Mroczna pokusa

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mroczna pokusa
Mroczna pokusa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,89  47,91 
Mroczna pokusa
Mroczna pokusa
Audiobook
Czyta Magdalena Zając Zawadzka
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MROCZNA POKUSA

Copyright ©D. B. ForyśDom Wydawniczy D. B. Foryś

All rights reserved

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Wrocław, 2021

Dystrybutor: Wydawnictwo Psychoskok

Redakcja:

Katarzyna Mirończuk

Korekta:

Natalia M. S.

Edyta Giersz

Meg Adams

Carli

Okładka:

Justyna Sieprawska

www.facebook.com/justyna.es.grafik

Skład, łamanie, przygotowanie do druku i rysunki:

Agnieszka Makowska

www.facebook.com/ADMakowska

www.dbforys.pl

www.dbforys.sklep.pl

Numer ISBN: 978-83-962054-1-4

D. B. FORYŚ

UKRYTE W CIEMNOŚCI:

MROCZNA POKUSA

Gdy dziewczyna z sekretami

spotyka mężczyznę pełnego tajemnic

Wrocław 2021

Powieść dedykuję Meg, mojej najlepszej przyjaciółce na odległość, Ani, która wierzy we mnie nawet wtedy, gdy ja mam wątpliwości, oraz moim czytelnikom – bez Was nic nie byłoby takie fajne!

Kiedy po raz pierwszy spotkałam Alana, byłam głodna, zmarznięta i przerażona, a on wyglądał jak wszystko, czego powinnam się bać. Jednak nie uciekłam, bo nie miałam dokąd ani po co. Tak już bywa, gdy dziewczyna z sekretami trafia na mężczyznę pełnego tajemnic, który może ją uratować lub doszczętnie zniszczyć.

MÓJ UPADEK

Przeciągnęłam się. Popołudniowa drzemka po wykładach na uczelni była cudowna, chociaż nie tak bardzo, jak pobudka obok mojego faceta. Uniosłam się na łokciu, podparłam brodę ręką i obserwowałam Michała przez kilka chwil. Jego klatka piersiowa rytmicznie falowała, a miękkie usta były lekko uchylone, przez co wydobywał się z nich cichy syk wypuszczanego powietrza. Zacisnęłam uda, czując pomiędzy nimi znajome pulsowanie. Chłopak wybrał sobie idealną porę na odwiedziny, bo byłam cholernie napalona.

Nie mieszkaliśmy razem. On wynajmował loft z kumplami, ja pokój – a właściwie poddasze – starego domu, gdzie miałam własną łazienkę oraz coś na wzór garderoby. Jedynie kuchnię dzieliłam z właścicielami na parterze. Jakiś czas temu przebąkiwaliśmy o tym, żeby znaleźć jakąś wspólną kawalerkę, jednak to wymagało kasy, której wciąż nam brakowało. Oboje studiowaliśmy, on odbywał staż za śmieszne pieniądze, tymczasem moje zarobki starczały głównie na najpotrzebniejsze wydatki, zatem nie zapowiadało się, byśmy niebawem zrealizowali ten plan. Właśnie dlatego ostatnio dałam mu do siebie klucze, aby mógł wpadać, kiedy zechce. Dziś po raz pierwszy skorzystał z zaproszenia i zamiast zastać mnie czekającą na niego w jakiejś wyuzdanej bieliźnie, trafiło mu się coś całkiem odwrotnego.

Kochanie, zamierzam to natychmiast naprawić.

Uśmiechnęłam się chytrze, zsunęłam się niżej pod kołdrę, żeby obudzić chłopaka w jego ulubiony sposób, niestety zanim zdążyłam sięgnąć dłonią do spodenek, zadźwięczał alarm w mojej komórce. Kurwa.

– Nie śpię! – Michał przeturlał się na pościeli, patrząc dookoła rozbieganym wzrokiem.

– Cześć – szepnęłam. Dałam mu szybkiego całusa na powitanie, po czym niechętnie wstałam z łóżka. Za godzinę powinnam zjawić się w klubie, gdzie dorabiałam. – Muszę zaraz wychodzić, ale zostań – powiedziałam, gdy obrzucił mnie pytającym spojrzeniem. – Kończę o dwudziestej pierwszej. Potem możemy coś zjeść i obejrzeć film. – Zachęcająco poruszyłam brwiami, zaznaczając, że miałam oczywiście na myśli Netflix and chill.

– Kusisz – zamruczał gardłowo. – Niestety będziemy musieli to przełożyć. Jutro rano jadę z szefem na jakiś biznesowy lunch do Katowic. – Przetarł zaspane powieki. – Wrócę po południu. Nadrobimy wieczorem?

