Dracul

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Dracul
Dracul
Audiobook
Czyta Alana Kerr Collins, Allan Corduner, Pete Bradbury, Raphael Corkhill, Saskia Maarleveld, Vikas Adam
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tam! – Wskazałem palcem na północ, w stronę zamku Artane, tuż za stodołą.

Matylda podeszła do mnie i wyjrzała przez okno.

– Nic nie widzę.

– Właśnie minęła pastwisko. Idzie do domu Roddingtonów. Ma chyba na sobie czarny płaszcz z kapturem zaciągniętym na głowę.

– Skoro ma kaptur, to skąd możesz wiedzieć, że to w ogóle ona? – Matylda wychyliła się za okno, mrużąc oczy.

– To ona. Po prostu wiem.

– Ja tam wciąż nic nie widzę.

Pociągnąłem siostrę za rękę w kierunku korytarza.

– Chodź, musimy się pośpieszyć.

– A dokąd idziemy?

– Będziemy ją śledzić.

Matylda zaparła się stopami o podłogę.

– Czy masz pojęcie, co zrobią mama i tata, jeśli dowiedzą się, że pozwoliłam ci wyjść z domu?

– No to nic im nie powiemy – zbyłem ją. – W drogę.

OBECNIE


Bram odsuwa się od drzwi. Srebrny krzyż, który trzyma w dłoni, rozgrzewa się i pali jego ciało, a jego krawędzie stają się ostre jak brzytwa. Upuszcza krzyż. Rękę ma całą w pęcherzach, zagłębienia obficie wypełniają się krwią.

Kiedy pojedyncza kropla krwi spada na posadzkę, w pokoju zapada cisza.

Słyszy szmer powietrza, kiedy bierze wdech, a potem patrzy na delikatną białą mgiełkę, która wydobywa się z jego ust. W tym momencie stworzenie rzuca się na drzwi z nieopisaną wściekłością. Bram widzi, jak drewno wygina się do wewnątrz; patrzy, jak rygle zabezpieczające ciężkie żelazne zawiasy podskakują i kołaczą o futrynę.

Wycie, głębokie, charczące wycie jest tak głośne, że Bram musi zakryć uszy. Ściska zranioną dłoń w pięść, a krew spływa mu po włosach i policzku. To najwyraźniej jeszcze bardziej rozjusza potwora, który skacze na drzwi po raz kolejny, jeszcze mocniej niż poprzednio.

Bram bierze różę ze stojącego za nim koszyka i puszcza ją po podłodze. Kwiat zatrzymuje się u progu, przed wysuszonymi pozostałościami swojego poprzednika i chociaż jeszcze przed chwilą był pachnący i świeży, od razu zaczyna marnieć. Na oczach Brama płatki wykręcają się i kurczą, ich brzegi brązowieją, a następnie czernieją, w miarę jak kwiat mizernieje i niknie.

Rzuca kolejną różę, a potem trzecią i ta ostatnia wcale nie więdnie.

Wycie rozlega się ponownie, tym razem stłumione i słabsze. Bram przygotowuje się na kolejne uderzenie w drzwi, ono jednak nie nadchodzi. Zamiast niego słyszy skrobnięcie wielką łapą wzdłuż całych, niemal trzymetrowych drzwi, od samej góry aż po próg.

Na wołanie wilka szybko odpowiada drugi wilk, z daleka, gdzieś z głębi lasu. Po czym dołącza się kolejny.

Bram staje na nogi i podchodzi do okna.

Na nocnym niebie księżyc walczy z burzowymi chmurami, wyłania się na chwilę i z powrotem się chowa. Mimo przyćmionego światła widzi w oddali zarys lasu. Gałęzie są splecione tak mocno, że aż trudno uwierzyć, by cokolwiek mogło się przez nie przedostać, na skrzydłach czy po ziemi – ale pośród tych drzew Bram wyczuwa życie, ileś par oczu patrzących na niego gniewnie, kiedy spogląda na nie z góry.

Kiedy księżyc pojawia się znowu, Bram podnosi rękę do światła. Rana już zniknęła, skóra zagoiła się, nie pozostawiwszy najmniejszego śladu skaleczenia prócz zaschniętej krwi oblepiającej wnętrze dłoni.

Za oknem na warcie stoi kamienny gargulec. Grube szpony mocno trzymają się misternie rzeźbionego wapienia. Okrągłe czarne oczy zdają się wpatrywać w pola, las i klify nad dalekim oceanem. Bram wyobraża sobie, jak gargulec sfruwa ze ściany i ląduje na plecach ofiary, zanurzając w niej szpony i tnąc mięśnie aż do kości, tak że zaatakowany nie ma nawet czasu krzyknąć. Pozostaje mu tylko śmierć.

