Wolność i spluwaTekst

Autor:Dan Baum
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA AMERYKAŃSKA

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia.

Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze.

Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

DAN BAUM

WOLNOŚĆ I SPLUWA

Podróż przez uzbrojoną Amerykę

Przełożył Rafał Lisowski


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Gun Guys: A Road Trip

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © by Samuel Corum / Anadolu Agency / Getty Images

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Dan Baum, 2013. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2018

Copyright © for the Polish translation by Rafał Lisowski, 2018

Redakcja Karol Fancuzik

Konsultacja merytoryczna Joachim Raźny

Korekta Iwona Łaskawiec / d2d.pl, Ewa Polańska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-653-8

SPIS TREŚCI

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Prolog Wielki Wybuch

1 Barbie dla mężczyzn

2 Stan żółty

3 iBroń

4 Odrzut

5 Fudd taki jak ja

6 Coś pękło

7 Oddział gumowej broni

8 Dawajcie, do cholery!

9 Stan czarny

10 Przecież cię nie ugryzie

11 Derywacja

12 Friedrich i Barney

13 On wyciągnął, ja wyciągnąłem

14 Szul z bronią

15 Świńzilla

16 Uzbrojony bęcwał

17 Znowu zginąłem

18 Plemiona

Epilog Samba!

Podziękowania

Uwagi

Wybrana bibliografia

Przypisy

Kolofon

Dla mojego brata Andy’ego

Lubię broń, broń podoba się mi

Kiedy błyszczy drewno i gdy metal lśni

Rozmiar się nie liczy, lubię dużą i małą

Jeśli jest na sprzedaż, chcę, choroba, całą

Lubię broń, lubię broń, lubię broń.

[…]

Trochę nie rozumiem, o co krzyczą wciąż

I dlaczego broń nam ciągle zabrać chcą

Przecież ja nikogo nie zastrzelę z niej

Do mnie nikt nie strzeli dzięki broni mej

Lubię broń, lubię broń, lubię broń.

Steve Lee, utwór tytułowy z płyty Lubię broń (2010), zawierającej między innymi utwory Oddam swoją broń, Pies, co się boi broni i Ona nie lubi broni

PROLOG
Wielki Wybuch

Dick Cavett: Zawsze chciałem mieć lugera. […] Luger to seksowny przedmiot; w jego designie jest coś genialnego i pociągającego.

Randy Cohen: Nie mamy wpływu na to, jakie przedmioty wydają nam się ponętne.

Audycja Person Place Thing w radiu publicznym, 15 lutego 2012

Już po kilku dniach od rozpoczęcia obozu letniego nie ulegało wątpliwości, że w bejsbolu zawsze będę spychany na prawe zapole, w futbolu ignorowany przez rozgrywających, a w grze w sztandary będę sapał i kuśtykał na szarym końcu. Miałem pięć lat i byłem najmłodszym dzieciakiem, jaki kiedykolwiek przyjechał do ­Sunapee – pulchnym, rozpieszczonym przez matkę cherubinkiem pośród plemienia szczupłych dzikusów. Chociaż sam błagałem, żeby jechać z braćmi na obóz, mój pierwszy tydzień mieszkania w budynku numer jeden był falą upokorzeń małych i dużych. Zupełnie nie znałem się na bejsbolu, cyckach i rock and rollu, często płakałem, moczyłem się w nocy. Pod koniec pierwszego tygodnia udałem, że jestem chory, tylko po to, by z ulgą poczuć na czole dotyk chłodnej, współczującej dłoni pielęgniarki.

Na skraju lasu majaczył tajemniczy monolit, podniecający i zarazem trochę złowrogi: wielki biały głaz równo pęknięty na dwie części. Miał co najmniej półtora metra – znacznie więcej niż ja. Połówki znajdowały się w takiej odległości od siebie, że można się było między nimi prześlizgnąć, i czasami widziałem starszych chłopców, którzy znikali na tej kamiennej ścieżce – wyglądało to niczym jakiś portal.

