Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Tekst
Autor:Dan Baum
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA AMERYKAŃSKA

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia.

Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze.

Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday, William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

DAN BAUM

DZIEWIĘĆ TWARZY NOWEGO ORLEANU

Przełożył Adam Pluszka


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Nine Lives: Death and Life in New Orleans

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Ullstein Bild / Getty Images

Copyright © 2009, Dan Baum. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Adam Pluszka, 2017

Redakcja Ewa Polańska

Korekta Andrzej Piotr Lesiakowski i Paulina Orłowska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-468-8

SPIS TREŚCI

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

KILKA SŁÓW O KSIĄŻCE Uzupełnienie do drugiego wydania angielskiego

CZĘŚĆ I Skąd tatko bierze rytm

CZĘŚĆ II Chodzenie po szkle

CZĘŚĆ III Tysiąc gwizdków

CZĘŚĆ IV Trzęsawka

Podziękowania

Źródła

Wywiady

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Mieszkańcom Nowego Orleanu

Aj! Zadasz pytanie komuś w Nowym Orleanie, a on musi się tak bardzo cofnąć w czasie, że nigdy nie powie ci tego, co chcesz wiedzieć!

Margaret L. Knox, 24 lutego 2007

Nowy Orlean wciąż pełen jest bandytów, rabusiów, najemników i niewolników.

Jacques Morial, 23 lutego 2006


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

KILKA SŁÓW O KSIĄŻCE
Uzupełnienie do drugiego wydania angielskiego

Większość odwiedzających Nowy Orlean prędzej czy później zaczyna zadawać niegrzeczne pytania: Dlaczego odbudowa miasta od czasu uderzenia Katriny idzie tak wolno? Dlaczego tolerujecie tak skorumpowanych i niekompetentnych polityków? Jak możecie marnować tyle pieniędzy na Mardi Gras, skoro wciąż mieszkacie w przyczepach? Czy ktokolwiek w tym mieście zjawia się kiedyś na czas?

Nowoorleańczyków trudno obrazić. Często mówią: przestańcie myśleć o Nowym Orleanie jak o najgorzej zorganizowanym mieście w Stanach Zjednoczonych. Zacznijcie myśleć o nim jak o najlepiej zorganizowanym mieście na Karaibach.

To, że Nowy Orlean nie przypomina żadnego innego miejsca w Ameryce, wykracza poza jedzenie, muzykę i architekturę. Nowo­orleańczycy nie rozumieją takich zasadniczych spraw jak czas i pieniądze, a przynajmniej nie w sposób, w jaki rozumieją je inni Amerykanie. Na przykład przyszłość: kiedy reszta rodaków w sławny już sposób wierzy w amerykański sen, planuje i goni horyzont, nowoorleańczycy są mistrzami w zapomnianej sztuce życia chwilą. Zgodnie z tą logiką, jeśli w danej chwili dzieje nam się dobrze – cieszymy się swoim towarzystwem, czujemy spokój albo mamy przepyszne jedzenie – jakie, u licha, ma znaczenie, co będzie jutro lub za tydzień? Biorąc pod uwagę kruchość życia, po co w ogóle liczyć na to, co nadejdzie? Nowoorleańczycy notorycznie się spóźniają, o ile zjawiają się w ogóle, ponieważ w większości nie mają kalendarzy. Kalendarze są narzędziem do zarządzania przyszłością, a w Nowym Orleanie przyszłość nie istnieje.

Jeśli chodzi o pieniądze, nowoorleańczycy nawet je lubią, ale nie na tyle, żeby naginać do nich swoje życie. Mają więcej czasu niż pieniędzy i to im odpowiada. Ambicja nie jest cnotą na nizinach między jeziorem Pontchartrain i Missisipi. Nowoorleańczycy bardziej identyfikują się z dobrobytem swoich rodzin, dzielnic, okręgów wyborczych, z ludźmi o podobnych poglądach, więzami krwi, ­krewe[1], drugoligowymi klubami i Czarnymi Indianami Mardi Gras[2] niż z własnymi osiągnięciami, wolni są więc w znacznym stopniu od nienasyconego pragnienia indywidualnego wzbogacania się, które dotyka resztę z nas. Podczas gdy większość Amerykanów dąży do tego, by jutro okazało się lepsze niż dzisiaj, nowoorleańczycy naprawdę nie chcą niczego więcej niż to, żeby wszystko pozostało takie samo.