Księżyc wciąż rośnie, a Bram patrzy w górę i obserwuje chmury, rozstępujące się w dziwny sposób. Zamiast po prostu przepłynąć po niebie, rozdzielają się pośrodku i część odsuwa się w lewo, a druga w prawo, jak gdyby księżyc je rozdmuchiwał. Poświata zalewa gargulca, który rzuca na ścianę w pokoju ogromny, przerażający cień. Bram ma wrażenie, że cień odwraca głowę i rozkłada skrzydła: potwór budzi się z długiego snu. Bram ogląda się na prawdziwego gargulca, od wieków siedzącego za oknem bez ruchu i bez życia. Księżyc stoi w miejscu, ale cień zdaje się wędrować po pokoju i z każdym krokiem rośnie. Bram obserwuje najpierw jedną szponiastą łapę, a potem drugą, jak poruszają się po ścianie, pełzną po kamieniach, lustrach, krzyżach, badają otoczenie.

Wyciąga rękę, chwyta jeden z krzyży wiszących na ścianie i umieszcza go między sobą a cieniem.

– Oto krzyż pański! Idź precz! – krzyczy. – Bóg Ojciec ci rozkazuje! Syn Boży ci rozkazuje! Święty znak krzyża ci rozkazuje! Opuść to miejsce, bestio nieczysta!

Wszystko na nic.

Cień zatrzymuje się przy dużym zdobnym lustrze w rogu, po czym przesuwa się dalej, pokrywając każdy przedmiot i każdą powierzchnię. Kiedy widmo dociera do róż, przystaje i cofa się, omijając kwiaty, zanim ruszy w stronę krzesła i karabinu Snider-Enfield leżącego na podłodze obok niego. Bram z przestrachem patrzy, jak lejący się, mroczny cień mija kąt pokoju i przemieszcza się dalej wzdłuż ściany. Wie, że to niemożliwe, bo przecież to tylko blask księżyca może wpadać przez otwarte okno. A jednak zjawa stoi tu, cień pośród cieni, i dalej zwiedza pokój. Wtedy przypomina sobie o lampie olejnej i dociera do niego, że widmo w jakiś sposób porzuciło maskujący cień księżycowej poświaty i wędruje dalej w migoczącym świetle lampy, nie zatrzymując się, kontynuując swój taniec w mroku. Kiedy dociera do ostatniego kąta pokoju, zatoczywszy pełne koło, cień opuszcza ścianę, spływa na podłogę i rozlewa się aż pod dębowe drzwi i tam nieruchomieje.

To nie w porządku, Bram.

Na dźwięk tych słów Bram podskakuje, bo myślał, że jest sam, więc z nową energią przepatruje każdy centymetr pokoju; trzymając w górze krzyż, obraca się dookoła, a jego odbicie spogląda na niego z licznych luster zdobiących ściany.

– Pokaż się! – rozkazuje Bram.

Cień u jego stóp porusza się, przechodzi z podłogi na drzwi i rośnie, aż prawie sięga sufitu.

– To czary, nic więcej. Nie będę tego tolerować!

Cień rozkłada swoje potężne ramiona, które obejmują ściany po bokach i rozciągają się tak, że otaczają już cały pokój.

Jeśli mnie puścisz, nie będziesz musiał zginąć.

Naraz Bram zdaje sobie sprawę z tego, że te słowa nie dobiegają od wielkiego cienia przed nim ani od bestii uwięzionej za drzwiami, ani znikąd w pokoju, lecz rezonują w jego głowie, jak gdyby jego myśli zyskały głos.

Ten głos nie jest ani męski, ani kobiecy, ale stanowi coś pośredniego, dziwną mieszankę tonów wysokich i niskich, brzmiących bardziej jak chór głosów niż jeden konkretny.

Ramiona cienia wracają do drzwi i znajdują ich krawędzie; przezroczyste palce o czarnych szponach oblepiają futrynę i grube zamki z metalu niczym płynna melasa. Kiedy docierają do róż pod drzwiami, omijają je, zamiast się po nich przesunąć; albo ze strachu, albo nie mogąc ich dotknąć, podobnie jak róż w koszyku.

Bram przechodzi przez pokój, wyciąga z koszyka następną różę i ciska ją w czarne widmo. Cień kurczy się i zostaje po nim tylko świetlisty punkt, a Bram dociera do drzwi, trzymając różę w zaciśniętej pięści.

Kiedy się cofa, jasny punkt znika, pochłonięty przez ciemność.

– Nie boję się ciebie! – mówi Bram głosem, który nie brzmi tak donośnie, jak na to liczył.

W tym momencie rozlega się śmiech, nieprzyzwoicie głośny, śmiech złożony z krzyków tysiąca dręczonych dzieci, a Bram robi krok wstecz i prawie przewraca się o krzesło.

Jeśli nie otworzysz tych drzwi, rozpłatam cię od góry do dołu, wypatroszę i zatańczę na twoim trupie, patrząc, jak spieniona krew wypływa ci z ust!

