Wolność i spluwa

Tekst
Autor:Dan Baum
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dwunastogodzinny kurs rozłożono na cztery kolejne wieczory. Pierwszy poświęcano ogólnemu wprowadzeniu do broni palnej i społecznej okoliczności jej noszenia. Wieczór drugi: strzelanie. Trzeci: aspekty prawne samoobrony. Ostatniego wieczoru omawiano strategie noszenia broni.

Instruktorzy przywołali nas do porządku. Dick był rosłym mężczyzną po sześćdziesiątce, miał bokserski nos i akcent dokera z Jersey City. Judy, w podobnym wieku, niska i krzepka, nosiła krótko przycięte kasztanowe włosy i mówiła półgębkiem jak twarda babka. Gdy tylko zaczęli żartować z Obamy i nielegalnych imigrantów, jasno dali do zrozumienia, że nie należą do kultury dominującej w Boulder, a my przez najbliższe cztery dni będziemy na ich terenie. Dali również znak, że nie są kmiotami; Judy była prawniczką, a Dick co prawda nie zdradził nam swojego zawodu, ale wspomniał, że mieszka w drogiej dzielnicy.

Nie prowadzili zatem tych zajęć dla pieniędzy, i bardzo dobrze. Przy założeniu, że pozostałych siedmioro uczestników tak samo jak ja zapłaciło za kurs po stówce, Klub Strzelecki zainkasował osiemset dolarów. Dzieląc to przez dwanaście godzin i między dwoje instruktorów, wychodziło niewiele ponad trzydzieści pięć dolarów za godzinę za stanie w zimnej, słabo oświetlonej sali z pustaków przez cztery kolejne wieczory – a przecież Klub Strzelecki na pewno też sobie coś potrącał. Dick i Judy byli tutaj, bo wierzyli w sprawę. Chcieli przyczynić się do tego, że więcej obywateli zdobędzie pozwolenia na noszenie broni.

Kolejno się przedstawiliśmy, wyjaśniając przy tym, dlaczego przyszliśmy. Dwie osoby powiedziały, że nie są pewne, czy chcą nosić broń palną; przede wszystkim zależało im na nauce, jak żyć z nią bezpiecznie. Ja powiedziałem to samo. Pozostałych pięciu kursantów oznajmiło, że chcą nosić broń – ale nie na ulicach miasta, tylko kiedy wyjeżdżają do lasu.

To była dla mnie nowość. Zawsze wydawało mi się, że noszenie broni ukrytej to rzecz miejska. Przywykłem do zabierania broni, kiedy biwakowałem, z samochodem na poboczu drogi, bo nigdy nie wiadomo, kto włóczy się po szosach. Brałem też strzelbę lub karabin do alaskiej głuszy ze względu na niedźwiedzie grizli. Natomiast szlaki w Kolorado były ostatnim miejscem, gdzie czułbym się niebezpiecznie. Najwyraźniej niektórzy ludzie boją się lasu. „Co będzie, jeśli ktoś przyjdzie do obozu, żeby nas okraść, i załatwi mojego męża?” – zapytała kobieta, a ja zastanawiałem się, co takiego musiałaby mieć w namiocie, żeby ktoś chciał za to zabić. Kuchenkę turystyczną? Śpiwór? Może wyobrażała sobie koszmarny scenariusz rodem z Uwolnienia. Co chyba nie było całkiem pozbawione sensu, po prostu różniło się od moich wyobrażeń o tym, kiedy ukryta broń może się przydać.

Dick, ledwo maskując znudzenie, zaczął opisywać elementy broni. „To jest spust. To jest lufa”. Zerknąłem na zegarek. Zostało jeszcze dwie i pół godziny, a potem trzy kolejne wieczory. Jak na ludzi uczących umiejętności, od której może zależeć życie, Dick i Judy zdawali się apatyczni, prześlizgiwali się przez obowiązkowy materiał, leniwie przewracali kartki, często gubili wątek. Dopiero po dwóch godzinach kursu Dick zdradził przyczynę obojętności.

– Nie mam pozwolenia na noszenie broni – powiedział od niechcenia. – Uważam, że nie muszę prosić władz o zgodę na korzystanie z moich konstytucyjnych praw.

– Więc nosi ją pan nielegalnie? – zapytałem.

Odparł, że nie. Trzymał broń w podłokietniku pikapa, a kilka kolejnych w domu, ale nie nosił ukrytej, bo nie chciał ani łamać prawa, ani iść do władz na kolanach, prosząc o pozwolenie na coś, co i tak gwarantuje mu konstytucja.

– Ale uważa pan, że my powinniśmy.

– Przy tej dzisiejszej przestępczości to naprawdę jedyne rozsądne rozwiązanie.