Pewnego upalnego dnia, w drugim tygodniu obozu, opiekun budynku numer jeden poprowadził tamtędy dziesięciu z nas. Rozpęknięte skalne ściany połyskiwały w słońcu, a gdy weszliśmy między nie, spowił nas całun chłodnego powietrza. Przez moment byłem zdezorientowany, jakbym znalazł się w innym wymiarze. Potem chłopiec przede mną ruszył naprzód, chłopiec za mną mnie popchnął i wyszliśmy na zbocze pagórka porośniętego rzadkim lasem.

Teren lekko pochylał się przed nami, biegł między młodymi brzozami i prowadził do drewnianego podestu unoszącego się na morzu paproci. Na podeście stał duży mężczyzna wsparty pięściami pod boki. Zbiegliśmy truchcikiem po ścieżce i wdrapaliśmy się na platformę. U jego stóp leżało pięć materaców poplamionych moczem. Na materacach znajdowały się karabiny.

 

Prawdziwe karabiny! Był rok 1961 i podobnie jak większość dzieci widziałem w telewizji mnóstwo strzelanin. Kapiszonowcami firmy Mattel bawiłem się w kowbojów, z kolorowymi pistoletami na wodę napadałem na kolegów. Te karabinki tutaj były jednak długie, wyglądały bardzo poważnie, na ich lśniącym drewnie odbijały się plamki słońca. Duży mężczyzna, Hank Hilliard, futbolista z Uniwersytetu Rutgersa, podniósł jeden z nich i odryglował zamek z głośnym klik-klak, które poczułem aż w kręgo­słupie. Wskazał poszczególne części broni, podając ich nazwy, a potem wyprostował krępe palce, żeby pokazać, jak celuje się przez szczerbinkę. Surowym tonem powtórzył reguły obowiązujące na strzelnicy. Wybrał pięciu z nas i kazał położyć się na materacach, ale zapowiedział, żebyśmy nie dotykali broni, dopóki nie powie, że można.

Leżałem na boku z dłońmi ściśniętymi między kolanami i patrzyłem na stalową lufę znajdującą się pięć centymetrów przed moim nosem: MOSSBERG 340 KA NORTH HAVEN, CONNECTICUT .22 SHORT LONG OR LONG RIFLE[1]. Nie pamiętam imion dorosłych dzieci swoich sąsiadów ani ostatniego z siedmiu krasnoludków, ale po dziś dzień umiem przywołać każdy szczegół tamtego karabinka i jego metaliczny, dymny, chemiczny zapach: broń.

Na materacu wylądował nabój – smukły, lśniący, mosiężny, z zaokrąglonym szarym końcem. „Podnieść broń” – huknął Hank, a ja dźwignąłem mossberga. Po drugiej stronie polany biegł drewniany płot, do którego mężczyzna przyczepił pinezkami białe kartki, a każda miała pośrodku czarną kropkę. „Otworzyć zamek”. Podniosłem dźwignię i odciągnąłem do tyłu. Klik-klak. „Załadować”. Wetknąłem nabój do komory czubkiem do przodu i popchnąłem kciukiem. „Zamknąć zamek”. Przesunąłem dźwignię do przodu, a potem ją opuściłem. W życiu nie zrobiłem niczego z takim zdecydowaniem. „Celować i ognia”.

Chłopak obok mnie stęknął, gdy jego karabinek wystrzelił. Trzej pozostali wypalili nerwowo w ciągu następnych dwóch sekund. Nie zwracałem na nich uwagi. Całymi dniami patrzyłem z zazdrością, jak machają kijami do bejsbola i rakietami tenisowymi, rzucają piłką do futbolu i skaczą z trampoliny. Teraz się wyłączyłem, cały świat wtłoczyłem w muszkę kołującą coraz bliżej czarnej kropki. Karabinek lekko uderzył mnie w ramię i trzasnął jakby z oddali. Hank upuścił na materac jeszcze jeden nabój.

Każdy z nas oddał pięć strzałów, a potem, po odprawieniu wyszukanej ceremonii otwierania zamka i opróżniania komory, pognaliśmy przez polanę po nasze tarcze strzelnicze. Kartka jednego chłopaka była nietknięta. Pozostałe miały po dwa lub trzy otwory, mocno rozrzucone.