Ręce cienia znowu zaczynają wpełzać na ściany i obejmować cały pokój, otaczając Brama. Zaostrzone szpony wskazują drogę, mrok wpełza na wszystkie powierzchnie, włącznie z lustrami i krzyżami, aż wypełnia niemal każdy centymetr pomieszczenia.

Bram biegnie do okna i zatrzaskuje okiennice. Potem zdmuchuje płomień lampy, pogrążając pokój w całkowitej ciemności, w której nie przetrwa żaden cień.

DZIENNIK BRAMA STOKERA


Październik 1854

Matylda i ja wyszliśmy z pokoju i zeszliśmy po schodach tak dyskretnie, jak tylko potrafiliśmy. Przystanęliśmy pod drzwiami cioci Ellen, aby zajrzeć do środka i upewnić się, że naprawdę jej nie ma. Okno w jej pokoju było otwarte na oścież, jedyną osobą obecną wewnątrz był mały Richard, smacznie śpiący w kołysce. Opuściłem świecę i wskazałem na podłogę – rozmaite ślady i odciski, które poprzednio zostawiliśmy, zniknęły, ale kurz nadal zalegał na podłodze i pokrywał ją gładką warstwą. Łóżko było zasłane. Matylda w milczeniu kiwnęła głową i skierowała się ku schodom, gestem pokazując, bym podążył za nią. Ostrożnie zamknąłem drzwi pokoju cioci Ellen i dołączyłem do siostry.

Było już późno, prawie jedenasta, rodzice siedzieli u siebie w sypialni. Thornley i Thomas nie wydawali żadnego dźwięku, który by świadczył o tym, że jeszcze nie śpią; w ich pokoju panowała cisza, a spod drzwi nie przesączało się światło. Każdy spowodowany przez nas odgłos wydawał się wzmocniony, od skrzypnięcia desek pod stopami po szczęknięcie zamka przy otwieraniu drzwi wejściowych. Byłem pewien, że ktoś nas usłyszy i zacznie wypytywać, tak się jednak nie stało i po kilku chwilach wylądowaliśmy na zewnątrz.

– Jeśli to była ona – powiedziała Matylda – ma kilka minut przewagi. Dokąd twoim zdaniem może zmierzać?

Gdy znalazłem się na dworze, ogarnął mnie lęk, aż oparłem się plecami o drzwi. Od lat nie wychodziłem z domu – pamiętam, jak mocno tuliła mnie mama, kiedy w piękny wiosenny dzień zanosiła mnie na trawę przy domu; mogłem wtedy mieć najwyżej cztery lata. Pamiętam żywe kolory tamtego kwietniowego dnia, wyraziste zapachy, ciepły wietrzyk. Pamiętam również, jak przerażony byłem, kiedy weszła z powrotem do domu po dzbanek z wodą. Nie było jej około minuty, ale przez ten krótki czas ziemia wokół jakby zaczęła się rozszerzać, dom coraz bardziej się oddalał, aż wreszcie stał się ledwo widoczny, a niebo nade mną wyglądało, jakby miało spaść. Chciałem tylko wrócić do środka, do mojego bezpiecznego schronienia, żeby uciec przed tą nieskończenie pustą przestrzenią, zanim mnie ona pochłonie. Kiedy mama wróciła, powiedziałem, że choroba mi wróciła, a ból i cierpienie są zbyt duże. Prawda jednak była taka, że po prostu nie mogłem tam zostać. Spojrzała na mnie tylko z rezygnacją w oczach. Gdy zacząłem płakać, ustąpiła, wzięła mnie na ręce i zaniosła do domu. Od zdarzenia z Thornleyem i kurnikiem nie odważyłem się ponownie wyjść na dwór.

 

Nawet w ciężkim mroku tej późnej godziny otwarta przestrzeń wokół mnie rosła i zdawała się o wiele za duża, by mógł ją przemierzać mały chłopiec. Przestwór tej dziczy mógł mnie pochłonąć i nic by po mnie nie zostało. Chciałem wrócić, ale wiedziałem, że nie mogę.

Wziąłem głęboki wdech, a Matylda złapała mnie za rękę.

– Zrobimy to wspólnymi siłami – zapewniła.

Owinąłem swoje palce wokół jej i poczułem, jak jej ciepło rozchodzi się we mnie, niosąc ze sobą poczucie spokoju. Zebrałem się w sobie.

– Nie możemy dać się jej wymknąć.

Powędrowałem wzrokiem w kierunku zamku Artane widocznego w oddali. Ostała się z niego tylko wieża, a reszta legła w ruinie. Wysoki monolit sięgał rozjarzonego poświatą księżyca nieba i drapał chmury, rzucając długi i szeroki cień na okoliczne pola. Wiedziałem niewiele więcej ponad to, że wzniosła go rodzina Hollywoodów. Na przestrzeni lat większość kamienia została wywieziona i wyniesiona do gołej ziemi. Oprócz wieży stało tylko kilka walących się murów, a z tyłu mieścił się cmentarzyk.

