie. Zadzwonię do ciebie i wtedy przyjdziesz po swój tłumik.

Zaczął dzwonić telefon, więc sięgnął po niego lewą ręką. Jednocześnie prawą wyciągnął do mnie na pożegnanie, poruszył brwiami i uśmiechnął się szelmowsko.

– Witamy po ciemnej stronie mocy.

Moje pozwolenie na noszenie broni ukrytej przyszło zgodnie z planem. Odebrałem je w urzędzie hrabstwa. Miało wielkość, kształt i fakturę karty kredytowej. Tak jak w przypadku większości dokumentów ze zdjęciem na fotografii wyglądałem jak ktoś, kto nie powinien nosić broni. Wróciłem do domu i naładowałem swoją trzydziestkęósemkę amunicją grzybkującą – sto dwadzieścia pięć granów. Potem włożyłem ją do kabury, którą wsunąłem za pasek spodni, nad prawą nerką. Ubrałem się w sportową kurtkę i udałem na spacer po spokojnym deptaku w centrum miasta, spodziewając się, że w każdej chwili ktoś może zawołać: „On ma broń!”, i powalić mnie na ziemię. Oczywiście nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi.

Okazało się, że wszedłem nie tyle w stan żółty, co we fluorescencyjnie żółty. Wszystko wokół mnie stało się wyjątkowo ostre, kolory były jaskrawe jak nigdy, kontrasty uderzające. Słyszałem kroki na chodniku dwie przecznice dalej. Podczas gdy wokół mnie ludzie zajmowali się własnymi sprawami, zupełnie odprężeni, ja doświadczałem osobliwej mieszanki zazdrości i współczucia. Ich błogość zdawała się ignorancją, niemalże irytującą głupotą. Niezaprzeczalnie mieli w sobie coś z owiec, kiedy lizali te swoje lody i machali torbami z zakupami. Całkiem beztroscy i podatni na zagrożenie przypominali statystów w pierwszych minutach filmu katastroficznego. I oto kroczyłem pośród nich, tylko ja jeden zdolny oprzeć się wszelkiej przemocy, jaką mógłby zgotować im los. Zdziwiłem się, że czuję się z tym jak szlachetny człowiek.

Dick i Judy nie musieli wkładać nam do głowy, żebyśmy zachowali stan żółty; nosząc broń, nie sposób było wpaść w stan biały. Noszenie broni jest niewygodne; pod koniec dnia mój mały, gruby rewolwer z pękatym sześciostrzałowym bębenkiem sprawiał wrażenie piłki do bejsbola wbijającej mi się w wałek tłuszczu w pasie. Co więcej, jego zabójczy charakter był nie do zlekceważenia.

Nikomu nie powiedziałem, że przystępuję do tego eksperymentu. „Broń ukryta to broń ukryta”. Pewnego popołudnia w pierwszym tygodniu próby napotkałem w centrum znajomą. Kiedy staliśmy, rozmawiając, rewolwer na moim biodrze wydawał się wielki niczym opiekacz elektryczny. Opowiadała mi długą, skomplikowaną historię o swoim nastoletnim synu. Próbowałem za nią nadążać, ale myślałem tylko o tym, jak bardzo ta kobieta spanikuje, jeśli się dowie, że mam przy sobie broń.

Odpowiadała mi zasada ścisłej dyskrecji, bo w zamieszkiwanym przeze mnie świecie, nosząc broń, stałbym się towarzyskim wyrzutkiem. Większość moich znajomych trzymałaby się na dystans albo czuła potrzebę poinformowania mnie, że w ich domu broń nie jest mile widziana. Z przyczyn, które nie do końca umiałem zidentyfikować, czułem, że w szczególności koledzy Rosy – oraz synowie naszych przyjaciół, bez względu na wiek – nie mogą się dowiedzieć, że mieszkamy z bronią. Ty ofermo, krzyczała jedna część mojego mózgu. Broń to naturalny element edukacji młodego mężczyzny, więc powinieneś być dumny, że jesteś odpowiedzialnym wzorem do naśladowania. Druga jednak grzmiała: Oczywiście, że nie chcesz być uzbrojonym wzorem do naśladowania dla młodych mężczyzn. To oni najczęściej zabijają z broni palnej i są z niej zabijani. Nie musiałem daleko chodzić, żeby poznać przeciwstawne stanowiska naszego narodu na temat broni. Wystarczyła wycieczka po wnętrzu własnej czaszki.