Wszystkie moje strzały trafiły w czarną kropkę, która, jak zauważyłem, podzielona była na pięć koncentrycznych pierścieni. Kilka otworów po kulach się stykało; jeden otarł się o środek tarczy. Kiedy podałem kartkę Hankowi, był tak zaskoczony, że aż odchylił głowę. „Cholerka – wydyszał, kolejno dotykając każdej z dziur czubkiem ołówka. – Trzydzieści sześć na pięćdziesiąt”. Oddał mi tarczę i popatrzył na mnie jak mężczyzna na męż­czyznę, po raz pierwszy w moim życiu. „Nieźle strzelasz, ­kowboju”.

Czy to był mój osobisty Wielki Wybuch? Czy połknąłem bakcyla broni, bo odkryłem, że dobrze strzelam, w tym samym momencie, gdy po raz pierwszy doświadczałem poczucia niższości jako mężczyzna? Czy to dlatego przez całe życie noszę w sobie entuzjazm, który mnie trochę zawstydza? A może po prostu broń spodobała mi się i wydała fajna w ten sam sposób, w jaki inne dzieci wkręcają się w wędkowanie i hodowlę mrówek? Wiedziałem tylko tyle, że strzelnica zastąpiła gabinet pielęgniarki w roli mojego azylu. W ciągu dnia męczyłem się, uprawiając sport razem z kolegami, ale kiedy wydłużały się cienie i mogliśmy sobie wybrać zajęcia, ja niezmiennie chodziłem strzelać. Nauczyłem się równo oddychać, słuchać bicia serca i oddawać strzały między uderzeniami, kiedy lufa rusza się najmniej. Nauczyłem się kłaść opuszkę palca wskazującego na spuście i naciskać go tak powoli, żeby moment strzału zaskakiwał. Pokochałem huk karabinu, bogatą woń palonego kordytu, magiczną geometrię idealnie prostej trajektorii lotu pocisku, łączącą lufę z maleńkim oddalonym punktem. Polubiłem nawet słaby zapach starego moczu wsiąkniętego w materac, bo i on stanowił część przeżyć na strzelnicy obozu Sunapee. W te swoje pierwsze letnie wakacje za trafienie w dziesięć tarcz z co najmniej dwudziestoma pięcioma punktami dostałem maleńki brązowy medal „młodszego strzelca” i naszywkę Narodowego Stowarzyszenia ­Strzeleckiego (National Rifle Association, NRA) na obozową kurtkę z sukna. Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego! Super! Rok później dzięki dziesięciu tarczom z co najmniej trzydziestoma punktami awansowałem na „strzelca”, a wkrótce przekroczyłem czterdzieści punktów i otrzymałem rangę „strzelca wyborowego”. Wracałem do Sunapee rok w rok; przechodziłem z pozycji leżącej do siedzącej, z siedzącej do klęczącej, z klęczącej do stojącej. Dzięki umiejętnościom i entuzjazmowi byłem zapraszany na strzelnicę także po godzinach – w porze posiłków i odpoczynku – i przechodziłem wtedy indywidualne szkolenie oraz dostępowałem zaszczytu czyszczenia broni szmatami, wyciorami czy pachnącym bananami rozpuszczalnikiem numer dziewięć marki Hoppe’s.

Moje życie z bronią było jednak dziwnie rozdwojone. Oprócz Hanka Hilliarda nie miałem strzeleckich mentorów. Ani moi rodzice, ani nikt w ich kręgu towarzyskim – żydowskich demo­kratów z New Jersey – nigdy nie polował i nie posiadał broni. Jestem pewien, że nigdy w życiu nawet nie marzyli o tym, by jej dotknąć. „Żydzi produkują i sprzedają broń” – powiedziała z chropowatym śmiechem Bubbles Binder, przyjaciółka mojej matki. „My z niej nie strzelamy”. Nie wiem, czy w pobliżu South Orange istniały jakieś strzelnice, w każdym razie zabranie mnie tam to ostatnie, co przyszłoby do głowy mojemu łagodnemu ojcu, kupcowi. Tak więc podczas gdy na obozie strzelectwo stawało się poważnym sportem, przez pozostałe dziesięć miesięcy w roku moja szajba na punkcie broni przenosiła się w sferę brutalnych fantazji, które w połowie lat sześćdziesiątych nikogo nie dziwiły u małych chłopców.