Mieliśmy zakaz chodzenia do zamku.

Matylda musiała odgadnąć moje myśli, bo ścisnęła mnie za rękę.

– Ellen poszła do zamku, prawda?

– Chyba tak.

– Ale skąd to wiesz?

Nie potrafiłem odpowiedzieć. Podobnie jak wiedziałem, że ciocia Ellen w jakiś sposób opuściła dom i skradała się na dworze, tak i teraz po prostu wiedziałem, że poszła do zamku. Nie miałem pojęcia, w jakim celu, ale czułem pewność, że tam się udała i właśnie tam teraz jest.

– Chodźmy – powiedziałem, ciągnąc Matyldę za rękę.

Siostra ostentacyjnie westchnęła i obróciła się przodem do ruin.

– Prowadź.

Księżyc wisiał nisko na niebie i dawał niewiele światła. Matylda z trudem orientowała się w ciemności, ja natomiast nie miałem z tym żadnych problemów i poprowadziłem nas przez ciche miasteczko i przez pola w stronę ruin zamku Artane. Nasz dom został w tyle i wydawał się tak malutki, że musiałem odwrócić od niego wzrok, w obawie przed lękiem, który deptał mi po piętach i mógł nie pozwolić mi iść dalej. Tym razem to Matylda ciągnęła mnie za sobą.

Im bliżej wieży, tym coraz gęściej rosły trawy i drzewa. Wkrótce musieliśmy przedzierać się przez podbiały i perz sięgające nam do piersi. Szukałem jakiejś dróżki, żadnej jednak nie znalazłem i byłem zły na siebie, że nie wziąłem ze sobą sierpaka. Widziałem, jak Thornley używa takiego noża do oczyszczania altany z uschłej winorośli, i chociaż sam nigdy nie posługiwałem się czymś takim, czułem, że przy jego pomocy bez problemu przedarłbym się przez tę gęstwinę.

O ile idąca za mną Matylda zaczęła sprawiać wrażenie zmęczonej, o tyle ja z każdym krokiem robiłem się silniejszy. Jakaś część mnie chciała biec, ale musieliśmy zachować ostrożność; ciocia Ellen mogła być tuż-tuż, a nie mogliśmy się przed nią ujawnić.

Nigdy nie byłem tak blisko zamku. Wieża okazała się o wiele większa, niż się spodziewałem – miała co najmniej sześć metrów szerokości. Kamienie, z których zbudowano fasadę, wielkie kwadratowe bloki szarego piaskowca, ułożono idealnie, z bardzo małym prześwitem pomiędzy jednym a drugim. Cud techniki jak na tamte czasy. Po setkach lat niektóre części budynku wciąż wyglądały, jakby wzniesiono je wczoraj. Mury wieży porastał mech, który niemal w całości pokrywał jej północną stronę. Nie mogłem się powstrzymać od wpatrywania się w szczyt budowli, choć stałem za blisko i kręciło mi się w głowie.

Po tej stronie były trzy okna, żadne nie było w naszym zasięgu. Wyobrażałem sobie, że kiedyś siedzieli w nich przycupnięci łucznicy, mierzący do żołnierzy wroga.

Kiedy naszym oczom ukazało się wejście, Matylda i ja kucnęliśmy wśród wysokich zarośli.

– Jest tutaj? – spytała drżącym głosem Matylda.

Październikowe powietrze rzeczywiście się oziębiło i chociaż miałem na sobie wełniany szal, dostałem gęsiej skórki. Matylda też założyła szal, ale temperatura spadała wraz z każdym centymetrem, o który podnosił się księżyc na niebie, i nawet najcieplejsze ubrania nie mogły powstrzymać chłodu zbyt długo.

– Nie widzę jej – odparłem.

– Jest w środku? – powtórzyła pytanie ze zniecierpliwieniem.

Nie powiedziałem Matyldzie wprost, że czuję obecność cioci Ellen, ale nie ukrywałem też przed nią tego faktu, i chociaż przedtem mogła mi nie dowierzać, to jej ostatnie słowa sugerowały, że opuściły ją wątpliwości. Ja sam nie potrafiłem wyjaśnić, jak ani dlaczego potrafię coś takiego, ale między mną a Ellen było jakieś dziwne przyciąganie, jakby ktoś połączył nas liną, na której ona ciągnie mnie za sobą. Przyciąganiu towarzyszyło coś, co da się opisać tylko jako łaskotanie z tyłu głowy, które nasilało się w miarę mojego zbliżania się do niej. Nie było to nieprzyjemne – przeciwnie, niosło z sobą ukojenie. Ta siła chciała, żebym był blisko Ellen.