Westchnęłam zawiedziona. Nasze życie erotyczne praktycznie nie istniało już od trzech miesięcy. Ciągle coś nam przeszkadzało: albo moja praca, albo nauka, albo jego całonocne imprezyze znajomymi, po których dochodził do siebie długimi godzinami, więc byłam zmuszona zaspokajać się własnymi palcami. Sama. Pomału zaczynałam się zastanawiać, czy nasz związek miał jeszcze jakikolwiek sens, skoro widywaliśmy się tylko sporadycznie i najczęściej jedynie po to, żeby pomarudzić, jak nam źle.

– Cóż, twoja strata. – Wzruszyłam ramionami i poszłamsię przebrać.

Wolałam milczeć, niż wszczynać niepotrzebną awanturę.Nie zamierzałam przecież o nic żebrać.

***

Poniedziałkowe zmiany różniły się od innych. Klub był nieczynny, a do naszych obowiązków należało porządne sprzątanie zaplecza, remanent, ważenie i liczenie alkoholi, tworzenie rozpiski z brakami, ustalanie grafiku pracy na przyszły tydzień oraz temu podobne zajęcia. Musieliśmy też uczestniczyć w spotkaniu motywacyjnym.

Mój szef – apodyktyczny, surowy i, jeśli zapytać mnie, odrobinę przerażający – zarządzał paroma lokalami w mieście, prowadząc każdy dość twardą ręką. Nie tolerował lenistwa, konfliktów wśród pracowników, a już w szczególności sprzeciwiania się jego poleceniom. Nie przepadałam za nim i kiedyczasami zostawaliśmy sam na sam w pomieszczeniu, od razu dostawałam dreszczy, ale na szczęście nie zdarzało się to za często. Poza tym fakt, że go nie lubiłam, miał tu najmniejsze znaczenie. Płacił dobrze, przynajmniej jak na tę branżę, zawsze w terminie i nigdy nie przekraczał granicy relacji służbowej, co było wszystkim, czego oczekiwałam od pracodawcy.

– Pod koniec miesiąca odbędą się u nas dwie imprezy zamknięte, obie dla zagranicznych klientów, dlatego zarezerwujcie sobie czas, bo nie szczędzą napiwków. – Mężczyzna rozpiął guzik marynarki i przysiadł na hokerze przy barze.Napiął silną szczękę, gdy drzwi wejściowe niespodziewanie się otworzyły, a do środka wpadł zziajany Tomek, pomocnik barmana. Już mu współczułam.

– Przepraszam, ja…

– Może nie da się tu zarobić kroci, ale na zegarek chyba starczy? – Nozdrza szefa się rozszerzyły. – Ponieważ mi przerwałeś, marnując mój czas, jestem zmuszony wyciągnąć konsekwencje. Zabierz swoje rzeczy. Żegnam.

Tak, zapomniałam. On jeszcze nienawidzi niepunktualności.

– Wiem… Tylko tramwaj… Proszę – dukał zakłopotany chłopak.

– Nie interesuje mnie to! – Szef uderzył pięścią w ladę, aż zadźwięczały poustawiane na niej szklanki, a ja mimowolnie przysunęłam się bliżej kolegów. Świadkiem zwolnienia biedaka była nasza grupa licząca piętnaście osób, oraz stojący kawałek dalej ochroniarz. Właściciel lokalu rzadko wpadał w furię, lecz kiedy ktoś zalazł mu za skórę, nie bawił się w uprzejmości. Tomek właśnie spóźnił się po raz trzeci, co najwidoczniej oznaczało koniec jego kariery w tym miejscu. – To wszystko, możecie wracać do zajęć. Resztę omówimy innym razem.

Wstał z siedziska i w milczeniu ruszył na tyły budynku, zapewne do swojego gabinetu. Nikt się nie odezwał, dopóki nie zniknął z pola widzenia. Nawet Tomek zwątpił i bez dalszej dyskusji udał się ku szatni po przedmioty osobiste, po czym z kwaśną miną opuścił klub.

Cóż, dzisiejszego spotkania motywacyjnym bym nie nazwała…

Całą ekipą uwinęliśmy się z robotą w ekspresowym tempie, aby nie dawać szefowi kolejnych powodów do wybuchu złości. Po powrocie na poddasze domu byłam tak wypompowana, że usnęłam, jak tylko przyłożyłam policzek do poduszki, przez co rano obudziłam się wyjątkowo niemrawa.

Na uniwersytet dotarłam praktycznie na autopilocie, w drodze drzemiąc w autobusie. Miałam dziś raptem trzy ćwiczenia oraz jeden wykład, niestety wypadał on dopiero po prawie dwugodzinnym okienku, a powinnam się na nim zjawić ze względu na omówienie pracy zaliczeniowej. Żeby uniknąć nudy, zabrałam ze sobą laptopa, by przysiąść nad tłumaczeniem, które okazjonalnie przygotowywałam na zlecenie dla dodatkowej kasy. Jednak moje ambitne plany szybko poszły w odstawkę, gdy odebrałam dzwoniący telefon.