– Przestępczość szaleje – dodała Judy. – Absolutnie szaleje.

Że co? Tego samego dnia oglądałem dane na temat oszałamiającego spadku liczby przestępstw z użyciem przemocy – to jedna z niewielu niepodważalnie dobrych wiadomości z ostatniego dwudziestolecia. Podniosłem rękę, ale właśnie wtedy zgasło światło.

Judy włączyła film wyprodukowany przez NRA. Zaczynał się od ujęcia podmiejskiej ulicy pełnej wielkich rezydencji jak spod sztancy, z zadbanymi ogrodami, czyli według narratora „okolicy pewnie takiej jak wasza”, co kazało mi się zastanowić, czy ten sam film pokazują na przykład w centrum Oakland. Patrzyliśmy, jak biały mężczyzna w chinosach i kominiarce podważa łomem okno i wchodzi do domu, a potem – choć kobieta w negliżu oznajmia mu, że ma broń i zadzwoni na policję – kopniakiem wyważa drzwi sypialni. Kobieta strzela do niego dwa razy. Potem obejrzeliśmy inny scenariusz: ten sam biały facet w chinosach wygraża przedsiębiorcy w zaułku za jego sklepem – spotyka go taki sam los jak poprzednio. Przekonali mnie: trzeba zakazać sprzedaży chinosów.

– Przy tej rozszalałej przestępczości nie można sobie pozwolić na nieprzygotowanie – powiedziała Judy.

Dick rozdał egzemplarze kolorowej policyjnej fotografii mężczyzny rozciętego nożem. I Dick, i Judy wielokrotnie podkreślali, że „przestępczość szaleje”. Policzyłem: użyli tego określenia dziewięć razy. Rozdźwięk między ich niezachwianą wiarą a rzeczywistością był tak rażący, że czułem się skołowany.

Pierwszego wieczoru nie poświęcono czasu nauce posługiwania się bronią, ale przeciągnięciu nas na łono kultury karmionej strachem. Bo dopóki jej nie łykniemy, sama myśl o noszeniu broni wydaje się idiotyczna. Rozumiałem, dlaczego NRA i branża producentów broni chcą przekonać wszystkich, że przestępczość szaleje: bo napędza to członkostwo oraz sprzedaż. Ale Dick i Judy?

Może nie wystarczyło im to, że lubią broń, chcą ją nosić i codziennie z nią obcować. Może czuli, że potrzebują lepszego uzasadnienia. Ja zawsze szukałem powodów, żeby broń była obecna w moim życiu – więc dlaczego w ich przypadku miałoby być inaczej?

W przerwie zapytałem Dicka, czy nie zachowuje się trochę jak mizantrop.

– Jestem optymistą – odparł – ale żyjemy w świecie pełnym dupków.

Trzeba zaznaczyć, że pierwszy wieczór nie był całkiem bezcelowy. Nauczyli nas absolutnie sensownych Pięciu Zasadniczych Reguł[11] i kazali powtórzyć je na głos. Judy stale wracała do swojej chyba najlepszej rady:

– Kuli nie można odwołać. Jesteście odpowiedzialni za wszystko, czego dotknie. Musicie zadać sobie pytanie: czy stać mnie na to, żeby pociągnąć za spust?

– Trzeba zapomnieć o złości – dodał Dick. – Jeśli nie radzicie sobie ze złością, to może noszenie broni ukrytej nie jest dla was.

Judy wyszła zza jego pleców, wsparła się pięściami pod boki i wbiła w nas to swoje spojrzenie babki z giwerą.

– Musicie zdecydować, czy jesteście skłonni odebrać komuś życie. Podejmijcie tę decyzję z wyprzedzeniem i często do niej wra­cajcie. Nie czekajcie, aż będzie to konieczne. Jeśli nie jesteście do tego skłonni, jeśli nie odebralibyście komuś życia, nie kupujcie broni.

O dwudziestej trzeciej od siedzenia ze stopami opartymi o lodowatą betonową podłogę nogi miałem przemarznięte od kolan w dół. Kiedy wstaliśmy, liczyłem, że pogadam trochę z innymi kursantami. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy ze spuszczonymi głowami rozeszli się w milczeniu do samochodów.

Drugiego wieczoru mieliśmy przynieść swoją broń w torbach, nienaładowaną. Wybrałem colta detective special, krótkolufowy rewolwer kalibru .38, który od czasów kina niemego zagrał w każdym czarno-białym filmie o policjantach i gangsterach.