Stanąłem przodem do wieży i przesunąłem wzrokiem po wysokiej budowli od dołu do góry, zatrzymując się przy każdym oknie; nie dlatego, żebym potrafił przez nie zajrzeć – po prostu tak łatwiej było mi poczuć, co jest w środku. Kiedy doszedłem do szczytu, nie potrzebowałem już wzroku. Zamknąłem oczy i skupiłem się na cioci Ellen. Złapałem niewidoczną linę i ręka za ręką podciągałem się na niej, aż nie znajdowałem się już u podnóża zamku, lecz unosiłem się w powietrzu, przenikałem przez grube wapienne ściany do wnętrza budynku, do krętych schodów biegnących wzdłuż tylnej ściany, do cioci Ellen, która po nich schodzi. Zobaczyłem, jak idąc, zapina płaszcz, po czym nasuwa kaptur na głowę. Nie zrobiła tego dla ochrony przed zimnem, tylko dlatego, że nie chciała, by ją rozpoznano.

– Wychodzi – poinformowałem Matyldę. Kiedy usłyszałem swój głos, odniosłem wrażenie, jakbym nie był osobą, która to mówi. Wydało mi się, że stoję w pewnej odległości i patrzę na chłopca, który wygląda jak ja i wypowiada te słowa. – Wychodzi, i to teraz.

W tym momencie otworzyłem szeroko oczy i ściągnąłem Matyldę w dół, a ciocia Ellen wyszła przez ziejące pustką drzwi zamku w głęboką noc. Była ubrana tak, jak widziałem z okna mojego pokoju: w powłóczysty czarny płaszcz zapięty prawie od szyi do stóp, który zamiatał szeleszczące jesienne liście z gracją, który sprawiał wrażenie, że Ellen unosi się nad ziemią. Dokładnie tak wyobraziłem sobie sposób jej poruszania się, kiedy byliśmy u niej w pokoju: że zamiast wlec się jak Matylda i ja, Ellen przepływa nad kurzem pokrywającym podłogę. Uczucie przyciągania, którego doświadczałem i które doprowadziło mnie do niej, wezbrało tak bardzo, że bałem się, iż przyciągnie mnie wprost do niej. Lewą ręką ścisnąłem palce Matyldy, a prawą wbiłem w ziemię, w nadziei na znalezienie punktu oparcia.

Ciocia Ellen stanęła na chwilę u ziejących wrót zamku, obejrzała się na prawo i na lewo i podążyła cienką, wijącą się ścieżką do lasu. Nie miałem odwagi się odezwać, dopóki nie zniknęła nam z oczu.

– Idziemy za nią?

– Do lasu?

– Nie wiem, czy powinniśmy. – Nigdy przedtem nie byłem w tym lesie. W ogóle nigdy nie byłem tak daleko od domu. Pakować się do lasu w środku nocy byłoby głupotą. Ale lina, która złączyła mnie z ciocią Ellen, napięła się i chciałem za nią podążyć, musiałem za nią podążyć, chociaż wiedziałem, że to niewłaściwy bieg wydarzeń. Mimo to z każdą upływającą sekundą czułem, jak ciocia Ellen odpływa w dal.

Wtedy po raz pierwszy zaświtało mi w głowie pytanie: skoro ja czuję jej bliskość, to czy ona czuje moją?

– Chcę wiedzieć, dokąd idzie – oświadczyła Matylda. Znów wstrząsnął nią dreszcz i wiedziałem, że musimy być w ruchu.

Kiwnąłem głową. Nie było innej rady, jak tylko pójść za Ellen.

Wstaliśmy i wyprowadziłem Matyldę z zarośli pod front zamku. Powietrze wokół było zimne, ale to, którym zawiewało od zamku, było jeszcze zimniejsze. Zerknąłem przelotnie na szerokie wejście do budowli, po czym ruszyliśmy z Matyldą ścieżką do lasu, zostawiając nasz świat za sobą.

* * *

Ciocia Ellen poruszała się szybko.

Odkąd znikła nam z oczu, upłynęły zaledwie minuty, ale mieliśmy wrażenie, że przebyła całe kilometry. Lina, która nas złączyła, trochę się rozluźniła, ale złapałem ją mocniej, nie zwracając zbytniej uwagi na rosnącą odległość między Matyldą, mną a domem. Matylda szła za mną w milczeniu, trzymaliśmy się za ręce i podążaliśmy wąską, krętą ścieżką.

Wszędzie dookoła majaczyły jesiony. Zrzuciły wprawdzie już większość liści, ale same ich nagie gałęzie były tak gęste, że księżyc przeświecał przez nie z trudem. Przestrzeń między jesionami wypełniały rdzawe wierzby o grubych, sękatych konarach. Biegały po nich łasice i zerkały na nas ciekawie; zauważyłem też co najmniej trzy sowy przypatrujące się nam z góry.