– Najcudowniejsza kobieto na świecie, skarbie narodowy…

– Absolutnie nie – przerwałam pełną słodyczy wypowiedź Moniki, koleżanki z klubu, na co usłyszałam w słuchawce jej niemal płaczliwe westchnienie. – Do popołudnia siedzę na uczelni, później widzę się z Michałem. Nie mogę wziąć za ciebie zmiany. Przykro mi.

– Proszę, proszę, proszę. – Nie dawała za wygraną. – Widziałaś, co się wczoraj działo? Muszę załatwić coś pilnego i nie zdążę. Zrobię wszystko, cokolwiek powiesz, zgódź się, błagam. Nie chcę być drugim Tomkiem!

Z jękiem odsunęłam komórkę od ucha. Naprawdę nie miałam dzisiaj ochoty na kelnerowanie, a kark nadal mnie bolał po spaniu w niewygodnej pozycji. Chciałam się wreszcie zrelaksować, odpocząć, spędzić przyjemną noc z chłopakiem. Poczuć coś innego niż zmęczenie i niechęć. Brakowało mi dosłownie każdej rzeczy poza pracą.

Rozmasowałam skroń, przewidując nadciągający ból głowy.

– Odstąpisz mi za to imprezę z obcokrajowcami – powiedziałam po namyśle. Każdy z nas załapał się tylko na jedną, by wyszło sprawiedliwie, ale skoro sama zaproponowała, że „zrobi wszystko”, postanowiłam wytoczyć ciężkie działa. Takie eventy zawsze się opłacały, a ja ledwie wiązałam koniec z końcem.

Monika milczała przez kilkanaście sekund.

– W porządku – skapitulowała niechętnie. – Twarda z ciebie negocjatorka.

Uśmiechnęłam się z satysfakcją i zamknęłam laptopa. Zaliczenie semestralne będę musiała omówić innym razem, Michała jakoś udobrucham, z kolei wysypianie się to przereklamowana sprawa. Istniała za to spora szansa, że niebawem zjem coś bez dopisku instant w nazwie. Dziewczyna na dorobku nie ma lekko.

Trzeba sobie radzić.

***

We wtorki w klubie nigdy nie było tłumów. Zazwyczaj lokal pustoszał już po dwudziestej drugiej, a pojedynczy klienci nie zostawiali dużych napiwków, które stanowiły główny powód tego, że pracowałam w tym miejscu. W piątki i soboty potrafiłam zarobić naprawdę fajne pieniądze, ale by się załapać na jedną z weekendowych zmian albo – jak w tym przypadku – na dodatkowe zlecenie, musiałam brać i te cieszące się mniejszą popularnością.

 

Coś za coś.

Głośna muzyka dudniła w głośnikach, ludzie przychodzili, zamawiali drinki i wychodzili. W dni takie jak dziś zaglądali tu głównie studenci albo ludzie z korporacji. Roboty za wiele nie było, czas się dłużył, ale zanim niedobitki wyszły za próg, i tak padałam ze zmęczenia.

– Lecę. Ty też zaraz kończ. – Anka zapięła kurtkę i owinęła szyję szalikiem. – Dobranoc.

– Pa. Do jutra. – Posłałam koleżance krótki uśmiech, następnie schyliłam się po stojący za barem kosz na odpadki. Musiałam jeszcze tylko zrobić ostatnie porządki i będę mogła wrócić do domu.

Dziewczyna zatrzasnęła za sobą drzwi, wtedy w pomieszczeniu zapadła cisza. Dziś przypadała moja kolej zamknięcia knajpy, co oznaczało, że po jej wyjściu zostałam sama. Nie lubiłam tych momentów, dlatego w miarę szybko zgarnęłam resztę śmieci do dużego worka, dotaszczyłam go do tylnych drzwi i ruszyłam do szatni, żeby zabrać stamtąd swoje rzeczy. Zawsze tak robiłam, bo od kontenerów miałam krótszą drogę na przystanek, a późną jesienią, w dodatku nocą, liczyła się każda sekunda mniej spędzona na chłodzie.

Kiedy szłam na zaplecze, usłyszałam czyjeś podniesione głosy. Zmarszczyłam brwi, nasłuchując, skąd dochodziły. Byłam pewna, że wszyscy już pouciekali, ale najwyraźniej się myliłam i przebywał tu jeszcze ktoś z załogi. Zwolniłam tempo. Im bliżej celu się znajdowałam, tym bardziej czułam, że powinnam zawrócić. Krzyki brzmiały coraz wyraźniej, oba męskie i groźne, a gdzieś spośród nich wyłaniał się trzeci – piskliwy i błagalny.

