Tylko żywi mogą umrzeć

Tekst
Z serii: Tessa Brown #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tylko żywi mogą umrzeć
Tylko żywi mogą umrzeć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,51  47,61 
Tylko żywi mogą umrzeć
Audio
Tylko żywi mogą umrzeć
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Znacie się? – zapytał Kilian.

Owszem. Nie mogłam co prawda nazwać nas przyjaciółmi, ale od paru lat nasze ścieżki wciąż się przecinały. Głównie wtedy, gdy odwiedzałam jego sklep, choć i on czasem pierwszy nawiązywał ze mną kontakt, jeśli usłyszał o jakiejś robocie lub miał nowe wynalazki, które koniecznie chciał przetestować w praktyce. Ze dwa razy nawet zabrałam go na wspólne polowanie, lecz nie pałał do tego entuzjazmem. Zdecydowanie wolał konstruować broń, niż się nią posługiwać.

– Niech zgadnę – stęknęłam. – To jest ten twój znajomy od ziół?

Kurczę, tego akurat mogłam się domyślić. Ilu było takich jak on w tym mieście?

– Najwyraźniej zaopatruję połowę Pasadeny. – Roześmiał się mężczyzna. – Cześć, Tessa. Ty jak zwykle urocza.

– A ty? – Powiodłam po nim wzrokiem, prychając nieznacznie. – Coś na siebie założył?

Leo zawsze wyglądał tak samo. Zawsze ciemna, dopasowana koszulka, nierzadko z nadrukowanym logo jakiegoś zespołu czy idiotycznym sloganem, zawsze proste, wygodne jeansy i zawsze jego ulubione znoszone trampki. Teraz nieoczekiwanie miał na sobie długi, czarny płaszcz oraz eleganckie pikolaki. Jak nie on. Inny człowiek.

– Konspiracja, moja droga. – Posłał mi buziaka w powietrzu. – Ale powiedzcie lepiej, skąd wy się znacie? Nie było mnie raptem tydzień, a tu takie zmiany?

– Zna...

– To bardzo interesująca i burzliwa historia, jednak do opowiedzenia innego dnia – przerwał mi Kilian. – Wybaczcie moją nieuprzejmość. Im dłużej tu jestem, tym bardziej robię się nerwowy.

– To zrozumiałe – stwierdził Leo.

Zapadła krępująca cisza, podczas której mierzyliśmy się przez chwilę spojrzeniami. Wyczułam, że moja obecność wprowadziła drobne zamieszanie. Chrząknęłam znacząco na demona, bo jeżeli myślał, iż odejdę kawałek dalej, aby mogli swobodnie porozmawiać, to będziemy tak sobie sterczeć, aż nas świt zastanie. Czyli dość długo.

– Możesz mówić przy niej – powiedział wreszcie Kilian. – Jest wtajemniczona w całą sprawę.

– Jasne, a więc do rzeczy – zaczął. – Odwiedziłem kilku dawnych klientów, odebrałem parę przysług i wygląda na to, że mogę mieć pewien trop. Od niedzieli w madryckim Muzeum Prado będzie się odbywać wystawa poświęcona sztuce sakralnej. W tym momencie zwożone są do niego najciekawsze okazy z największych istniejących dotąd kolekcji. Wśród nich znajduje się niewielka gliniana miseczka, służąca w starożytności jako coś na kształt dzisiejszej wiecznej lampki. Napełniano ją tłuszczem i podpalano przed miejscem przechowywania Najświętszego Sakramentu. To jest właśnie wasz cel. Nawiązałem kontakt praktycznie z każdym, z kim tylko mogłem, ale nie zdołałem dotrzeć do nikogo z otoczenia organizatorów wystawy, więc nie udało mi się potwierdzić jego autentyczności. Będziecie musieli niestety zrobić to osobiście. Na przeddzień wystawy zaplanowano bankiet, zatem na pewno będzie niemałe zamieszanie. To dla was najlepsza okazja.

– Mamy lecieć do Madrytu?! – wykrzyknęłam zszokowana. – Przecież to jest gdzie? W Hiszpanii? Toż to inny kontynent!

– W takim razie powinniśmy zacząć się zbierać – stwierdził Kilian. – Samolotem to będzie ile? Jakieś dwadzieścia godzin?

– Chwileczkę! – wtrąciłam. – Jakim cudem zamierzamy to zrobić? W sensie dostać się do tego naczynia? Nikt przecież nie pozwoli nam go stamtąd zabrać.