Drzwi od frontu budynku klubowego były otwarte, prowadziły do strzelnicy we wnętrzu. Każdy z nas zajął stanowisko położone około sześciu metrów od celu w kształcie ludzkiej sylwetki. Obok mnie jeden z Jawów wyciągnął olbrzymiego samopowtarzalnego sig sauera P226 z jasnym niklowanym wykończeniem. W jego dłoni pistolet wydawał się wielki i błyszczący niczym zderzak buicka z 1966 roku. Zastanawiałem się, jakim cudem zamierza go nosić w ukryciu. Zapytałem, ale powiedział tylko: „Takiego miał Woody Harrelson w Zombielandzie”.

Każdemu z kursantów przydzielono opiekuna wyszkolonego przez NRA i zarabiającego tutaj mało lub niezarabiającego wcale. Służyli z tego samego powodu, dla którego Dick i Judy prowadzili zajęcia: wierzyli w kulturę broni i chcieli, żeby była bezpieczna. Mnie jako opiekun trafił się łagodny anestezjolog Charlie, który chodził z bronią do pracy. „To nawyk – powiedział, wzruszając ramionami. – Nie przeszkadza mi, że ją noszę, a gdyby była mi potrzebna, to będę ją miał przy sobie”.

Charlie nauczył mnie postawy frontalnej – obie ręce wyprostowane przed sobą – a potem postawy Weavera, w której lewa krawędź ciała jest skierowana w stronę celu, prawa ręka pcha broń do przodu, podczas gdy lewa izometrycznie ciągnie ją w tył. Zauważył u mnie lateralizację skrzyżowaną, co oznacza, że chociaż jestem praworęczny, moim okiem dominującym jest lewe. Stojąc i spokojnie strzelając do tarcz, nauczyłem się to kompensować. Ale podczas nagłej strzelaniny, wyjaśnił Charlie, lateralizacja skrzyżowana może spowodować, że chybię, co będzie fatalne w skutkach. „Strzelaj z obojgiem oczu otwartych – zaproponował – albo spróbuj nauczyć się strzelać z lewej ręki”.

Posłusznie dziurawiliśmy papier, zgodnie z wymogami szeryfa Pelle’a. Nie ćwiczyliśmy niczego, co mogłoby się przydać podczas strzelaniny, na przykład dobywania broni, wykrzykiwania komend, szukania osłony czy – przede wszystkim – ucieczki. Był to jednak dosyć przydatny wieczór; już od dawna nie strzelałem pod okiem instruktora.

Przy okazji przypomniałem sobie, jak nieprzyjemny może być trening strzelecki, zwłaszcza na strzelnicy w budynku, w obecności pięciu czy sześciu innych strzelających. Zatyczki i przyduże nauszniki to za mało; czułem się tak, jakbym spędził godzinę z głową w garnku do spaghetti, w który dwulatek wali chochlą. Potem w grobowej ciszy czmychnęliśmy do swoich aut, co mi pasowało, bo na chwilę ogłuchłem.

 

Jeśli naprawdę miałem nosić gnata, chciałem zyskać pewność, że nie trafię za kratki. Dlatego najbardziej wyczekiwałem tego wieczoru, kiedy naszym instruktorem będzie policjant. Wylosowaliśmy Gary’ego, tęgiego gliniarza z dochodzeniówki z odległych przedmieść Denver. Miał nastroszone słomkowe wąsy i wyglądał jak młodszy, wysportowany Kapitan Kangaroo z programu dla dzieci.

– Są tu jacyś prawnicy? – To były jego pierwsze słowa. A potem, gdy nie podniosła się żadna ręka: – To super. – Włączył filmik, na którym ciastowy ludzik z reklam Pillsbury pierdział. – Odrobina humoru na początek – oznajmił.

– Sąd Najwyższy mówi, że jeśli macie czas przeładować broń, to również macie czas pomyśleć – kontynuował – więc każde zabójstwo po przeładowaniu traktuje się jako zabójstwo z premedytacją. Dlatego noszę FN five-seven, który mieści dwadzieścia naboi.

Sięgnął za plecy i wyjął jaskrawopomarańczowy pistolet z plastiku – niedziałającą replikę FN-ki. Wyciągnął broń w obu dłoniach, wycelował, szepnął „pfiu”, udał odrzut niczym ośmiolatek, który bawi się w policjantów i złodziei, a potem ją schował.

Tak jak Dick i Judy, Gary był akolitą Kościoła Rozszalałej Przemocy. Jak na policjanta wydawał się dziwnie chętny, żebyśmy wstąpili do tej sekty.