Postanowiłam się w to nie mieszać. Odkąd zaczęłam tutaj pracować, zdarzyło mi się już widzieć to i tamto, z czego nigdy nic dobrego nie wynikało. Czym prędzej czmychnęłam do przebieralni, zgarnęłam z niej kurtkę i plecak, później podążyłam w stronę wyjścia, lecz gdy minęłam pokój socjalny, zauważyłam, że drzwi do gabinetu szefa były uchylone. Ciekawość wygrała.

Zajrzałam przez lukę i od razu tego pożałowałam. Właściciel lokalu pastwił się nad jakimś klęczącym na podłodze facetem. Gość wyglądał na poobijanego i nieźle przerażonego. Gestykulował, raz za razem wydając z siebie niezrozumiałe dźwięki, na co mój przełożony oraz stojący obok niego obcy mężczyzna reagowali głośnym śmiechem. Przełknęłam ślinę. Niczego nie rozumiałam, ale podejrzewałam, że zdecydowanie nie powinnam tego oglądać. Zrobiłam krok w tył, aby odejść, niestety zanim zdążyłam zawrócić, szef wyjął pistolet zza paska spodni i z niego wystrzelił.

Serce mi zamarło, adrenalina eksplodowała w żyłach, a pot spłynął po plecach w tej samej chwili, w której krew rozbryzgała się na ścianie. Nieznajomy już nie prosił o litość. Osunął się na posadzkę, plamiąc ją czerwienią. Wiedziałam, że muszę jak najszybciej stąd uciec, ale nie mogłam się poruszyć. Po prostu skamieniałam ze strachu i niedowierzania. W oczach zakołysały mi się łzy. Myślałam, że nic więcej się nie wydarzy, wówczas nieszczęśnik cicho jęknął. Nadal żył.

Przeszło mi przez myśl, żeby wezwać policję albo pogotowie, jednak zanim ten pomysł zdążył na dłużej zakorzenić się w moim umyśle, szef zaklął, potem wystrzelił ponownie. Pisnęłam. Krótko i niemal niesłyszalnie, do tego szybko zasłoniłam usta ręką, lecz to nie wystarczyło. Uwaga obu mężczyzn skupiła się na mnie.

Przez kilka, może kilkanaście sekund mierzyliśmy się spojrzeniami. Przełożony powiedział coś do towarzysza i wskazał na mnie, a ten ruszył w tę stronę. Dopiero wtedy się ocknęłam. Cokolwiek miało się zaraz wydarzyć, byłam na tyle rozgarnięta, by wiedzieć, że nie chcieli ze mną wyłącznie porozmawiać. Właśnie zostałam świadkiem brutalnego zabójstwa z premedytacją. Musiałam natychmiast stąd wiać!

Momentalnie rzuciłam się do ucieczki, słysząc za sobą głośny stukot uderzających o podłogę butów. Szum rozsadzał mi uszy, dłonie drżały, nogi odmawiały posłuszeństwa, ale strach okazał się wystarczającą motywacją. Migiem dopadłam do wyjścia, pchnęłam drzwi i wybiegłam na zewnątrz. Byłam zbyt przerażona, by się odwrócić lub choćby zerknąć przez ramię.

Nie miałam czasu na wątpliwości.

Szaleńczym sprintem ominęłam śmietniki, ślizgając się na zamarzniętej kostce brukowej, aż wyskoczyłam na ulicę. Mężczyzna za mną wołał, dyszał, wyzywał mnie w coraz wulgarniejszy sposób. To tylko dodawało mi energii. Przebiegłam przez jezdnię, następnie na skróty wąską alejką niedaleko parku i dotarłam do postoju taksówek.

Bez zastanowienia wsiadłam do najbliższej z taryf, gwałtownie zatrzaskując za sobą drzwi.

– Jeśli pan… Teraz ruszy… – wydyszałam ostatkiem sił. – Zapłacę podwójnie.

Kierowca rzucił mi zdezorientowane spojrzenie we wstecznym lusterku, aczkolwiek spełnił moją prośbę. Uruchomił silnik, nacisnął kierunkowskaz i pomału włączył się do ruchu. Odczekałam chwilę. Spojrzałam w tył, dopiero gdy przejechaliśmy parę metrów. Nikogo nie zauważyłam. Facet, który mnie gonił, musiał odpuścić lub wymyślił coś innego. Niestety to wcale nie sprawiło, że poczułam ulgę, nawet minimalną. Wręcz przeciwnie.

Coś mi się wydawało, że moja klęska właśnie się rozpoczyna.