Cokolwiek robiłem przez te pierwsze miesiące, colt na biodrze absorbował połowę mojego umysłu. W supermarketach musiałem uważać, żeby pozostał zakryty, kiedy sięgałem do górnej półki albo schylałem się po coś u dołu. Na ulicy oglądałem ludzi w nowy sposób. Gdzie on trzyma ręce? Co jego twarz mówi o jego zamiarach? Broń sprawiała, że stale znajdowałem się w swoim filmie, zerkałem na drzwi, gdy tylko ktoś wchodził, w ułamku sekundy oceniałem, czy pojawiło się zagrożenie, i szacowałem możliwości reakcji – przetoczyć się w lewo i schować za tamtym filarem? Bywały noce, kiedy w kółko śniły mi się scenariusze strzelanin i budziłem się wykończony.

 

Noszenie broni zmieniło nawet moje relacje z Margaret i Rosą. Chociaż zasadniczo wiedziały, że zamierzam wyrobić sobie pozwolenie, nie dzieliłem się z nimi szczegółami, a tym bardziej nie powiedziałem im, że eksperyment się rozpoczął. Szykując się do wspólnego wyjścia, udawałem się do garderoby, gdzie na półce ze swetrami znajdował się mój mały elektroniczny sejf. Wprowadzałem trzycyfrowy szyfr, drzwi się otwierały, wsuwałem naładowaną broń do kabury za paskiem i wyruszaliśmy w miasto, tak że nikt o niczym nie wiedział. Jeśli Margaret obejmowała mnie, kiedy szliśmy, przesuwałem się w taki sposób, by jej ręka nie dotknęła wiadomo czego. W rodzinie przyzwyczajonej do braku tajemnic chodzenie z bronią równało się ustawicznemu grzechowi przemilczenia.

Paranoja instruktorów na punkcie przestępczości nie była w moim stylu, ale ciężar na biodrze nie dawał mi wyboru. Trudno było nie dostrzegać wszędzie napastników, a przynajmniej w miejscach, gdzie mogliby się ukryć – na przykład za tamtym śmietnikiem! Nie chcę powiedzieć, że Boulder zmieniło się dla mnie w Dodge City z westernu, ale nie mogłem przegnać ciemności przed oczami. Mój bliźni stał się zagrożeniem. Nie podobało mi się to. Podobnie jak moja nowa relacja ze śmiercią, odkąd byłem odpowiednio wyposażony, żeby spełniać jej rozkazy. Siłą rzeczy czułem, że wciągnęła mnie na listę płac.

Noszenie broni i utrzymywanie stanu żółtego miało jednak również pozytywne skutki. Wreszcie byłem bardziej zorganizowany. Przestałem popełniać głupoty w stylu zostawiania kart kredytowych na sklepowej ladzie albo okularów przeciwsłonecznych na stole w restauracji. Łatwiej przychodziło mi pamiętanie o zamknięciu domu na noc. (Skoro uzbroiłem się, żeby zastrzelić intruza, zamknięcie drzwi na klucz wydawało się sensownym pierwszym krokiem zapobiegawczym). Stałem się uważniejszym kierowcą. Zrobiłem się też punktualniejszy, zupełnie jakbym subtelnie poprzestawiał sobie życie w taki sposób, żeby być trochę mniej zmachanym, trochę bardziej do przodu. Chodząc z bronią, zmieniałem się w Pana Ogarniętego. Nie ma miejsca na wtopę, kiedy nosisz sprzęt zdolny zabijać. Od egzystencjalnej katastrofy dzieliło mnie tyle czasu, ile potrzeba na sięgnięcie do kabury.

Kilka tygodni po otrzymaniu pozwolenia na noszenie broni – i równe trzy miesiące, odkąd wysłałem papiery w sprawie tłumika – zadzwonił Oliver, by mi powiedzieć, że przyszedł federalny stempel i tłumik zgodnie z prawem jest mój.