– Jeśli znajdujecie się w miejscu, w którym macie prawo legalnie przebywać, nie macie obowiązku się wycofać! – warknął. Jeśli alternatywą jest uniknięcie walki, to lepiej, żebyśmy sięgnęli po broń i rozpoczęli strzelaninę. Kiedy dobrzy ludzie chowają się przed złymi, jesteśmy na najlepszej drodze do upadku społeczeństwa. Znowu wyciągnął pomarańczowy pistolet, przyjął pozycję strzelecką, powiedział „pfiu” i schował go do kabury. – W Massachusetts – rzekł – ludzie mają obowiązek wycofać się z własnego domu![12] – Pokręcił głową i zarechotał, chowając broń: ci sfiksowani liberałowie ze Wschodniego Wybrzeża!

Wydawało mi się, że ucieczka drzwiami frontowymi, kiedy włamywacz wchodzi od tyłu, to całkiem niezła strategia, jeśli alternatywą jest strzelanina. Ale to nie był czas na pytania.

– Napastnik z nożem znajdujący się w promieniu sześciu i pół metra może was dopaść w ciągu półtorej sekundy – powiedział Gary i czułem, że wszyscy przypomnieli sobie zdjęcie wypatroszonej ofiary nożownika, które pokazywał nam Dick. – Pamiętajcie o tym następnym razem, kiedy ktoś będzie narzekał, że policjant zastrzelił kogoś, kto miał „tylko” nóż.

Jeden z zakapturzonych Jawów zapytał, czy zgodnie z prawem wolno mu strzelić do kogoś, kto wszedł do jego domu.

– W tym zakresie jest trochę obostrzeń – odparł Gary. Znowu wyciągnął broń, przymierzył i schował. Nie byłem pewien, czy w ogóle jest świadom, że to robi. – Mógłbyś mieć kłopoty, gdybyś strzelił do włamywacza, który okazał się nieuzbrojony. To zależałoby od przysięgłych.

– A gdyby, powiedzmy, zwiewał przez drzwi z moją nową plazmą? – zapytał Jawa.

Gary zarechotał.

– Chyba nikt z was nie pozwoliłby, żeby jakiś gość wyszedł z waszego domu z czterdziestoośmiocalową plazmą – stwierdził. – ­Możesz powiedzieć: „Stój!”, a jeśli odstawi telewizor i rzuci się na ciebie, będziesz usprawiedliwiony.

– A jak ucieknie?

– To teraz już wie, że nie pociągniesz za spust, więc wróci do twojego domu na kolejne zakupy.

Podniosłem rękę.

– Czyli do niego strzelić?

Gary znowu zarechotał, wyciągnął broń i schował, wyciągnął i schował.

– Jak masz dobrego cela, to zdążysz dorobić odpowiednią historyjkę, zanim ja przyjadę na miejsce.

Czwartego i ostatniego wieczoru Dick i Judy opowiedzieli o różnych sposobach noszenia broni palnej. Dick miał na sobie bojówki i kurtkę. Oznajmił, że w tej chwili ma schowane trzynaście sztuk broni.

– Wszystkie nienaładowane. W tej sali nigdy nie ma ostrej amunicji – zaznaczył.

Wyciągał broń jedną po drugiej i kładł ją na stole. Przypominało to swoisty zabójczy striptiz: pięć z pasa, z wewnętrznej i zewnętrznej strony paska spodni, dwie z kostek, dwie z przednich kieszeni, dwie z ukrytych kieszeni lycrowej podkoszulki zaprojektowanej z myślą o noszeniu broni ukrytej oraz dwie z szerokiej elastycznej opaski, która oplatała mu brzuch niczym pas przepuklinowy. To było jak oglądanie klaunów wysypujących się z garbusa: trwało i trwało.

– Ale tak naprawdę wystarczyłyby ze dwie – powiedział.

Z myślą o jedynej kursantce Judy posłużyła się krótkolufową trzydziestkąósemką, żeby zaprezentować różne kabury zaprojektowane tak, by pasowały do kobiecego ciała. Machała rewolwerem, przykładając go sobie do biodra, do krzyża, chowając do torebki, aż nagle zatrzymała się i uważnie mu się przyjrzała.

– O cholera – mruknęła, czerwieniąc się.

Otworzyła broń i wysypała z niej pięć sztuk ostrej amunicji.

Wśród ciszy pełnej przerażenia odezwał się Dick:

– Lekcja poglądowa reguły numer jeden: każda broń zawsze jest naładowana! – Uśmiechnął się szeroko, jakby zaplanowali to, że Judy będzie przed nami wymachiwać naładowanym rewol­werem.

Noszenie broni to tylko jeden z elementów nowego stylu życia, który chcieli nam zaszczepić Dick i Judy. Świat, do którego nas zapraszali, wymagał, żeby na szafce nocnej trzymać broń, okulary, telefon komórkowy i latarkę. Jeśli nie odpowiada nam perspektywa zostawiania luzem niezabezpieczonej broni, mogliśmy przymocować do ściany przy łóżku jeden z kilku dostępnych sejfów elektronicznych otwieranych szyfrem.