MÓJ BŁĄD

Do domu weszłam tylko na chwilę. Spędziłam tam jakieś dziesięć minut, czyli dokładnie tyle, ile potrzebowałam, aby spakować do walizki najpotrzebniejsze rzeczy. W klubie znali mój adres, więc przeczuwałam, że to właśnie tutaj będą mnie szukać w pierwszej kolejności. Zostawiłam właścicielom notatkę, w której wyjaśniłam, że muszę wyjechać na kilka dni, później po cichu opuściłam budynek.

Nie bardzo wiedziałam, co robić dalej. Zamarzyłam o tym, żeby pójść do Michała i ukryć się w jego silnych ramionach, jednak nie chciałam narażać go na niebezpieczeństwo. Musiałabym wyznać mu prawdę, a to mogłoby okazać się fatalne w skutkach. Chłopak kazałby mi iść na policję, powiadomić rodziców i Bóg wie kogo jeszcze, mając oczywiście rację, bo sama poradziłabym identyczne rozwiązanie komuś w mojej sytuacji. Tyle że chodziło tu o moje życie, moją przyszłość, MÓJ pieprzony interes.

Lawirowałam na granicy postradania zmysłów. Bałam się jak jasny gwint, myśli galopowały mi w głowie, a ja kalkulowałam i szacowałam wybór najlepszej opcji. Jakimś cudem wierzyłam, że to wszystko dało się prosto wytłumaczyć. W moim świecie nie zabijało się ludzi z zimną krwią – rozmawiało się i rozwiązywało problemy. Skrycie liczyłam, że może jeśli zadzwonię do szefa, przeproszę za wścibstwo, po czym obiecam, że to się więcej nie powtórzy, puścimy to w niepamięć. Tylko z jakiegoś względu nie potrafiłam się zdobyć na wybranie jego numeru. Chyba podświadomie czułam, że to nie skończy się tak łatwo.

Ostatecznie uznałam, że najmądrzejszym rozwiązaniem będzie przeczekanie. Pojechałam na dworzec, żeby wsiąść w najbliższy pociąg do Przemyśla, mojego rodzinnego miasta.Nie zamierzałam odwiedzać rodziców, bo to zrodziłoby pytania, na które na razie nie chciałam odpowiadać nawet przed samą sobą. Postanowiłam na kilka dni zatrzymać się w domu po babci. Był ruderą, w dodatku wystawioną na sprzedaż, ale wiedziałam, że nikt mnie tam nie znajdzie. W portfelu miałam maksymalnie parę stów, na koncie oszczędnościowym niewiele więcej, stąd nic mądrzejszego nie wymyśliłam.

Posiedzę trochę w odosobnieniu, wyśpię się, najem, potem rozważę, jak z tego wybrnąć.

Będzie dobrze.

***

Najbliższy pociąg odjeżdżał dopiero kwadrans po piątej rano. Do tego czasu dreptałam od peronu do peronu, nie chcąc zostać w jednym miejscu. Z duszą na ramieniu obserwowałam przechodzących obok mnie ludzi, w każdym z nich widziałam potencjalne zagrożenie, a włos jeżył mi się na karku, jak tylko ktoś stawał za blisko.

Krótka drzemka w trakcie jazdy odebrała mi resztki sił i nadziei na to, że wszystko jakoś się ułoży. Kiedy zamykałam oczy, pod powiekami pojawiał się obraz krwi, martwego mężczyzny z klubu, błagalnego wyrazu jego twarzy, gasnącego w nim życia. Wyrwałam się ze snu cała spocona, przerażona i rozdygotana. Ręce i nogi trzęsły mi się ze strachu, a sumienie zaczynało zżerać wnętrzności. Wariowałam.

Gdy po dziewiątej dotarłam do Przemyśla, nieco się uspokoiłam. Wciąż wstrząsał mną strach, jednak myśl o tym, że znajdowałam się prawie trzysta kilometrów od problemów, zadziałała orzeźwiająco. Zrobiłam zakupy, następnie złapałam taryfę i pojechałam do domu po babci. Budynek stał na uboczu, mieszkało tam może ze trzech sąsiadów, niemniej dla bezpieczeństwa poprosiłam kierowcę, aby mnie wysadził uliczkę wcześniej. Resztę trasy pokonałam pieszo, po czym weszłam do środka tylnymi drzwiami, nie chcąc zwracać na siebie uwagi.

Wewnątrz było pusto, chłodno i cicho. Pojedyncze meble pokrywała folia ochronna, prąd został wyłączony, a pomieszczeń nie ogrzewano pewnie od poprzedniej zimy. Mimo wszystko nie mogłam narzekać. Miałam bezpieczne schronienie, dach nad głową oraz czas, by przemyśleć swoją sytuację i jakoś z niej wybrnąć.