Na długo przed huraganem Nowy Orlean pod niemal każdym względem okazywał się najgorszym miastem w Stanach Zjednoczonych – skupiskiem najgłębszej nędzy, miejscem z największą liczbą morderstw, najsłabszych szkół, najgorszej gospodarki, najbardziej skorumpowanych i brutalnych policjantów. Sondaż przeprowadzony na kilka tygodni przed huraganem wykazał jednak, że większość nowoorleańczyków, niezależnie od wieku, rasy czy statusu majątkowego, była „bardzo zadowolona” ze swojego życia, w odróżnieniu od mieszkańców jakiegokolwiek innego amerykańskiego miasta. Kiedy Katrina zrobiła z miasta „niezapisaną kartę”, kilka komisji wysokiego szczebla przygotowało plany, aby uczynić Nowy Orlean „większym i lepszym”, niż był wcześniej. Wszystkie przepadły z kretesem. Niektórzy „większy i lepszy” rozumieli jako „bielszy”, ale zdecydowana większość, jak podejrzewam, w słowach „większy i lepszy” usłyszała receptę na miasto napędzane dolarami i zegarkiem. Komu to potrzebne?

Kiedy pisałem dla „New Yorkera” teksty o Katrinie i jej następstwach, zauważyłem, że większość materiałów, w tym moje, była tak skupiona na katastrofie, że zasadniczo pomijała dziwny charakter miejsca, w którym do niej doszło. Dziewięć splecionych historii, które tu opowiadam, to próba ukazania, co w Nowym Orleanie jest wyjątkowego i wartego przytoczenia. Żadna z tych osób nie jest sławna. Tylko jedna jest urzędnikiem, ale nie tak znów prominent­nym. Ich życie byłoby jednak nie do pomyślenia nigdzie indziej, i to sam Nowy Orlean – wiecznie pogwizdujący, gdy mija cmentarz – jest tutaj prawdziwym bohaterem.

Podczas powodzi moi bohaterowie nie znaleźli się na tym samym dachu. Nic w Nowym Orleanie nie jest aż tak porządne. Poza tym żaden dach nie pomieściłby milionera, króla karnawału z Garden District i emerytowanego fachowca od napraw torowisk tramwajowych z Lower Ninth Ward, transseksualnego właściciela baru z St. Claude Avenue i grającego jazz koronera, białego gliniarza z Lakeview i czarnego kryminalistę z Goose. Ale to nie znaczy, że ich ścieżki się nie przecinały. Nowy Orlean jest małym miastem. Niektóre opowieści się zazębiają. I nawet ci, którzy nie wchodzą ze sobą w bezpośrednie relacje, mają wspólny problem: jak żyć w miejscu, które zgodnie z wytycznymi współczesnej Ameryki nie ma prawa istnieć? W kontekście stechnicyzowanych, nastawionych na zysk, superwydajnych Stanów Zjednoczonych Nowy Orlean jest aktem nieposłuszeństwa obywatelskiego wielkości miasta.

 

Te historie trafiają do czytelnika przez dwa filtry. Najbardziej koloryzują je wrażliwość, emocje i wspomnienia dziewiątki głównych bohaterów. Każdy z nich przez wiele godzin swoje wysiedział i w tym czasie odsłaniał przed obcym człowiekiem najskrytsze wspomnienia, nie mając do zyskania nic poza bardzo nowoorleań­ską przyjemnością opowiadania. Choć uzupełniłem te wywiady rozmowami z wieloma przyjaciółmi moich bohaterów, ich krewnymi i współpracownikami, postanowiłem opowiedzieć życie tej dziewiątki z ich własnego punktu widzenia. Zaprosili mnie do swoich głów i serc, uznałem więc, że to najlepsze miejsca, z których można opowiedzieć ich historie.