– Powtarzam sobie na głos ten szyfr codziennie przed zaśnięciem – powiedział Dick.

– Niech wasz dom będzie nieprzystępny – mówiła Judy. – Zamontujcie dobre zewnętrzne oświetlenie. Usuńcie krzaki, za którymi ktoś mógłby się ukryć.

– Ale pod oknami posadźcie cierniste krzewy – dodał Dick.

Wyobraziłem sobie swój dom na ogołoconej posesji, skąpany w świetle halogenów, z ciernistymi krzewami pod każdym oknem na podobieństwo drutu kolczastego. Później Judy skierowała moją wyobraźnię do wnętrza mieszkania.

– Powinniście wiedzieć, gdzie w waszym domu są strefy bezpiecznego ognia – powiedziała. – Sprawdźcie, skąd można strzelać tak, żeby kula nie wyleciała na zewnątrz do domu sąsiada.

– Panowie, jeśli sypiacie na golasa, lepiej to przemyślcie. Mężczyźni nie czują się komfortowo, walcząc nago. To warte roz­ważenia.

– Zawsze oczekujcie najgorszego.

Jeśli gdzieś przebiegała granica między przygotowaniem się na coś strasznego a modleniem się o to, żeby coś takiego naprawdę się wydarzyło, trudno mi ją było dostrzec.

Na pożegnanie Dick i Judy udzielili nam jednak dobrej rady: broń ukryta to broń ukryta. Nie wolno jej pokazywać ludziom, nie wolno opowiadać, że się ją nosi. Jeśli ktoś o nią spyta, należy zmienić temat.

– Jeżeli ktoś chce was uściskać – powiedziała Judy – zawsze trzymajcie ręce przy sobie, tak żeby nie poczuł zgrubienia na waszym biodrze. Broń sprawia, że ludzie reagują w nieprzewidywalny sposób. Jeśli niewłaściwa osoba dowie się, że jesteście uzbrojeni, może dać wam w łeb, żeby ją zabrać.

Z tego samego powodu nie powinniśmy stawiać sobie na trawnikach tabliczek w stylu „CHRONIONE PRZEZ SMITH & WESSON” albo naklejek na zderzak typu „TRĄB DALEJ, PRZEŁADOWUJĘ BROŃ”.

– Jeżeli ktoś taką zobaczy, może pojechać za wami na parking – wyjaśniła Judy. – A kiedy wyjdziecie z samochodu, rozbije szybę, żeby ukraść broń.

Gdy pakowaliśmy się pod koniec zajęć, Dick rozdał ulotki, które z początku wziąłem za wykres poziomów zagrożenia atakiem terrorystycznym. W rzeczywistości opisywała ona sposób myślenia o gotowości, kiedy ktoś nosi broń. Stan biały to zupełna nieświadomość własnego otoczenia na ulicy: sen, upojenie alkoholowe lub narkotykowe, pogrążenie w rozmowie albo – szczyt współczesnej dekoncentracji – esemesowanie podczas słuchania iPoda. Stan żółty to świadomość własnego otoczenia i zainteresowanie nim. Przypomina stan umysłu, który powinniśmy zachować podczas prowadzenia samochodu: należy wodzić wzrokiem, zerkać w lusterka, pilnować, żeby radio nie zagłuszyło otaczających nas dźwięków. Stan pomarańczowy to świadomość potencjalnego zagrożenia. Stan czerwony to reakcja na niebezpieczeństwo.

– Powinniście zachować stan żółty zawsze, kiedy jesteście na ulicy, uzbrojeni czy nie – powiedział Dick – ale zwłaszcza gdy macie broń. W stanie białym jesteście ofiarą. Jesteście owcami.

Dick chciał, żebyśmy w miejscach publicznych odgrywali rolę „owczarka” – czujni, uważni, nieagresywni, ale gotowi do walki w imieniu bezbronnych. Ulotka Amerykańskiego Stowarzyszenia Strzelectwa Taktycznego informowała, że na stan biały można sobie pozwolić wyłącznie „we własnym domu, przy zamkniętych drzwiach, włączonym alarmie i z psem przy nogach. […] W tej samej sekundzie, gdy opuszczacie dom, przechodzicie o oczko wyżej, do stanu żółtego”. W tej samej sekundzie? Serio? Na przykład kiedy rano jadę do sklepu po gazetę i karton mleka? Albo po południu wybieram się na wywiadówkę? I jeszcze alarm?