Jego nieuchronnie zbliżające się przybycie zmusiło mnie do zakupu nowej broni, bo bez względu na to, czego uczy Hollywood, rewolweru nie można wyciszyć: nie da się uszczelnić odstępu między bębenkiem a lufą. (Jedynym wyjątkiem jest rewolwer Nagant M1895. Pociągnięcie za spust powoduje w nim jednocześnie obrót bębenka i ścisłe dopchnięcie go do końca lufy). Mój tłumik nie nadawał się więc do colta detective special. Na stronie GunBroker.com – eBayu dla broni palnej[13] – nabyłem argentyńską samopowtarzalną bersę .22 z gwintowaną lufą. W Walmarcie kupiłem poddźwiękową amunicję kalibru .22, a potem, odebrawszy tłumik od Olivera, pojechałem do kanionu Left Hand, w pewne miejsce w lesie państwowym, które ludzie zmienili w nieformalną strzelnicę.

Ponieważ Boulder było kulturowo wrogie broni palnej, nie stworzyło porządnej strzelnicy należącej do hrabstwa. Zamiast niej osobom nienależącym do klubu strzeleckiego pozostawał żałosny parów zarzucony potłuczonymi butelkami, kartonowymi pudłami dziurawymi od kul, zgniecionymi łuskami i całymi górami wystrzelonego mosiądzu – istna katastrofa ekologiczna, która wstrząsnęłaby większością boulderczyków, gdyby zechcieli odwiedzić to miejsce. Parów był wąski – nie dało się strzelać z odległości większej niż dwadzieścia parę metrów – a do tego skalny, co groziło rykoszetami.

To był jeden z owych dziwnie ciepłych dni, jakie trafiają się w Boul­der w lutym. W samym środku dnia pracy strzelały w najlepsze dwie grupy ludzi. Jedna składała się z trzech wytatuowanych mężczyzn i dwóch kobiet, stanowiących doskonałą ilustrację argumentu za ograniczeniem dostępu do broni – byli pijani, wydzierali się i wyli, ciskali w powietrze szklane butelki i rozwalali je ze strzelb. Nieco dalej kilku młodych mężczyzn rozmawiających po hiszpańsku oddawało strzały z pistoletów samopowtarzalnych. Przeszedłem ostrożnie za obiema grupkami aż na sam koniec parowu, żeby być od nich jak najdalej. Mimo to kiedy rozpakowywałem broń, czyjaś kula odbiła się od kamienia; rozległ się przerażający wizg, jakby ktoś przeciągnął palcem po strunie gitary, a potem plask, kiedy pocisk trafił w łatę śniegu ze dwa metry ode mnie. Taka właśnie jest natura nieszczęsnych nieformalnych strzelnic. W swej niechęci do broni palnej Boulder wytworzyło warunki, w których stała się ona jeszcze niebezpieczniejsza.

Narysowałem czarne kółko na kartonowym pudełku i umieściłem je w odległości jakichś dziesięciu metrów. Po wzięciu bersy do ręki doznałem zmysłowej ekscytacji – po części filmowej, a po części onanistycznej – towarzyszącej przykręceniu czarnego tłumika do lufy. Kiedy pociągnąłem za spust, słyszałem tylko ruch zamka pistoletu. Strzelałem dalej – pfu, pfu, pfu – aż wreszcie zorientowałem się, że słyszę coś jeszcze: kule uderzające w karton. To było coś nowego. Dźwięk trafiających pocisków na nowo połączył mnie z moim celem, znacznie wyraźniej uzmysławiając mi siłę tego, co robię. Poza tym tłumik nie tylko wygłuszał hałas. Kierował siłę wstrząsu na wprost i dociążał lufę, w ten sposób redukując odrzut. Hałas, wstrząs, odrzut – tłumik zlikwidował wszystko, co w strzelaniu nieprzyjemne, być może czyniąc mnie przy tym bezpieczniejszym strzelcem, ponieważ nabrałem większej świadomości, czym miotam.