Całą alejkę działu zabawkowego w domu towarowym E.J. Kor­vette poświęcono wyłącznie broni palnej. Były tam bazooki Monkey Division, karabiny Johnny Seven One Man Army, karabiny Mattel Shootin’ Shell, krótkolufowe hubleye kalibru .38, karabiny Okinawa Gun, figurki G.I. Joe z przeróżnym zabójczym ekwipunkiem, broń tajnych agentów Zero-M, cudownie realistyczne zestawy broni Johnny Eagle, kapiszonowce Fanner 50, karabiny M16 Sound-O-Power, teczki ze składanymi karabinami szpiegowskimi Secret Sam, broń z serialu The Man from U.N.C.L.E. i tak dalej – wszystko to reklamowane bezwstydnie i bez przerwy w programach Wonderama, Sandy Becker i w każdej innej audycji telewizyjnej dla dzieci. Do dziś umiem zanucić piosenki z tych reklam. Kiedy razem z Chuckym Blauem nie biegałem po okolicy w plastikowym hełmie i z thomp­sonem Dicka Tracy’ego w ręku, oglądałem serial Combat! – „w roli głównej Vic Morrow jako sierżant Saunders” – z zapałem godnym badacza Talmudu. Spałem z zabawkową bronią, miałem ją w łóżku i pod łóżkiem. Zawsze albo trzymałem jakąś broń, albo udawałem, że to robię; moje dłonie stale tęskniły za pełnymi kształtami chwytu i kolby karabinu. Co parę dni otwierałem naszą encyklopedię World Book z 1960 roku na hasłach karabin, pistolet lub broń maszynowa, wpatrywałem się w zdjęcia i diagramy – zawiłe linie zamków i mechanizmów spustowych – uczyłem się na pamięć marek, modeli, kalibrów, prędkości wylotowych i szybkostrzelności. James Bond wdarł się w moje życie w 1964 roku niczym nowo odkryty bóg. Zacząłem wyczekiwać tych rzadkich okazji, kiedy rodzice zaciągali mnie i moich braci do synagogi Temple Israel, bo nabożeństwa były okazją, żeby włożyć marynarkę jak dorosły. Oznaczało to, że pod spodem mogłem ukryć plastikową kaburę z lugerem, któremu jako tłumik wetknąłem marker w lufę. To cudowne wybrzuszenie pod pachą wystarczyło, żebym przetrwał całe Kol nidre.

A potem co lato wracałem na strzelnicę w Sunapee, skąd za najdrobniejszą wzmiankę o Bondzie albo sierżancie Saundersie groziło wyrzucenie, bo tam ćwiczyło się umiejętności strzeleckie, a nie oddawało fantazjom. Rok za rokiem broń wdzierała się w moje chromosomy na dwa sposoby: w postaci męskiej dyscypliny strzelectwa precyzyjnego, zakorzenionej w najchłodniejszej rzeczywistości, oraz obłędnie seksownej mitologii żołnierzy, kowbojów, gangsterów i szpiegów, nadającej broni palnej przemożnego czaru. Byłem bez szans.

Wszystko wyglądało dobrze mniej więcej do 1967 roku, aż tu nagle – jak wtedy, gdy słońce chowa się za chmurą – na moją szajbę na punkcie broni padł dziwny cień. Sygnałów, choć subtelnych, nie dało się przegapić: broń stała się niefajna, a moja obsesja paskudna. W wieku jedenastu lat koledzy wyrastali z zabawy w wojsko – dokładnie pamiętam dzień, w którym to do mnie dotarło. ­Chucky, Arthur Lewis i ja bawiliśmy się na pustej działce przy ­Irving Avenue i szturmowaliśmy ten sam hitlerowski bunkier, który zdobywaliśmy dłużej, niż trwała prawdziwa II wojna światowa. Gnałem ile sił, biegłem zygzakiem niczym demon, żeby uniknąć ognia wroga, gryzłem się w pięść i ciskałem fikcyjne granaty, krzyczałem „pau-pau”, naśladując efekty dźwiękowe. Dostrzegałem jednak, że Chucky i Arthur wszystko robią automatycznie, pod nieprzyjacielskim ostrzałem poruszają się wolno i bez entuzjazmu. Gdy odwróciłem się, żeby dać im znak, by poszli lewą flanką, zobaczyłem, że siedzą z boku, gadają i ciskają kamykami w jakąś puszkę, a karabiny położyli niedbale na kolanach. Poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę: oni robili mi przyjemność. A potem, w drodze do domu, śmiertelny cios – natknęliśmy się na Susan Stern i Caroline Bell, które znaliśmy od przedszkola. Teraz wyglądały inaczej: bardziej pociągające, mądrzejsze – ładne. Na widok naszych zabawkowych broni zmarszczyły czoła, jakby chciały powiedzieć: „Chłopaki, no naprawdę…”. Chucky i Arthur natychmiast zaczęli wymachiwać karabinami niczym kijami bejsbolowymi, jak gdyby nagle ze zdziwieniem odkryli te długie przedmioty w dłoniach i próbowali znaleźć dla nich jakieś sensowne zastosowanie. Traciłem wieloletnich kompanów z plutonu na rzecz bejsbola i futbolu – dokładnie tych samych niemożliwych dyscyplin sportu, które jako pierwsze zagnały mnie na strzelnicę w Sunapee. Czułem się jak małe dziecko wielkości balonu – nie tylko porzucony, ale wręcz upokorzony.