W kuchni znalazłam butlę gazową, więc zagotowałam wodę na herbatę i zrobiłam kanapki. Zdjęłam z siebie tylko szalik i rękawiczki, bo ciągnący od nieszczelnych okien wiatr sprawiał, że nie dałoby się tu wysiedzieć w samym swetrze. Wzięłam kęs, drugi, trzeci. Kiedy przełykałam czwarty, zatarabaniła moja komórka. Michał od rana próbował się ze mną skontaktować, miałam od niego pełno nieodebranych połączeń oraz kilka esemesów, ale wciąż je ignorowałam. Nie wiedziałam, co powinnam mu powiedzieć. Nie chciałam go w to wciągać, zanim sama nie wykombinuję, jak się z tego wyplątać.

Odsunęłam od siebie talerz z niedojedzonym posiłkiem, całkiem tracąc apetyt. Nie byłam jeszcze gotowa mierzyć się z własnymi myślami. Zamiast ślęczeć nad półmiskiem, postanowiłam wykorzystać to, że na zewnątrz świeciło słońce. Wstałam od stołu i poszłam pozwiedzać znajome wnętrza. Rodzice pozbyli się wszystkich należących do babci przedmiotów, zostało jedynie trochę mniej zużytych sprzętów czy szafek, lecz przypomniało mi się, jak mówili, że zanieśli na strych pudła z pamiątkami, żeby je stąd zabrać dopiero po sprzedaży domu.

Trzeszczącymi schodami weszłam na najwyższe piętro. Usiadłam na zakurzonej podłodze, przyciągnęłam do siebie jeden z kartonów i zaczęłam przeglądać jego zawartość. W powietrzu tańczyły drobne pyłki zmieszane z ciut zwietrzałym zapachem kwiatowych perfum. Uśmiechnęłam się, czując je wokół, potem wyjęłam metalową pozytywkę. Po nakręceniu zabawka wydała kojący dźwięk, choć zniszczona baletnica nie drgnęła ani o milimetr. Wsłuchałam się w klasyczną melodię i zabrałam za oglądanie reszty. Znalazłam zaśniedziałą biżuterię, jakiś stary medal wojskowy, obraz anioła stróża w pozłacanej ramie oraz inne tego typu drobiazgi.

W drugim pojemniku natknęłam się na pożółkłe dokumenty, rozliczenia podatkowe, świadectwa pracy, akt ślubu, dawne dyplomy, a także stos moich rysunków z dzieciństwa. To było dosyć dziwne, że uznano je za warte zachowania, mimo to zrobiło mi się ciepło na sercu. Kolejna paczka zawierała albumy z czarno-białymi zdjęciami jeszcze sprzed moich narodzin. Odłożyłam je na bok, bo nie znałam większości widniejących na nich osób, za to zapatrzyłam się dłużej w fotografię przedstawiającą całą naszą rodzinę podczas jakiegoś zjazdu. Dziadkowie uśmiechali się do obiektywu, mama z tatą wpatrywali się w siebie jak zakochani nastolatkowie, ciotki z wujkami siedzieli przy stole, pili szampana albo zajadali smakołyki, ktoś kroił tort, tymczasem ja bawiłam się na dywanie z kuzynostwem. Wszyscy wyglądaliśmy na tak szczęśliwych, że po policzkach mimowolnie spłynęły mi łzy.

Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej i przez kilka minut tkwiłam w bezruchu, później otarłam twarz rękawem, nie chcąc dalej się nad sobą użalać. Pochowałam pamiątki z powrotem, zepchnęłam pudła pod ścianę, po czym wróciłam na dół zabrać walizkę. Aby jakoś odciągnąć uwagę od snucia przerażających wizji przyszłości, wzięłam się za szykowanie miejsca do spania. Nadal było wcześnie, zegar wskazywał dopiero piętnastą, ale o tej porze roku szybko robiło się ciemno, natomiast wolałam nie włączać bezpieczników, by przypadkiem nikogo nie zaalarmować. Poszłam na piętro, rozstawiłam świece w sypialni, wyjęłam koce z szafy i pościeliłam wysłużoną wersalkę, na której kiedyś nocowałam, gdy odwiedzałam babcię.

Zmierzch nastał prędzej, niż się spodziewałam, a wraz z nim nasilił się mój lęk. Długo nie mogłam zasnąć, nawiedzana przez niechciane urywki wspomnień, aż wreszcie odpłynęłam z wycieńczenia. Miałam nadzieję, że odpoczynek przyniesie mi odrobinę upragnionej ulgi.

***

Nocą nawiedzały mnie koszmary. Budziłam się parę razy, cała mokra i rozdygotana, marząc o nadejściu świtu. Nowy dzień zaczęłam od przejrzenia krakowskich serwisów informacyjnych w komórce. Internet mobilny miał tu bardzo słaby zasięg, ale nigdzie mi się nie spieszyło. Z jakiegoś powodu spodziewałam się znaleźć wzmiankę na temat brutalnego zabójstwa w centrum miasta, niestety żaden z portali nie napisał o tym nawet zdania, co dało jasny przekaz, że szef musiał skrzętnie zatrzeć wszelkie ślady. Przeraziło mnie, kiedy sobie pomyślałam, że być może nie robił tego pierwszy raz, skoro tak łatwo mu poszło.