Nie miałem wielkich wygłuszających nauszników, więc słyszałem rozmowy Latynosów. Słyszałem też kroki. Strzelnice to niebezpieczne miejsca również dlatego, że źli ludzie chcący zdobyć broń wiedzą, że tam ją znajdą. Legendy krążące wśród strzelców pełne są opowieści o tym, że kogoś zamordowano na strzelnicy dla jego broni. W 1990 roku miejscem podobnej tragedii stał się ten właśnie parów. Człowiek skupiony na celu i odcięty od otoczenia ochronnikami słuchu jest bardziej narażony na niebezpieczeństwo. Strzelając bez nauszników, byłem bezpieczniejszy.

Nie zamierzałem łączyć tłumika z noszeniem broni ukrytej. Teoretycznie było to legalne, ale dopiero coś takiego trudno by wytłumaczyć przed ławą przysięgłych. Natomiast w przypadku zwykłego strzelania sportowego stosowanie tłumika okazało się dla mnie tak przyjemne, a zapewne również dla mojego otoczenia, że nagle szaleństwem wydawało się tolerowanie hałasu niewytłumionej broni. Na litość boską, mamy XXI wiek! Dlaczego ktokolwiek – strzelec czy widz – wciąż musi się irytować i ryzykować utratę słuchu z powodu huku wybuchającego prochu wynalezionego osiemset lat temu? Gdyby broń nie była przedmiotem tak wielkiej histerii i polaryzacji opinii, może doszłoby do takiej dyskusji, a wtedy wśród osób lubiących strzelać tłumiki stałyby się częścią etykiety – jeśli nie prawa – tak samo jak w Europie. Przez jakiś czas chodziło mi po głowie uzyskanie wszelkich niezbędnych licencji i otwarcie interesu w rozkochanym w jodze Boulder: „Namaste Guns: Szlachetna, cicha broń”. Margaret uznała, że to dobry dowcip. Do pewnego stopnia.

3
iBroń

Przy naszej technologii […] trzech ludzi w garażu może znieść z powierzchni ziemi to, do czego jest zdolnych dwustu ludzi w Microsofcie. Dosłownie znieść z powierzchni ziemi.

Steve Jobs

Uzbrojony po zęby, w samochodzie wyładowanym amunicją i sprzętem kempingowym, byłem gotów wyruszyć na poszukiwania Ameryki pasjonatów broni. Tego dnia, gdy wyjeżdżałem z miasta, Boulder wydawało się zamiecione pod dywan z chmur. Udałem się na południe w kierunku Arizony, ale planowałem krótki przystanek w Colorado Springs, tym razem nie po to, żeby odwiedzić sklep z bronią, ale by porozmawiać z członkiem rady miasta. Relacja między Boulder a Colorado Springs ilustrowała, jak głęboka była moja ignorancja w zakresie amerykańskiej polityki. Jako dziecko programu Wielkiego Społeczeństwa, realizowanego przez Lyndona Johnsona, wychowane przez pokolenie Nowego Ładu, dorastałem w wierze w bajkę, że Partia Demokratyczna reprezentuje ludzi pracy, a republikanie bronią bogaczy. To oczywiście nieaktualna mądrość. Na przykład Boulder jest jednocześnie jednym z najbogatszych miast w kraju i absolutnym niebieskim bastionem[14], podczas gdy Colorado Springs, zubożałe miasto, w którym więcej salonów tatuażu niż kawiarni serwujących café latte, słynie w całym kraju z tego, że jest redutą niezłomnego konserwatyzmu i siedzibą Focus on the Family[15]. Kiedy wyruszyłem w drogę ze swoim coltem, historia przejęcia robotniczej Ameryki przez Partię Republikańską liczyła już trzydzieści lat, a jednak za każdym razem mnie to zaskakiwało. Broń była elementem tej przemiany, więc po drodze przez Colorado Springs chciałem spotkać się z Berniem Herpinem, o którym zrobiło się głośno po masakrze w szkole średniej w Columbine w 1999 roku. Mieszkańcy Kolorado zareagowali na tę tragedię poparciem dla inicjatywy obywatelskiej na rzecz „zamknięcia furtki giełd broni”, wymagającej, żeby na giełdach przeprowadzano takie same komputerowe badania przeszłości kryminalnej, jakich wymagano w sklepach. W przypadku Columbine nowe prawo zapewne nic by nie zmieniło – broń nasto­latkom kupiła praworządna osoba dorosła – ale dla wielu ludzi w straumatyzowanym stanie brzmiało rozsądnie. Herpin należał do osób, które zajęły niepopularne stanowisko przeciwne.