Okazało się, że ludzie tacy jak ja przyczyniają się do tego, że społeczeństwo niebezpiecznie mięknie. Jak Czerwony Krzyż życzyłby sobie, żeby każdy potrafił wykonać resuscytację krążeniowo-oddechową, tak właściciele broni chcieli, żeby każdy był gotowy stawić czoło przemocy – nie tylko przez noszenie broni, ale także utrzymywanie stanu żółtego.

– Wierzę, że na tamtym świecie zostanę osądzony – powiedział z powagą Dick. – Wyrok częściowo będzie zależał od odpowiedzi na pytanie: czy ten facet się pilnował? To minimum odpowiedzialności.

Złożyłem zaświadczenie o ukończeniu szkolenia u szeryfa Pelle’a i pozwoliłem, żeby jego zastępca zdjął mi odciski palców, a potem zacząłem czekać, ponieważ zgodnie z prawem stanu Kolorado mogło to potrwać do dziewięćdziesięciu dni. „Ze względu na dużą liczbę wniosków o pozwolenie na noszenie broni ukrytej – oznajmiło nagranie pod numerem telefonu szeryfa – przyznanie pozwolenia nie nastąpi przed upływem dziewięćdziesięciu dni. Prosimy nie dzwonić do naszego biura z pytaniami”. I to w Boulder!

Czekając na pozwolenie, wybrałem się na zakupy, by nabyć kaburę do swojego detective special. Colt nie produkował tego modelu od 1972 roku, więc nie mogłem zamówić jej sobie w Amazonie. Uznałem, że mnóstwo używanych kabur znajdę na comiesięcznej giełdzie Tanner Gun Show w centrum targowym Denver Merchandise Mart, pojechałem tam więc pewnej śnieżnej soboty, żeby pobuszować wśród towarów.

Nawet nie wszedłem do środka. Gdy podchodziłem do kasy, żeby kupić bilet wstępu, młoda kobieta wręczyła mi ulotkę i oznajmiła: „Kurs na broń ukrytą właśnie się zaczyna!”. Zerknąłem na kartkę. Firma o nazwie Equip 2 Conceal organizowała tutaj, na giełdzie, kurs, który pomaga uzyskać pozwolenie w stanie Kolorado – i to wszystko w trzy godziny. Takiej okazji nie mogłem przegapić.

Kobieta skierowała mnie na drugą stronę ulicy do Sali Osikowej w hotelu Comfort Inn, gdzie stoły ustawiono jak w sali lekcyjnej. Kilkanaście osób wypełniało formularze.

– Zanim zaczniemy, powiem od razu, że jestem rekruterem NRA – oznajmił Rob, ciemnowłosy młody człowiek w firmowej koszulce polo Equip 2 Conceal. – Moje zadanie polega na zaciągnięciu do NRA jak największej liczby osób, bo w tej chwili bardzo tego potrzebujemy. Oni tam dużo robią dla ochrony naszych praw. – Dał znak ładnej młodej kobiecie, również w firmowej bluzce, która położyła przede mną formularz członkowski.

Pierwszą godzinę Rob poświęcił na pogadankę w duchu „to jest spust, to jest lufa”. Najbardziej jednak chciał mówić o tym, co nazywał „napaścią na dom” – kiedy ludzie włamują się nie po to, żeby coś ukraść, ale dla samej maniakalnej przyjemności torturowania nas na śmierć.

– Oni – powiedział, zapewne mając na myśli białych facetów w kominiarkach i chinosach – obserwują, o której godzinie wracacie do domu, o której wstajecie do łazienki. Wiedzą, gdzie jest wasza sypialnia, i przychodzą was zabić. Pilnujcie, żeby wasza broń była naładowana. Ja mieszkam sam i zawsze mam ją na podorędziu. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jestem gotowy.

W Sali Osikowej było wi-fi. Wchodząc na kilka stron i zestawiając ze sobą liczby, podczas gdy Rob wciąż opowiadał, w ciągu półtorej minuty odkryłem, że nie jest zupełnym paranoikiem. Między 2004 a 2008 rokiem liczba włamań do prywatnych domów wzrosła niemal o połowę – to jedna z niewielu pogarszających się statystyk przestępczości. Obiektem napaści stało się siedemdziesiąt dwa tysiące domostw, czyli jedno na tysiąc sześćset. Równo­cześnie w 2008 roku w takich sytuacjach zabito tylko osiemdziesięciu siedmiu Amerykanów. Istniało większe prawdopodobieństwo, że trafi mnie piorun.

 

Młoda kobieta rozdała kolejny zestaw formularzy.