To pewne, że inni będą pamiętać przedstawione tu wydarzenia zupełnie inaczej. W końcu pamięć to zabawna sprawa. Na przykład Frank Minyard opisał mi szczegółowo epifanię, która sprawiła, że został nowoorleańskim koronerem. Choć był pewien, że stało się to w 1967 roku, był równie pewien, że piosenką, która to zapoczątkowała, była Is That All There Is? Peggy Lee, a przecież została ona nagrana dopiero w roku 1969. Ale w ten właśnie sposób historia Franka tłumaczyła Frankowi świat Franka. Zostawiłem więc to tak, jak powiedział.

Drugi filtr pochodzi ode mnie. Odtworzyłem sceny i dialogi na podstawie zapamiętanych skrawków, korzystając z tego, co wiedziałem o ludziach, czasie i miejscach oraz o samym mieście. Ubieram w słowa myśli i uczucia, które – podczas miesięcy mojej pracy – obnażyli przede mną ci niezwykle szczerzy ludzie. Zmieniłem nazwiska trzech pobocznych postaci, aby nie ranić ich uczuć.

Wychodzi na to, że książka stworzona ze wspomnień dziewięciu osób jest oddychającym, zmieniającym się organizmem. Po tym, jak w lutym 2009 roku ukazało się wydanie w twardej oprawie, niektórzy bohaterowie odezwali się do mnie z prośbą o zmiany, które chcieliby zobaczyć w kolejnych wydaniach. Większość to drobiazgi – błędnie podane imiona, niedoróbki w szczegółach dotyczących ubrań i jedno nawiązanie do forsycji, choć każdy głupek wie, że forsycje nie rosną w Nowym Orleanie. Jedna osoba z całej dziewiątki była zbulwersowana, że historia, która miała charakter poufny, ukazała się drukiem, choć po zastanowieniu zdecydowała (w bardzo nowoorleański sposób), że co tam, niech już zostanie. Inna osoba oświadczyła, że kilka historii wcale nie wydarzyło się tak, jak je opowiedziałem, i zabiła mi w ten sposób ćwieka. Moja żona i ja pamiętaliśmy te opowieści, ale nasze notatki okazały się niejednoznaczne. W końcu postanowiliśmy nanieść sugerowane poprawki w niniejszym wydaniu Dziewięciu twarzy Nowego Orleanu. Historie te należą przecież do tych wspaniałych ludzi. Za cel postawiłem sobie opowiedzenie ich możliwie najwierniej.

Ostatnie słowo tego wstępu: dziewięć osobnych opowieści niesie ze sobą konieczność ich rozróżniania. Ale nie przejmujcie się, jeśli przez mniej więcej pierwsze pięćdziesiąt stron nie będziecie wiedzieli, kto jest kim. Te początkowe rozdziały napisałem, żeby sprawiały radość jako osobne opowieści. W którymś momencie każdy sobie wszystko poskłada. Innymi słowy – czytając tę książkę, bądźcie po trosze nowoorleańczykami. Nie spinajcie się, żeby to ogarnąć. Po prostu dobrze się bawcie. Ostatecznie wszystko się uda.

CZĘŚĆ I
Skąd tatko bierze rytm

F. Edward Hébert, przedstawiciel Luizjany w Izbie Reprezentantów:

„Zakładając więc, że będziemy mieli kolejny huragan Betsy jutro, za tydzień albo za rok, czy pięciomet­rowy wał ochroni ten obszar?”.