Na spotkanie z Herpinem czekałem również dlatego, że dzięki niemu Colorado Springs było jednym z niewielu miast w kraju, gdzie mogłem wejść z bronią do ratusza. Argumentował on, że rozbrajanie Amerykanów w miejscach, gdzie stanowi się prawo, jest nieamerykańskie. Wygrał ten bój, dlatego zdziwiłem się, widząc wykrywacz metalu stojący między mną a windami w holu ­ratusza. Gdy przeszedłem przez bramkę, zaświergotała jak kanarek.

– Proszę opróżnić kieszenie – odezwała się strażniczka. Miała na sobie mundur prywatnej firmy ochroniarskiej, a przy pasie kaburę z magnum .357.

Wyłożyłem klucze i zegarek na plastikową tackę i ponownie przeszedłem przez bramkę. Rozległo się przeciągłe „piii!”.

– Czy ma pan w kieszeniach coś jeszcze? – zapytała.

Poklepałem się po nich.

– Nie.

– Żadnych innych metalowych przedmiotów?

– Tylko broń.

Nie zaśmiała się, ale też nie sięgnęła po magnum.

– Musi ją pan odnieść do samochodu.

Otworzyłem usta, by upomnieć się o swoje prawa, ale nie chciałem ryzykować strzelaniny w obronie przepisu Berniego Herpina.

Herpin okazał się flegmatycznym mężczyzną po pięćdziesiątce o szerokiej twarzy bez wyrazu. Duże, staromodne okulary jeszcze bardziej upodobniały go do żaby.

– Na marginesie, jestem nieuzbrojony – powiedziałem. – Mam nadzieję, że to panu nie przeszkadza.

Opisałem zajście na dole, a on przewrócił oczami. Uchwalenie przepisu to jedno; wprowadzenie go w życie to drugie. Nadal uważał, że regulacja giełd broni była błędem.

– Co jeszcze? – zapytał, gdy usiedliśmy w jego gabinecie. – ­Furtka tablicy ogłoszeń w miejscu pracy, furtka reklamy w prasie, furtka sprzedaży sąsiadowi? – Wszystkie te sposoby nabycia broni były legalne.

Opowiedział mi o tym, że po wprowadzeniu zakazu broni szturmowej w 1994 roku zrozumiał konieczność obrony drugiej poprawki do Konstytucji, a także o swej walce o to, żeby dorosłe osoby mające pozwolenie mogły wnosić broń do szkół podstawowych i średnich, ponieważ zostały sprawdzone i nie stanowią zagrożenia, a mogą powstrzymać szkolną strzelaninę. Następnie stwierdził, że przyznana przez prezydenta Obamę pomoc finansowa dla General Motors to ta sama kategoria co kontrola dostępu do broni: oto rząd odbiera ludziom władzę. Gdy odpłynął w typowe prawicowe naskakiwanie na Obamę, okazał się mniej interesujący, niż sądziłem. Zerknąłem na zegarek i za okno; zostało mi jeszcze kilka godzin, żeby pokonać drogę, zanim zacznie się gołoledź. Podziękowałem za poświęcony mi czas. Jednak kiedy wychodziłem, Herpin zawołał do mnie innym tonem – niemal urażonym. Zatrzymałem się w progu, z jedną nogą w gabinecie, a drugą na zewnątrz.

 

– Pan jest z Boulder, więc może coś mi pan wytłumaczy – powiedział. – Kiedyś Partia Demokratyczna była partią człowieka pracy, a ten jest myśliwym, pasjonatem broni. Jak to możliwe, że teraz ta sama partia jest przeciwko broni, przeciwko jeździe quadami po terenach publicznych, przeciwko polowaniom? Przywódcy demokratów krytykują konserwatystów za nasze upodobania.

Odparłem, że jestem ostatnią osobą, która mogłaby to wyjaśnić, a wtedy pożegnał mnie ruchem ręki, drugą sięgając po słuchawkę telefonu, żeby zwymyślać strażniczkę na dole.