 

Kurwa, w co ja się wpakowałam?!

Po dziewiątej Michał znów nagrał mi serię wiadomości głosowych, których nie odsłuchałam, oraz napisał esemesy, które akurat odważyłam się odczytać. Jego początkowa troska szybko przeszła w pełne wściekłości wyrzuty, gdy najwyraźniej przestał martwić się o mój los i przeszedł do oskarżeń o brak szacunku. Domagał się wyjaśnień, rozumiałam go, mimo to nadal nie miałam siły z nim porozmawiać.

Do południa nadeszło więcej nieodebranych połączeń, w tym także od znajomych z pracy, co nasiliło mój niepokój. W domu panowała taka głusza, że każdy głośniejszy dźwięk brzmiał niczym wynaturzenie, odbierając mi całą samokontrolę, dlatego w końcu wyciszyłam telefon i schowałam go do walizki, żeby od niego odpocząć. Dreptałam po salonie, kuchni, pokojach, potem na chwilę wyszłam do ogródu zaczerpnąć świeżego powietrza, ale niewiele to pomogło. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Bałam się, że niebawem postradam zmysły.

Zjadłam prowizoryczny obiad, zdrzemnęłam się, wzięłam prysznic w zimnej wodzie, znowu poszłam spać, wypiłam gorącą herbatę, a komórka wciąż cicho wibrowała pod stertą ubrań w bagażu. Kiedy już nie mogłam jej znieść i postanowiłam ją wyłączyć, nim się rozładuje, zastygłam na widok komnikatu na wyświetlaczu: Numer nieznany.

Mógł dzwonić ktokolwiek, jednak natrętny głos z tyłu głowy podpowiadał raptem jedną osobę. Strach kazał nie reagować, odwaga wyparowała, gardło zaschło, za to rozsądek wręcz krzyczał, bym przestała tchórzyć. Jeśli istniała minimalna szansa na wypracowanie jakiegoś kompromisu, musiałam z niej skorzystać.

Wzięłam głęboki wdech i drżącą ręką odebrałam połączenie.

– Słucham. – Odchrząknęłam. Za wszelką cenę próbowałam utrzymać zimną krew.

– Witaj, Kornelio. – W odpowiedzi usłyszałam męski głos. Szef był spokojny i opanowany, choć nie dało się nie wyczuć ostrzeżenia w tych wypowiedzianych przez niego dwóch słowach. Tyle wystarczyło, aby mój puls przyspieszył, dudniąc w uszach na alarm. – Zapewne już się domyśliłaś, że nie jest dobrze, inaczej zostałabyś w Krakowie. Chciałbym udawać, że błędnie zinterpretowałaś to, co widziałaś…

– Niczego nie widziałam – przerwałam mu. – Nie zamierzam też wracać. Nigdy. Proszę o mnie zapomnieć.

Szef gorzko się zaśmiał, aż poczułam ukłucie w żołądku.

– Niestety nie mogę – kontynuował teraz już praktycznie wyprutym z emocji tonem. – Zaimponowałaś mi szybkością, z jaką opuściłaś miasto, to prawda, ale wiem, że nie zdołasz ukrywać się w nieskończoność. W końcu będziesz chciała odzyskać życie, a wtedy podejmiesz kroki, które oboje nas wpędzą w kłopoty. Przyjedź, zanim sam cię znajdę, bo że znajdę, to wyłącznie kwestia czasu. Zrób to dla własnego dobra.

– Nie znajdzie mnie pan, obiecuję – przekonywałam. – Wyjadę daleko, za granicę, na inny kontynent…

– Zamknij się. To nie są negocjacje – wysyczał, zdradzając bezwzględną naturę, którą widziałam w nim od dawna. – Jeśli sama do mnie przyjdziesz, potraktuję cię… Łagodnie. Jeśli namierzą cię moi ludzie, nie ręczę za nich. Radzę ci, Kornelio, dobrze to przemyśl – zakończył. Ostatni wyraz wrył mi się w umysł niczym wiertło.

Kiedy po drugiej stronie zapadła cisza, z hukiem odłożyłam telefon na bok, jakby dłuższe ściskanie go w palcach mogło mnie poparzyć. Pochyliłam głowę i ukryłam twarz w dłoniach, gorączkowo zastanawiając się, czy był to jedynie zbieg okoliczności, że użył dokładnie tego wyrażenia, czy może okrutna gra słów, która miała mi uświadomić, że mężczyzna doskonale wie, gdzie się ukryłam.