Mech porastał niemal każdą powierzchnię, zakrywając zielonym kobiercem duże głazy i korzenie. Ziemia była tak wilgotna, że buty lekko się w nią zapadały i każdemu krokowi towarzyszył odgłos odklejania się ich od podłoża. Po powrocie będzie je trzeba porządnie wyczyścić; jeśli mama zobaczy nasze obuwie w takim stanie, z pewnością domyśli się, gdzie byliśmy – a wstęp do lasu mamy tak samo zakazany, jak do zamku. No i co by powiedziała na to, że tak bardzo oddaliłem się od łóżka?

– Widzisz w ogóle, dokąd idziemy? – spytała Matylda.

– A ty nie?

Matylda pokręciła głową.

– Ledwo ciebie widzę.

Pomyślałem, że żartuje, ale jej mina świadczyła o czym innym; Matylda oczy miała szeroko otwarte, twarz bladą od strachu. Nie dostrzegała zwierząt czmychających koło nas ani mrocznej urody tego miejsca; szła z zaniepokojonym wzrokiem utkwionym we mnie.

Rozejrzałem się po okolicy i dotarło do mnie, że widzę prawie tak dobrze jak za dnia. Nawet wśród korzeni drzew bez trudu rozróżniałem gąsienice pożywiające się zbutwiałym drewnem i robaki wijące się w czarnej ziemi pod naszymi stopami. Dostrzegałem nawet czarne mróweczki, brnące przez mech porastający pień wiązu prawie dziesięć kroków od nas.

– Musimy iść naprzód – powiedziałem. – Trzymaj się blisko mnie.

Kiedy tak wędrowaliśmy, powietrze zaczęła wypełniać delikatna mgła, która wkrótce zgęstniała; poczuliśmy lekkie, a z czasem coraz gwałtowniejsze podmuchy wiatru. Kołnierz płaszcza uderzył mnie w twarz i przyciągnąłem do siebie Matyldę. Chciała wracać, czułem to doskonale, ale nie powiedziałaby tego na głos; miała zbyt silną wolę. Często słyszałem gwizd jesiennego wiatru ze swojego pokoju, ale nigdy nie czułem go na sobie; sprawiało mi to ogromną przyjemność. Las dookoła żył; czułem w nocnym powietrzu siły natury wypełniające wszystko od zwierząt po rozkołysane drzewa i utrzymujące delikatną równowagę życia i śmierci.

W miarę jak pokonywaliśmy drogę, mgła robiła się coraz bardziej zawiesista i wirowała dookoła nas poruszana wiatrem. Niebawem przestałem widzieć na więcej niż kilka stóp w każdym kierunku. Mgła śmierdziała wilgocią i słoną wodą morską, zapewne przez torf, którego w tym regionie było aż w nadmiarze, oraz nieodległy port. Wciągnąłem powietrze do płuc i oddychało mi się lepiej niż kiedykolwiek.

Nie mogłem powstrzymać wybuchu radości – ale pożałowałem go już w chwili, gdy się zaśmiałem, ponieważ Matylda spojrzała na mnie jak na wariata.

– Po prostu miło jest być na dworze, to wszystko – wyjaśniłem, bardziej dla przekonania samego siebie niż siostry, ale i tak żadne z nas w to nie uwierzyło. Coś się we mnie zmieniło; wiedzieliśmy o tym oboje i właśnie wtedy zobaczyłem w oczach Matyldy coś, czego miałem nadzieję nigdy nie zobaczyć, bo żaden brat nigdy nie chciałby tego zobaczyć.

Strach.

Nie miałem pewności, czy był to strach przede mną czy strach przed zmianą, którą we mnie wyczuła.

Wiatr przybierał na sile, zmrużyła więc oczy i tym razem to ona odwróciła się i pociągnęła mnie za sobą ścieżką, trzymając moją dłoń w swojej, przedtem ciepłej, a teraz lepkawej.

Szliśmy przez dobrych dwadzieścia minut, zapadając się w błotnistą ziemię przy każdym kroku stawianym wbrew próbującemu nas powstrzymać wiatrowi. Zawył na nas potężny wicher, błądzący wśród drzew, jak szalona zjawa całkiem nie z tego świata. Powietrze napływało z góry i z dołu i napierało na nas z tak przeraźliwą siłą, że kilka razy prawie straciłem równowagę; gdyby nie Matylda u mojego boku, z pewnością bym się przewrócił.

 

Czyżby las próbował zawrócić nas z drogi?

Usiłowałem pozbyć się tej myśli, ale utknęła mi w głowie i nie chciała ustąpić. Czy las mógłby odwodzić kogoś od wejścia do niego? Stwierdziłem, że nie, bo chociaż las, owszem, żyje, to brak mu woli i świadomości.