– Spokojnie. On wie, co robić – oznajmił Leonardo, a ja zauważyłam, jak zmienił się wyraz twarzy Kiliana. Był zasmucony? Zmartwiony? Żałosny?

– To ci pomoże – ciągnął dalej Leo, podając mu niedużą, papierową torbę. – Użyj tego na sobie, zanim...

– Wiem – szepnął Kilian i odebrał od niego tajemniczy pakunek.

– Zanim co? – zapytałam.

Nie odpowiedzieli. Popatrzyli jedynie po sobie. Z ich min ewidentnie mogłam wyczytać, że nie chcieli poruszać tego tematu.

– Zanim co?! – naciskałam.

– Zanim opuszczę to ciało, żeby nawiedzić kogoś innego – odpowiedział Kilian, ściszając głos.

– Ooo – wymamrotałam. Nie tego się spodziewałam, lecz właściwie to całkiem logiczne wyjaśnienie. – Chcesz kogoś opętać? Mówiłeś przecież, że tego nie lubisz.

– Nienawidzę, ale masz inny pomysł? Wyglądając jak jeden z pracowników, nie wzbudzę niczyich podejrzeń. Podmienimy naczynie i nikt się nawet nie zorientuje.

– Nie ma mowy!

– Posłuchaj... – zaczął Kilian protekcjonalnym tonem. – Skoro ci się to nie podoba, nie musisz brać w tym udziału, jednak oboje dobrze wiemy, że tak będzie najłatwiej. Nie chcemy przecież zwracać na siebie uwagi.

– Za cholerę nie puszczę cię samego – burknęłam. – Nie zamierzam ryzykować, że nagle coś ci się odwidzi i pobiegniesz do swojego Mistrza, by podać mu artefakt na srebrnej tacy.

– Ogarnij się, kobieto! Ile razy mam ci powtarzać, że jestem po twojej stronie?!

– Wyczuwam tu drobny problem z zaufaniem – mruknął Leonardo.

– I co? – warknęłam. – Na to też masz jakieś zioła?

– Nie, ale ty najwyraźniej masz ich za dużo. – Wyciągnął rękę, by szarpnięciem zerwać wisiorek z mojej szyi. – To nie tylko ukrywa przed demonami. Wzmacnia również siłę i koncentrację. W twoim przypadku skupiło się bardziej na... hmm... kobiecej naturze.

– Spadaj, Leo! Moja podejrzliwość nie ma najmniejszego związku z hormonami. Tylko idiota nie brałby pod uwagę, że może grać na dwa fronty!

– Nie gra – zapewnił z powagą. – Jeśli nie możesz okazać mu odrobiny zaufania, zaufaj chociaż mnie. Znam go dłużej niż ciebie i wiem, że jego zamiary nie są fałszywe. Poza tym, przy Remielu na początku reagowałaś identycznie, a zobacz, co ostatecznie z tego wynikło.

– Kim jest Remiel? – podpytał Kilian.

– Nie interesuj się – odpowiedziałam, jednocześnie rzucając Leonardowi wściekłe spojrzenie. – Chodźmy już – burknęłam do demona. – Jeżeli mamy wyruszyć na drugi koniec świata, musimy się przygotować.

– Jeszcze jedno – wtrącił Leo. – Rozmawiałem z moim znajomym i zgodził się pomóc na miejscu. Nie mówiłem mu dokładnie, o co chodzi, bo nie wiem, na ile można mu zaufać, ale zapewni wam nocleg, transport czy tego typu sprawy. Nie zdradzajcie mu zbyt wielu szczegółów. Może i kiedyś byliśmy przyjaciółmi, lecz z ludźmi dzieją się różne rzeczy.

– W porządku – przytaknęłam. – Będziemy ostrożni.

– W takim razie nie pozostało mi nic innego, jak tylko życzyć wam powodzenia.

– Dzięki, Leo – mruknęłam. – Coś mi się wydaje, że będzie nam potrzebne...

ROZDZIAŁ 8

Leciałam samolotem zaledwie dwa razy w życiu, gdy Gabriel zabrał mnie na tydzień do Watykanu. Było to jednak kilka lat temu. Wtedy dopiero zapoznawałam się z otaczającym nas światem i oswajałam ze świadomością istnienia demonów. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Wydoroślałam, posiadałam większe panowanie nad sobą, poza tym moja aktualna podróż nie miała nic wspólnego z krajoznawczą wycieczką.