Pułkownik Thomas J. Bowen, Korpus Inżynieryjny Armii Stanów Zjednoczonych:

„No tak”.

dyskusja na temat powodzi wywołanej przez huragan Betsy, który zalał Lower Ninth Ward, posiedzenie Komisji Robót Publicznych Senatu, Izba Reprezentantów, 15 września 1965

RONALD LEWIS

Deslonde Street

1965

Ronald Lewis mijał jedną zrujnowaną chatę po drugiej. Żółty bungalow pani Hattie Guste z brązowymi wykończeniami pokrył się pleśnią i wyglądał jak trzydniowy zarost na brodzie pijaka. Dom Mosesów, oblepiony błockiem, przypominał kawałek bezużytecznego śmiecia. Nieskazitelny domek pani Odette przeistoczył się w straszną i starą wydrążoną czaszkę. Cierpiącemu na łękowatość domeczkowi pani Pie wywiało wszystkie cegły, wyglądało to tak, jakby ganek klęczał w błocie. Ronald nagle zdał sobie sprawę, że były to miejsca święte; bywał w tych domach i w ich pobliżu przez całe życie. Zostały zbezczeszczone. Bezmyślnie wyrzucone do kosza.

Widział już kiedyś pecha. Wybuchające w domach pożary, ludzi tracących pracę, dzieci utopione w kanale. Za każdym razem sąsiedzi udostępniali dotkniętemu nieszczęściem łóżko na noc lub dawali kilka dolarów, oferowali wsparcie i pocieszenie. Tym razem jednak pech nosił wiadra rozgoryczenia przez każdy dom na każdej przecznicy i każdemu trafiła się jednakowa porcja. Jak ktokolwiek się z tego podniesie? Przecież nie ma nikogo, kto – sam wyszedłszy bez szwanku – wyciągnąłby pomocną dłoń.

Ronald Lewis miał czternaście lat i w końcu zetknął się z siłami natury potężniejszymi niż jego mama.

Rebecca Wright urodziła się w Abbey Sugar Plantation w Thibodaux pół wieku po wyzwoleniu, ale nie dostrzeglibyście różnicy. Dorastała w jednej z dziesiątek identycznych niemalowanych chałup stojących obok pola trzciny cukrowej, nosiła na głowie wodę ze wspólnej pompy i słuchała swoich wujów bitych za zbrodnię bycia nazbyt chorymi, żeby móc pracować. Swoje pierwsze dziecko, Waltera, urodziła w wieku trzynastu lat, posadziła je sobie na biodrze i ruszyła do Nowego Orleanu. Tam wyszła za mąż za spokojnego człowieka, Irvina Dickersona, i miała czwórkę kolejnych dzieci.

Kiedy siostrzenica Rebekki Stella Mae, dziewczyna z kłopotami, w 1951 roku urodziła Ronalda, Rebecca wzięła go ze Szpitala Miłosierdzia, zwinęła w kocyk i dołączyła do swojej własnej piątki, stając się jedyną mamą, którą Ronald miał poznać. Zabrała go do schludnego domu, który postawił jej Irvin, po drugiej stronie kanału w Lower Ninth Ward.

Życie po tej stronie kanału było rajem dla przybyszów z całego kraju. Działki okazały się wystarczająco dzikie – odpowiednio duże dla kur, świń, a nawet koni. Ulice wykonano z walcowanego żwiru wielkości groszku i kruszonych muszli ostryg: łatwo biegało się boso. Sąsiedzi rozumieli się nawzajem. Troszczysz się o swoją rodzinę, wieczorami siadasz na ganku i chodzisz do kościoła. Nie ma potrzeby paradować po ulicy jak ludzie z miasta i Kreole z tamtej strony kanału. Żadnych fantazyjnych ciuszków i picia od rana do nocy. Dla Rebekki był to najlepszy ze światów – spokojne wiejskie życie i dobra praca na nabrzeżu. Irvin pracował w pobliskiej cukrowni. Gdy przypływał statek z bananami, cała dzielnica pachniała słodkościami i na śniadanie przez tydzień jedli pudding bananowy, ciasta bananowe i smażone banany.