Drugą falą tsunami, która okryła hańbą moją obsesję na punkcie broni, był Wietnam. Sprzeciw wobec wojny był niemal powszechny na naszym przedmieściu, gdzie całe zastępy alergologów i ortopedów wypisywały młodym ludziom zwolnienia. Wykręcenie się od poboru zaprzątało myśli mojego starszego brata, dlatego wojna stawała się w naszym domu czymś, czego nie dało się zlekceważyć. W szkole wszyscy fajni ludzie opowiadali się po stronie kolorowej opozycji, już w szóstej klasie przyswajali estetykę „pokoju i miłości” rozkwitającą w całej Ameryce. Pokazywanie się z zabawkową bronią, rysowanie scen wojennych, zabawa żołnierzykami – nagle to wszystko okazało się zupełnie niestosowne. Ja także byłem przeciwny wojnie, a hipisowska estetyka imponowała mi tak samo jak reszcie szóstoklasistów. To jednak nie sprawiło, że przestałem lubić broń. Dla mnie to były dwie różne sprawy.

Próbowałem przejść tę przemianę razem z Chuckym i pozostałymi, naprawdę. Łaziłem na testy Małej Ligi Bejsbola z nadzieją, że będzie mi dane włożyć jeden ze strojów z napisami na plecach „SKLEP ŻELAZNY BECK’S” albo „SHOP-RITE”. Niestety, wypchnięto mnie do tak zwanej Ligi Pee-Wee, szamba dla kulawych i niezbornych nieformalnie nazywanego Ligą Grubasów, gdzie drużyny nie miały własnych strojów. Dzielnie znosiłem to przez jeden sezon, grając na prawym zapolu w drużynie Washington Senators, a moi rodzice robili, co mogli, by mnie dopingować. Ojciec zamówił nawet imitację gazety z nagłówkiem „DAN BAUM PORZUCA BROŃ, ZOSTAJE GWIAZDĄ BEJSBOLA”.

Ale nie porzuciłem broni – tak samo, jak nie zostałem gwiazdą bejsbola. Przestawiłem się po prostu na takie jej rodzaje, które przystoją starszemu dzieciakowi: sprężynową wiatrówkę i pistolet pneumatyczny na dwutlenek węgla. One jeszcze były do zaakceptowania, ponieważ w ich przypadku chodziło raczej o trafianie do celu niż fantazjowanie na temat scen bitewnych. Nie mogłem już bawić się w wojsko, ale wieszanie papierowych tarcz w ogródku na nowo rozbudziło znaną z obozu przyjemność z obcowania z bronią; radość ze zdyscyplinowanych ćwiczeń w wyzwalaniu olbrzymiej mocy i jej precyzyjnym wysyłaniu do oddalonego punktu. Strzelanie z wiatrówek pozwoliło broni pozostać w moim życiu. Zaspokoiło tęsknotę mojej dłoni za kolbą, chwytem i spustem.