Odprawa bagażu i kontrola bezpieczeństwa przebiegły błyskawicznie w porównaniu z ciągnącym się w nieskończoność oczekiwaniem w hali odlotów. Odczuwałam podwójny stres, jako że chwilowo nie dysponowałam demonicznym ostrzem. Tak naprawdę, oprócz niewielkiego krzyża oraz miniaturowej butelki święconej wody, nie miałam nic. Wymogi lotniskowe były bardzo rygorystyczne. Musiałam zgłosić posiadanie broni obsłudze i umieścić ją w bagażu rejestrowanym. Na pokład samolotu nie mogłam wnieść nawet symbolicznego kozika...

Kilian z kolei zdawał się nie mieć żadnego problemu. Powiedziałabym, że wręcz tryskał dobrym humorem. Mogło to mieć związek z tym, iż byłam nieuzbrojona, ale bardziej przemawiał za tym fakt, że zajadał się wszystkimi możliwymi łakociami, jakie zdołał zakupić w automacie ze słodyczami.

– Dostaniesz cukrzycy, słowo daję – syknęłam, kiedy sięgnął po kolejną paczkę. Zaszeleścił nią natrętnie, byleby tylko zrobić mi na złość.

– Hmm? – wymamrotał z pełnymi ustami, wyciągając w moją stronę opakowanie ciasteczek.

– Nie, dziękuję.

Wzruszył ramionami i powrócił do swojego pasjonującego zajęcia. Postanowiłam go ignorować. Przesiadłam się dwa krzesła dalej, bo zapach czekolady zaczął przyprawiać mnie o rozstrój żołądka. Denerwowałam się. Dla odwrócenia uwagi, raz za razem zerkałam na tablicę z rozkładem lotów. Z niecierpliwością czekałam na moment, w którym nasz numer zabłyśnie na pomarańczowo, a z głośników popłynie komunikat nawołujący do zajęcia miejsca w kolejce.

***

Poza nami na pokładzie samolotu znajdował się spory tłum pasażerów, jednakże pierwszą klasą podróżowaliśmy wyłącznie my. Było to niezwykle komfortowe, biorąc pod uwagę naszą naturę. Umieściłam bagaż podręczny w wyznaczonym do tego schowku i zajęłam swój fotel. Nie mogłam się doczekać, aż wzlecimy na odpowiednią wysokość, bym mogła go rozłożyć. Wprost marzyłam o zaczerpnięciu odrobiny snu! Według planu lot nie powinien trwać dłużej niż piętnaście godzin, lecz to i tak zbyt wiele, jak na zamknięcie w jednym pomieszczeniu sam na sam z Kilianem oraz moimi myślami.

– Wiem, że nie chcesz rozmawiać, ale myślę, że powinniśmy omówić parę spraw – przemówił mój towarzysz, gdy tylko obróciłam się na bok i przyłożyłam policzek do prowizorycznej poduszki.

Jakby dosłownie na to czekał!

– W porządku, i tak bym pewnie nie zasnęła – skłamałam. Nie chciałam wszczynać kłótni. Przyjdzie na to jeszcze wiele okazji.

Przez dobrą godzinę przekonywał mnie o tym, iż jego plan jest najlepszym rozwiązaniem. Kiwałam głową i potakiwałam, wiedząc, że nie zdołam wyperswadować mu tego pomysłu. W myślach układałam natomiast swój własny scenariusz, który nie uwzględniał krzywdzenia niewinnych ludzi. Jeśli zawiedzie, zawsze zostanie mnóstwo czasu na zrealizowanie jego wersji wydarzeń. Największym minusem mojej koncepcji było niestety to, iż wymagała okazania mu ogromnego zaufania...

 

Pozostała część podróży minęła całkiem spokojnie. Większość udało mi się przespać, bo skoro Kilian uznał, że wszystko mieliśmy ustalone, najwyraźniej nie widział sensu, żeby dalej mnie gnębić.

Podczas gdy odbieraliśmy bagaże i opuszczaliśmy halę przylotów, mój wzrok błądził w poszukiwaniu Blake’a, czyli dawnego znajomego Leonarda. Zadzwoniłam do niego, będąc jeszcze w Pasadenie, następnie wymieniliśmy się swoimi zdjęciami, abyśmy sterczenie z transparentami mogli sobie darować.

Tak na serio, czy w dobie Internetu ktoś w ogóle jeszcze tak robił?

Zauważyłam jego szeroki uśmiech przy tablicy informacyjnej. Wyglądał na zmęczonego, jakby dopiero ukończył maraton. Zapewne pojawił się tu raptem kilka minut temu.

– Witajcie! – zawołał zdyszany. – Już się bałem, że was przegapiłem.