Kiedy pojawił się Ronald, starszy brat Walter pływał na morzu we flocie handlowej, ale funkcjonalnie urządzony dom przy Deslonde Street i tak był zatłoczony. Ronald dzielił pokój z Irvinem juniorem i Larrym; Dorothy i Stella mieszkały w drugim, na końcu korytarza. Gdy każdego wieczoru siadali przy kuchennym stole, trącali się łokciami i ramionami. Jedli bakłażany, kukurydzę i pomidory z ogrodu, jaja od swoich kur. Mama kupowała mąkę, ryż i kaszę w jedenastokilowych workach, a na śniadanie, zanim wszyscy wstali, piekła furę bułeczek, które topili w syropie trzcinowym wylewanym z dużych puszek. Dorothy, trzynaście lat starsza od Ronalda, miała dobrą pracę w restauracji Lopinto’s i przynosiła torby z tym, co zostawało z filetowania ryb i na czym nadal znajdowało się dużo mięsa. Rodzina tłoczyła się w kuchni do późna w nocy, panierując je w mące kukurydzianej, smażąc na chrupko i wysysając łuszczące się białe mięso, podczas gdy Mahalia Jackson śpiewała w radiu.

Z Thibodaux często przyjeżdżali kuzyni w poszukiwaniu lepszego życia w mieście. Ronald pamiętał czasy, kiedy w domu gnieździło się ich pięciu albo dziesięciu, i jak nocami leżeli na kuchennej podłodze podobni do martwych żołnierzy, jak podczas posiłków stali przy stole i zajadali łyżkami maminy ryż z sosem i jak mówili z akcentami z plantacji, które wpadały w ucho jak muzyka. Opowiadali o świniobiciach, aligatorach długich jak cadillaki i gorących chlebach kukurydzianych lepkich od melasy. Każdy krzyczał i śmiał się, aż Rebecca, stojąca z łopatką nad kuchenką, uciszała wszystkich krótkim:

– Kiedy umrę, nie przenoście mnie tam.

Stworzyła Ronaldowi maleńki, piękny, wielowarstwowy świat, podobny do jednej z kul śnieżnych, którą Walter przywiózł do domu zza mórz. Ronald, dopóki nie poszedł do szkoły, sam nie przekraczał ulicy, i nawet wtedy znany mu wszechświat rozciągał się co najwyżej do kilku sąsiednich przecznic. Rebecca wysyłała go z pięciocentówką nie dalej niż do makaroniarza na Claiborne Avenue po kostkę masła, ale i tak spluwała na podłogę i mówiła:

– Oby to nie wyschło, zanim wrócisz.

W wannie leżało pranie do wydeptania i przepuszczenia przez magiel, czekały grządki do wypielenia, kury do nakarmienia i zawsze mnóstwo naczyń do umycia – Panie, miej Ronalda w opiece, gdyby zostawił je na ociekaczu. Jeśli dochodziły ją słuchy, że na ulicy nie powiedział dzień dobry panu Butlerowi albo pani Pie, wysyłała go na tyły domu, żeby uciął olchową rózgę „tak długą jak ty sam”, i prała go nią po tyłku.

Dadá umarł, kiedy Ronald miał jedenaście lat, i to do mamy należało dopilnowanie, żeby wyrósł na mężczyznę. Kiedyś, gdy zjawił się w okolicy krzepki Euliss Campbell, żeby się poznęcać nad innymi, obserwowała ulicę przez drzwi z moskitierą. Zawołała Ronalda do domu.

– Albo spuścisz manto temu chłopcu – powiedziała – albo ja spuszczę je tobie.

Od tego dnia Ronald częściej obrywał za to, że się nie bił, niż że się bił; wolała, żeby był posiniaczony niż strachliwy. Jeśli chodziło o świat białych, to kiedy wracała do domu po całym dniu wykonywania prac dla białych pań kilka przecznic dalej, na Tennessee Street, mówiła mu: „Posłuchaj, jak ja to robię. Odwalam ich robotę, ale nie śpiewam dla nich i nie tańczę”.