– Oprócz pozwolenia stanu Kolorado możecie uzyskać pozwolenie zamiejscowe, z Florydy – powiedział Rob. – Tak jest: Floryda da wam pozwolenie na noszenie broni, chociaż tam nie mieszkacie. Po co wam ono? Po pierwsze trzy stany: Waszyngton, Wirginia i Wirginia Zachodnia, honorują pozwolenie z Florydy, a tego z Kolorado nie. Czyli dochodzą trzy stany, w których możecie korzystać ze swoich konstytucyjnych uprawnień. Po drugie wyobraźmy sobie, że stracicie pozwolenie z Kolorado. Tutaj nie będziecie mogli nosić broni, bo Kolorado nie uznaje zamiejscowego pozwolenia z Florydy, ale w trzydziestu innych stanach owszem.

Pozwolenie z Kolorado mógłbym „stracić” tylko wtedy, gdybym na przykład popełnił przestępstwo z użyciem przemocy albo pobił Margaret i dostał zakaz sądowy zbliżania się do niej. Nawet wtedy Floryda była skłonna zainterweniować, bym nadal mógł nosić broń.

By zaliczyć część strzelniczą kursu, wsiedliśmy do własnych samo­chodów i pojechaliśmy za Robem na drugą stronę Denver – co zajęło pół godziny z naszych trzech godzin – do obskurnej strzelnicy w centrum handlowym. Pięć z sześciu stanowisk zajmowali młodzi czarnoskórzy faceci, którzy uczyli strzelać swoje dziewczyny. Towarzyszyło temu mnóstwo okrzyków, śmiechów i ogłuszającego huku dziewięciomilimetrówek i czterdziestekpiątek. Inni kursanci i ja ustawiliśmy się gęsiego przed szóstym stanowiskiem, by kolejno oddać po dwadzieścia strzałów z długolufowego pistoletu sportowego kalibru .22. Do samoobrony przy użyciu broni palnej równie skutecznie przygotowałaby nas lekcja przyrządzania omleta. Wyszliśmy. W uszach dzwoniło nam od hałasu wystrzałów z pozostałych stanowisk. Rob już czekał, żeby wręczyć nam dyplomy skserowane na pseudopergaminie.

– Chyba mi pan nie wmówi, że ten kurs przygotował mnie do noszenia broni – powiedziałem.

– Kurs spełnia prawne wymogi pozwalające na noszenie broni palnej – odparł Rob. – Jest różnica. Stanowczo zalecam dalsze szkolenie.

Części strzeleckie kursów przypomniały mi, dlaczego rzadko chadzam ze swoją bronią na strzelnicę. Nie cierpiałem tego hałasu. Jeśli więc powiedziało się A, trzeba powiedzieć B: skoro miałem nosić broń, postanowiłem rozejrzeć się za tłumikiem.

Pierwszym tłumikiem, jaki w życiu widziałem, był ten, z którego w Goldfingerze Mokra Robota wykończył Sola – zanim zgniótł go w lincolnie continentalu. Miałem wtedy osiem lat. Elegancja tej długiej rury wystającej z lufy pistoletu oraz towarzyszące wystrzałowi głębokie „łup” poruszyły mnie tak samo mocno jak pierwsze klik-klak mossberga .22 Hanka Hilliarda. Przez lata dostrzegałem tłumiki w każdym cylindrycznym przedmiocie, na jaki trafiałem – w tubkach po papierze toaletowym, markerach, wydrążaczach do jabłek – i przyczepiałem je do wszystkich swoich zabawkowych broni. Wiem, jak to brzmi, ale parafrazując Freuda, czasami tłumik to tylko tłumik. Kiedy przyszła pora, by odłożyć dziecinne zabawki, próbowałem robić prawdziwe tłumiki, taśmą przyklejając dwulitrowe butelki po coli do lufy pistoletu kalibru .22. Działało – mniej więcej. Prymitywny tłumik to nic innego jak komora, w której wybuchające gazy rozprężają się, zanim ulecą. W komercyjnym tłumiku deflektory – przypominające stos uszczelek oddzielonych malutkimi przerwami – jeszcze bardziej wygłuszają dźwięk. Moje tłumiki domowej roboty nie były równie fajne jak te nakręcane. Nie dało się celować, a do tego często zlatywały przy pierwszym strzale. Sprawiały jednak, że wystrzałowi towarzyszył raczej trzask niż donośny huk.