W ostatniej chwili wreszcie powiedział coś ciekawego. Z całą pewnością większość zwolenników kontroli dostępu do broni uważa, że ich stanowisko umotywowane jest troską o publiczne bezpieczeństwo. Herpin jednak widział w tym atak na swoje upodobania, na to, kim jest jako człowiek. Może nie miał racji, ale tak to rozumiał. Przypomniało mi się, że każdy komunikat składa się z dwóch etapów: nadania i odbioru.

Przed wjazdem do Walsenburga w Kolorado zobaczyłem drogowskaz do sklepu z bronią Hollowpoint. Podczas podróży zamierzałem odwiedzać każdy napotkany sklep, więc zjechałem z drogi i przejrzałem się w lusterku wstecznym. Czapka NRA – jest. Znoszona skórzana kurtka – jest. Broń na biodrze – jest. Zamierzałem wkroczyć uzbrojony do sklepu z bronią; jeśli tylko nie skoszą mnie w krzyżowym ogniu, wszystko powinno pójść bajecznie.

Hollowpoint okazało się przytulnym lokalikiem – niski sufit, w ofercie głównie wędki – prowadzonym przez Erin Jerant, piękną, drobną kobietę. Nosiła kamizelkę dzierganą szydełkiem, a siwe włosy związała w kok; nie zdziwiłbym się, gdyby poczęstowała mnie herbatą. Pasjonaci broni marzą o znalezieniu, powiedzmy, bergmanna no. 5 z 1897 roku w sklepie uroczej staruszki, która powie: „Ojejku, sama nie wiem, na co komu ten stary rupieć. Całe szczęście, że mogę się go pozbyć”. Pomyślałem, że być może wygrałem los na loterii.

Niestety, Erin bynajmniej nie była tą staruszką. Szybki rzut oka na metki – i już wiedziałem, że nocami śledziła ceny na GunBroker.com. Broń miała równie drogą jak wszędzie. I nie były to wcale zakurzone fuzje ranczerów, ale – znowu – cały stojak AR-15, który byłby na miejscu w zbrojowni Fortu Polk[16].

– Teraz każdy chce taki mieć – powiedziała, dotykając lufy czarnego karabinu. – Kupują je ci, co to przygotowują się na koniec świata. Dla ranczerów, którzy muszą sobie radzić z kojotami i pieskami preriowymi, też są świetne. – Potem spojrzała mi w oczy i wyrecytowała credo pasjonatów broni: – Przy tej szalejącej przemocy nie można się ludziom dziwić.

Wspomniałem, że napotkałem kilka zamkniętych sklepów z bronią, i zapytałem, jak idą interesy.

– Zeszły rok mieliśmy dobry, kiedy wygrał Obama. Pod koniec kadencji, jak będzie wiedział, że na drugą go nie wybiorą, na pewno spróbuje przepchnąć całą masę zakazów. I wtedy znowu przyjdzie parę udanych miesięcy. Ale na dłuższą metę nie wygląda to dobrze. Zaglądają tu tylko ludzie prawie tak starzy jak ja. Daję sobie jeszcze pięć lat, a potem emerytura. – Rozmarzona oparła się o ladę. – Ale w zeszłym roku – westchnęła – stali mi tutaj w pięciu rzędach, wypełniając cztery cztery siedem trzy[17]. Aż pachniało testosteronem.