Mama miała tylko metr pięćdziesiąt wzrostu, lecz była twarda jak cegła i kroczyła przez świat Ronalda niczym kolos. Ale w nocy 9 września 1965 roku huragan Betsy uderzył w Lower Ninth Ward i chłopak patrzył, jak mama mierzy się z czymś większym od niej. Wszyscy stłoczyli się na kanapie, krzyczeli, żeby zagłuszyć wiatr, w kościach czuli, jak ich dom trzęsie się i trzeszczy, wpatrywali się w ekran telewizora, aż nagle pokój zalała czerń, a obraz skurczył się do świecącego punktu. Potem zasyczała lampa naftowa i pojawiła się jasnożółta poświata. Larry wpadł przez frontowe drzwi, głos mu drżał: „Woda na ulicy!”, w progu pojawiła się ciemna parabola i rozlała w poprzek salonu – Ronald będzie to pamiętał do końca życia. Przecięli Deslonde Street, po ramiona w czarnej jak atrament wodzie, z twarzami pochylonymi przed kłującym wiatrem, i wdrapali się po schodach na piętro domu Alexandrów. Kiedy Ronald obudził się w słonecznym i spokojnym blasku poranka i wyjrzał przez okno, zobaczył dach ich domu omywany przez migotliwą zieloną wodę i spokojnie pływającą wokół niego rodzinę kaczek. Mama, szlochająca na kanapie Alexandrów, wyglądała, jakby się skurczyła o połowę.

Tygodnie po Betsy były miazmatami gorąca, dyskomfortu i irytujących drobnych urazów pochodzących z odsłoniętych główek gwoździ i ostrych krawędzi linoleum, podczas których rodzina starała się uporządkować dom – połykając zimne kolacje na ganku, siedząc w skulonej pozycji na beczkach. Mama nie przestawała się ruszać, tak jakby stanie w miejscu ułatwiło rozpaczy przeniknąć przez deski podłogi i wciągnąć ją na dno. Zwykle dobrze po zapadnięciu ciemności gasiła syczącą lampę naftową i przekraczali kanał do pokoi wynajętych w Crescent Arms przy Poland Avenue.

Liceum Lawless zostało zalane podobnie jak reszta dzielnicy, więc Ronald spędzał większość dni na pokładzie należącej do miasta tratwy, na którą ładowano nasiąknięte wodą meble, zwalone konary dębu i rozmiękłe listwy oklejone mokrym tynkiem. Miasto płaciło mu dziesięć dolarów dziennie, chociaż pracowałby za darmo – lepsze to niż kręcenie się wokół zniszczonego domu, wyciąganie zamulonych ubrań z dna szafy czy walka z mokrym dywanem pod ponurym spojrzeniem mamy. Bez radia cisza w domu stawała się nie do zniesienia.

 

Ronald wiedział, że ludzie z drugiej strony kanału patrzą z wyższością na Lower Ninth Ward i jej mieszkańców ze świniami, nieutwardzonymi ulicami, galimatiasem kwadratowych domków i wąskich chatynek na ceglanych słupach. Było to tylko kawałeczek w dół rzeki, a jakby drugi koniec drabiny społecznej – takie rzeczy tylko w Nowym Orleanie. A to, że Betsy zniszczyła wyłącznie wały w Lower Ninth Ward, potwierdzało jedynie poczucie wyższości reszty miasta. Cóż, powiedział sobie, po prostu musimy z tym żyć.

To zniszczony dwupiętrowy dom naprzeciwko domu Ronalda zrobił największą dziurę w piersi chłopaka. Alexandrowie jeszcze nie wrócili, a Ronald nie wiedział, kiedy – o ile w ogóle – zobaczy swojego kumpla Pete’a.