Wtedy znowu uderzył w nas podmuch wiatru i Matylda się potknęła. Przyciągnąłem ją do siebie i starałem się prowadzić tak, aby nie grzęzła w błocie, które mieliśmy pod nogami, przy czym sam niemal upadłem.

A skoro las nie mógł nikomu przeszkodzić w dostaniu się do środka, to może coś, co w nim żyło?

Nagle lina, która połączyła mnie z ciocią Ellen, znów się napięła i poczułem jej znajomą bliskość.

Dzięki prześwitowi we mgle zobaczyliśmy przed sobą dużą polanę. Dotarliśmy na nią tak niespodziewanie, że nie mieliśmy czasu zareagować. Ściągnąłem Matyldę na ziemię. Prawie krzyknęła, ale zasłoniłem jej dłonią usta, zanim zdołała wydać jakikolwiek dźwięk. Drugą ręką pokazałem jej, o co chodzi.

Jakieś sześć metrów przed nami pod rozłożystą wierzbą stała ciocia Ellen. Powykręcane gałęzie sięgały z jednej strony ku niebu, a z drugiej do bagna torfowego, które zaczynało się tuż przy korzeniach drzewa i kończyło gdzieś w oddali, bo przeciwległy brzeg ginął we mgle. Drzewo całkowicie porastał mech, pod którym pień był prawie niewidoczny.

W tym momencie wiatr ustał. Chociaż słyszałem, jak wyje pośród drzew za nami, to miejsce w jakiś sposób było chronione przed jego gniewem.

Kolejna sowa przyglądała się nam z wysoka; jej wielkie czarne oczy lśniły w słabej poświacie księżyca.

Ciocia Ellen stała odwrócona do nas plecami. Zobaczyłem, jak zdejmuje kaptur, a włosy opadają jej na ramiona. Coś jednak było nie tak. Nie były to kręcone blond loki, które tak dobrze znaliśmy; zamiast nich miała proste siwe włosy, które już z daleka wydawały się cienkie i łamliwe, a spomiędzy nich wyraźnie prześwitywała skóra na głowie.

Jeśli ciocia Ellen wiedziała, że tam jesteśmy, to nie zwróciła na nas uwagi. Sięgnęła do zapinki na szyi i rozpięła płaszcz, pozwalając mu zsunąć się na mokre podłoże. Pod spodem miała jedynie cienką białą koszulę nocną. Na widok jej rąk i nóg prawie zachłysnąłem się powietrzem. Jej ciało było stare i pomarszczone, zwisało luźno z kości i pokrywały je ciemnoniebieskie żyły jak u staruszki. Gdybym nie wiedział, jak jest naprawdę, wziąłbym tę młodą kobietę, którą znałem od urodzenia, za babcię w wieku co najmniej siedemdziesięciu lat.

Mgła opadła nad taflę wody i Matylda zobaczyła to samo; mocno wpiła mi palce w przedramię, aż pomyślałem, że jej paznokcie podrapią mnie do krwi.

Ciocia Ellen zostawiła płaszcz i weszła do trzęsawiska. Woda najpierw sięgała jej do kostek, potem jednak było coraz głębiej i krok dalej była już po kolana, a jeszcze krok dalej – po pas. Biała koszula nocna unosiła się na wodzie, a Ellen szła dalej. Przy kolejnym woda zakryła ramiona, ona jednak się nie zatrzymywała. Chwilę później jej głowa znikła pod powierzchnią, woda zabulgotała i nie zostało po niej nic poza lekką zmarszczką na wodzie.

Matylda wzięła głęboki wdech.

Wpatrywałem się w spokojne lustro wody, czekając na pojawienie się cioci Ellen. Minęła pierwsza minuta pełna niepokoju, potem druga. Zacząłem się denerwować, bo nikt nie umie tak długo wstrzymywać oddechu. Po trzeciej minucie wstałem i wyszedłem z ukrycia na polanę, a za mną Matylda.

– Czy ona utonęła? Czy odebrała sobie życie? – zapytała.

Pokręciłem głową, mimo że nie umiałbym tego uzasadnić. Nie czułem już obecności Ellen. Nie odpłynęła daleko – bagno było rozległe, ale nie aż tak, żebyśmy nie widzieli, że gdzieś się wynurzyła.

Szukałem nad bagnem jakichkolwiek śladów życia, ale żadnych nie znalazłem. W miejscu, w którym się zanurzyła, nie znać było żadnego ruchu. Na powierzchni unosiła się gruba warstwa torfu, odcinając wodę od nocy, jak gdyby nigdy nic jej nie zmąciło. Dotyczyło to również pozostałej części bagna. Gdyby ciocia Ellen wynurzyła się, aby zaczerpnąć powietrza, wypatrzylibyśmy ją, ale nic takiego się nie stało.

– Czy powinienem pójść za nią?

– Przecież nie umiesz pływać – zauważyła Matylda. – I ja też nie.