Były również nielegalne. Pierwsze prawo federalne regulujące dostęp do broni, to z 1934 roku, wymagało, by osoby chcące używać tłumika złożyły wniosek o pozwolenie, poddały się badaniu przeszłości i zapłaciły podatek federalny w wysokości dwustu dolarów – znaczną sumę w czasach, kiedy przeciętny robotnik rolny zarabiał niecałego dolara za godzinę. Te same przepisy dotyczyły broni samoczynnej i obrzynów, które w epoce, gdy kraj terroryzowali Pretty Boy Floyd, Baby Face Nelson, Ma Barker i Bonnie i Clyde, stanowiły ówczesną broń masowego rażenia. Tłumiki dorzucono do tego przepisu nie dlatego, że używali ich gangsterzy, ale ponieważ w czasach wielkiego kryzysu posługiwali się nimi kłusownicy. Wykonanie przeze mnie tłumika bez uiszczenia podatku było jak zgłoszenie się do więzienia federalnego.

Kiedy zacząłem rozglądać się za prawdziwym tłumikiem, uzyskanie pozwolenia – koszt dwustu dolarów i odrobina papierko­logii – było niewiele uciążliwsze od wyrobienia paszportu. W pierwszej dekadzie XXI wieku liczba wniosków o pozwolenie wzrosła sześciokrotnie. Tłumiki stawały się tak popularne, że Narodowa Fundacja Sportów Strzeleckich – branżowe stowarzyszenie producentów broni palnej – wysłała ulotkę do detalistów będących jej członkami, w której zwracała uwagę na tę okazję do rozwoju.

Kiedy powiedziałem znajomym, że szukam tłumika, byli zbulwersowani. „To tłumiki można kupić?”, „Po co ci tłumik?” „Broń zabójców?” – pytali. Okazało się, że to bardzo amerykańskie nastawienie; w Europie trudno uzyskać pozwolenie na broń, natomiast tłumiki w wielu krajach kupuje się od ręki. W niektórych to wręcz obowiązkowe. Europa jest zatłoczona – kto chciałby słuchać huku wystrzałów?

„W Finlandii nie mamy żadnych przepisów zakazujących używania tłumików. Nie ma ich ani w prawie łowieckim, ani w prawie o dostępie do broni – napisał Klaus Ekman z fińskiej Centralnej Organizacji Łowieckiej. – Ale trzeba pamiętać, że tutaj, zanim kupi się broń, trzeba wytłumaczyć policji, w jakim celu chce się ją mieć”.

Peter Jackson, szkocki projektant i producent tłumików, przysłał mi de facto traktat naukowy na temat europejskich przepisów dotyczących użycia tłumików, zawierający nadzwyczajną informację, że we Francji jest ono zupełnie nieuregulowane, a w Wielkiej Brytanii tłumiki do strzelb i wiatrówek można swobodnie zamówić pocztą (nie wiedziałem, że istnieją tłumiki do strzelb), zakup zaś tych do karabinów wymaga minimalnej roboty papierkowej, oraz że artykuł piąty unijnej dyrektywy 2003/10/EC wręcz nakazuje wydanie tłumików każdemu, kto używa broni w pracy, na przykład leśniczym. „Choć przepis nakłada taki obowiązek na pracodawców tylko osobom będącym »w pracy« – napisał Jackson – spokojnie można założyć, że nasze sądy przyznałyby wysokie kary każdemu urzędnikowi, który osobie polującej w celach rekreacyjnych odmówiłby ochrony przed hałasem, obowiązkowej w przypadku zawodowca”. Przypomniał mi również, że tłumiki chronią wrażliwe uszy psów myśliwskich, które w przeci­wieństwie do właścicieli nie mogą nosić nauszników – to przejaw bardzo brytyjskiej troski.

„Przytłaczająca większość ludzi kojarzy tłumiki tylko z filmów o agentach specjalnych – pisał dalej. – To dlatego są im przeciwni. Gdybym znał je tylko od tej strony, też bym się buntował”.

W Stanach Zjednoczonych agencją wydającą zezwolenia było ATF – Biuro do spraw Alkoholu, Tytoniu, Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych. Zadzwoniłem tam, żeby zapytać, czy ATF jest innego zdania niż Europejczycy – czy uważa, że tłumiki są zagrożeniem dla bezpieczeństwa publicznego.

– Kiedy policja znajdzie ciało z dziurą po kuli, nie umie stwierdzić, czy użyto tłumika – powiedział mi urzędnik w odpowiednim dziale, do którego zostałem przełączony. Prosił o anonimowość. Dodał jednak: – Gdybyśmy sądzili, że istnieje problem, coś byśmy z tym zrobili. A nie robimy.

Pierwszym krokiem na drodze do kupna tłumika było znalezienie „sprzedawcy trzeciej klasy” – kogoś wprost uprawnionego do sprzedaży broni objętej prawem z 1934 roku. W ten właśnie sposób trafiłem do najbardziej entuzjastycznego pasjonata broni, jakiego kiedykolwiek spotkałem – Olivera Mazurkiewicza.