 

Na rolniczym Południu albo w Górach Skalistych moja szajba na punkcie broni nikogo nawet by nie zastanowiła. Na dwunaste urodziny dostałbym strzelbę, po czternastych przeszedł szkolenie myśliwskie, na gwiazdkę otrzymał sztucer na jelenie, a potem przez całą jesień krążył pod gołym niebem z ojcem i wujkami. Broń byłaby zwykłym elementem dojrzewania, jak uganianie się za dziewczynami i nauka jazdy. Jednak na moim przedmieściu w New Jersey takie hobby zrobiło ze mnie mutanta, a na prywatnych uczelniach, gdzie uczyłem się w latach siedemdziesiątych, również było zakazane. Gdy na trzecim roku studiów na Uniwersytecie Nowojorskim kupiłem swoją pierwszą prawdziwą broń – stary elegancki karabinek Remington kalibru .22 podobny do tych, z jakich strzelałem na obozie – zachowałem to w tajemnicy.

Gdy osiągnąłem pełnoletność i mogłem głosować, siedzącego we mnie pasjonata broni zacząłem postrzegać jako złośliwego brata bliźniaka. Moje wychowanie, lektury i doświadczenia kazały mi wierzyć w związki zawodowe, prawa homoseksualistów, progresję podatkową, ONZ, inwestycje publiczne, liberalne prawo imigracyjne, państwowe finansowanie służby zdrowia, wolny wybór kobiet, negocjacje zamiast wyprzedzającego uderzenia, regulację biznesu dla ochrony praw pracowniczych i środowiska oraz w politykę prowadzoną w zgodzie z nauką, a nie nakazami religijnymi. Kwestia broni palnej zajmowała na politycznym polu bitwy miejsce wyznaczone równie ściśle jak aborcja czy modlitwa w szkole – broń należała do „tamtych”. Kiedy uchwalano przepisy regulujące dostęp do broni, wygrywali „moi”; kiedy je liberalizowano, triumfowali „ci drudzy”. Ponieważ wtedy jeszcze nie myślałem zbyt dużo na ten temat, szedłem za „swoimi”, niezawodnie popierając apele o wprowadzenie rejestracji, okresu oczekiwania, badania przeszłości kryminalnej i zakazu broni szturmowej. Żadna z tych spraw nie rzutowała na przyjemność, jaką czerpałem z broni palnej, ponieważ oprócz remingtona żadnej nie posiadałem.

Przeszkadzała mi natomiast odruchowa reakcja moich znajomych na każdą wzmiankę na ten temat. „Uch, nie cierpię broni” – zwykle tak właśnie wyrażali oni swój stosunek. Ich pogarda przenosiła się z broni na ludzi, którzy ją lubili. Nigdy nie przyszłoby im do głowy powiedzieć „czarnuch” czy „pedał”, ale śmiali się ze „świrów od broni”. Podczas takich rozmów milczałem niczym Tom Hanks reagujący uśmiechem na homofobiczne żarty w Filadelfii.

Po trzydziestce nauczyłem się polować na jelenie, co po części miało być nowym sposobem doświadczania natury, ale także „uzasadnionym” powodem, żeby broń pozostała w moim życiu. Niestety, ubieganie się o pozwolenia i kupowanie amunicji sprawiły, że znalazłem się na radarze Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego, które bez przerwy nękało mnie, żebym do nich wstąpił. W owym czasie NRA z organizacji skoncentrowanej na rozwoju umiejętności strzeleckich i bezpieczeństwie, którą pamiętałem z młodości, zmieniło się w coś na kształt zbrojnego skrzydła Partii Republikańskiej, skupionego na podsycaniu niechęci klasowej do tych, którzy – cytując ich miesięcznik „America’s 1st Freedom” – „sączą herbatkę i chrupią ciasteczka, knując, jak ograniczyć prawa nas pozostałych”. NRA nie było moim jedynym problemem. Tyradom przedstawicieli ruchu na rzecz swobodnego dostępu do broni często towarzyszyły apele o ograniczenie roli państwa, deportację imigrantów, cięcia podatkowe i wybór konserwatywnych polityków – czyli wszystko, czemu byłem przeciwny. Czułem się jak dziecko, które podczas burzliwego rozwodu darzy lojalnością oboje rodziców.