Prędko podszedłem do wierzby i oderwałem uschłą gałąź tuż przy pniu. Miała ze dwa metry długości i kilka centymetrów grubości, więc wymagało to nieco wysiłku. Wróciłem nad brzeg trzęsawiska, by kijem wzruszyć wodę w miejscu, gdzie ciocia Ellen zniknęła. Warstwa torfowego mchu była gruba, ale myślałem, że ustąpi pod naciskiem, tymczasem trzymała się mocno. Udało mi się jednak odsunąć mech. Toń pod spodem była mętna, czarna, bardziej podobna do oleju, a każde uderzenie kijem tworzyło kręgi rozchodzące się wolno we wszystkich kierunkach.

– Widzisz ją? – spytała Matylda. Stała na palcach, próbując zajrzeć do wody, ale bez większego powodzenia.

Chociaż była o rok starsza ode mnie, ja byłem wyższy, tyle że mój wzrost nie zdał się na wiele.

– Ile już minęło?

– Pięć minut, może więcej. Nie jestem pewna – odrzekła Matylda.

– Może powinienem wrzucić tam kamień?

– I co miałoby to dać?

– Nie wiem. – Wokół mojej głowy zaczęła bzyczeć ważka; odgoniłem ją machnięciem ręki.

– To nie mogła być ona – stwierdziła Matylda.

– To była ona, z całą pewnością.

– To była jakaś staruszka.

– To była ona.

Schyliłem się i podniosłem z ziemi płaszcz.

– To płaszcz mamy. Widzisz to rozdarcie? – Przecisnąłem palec przez dziurkę w prawym rękawie. – Powiedziała, że zaczepiła się o drzwi od piwnicy jakiś miesiąc temu.

Do oczu Matyldy napłynęły łzy.

– Nie chcę, żeby ciocia Ellen umarła.

– Nie wydaje mi się, żeby…

Ważka wróciła i wleciała mi prosto w oko. Pacnąłem ręką, ale chybiłem. Kiedy z lasu po naszej lewej wyleciała druga, uskoczyłem przed nią, trzymając rękę na podrażnionym oku. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, że Matylda walczy z trzema kolejnymi.

Znad bagna dobiegło nas bzyczenie. Słabe, ale przybierające na sile. Spojrzałem na mgłę po drugiej stronie, ale na początku niczego nie zauważyłem. Nagle biała mgiełka się rozeszła, a ze środka wyłoniła się hałaśliwa czarna chmura. Im była bliżej, tym brzęczenie stawało się głośniejsze.

– Co to za dźwięk? – spytała Matylda, uderzając ważki latające jej wkoło głowy. Do pierwszych trzech dołączyły dwie następne, a cztery kolejne śmignęły po mojej lewej stronie. Jedna wylądowała na jej włosach i wciąż uderzała skrzydełkami, jakby się zaplątała. Matylda krzyknęła z obrzydzenia i próbowała pozbyć się owada.

Wbiłem spojrzenie w czarną chmarę sunącą ponad bagnem. Były ich setki, może tysiące. Wyciągnąłem ważkę z włosów Matyldy, rzuciłem na ziemię i wgniotłem podeszwą buta, po czym odciągnąłem siostrę od trzęsawiska.

– Chodź, musimy iść…

Kiedy pędziliśmy z powrotem do lasu z rojem ważek za plecami, kątem oka coś zauważyłem; ten widok prześladuje mnie do dziś. Z bagna wysunęła się ręka, pochwyciła ważkę w powietrzu i schowała się znów pod wodę.

* * *

Usiadłem na łóżku. Bo jakimś sposobem znalazłem się w łóżku, a ciemność panującą w pokoju mącił tylko blask księżyca. Nie mogłem sobie przypomnieć powrotu do domu; wciąż miałem przed oczami ważki, czułem zapach bagna, piżmową woń wody pełnej torfu.

Wygramoliłem się z łóżka i podszedłem do okna.

Miałem na sobie koszulę nocną, ale nie pamiętałem, żebym się w nią przebierał.

Odnalazłem w ciemnościach wzrokiem zamek Artane i las za nim. Usiłowałem spojrzeć aż za las, by dostrzec bagno po jego drugiej stronie, ale taka odległość była za duża nawet dla mnie.

Czy to był tylko sen?

* * *

Zaczęła mnie swędzieć ręka.

Wtedy w rogu za toaletką zauważyłem swoje buty, uwalane błotem, połyskujące w słabym świetle. Wpatrywałem się w nie, kiedy ciszę przeszył jej ostry głos.

– Nie powinieneś był wychodzić z pokoju w nocy, Bram. Chłopcom, którzy włóczą się po ciemnym lesie, dzieją się złe rzeczy.

Odwróciłem się, oczekując cioci Ellen stojącej za mną, ale napotkałem tylko zamknięte drzwi i skotłowaną pościel na łóżku.