Alexandrowie przeprowadzili się do mieszkania na piętrze, gdy Ronald i Pete chodzili do pierwszej klasy, i dwaj chłopcy zawsze przeżywali swoje najlepsze przygody razem – rozciągali między domami linię telefonu z puszek, zawiązywali sobie ręczniki na szyjach, żeby stać się superbohaterami, wykopali stanowisko dla karabinu maszynowego pod jaśminem pani Butler oraz, później, starali się stać jak najbliżej tej dziewczyny, Janice, która śpiewała jak dzwon w chórze Morning Star Baptist zupełnie jak Aretha Franklin.

Alexandrowie byli inni – ludzie miastowi, kreolscy katolicy z Sixth Ward trochę zagubieni pośród grządek warzywnych i kurników Lower Ninth Ward. Matka Pete’a, pani Geraldine, nie wystawała na chodniku podczas pogaduszek z panią Payton czy panią Williams, tak jak robiła to mama Ronalda. Wracała do siebie na pięterko. Początkowo nie lubiła ciemnoskórego Ronalda, który ciężko tupał na jej schodach i łomotał w drzwi, i z niechętnym westchnieniem uchylała moskitierę, żeby go wpuścić. Jeśli chodzi o tatę Pete’a, pracował w Godchaux’s Department Store przy ­Canal Street i każdego wieczoru wracał do domu z dwoma kwartami piwa – nie dixie czy falstaffem, ale millerem w tych olśniewających przezroczystych butelkach, jak biały człowiek w reklamach. Co jakiś czas przed dom Alexandrów podjeżdżał dwudrzwiowy ford, wysiadał z niego biały mężczyzna w kapeluszu pork pie i okularach przeciwsłonecznych, wspinał się po schodach i wchodził do środka – był to wuj pani Geraldine. Dla Pete’a nazywanie białego człowieka „krewnym” było najnormalniejszą rzeczą pod słońcem.

Sam Pete miał miedzianą skórę, falowane włosy układające się na głowie w lśniące od brylantyny zygzaki i długi prosty nos swojej czirokeskiej babci. W żyłach Pete’a Alexandra nie było żadnej plantacji cukru, żadnej solidności z Lower Nine. Wykazywał się przebiegłością i podstępnością, krzykliwie się ubierał i pogrywał z ulicznymi mądralami. Najbardziej lubił bawić się włosami. Pewnego dnia Ronald pozwolił Pete’owi wyprostować sobie czuprynę i kiedy to się stało, układała się na jego głowie jak u żigolaka z Rampart Street; mama o mało nie umarła ze śmiechu. Pete zawsze powtarzał, że włosy to klucz do serca dziewczyny. Dajcie mi się zająć włosami Janice, a będę w połowie drogi.

Ronald nie pamiętał dnia bez Pete’a Alexandra. W trzeciej klasie pani Geraldine była jak druga matka Ronalda i jeśli Ronald wracał z płaczem do domu, bo dostał manto od pani Geraldine, mama kazała mu przynieść rózgę i obrywał kolejny raz. Dziura, którą pozostawili w jego życiu, była większa niż wyrwa w grobli. Od czasu huraganu Ronald codziennie, niezliczoną ilość razy szukał oznak życia w domu Alexandrów. Ale od poranka, gdy nadeszła powódź, dwupiętrowy dom majaczył nad Deslonde Street cichy niczym grobowiec. Alexandrowie zniknęli, może już na zawsze wrócili do Sixth Ward.

Po Deslonde Street nie jeździł żaden samochód. Fotele i kanapy, które Ronald pamiętał z wizyt składanych razem z mamą, stały mokre przy krawężnikach. Rabatki zmyło, a powietrze przypominało ciężkie zielone piżmo, nie zdrowe i żywe jak muł w stawie, ale wilgotne i zapleśniałe, przesiąknięte benzyną. Deslonde Street cuchnęła śmiercią.

Przed Betsy życie toczyło się na wielkim, wolno poruszającym się kole – każdy kamyk, każdy dąb, każdego świerszcza Ronald znał jak własne ręce i stopy. Teraz ten świat zniknął. Wcześniej Ronald lunatykował. Teraz się obudził, ale było już za późno.

Inne książki tego autora