Dla niektórych pasjonatów widmo nowego zakazu broni szturmowej stało się tym, czym dla niektórych Żydów był Holocaust: marą organizującą im życie. Pierwotny zakaz wprowadzono w 1994 roku, po tym jak pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięć­dziesiątych Ameryką wstrząsnęła fala morderstw związanych z handlem crackiem. Celem były karabiny AK, napływające dziesiątkami tysięcy sztuk z Chin i upadłego imperium radzieckiego, oraz krajowe AR-15. Inicjatorzy zakazu, w pośpiechu, żeby „coś zrobić” z tą przemocą, popełnili wystarczająco dużo gaf, by dostarczyć przeciwnikom nieprzebrane pokłady politycznej amunicji i uczynić całe przedsięwzięcie tak polaryzującym, jak tylko możliwe. Mieszali marki i symbole modeli – kilka proponowanych przepisów zakazywałoby sprzedaży broni, która nie istniała – i przekręcali nazwy części. Kiedy senatorka Dianne Feinstein na antenie ogólno­krajowej telewizji powiedziała o karabinach szturmowych, że „mają delikatny spust, można z nich ostrzeliwać gradem kul, można je trzymać oburącz i właściwie nie trzeba celować”, pasjonaci broni słuchali uważnie. Wiedzieli, że karabiny szturmowe niekoniecznie mają delikatniejszy spust niż inne rodzaje broni, a oburącz można trzymać każdą broń, z każdej można strzelać szybko albo bez celowania. Feinstein i jej sprzymierzeńcy próbowali zabronić czegoś, czego nawet nie rozumieli. Zamiast spisać wszystkie możliwe warianty karabinów AR-15 i AK, zakazywano handlu bronią o cechach uznanych za zbyt wojskowe, by trafiła do cywili. Wśród tych cech wymieniano na przykład chwyt pistoletowy, mocowanie bagnetu, składaną kolbę i osłonę lufy chroniącą dłonie strzelającego przed wysoką temperaturą. Zakazanie broni na podstawie cech charakterystycznych okazało się równie skuteczne jak zakazanie pontiaków na podstawie chromowanych rur wydechowych albo gałek skrzyni biegów w kształcie czaszki. Sprytni przedsiębiorcy po prostu wykonywali „pozakazowe” przeróbki AK i AR-15, pozbawione zabronionych elementów kosmetycznych, ale równie zabójcze. Jak na ironię bardzo możliwe, że inicjatorzy zakazu, wywodzący się głównie z Partii Demokratycznej, doprowadzili do zwiększenia, a nie zmniejszenia liczby karabinów szturmowych i magazynków o dużej pojemności na ulicach. Długa debata w latach 1993 i 1994, która poprzedziła wprowadzenie tego prawa, a także kolejne miesiące, zanim weszło ono w życie, dały każdemu, kto chciał mieć te rzeczy lub sądził, że kiedyś zechce, dość czasu na zrobienie zapasów. Mieszkałem wtedy w Montanie; sklepy z bronią sprzedawały AK prosto z palet za sto dziesięć dolarów za sztukę – a także pośpiesznie wyprodukowane trzydziestodwunabojowe magazynki całymi skrzyniami. To było jak oglądanie ludzi szykujących się do inwazji zombie.

Tak czy inaczej, dzięki klauzuli wygaśnięcia, dekadę później Kongres i prezydent George W. Bush mogli pozwolić, żeby zakaz przestał obowiązywać. Kiedy kongresmenka Carolyn ­McCarthy z Nowego Jorku argumentowała za jego przywróceniem, konserwatywny komentator Tucker Carlson zapytał ją na wizji, czy wie, co to jest osłona lufy. Najpierw próbowała obejść pytanie, a w końcu wypaliła: „Takie coś na ramię, co idzie do góry”. Ta fraza natychmiast zyskała rozgłos. Senator Charles Schumer chętnie powtarzał, że broń samoczynną, broń szturmową i tanio wykonane pistolety można kupować „w cyberprzestrzeni od ręki”. W rzeczywistości w internecie istotnie można było znaleźć broń, ale żeby ją nabyć, należało przejść wszystkie standardowe badania przeszłości i zastosować się do formalnych wymogów, a broń samoczynna w ogóle nie była dostępna tą drogą. I tym razem pasjonaci się przyglądali. Niezdolność zwolenników zakazu do wykazania się choćby przelotną znajomością tego, czego chcieli zabronić, postrzegali jako szczyt elitaryzmu. Przekonali Kongres, by zablokował przywrócenie ­prawa, a do sklepów z bronią wróciły „przedzakazowe” ­AR-15 i AK-47.

To, czy krótkotrwały zakaz uratował komuś życie, stanowi przedmiot niekończących się sporów. Niepodważalny jest natomiast fakt, że przyczynił się do jednej historycznej śmierci – nastąpił kres przewagi demokratów w Kongresie. W listopadzie tego roku, kiedy prezydent Clinton podpisał zakaz broni szturmowej, pasjonaci pomogli spuścić demokratom najgorsze cięgi od 1946 roku, sprawiając, że stracili oni większość w obu izbach parlamentu.