Byłem pasjonatem broni, ale nie należałem do związanej z nią kultury i nie wiedziałem zbyt wiele o miejscu, jakie broń zajmuje w życiu ludzi. Czy tuba medialna NRA odzwierciedla kulturę broni? Wypacza ją? Tworzy? Nie miałem pojęcia.

Zima, kiedy Barack Obama wprowadził się do Białego Domu, wydawała się dobrym momentem, by zacząć się tego uczyć. Amerykańscy posiadacze broni zareagowali na perspektywę jego prezydentury panicznym wykupywaniem broni i gromadzeniem amunicji. Bez przerwy podjudzani przez NRA, producentów broni palnej i prasę branżową, wierzyli, że konfiskata jest bliska. Do innych podziałów nękających Stany Zjednoczone dołączył rozłam wzdłuż linii wyznaczonej przez stosunek do broni. A ja stałem nad tą linią okrakiem.

Żeby zacząć rozgryzać innych pasjonatów broni, przeczytałem całą stertę książek o historii amerykańskiej kultury broni palnej, w poszukiwaniu trendów przekopałem się przez dane FBI dotyczące przestępczości, przebiłem się przez literaturę z argumentami na rzecz zwiększenia lub zmniejszenia regulacji dostępu do broni, przestudiowałem badania zagrożeń i korzyści płynących z jej posiadania i spędziłem dużo czasu na lekturze niezliczonych stron internetowych dla pasjonatów. W pewnym momencie zrozumiałem jednak, czego unikam. Przytłaczająca większość posiadaczy broni nie pojawiała się w statystykach przestępczości, nie odgrywała roli w polityce kontroli dostępu, nie przesiadywała na nienawistnych forach internetowych ani nikomu fizycznie nie zagrażała. Na temat pasjonatów broni czyniono wiele założeń – z jednej strony robiły to NRA i Fox News[2], a z drugiej komitet redakcyjny „New York Timesa” i gromada polityków Partii Demokratycznej. Wydawało się natomiast, że nikt ich nie słucha – nie zadaje pytań, które najbardziej mnie zastanawiały, gdy myślałem o sobie: dlaczego tak bardzo lubimy te przedmioty? Dlaczego tak nas poruszają? Nie chciałem ponownie pisać historii wyjątkowej relacji Ameryki z bronią palną, którą tak gruntownie przebadali inni autorzy. Nie interesowało mnie również babranie się w szczegółach przepisów o kontroli dostępu do broni ani formułowanie własnych propozycji w tym zakresie. Chodziło mi o coś bardziej intuicyjnego: o tę kluczową cechę, która niczym anchois na pizzy u jednych budzi namiętność, a u innych obrzydzenie. Broń palna nie podporządkowuje się zdrowemu rozsądkowi; albo się ją kocha, albo jej nienawidzi. Ale właściwie dlaczego? I dlaczego, podobnie jak podstawowa opcja kablówki, która zawsze obejmuje telezakupy, zamiłowanie do broni łączy się z politycznym konserwatyzmem?

Bez względu na wszystko właściciele broni palnej stanowią prawie połowę populacji naszego kraju – wartą poznania, bo ich entuzjazm do broni wiele mówi o nas jako społeczeństwie, oraz wysłuchania, ponieważ bez nich w polityce dostępu do broni nie dokona się nic trwałego ani przyzwoitego.

Jeśli miałem poznać innych posiadaczy broni, musiałem podejść do każdego z nich indywidualnie, na strzelnicach i giełdach, na zawodach i aukcjach, w lasach i w garażach. Wystarczyło mi jednak spojrzeć w lustro, bym wiedział, że łatwo nie będzie. Jako przygarbiony, łysawy Żyd w średnim wieku, noszący okulary i dżinsy z zaszewkami, wyglądałem jak rasowy zjadacz ciasteczek. Dlatego zacisnąłem zęby i zapisałem się do NRA, dzięki czemu otrzymałem nie tylko prenumeratę miesięczników „American Rifleman” i „America’s 1st Freedom”, ale również gustowną niebiesko-złotą czapeczkę oraz przypinkę NRA – doskonały kamuflaż.

Najlepszym miejscem obserwacji zachowań społecznych jest naturalne środowisko danego gatunku, dlatego w pewien upalny jesienny poranek wyruszyłem na poszukiwanie strzelnicy.