Postawiłam na to pierwsze. Nie mogłam popadać w nonsens. Nikt w klubie nie posiadał informacji o tym, że moja rodzina jest właścicielem starego domu na szarym końcu Polski. Mieli natomiast świadomość, że właśnie stąd pochodzę, bo podawałam im takie dane, gdy przyjmowali mnie do pracy. Idąc tym tropem – jeśli będą pytać i drążyć – zdołają się tego dowiedzieć.

Kurwa!

Starałam się zachować zdrowy rozsądek. Choć w pierwszej chwili chciałam się spakować i uciec, zdałam sobie sprawę, że taka może być ich strategia. Wykurzą mnie z kryjówki, po czym znajdą bez problemu, jak tylko zacznę w panice biegać po mieście. Postanowiłam zostać, ponieważ byłam tu bezpieczna. Nie miałam co do tego wątpliwości. Jedyne logiczne rozwiązanie tosiedzieć na dupie i nie dać się zagonić w pułapkę.

***

Kolejny dzień był koszmarny. Pusty dom, samotność oraz niewiedza doprowadziły mnie do lekkiej paranoi, przez co podskakiwałam niespokojnie za każdym razem, jak tylko usłyszałam głośniejszy szelest. Czułam, że jeśli nie osiwieję, niebawem z nerwów powyrywam sobie wszystkie włosy z głowy, dlatego późnym popołudniem udałam się na spacer po okolicy.

Na dworze robiło się coraz chłodniej, mżyło, a powiewy wiatru nieprzyjemnie chłostały szyję. Po krótkiej przechadzce parkową alejką wstąpiłam do miejscowej kawiarni. Usiadłam z kubkiem latte w najbardziej oddalonym od szyby kącie, gdzie mogłam jednocześnie podładować baterię w telefonie, następnie przewertowałam jedno z dostępnych dla klientów czasopism, dumając nad dalszym życiem.

Wyglądało na to, że powrót do Krakowa definitywnie odpadał, wizyta u rodziców też brzmiała ryzykownie, musiałam więc opracować inne rozwiązanie. Dłuższe ukrywanie się w tym miejscu wpakuje mnie wyłącznie w większe kłopoty, gdy ktoś z biura nieruchomości postanowi wpaść z wizytą i odkryje dzikiego lokatora. Niestety problem polegał na tym, że aktualny stan konta nie dawał mi zbyt wielkich możliwości.

W połowie picia kawy doszłam do wniosku, że moja sytuacja nie była wcale aż taka beznadziejna. Zawsze mogłam wziąć szybki kredyt studencki – banki na pewno miały coś w ofercie – potem kupić bilet na samolot lub zaoszczędzić i spróbować wyjechać z kraju autostopem, co wbrew pozorom wydawało się nawet bezpieczniejsze, bo nie wymagało okazywania dokumentów. Kiedy już przekroczę granicę i odetchnę z ulgą, znajdę jakąś pracę, która pozwoli mi przetrwać, aż nie wymyślę czegoś lepszego.

Do domu dotarłam z całkiem pozytywnym nastawieniem, lecz jak tylko zapadł zmrok, wątpliwości znowu dały o sobie znać. Za dnia mogłam udawać, że w miarę utrzymywałam kontrolę, ale nocą wszystko zaczynało mi przypominać o podłym koszmarze. Leżałam w kurtce, nakryta przesiąkniętą kurzem narzutą, tępo wpatrywałam się w sufit i w kółko analizowałam przebieg rozmowy telefonicznej z szefem. Przemyśl, przemyśl, przemyśl bez przerwy huczało mi w głowie niczym jakaś pieprzona mantra.

Jeśli chciał tym sprawić, że oszaleję, naprawdę działało.

Osiągnęło też inny skutek – zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś z klubu znał mnie na tyle dobrze, że mógłby wiedzieć o tej lokalizacji. Nie przyjaźniłam się z nikim ze współpracowników, za to czasem wychodziliśmy na drinka albo po prostu gadaliśmy, aby czas płynął znośniej. Raczej nigdy im nie wspominałam o rozpadającej się ruinie na zadupiu Polski, jednak nie byłam w stanie wykluczyć, że ktoś zdoła odkryć takie informacje. Większość kolegów znała mojego faceta, zawsze zamieniali z nim kilka zdań, gdy chłopak czekał, aż zbiorę się do wyjścia. To naciągana teoria, ale wcale nie taka nierealna, jak mogłoby się wydawać. Szef przerażał praktycznie każdego w knajpie. Odrobina perswazji potrafiłaby zachęcić kogoś do zyskania w jego oczach.

Zdarłam z siebie koc i po namyśle wybrałam numer Michała. I tak już wystarczająco z tym zwlekałam.