– Cześć. Ja jestem Teresa, a to Kilian – przedstawiłam nas przyjaźnie.

– Blake. Miło mi.

Uścisnęliśmy swoje dłonie. Mężczyzna roztaczał wokół siebie aurę wesołego nastroju, dzięki czemu mimowolnie sama się rozluźniłam. Sprawiał miłe wrażenie. Był mniej więcej mojego wzrostu, co znacznie ułatwiało kontakt wzrokowy. Przynajmniej nie musiałam bezustannie sterczeć z odchyloną głową, jak to robiłam, rozmawiając z Kilianem, który przewyższał mnie o jakieś dziesięć cali.

Ruszyliśmy za nim do wyjścia. Jego niesamowicie opalona skóra, zwiewna koszula i luźne, cienkie spodnie powodowały, że z łatwością wtapiał się w tłum. Gdyby nie amerykański akcent, prawdopodobnie ciężko byłoby mi go odróżnić od typowego Hiszpana.

– Dziś rano dostarczyli wasze ubrania – poinformował Blake, kiedy przemierzaliśmy terminal.

– Jakie ubrania? – zapytałam zaskoczona.

– Zamówiłem nam trochę gustownej garderoby w miejskim butiku. – Kilian trącił mnie łokciem. – Chyba nie chciałaś tam iść w dżinsach i wytartym podkoszulku, prawda?

– Kto cię o to prosił? – warknęłam. – Sama chcę wybierać, co na siebie włożę.

– Od razu widać, że jesteście rodzeństwem! – Zaśmiał się Blake. – Ale ty to mi na geja jakoś nie wyglądasz...

Taak. Mogłam trochę nazmyślać podczas naszej pogawędki.

– Co?! – krzyknął Kilian, posyłając mi wręcz mordercze spojrzenie.

– Oj, przestań, brat. – Szturchnęłam go w ramię. – Jesteśmy daleko od domu. Tutaj nie musisz niczego udawać.

– W porządku – burknął, po czym zwrócił się do Blake’a po hiszpańsku. Rozmawiali ze sobą dłuższą chwilę. Nie rozumiałam ani słowa z ich wymiany zdań, więc jedynie wlokłam się za nimi, taszcząc ciężką walizkę. Żaden z nich nie wyraził nawet najmniejszego zainteresowania, aby ją ode mnie przejąć, choć taki Kilian dla przykładu doskonale wiedział, że zestaw broni do lekkich nie należał.

Dotarliśmy na parking. Blake zaparkował na szczęście blisko głównego wyjścia. Niesamowita ulga, musiałam przyznać, bo od niewygodnego uchwytu torby podróżnej nabawiłam się już minimum jednego odcisku.

Bagażnik oczywiście też musiałam obsłużyć sama. Parszywy demon zapewne nagadał bzdur, jaka to niby ze mnie samodzielna kobieta i tego typu historie, bylebym dostała za swoje. Zyskałam pewność, że dyskutowali na mój temat, gdyż zatrzaskując tylną klapę, dosłyszałam ich cichy rechot, a kiedy uniosłam głowę, obaj wybuchnęli głośnym śmiechem.

– Co mu powiedziałeś? – zapytałam skrępowana. Nie miałam granatowego pojęcia, że Kilian umiał posługiwać się tym językiem.

– Nic, nic. – Zdusił śmiech. – Powiedziałem mu tylko, że z nami nie jedziesz.

– Dlaczego? – pisnęłam. Powoli bolał mnie kark od ciągłego patrzenia w górę. Dryblas wielkiej krzywdy by nie doznał, gdyby choć raz się pochylił.

– Bo wolisz złapać metro ze względu na twój froteryzm.

– Froteryzm? – powtórzyłam. – Co to niby jest, do cholery?

– Osiąganie satysfakcji seksualnej poprzez ocieranie się o obcych ludzi w zatłoczonych miejscach publicznych – szepnął do mojego ucha, następnie klepnął mnie w pośladek. – Do zobaczenia, Tessie!

***

Odnalezienie docelowego adresu zajęło dłużej, niż zakładałam. Nie miałam przy sobie planu miasta, nie potrafiłam także porozumiewać się po hiszpańsku. Sporo czasu minęło, zanim trafiłam na kogoś, kto chociaż w połowie zrozumiałby, o co go pytałam.

Mieszkanie Blake’a znajdowało się w zabytkowej kamienicy i było oddalone od Muzeum Prado o zaledwie pół godziny drogi. Budynek nie posiadał windy albo w Madrycie najwyraźniej nimi gardzili. Musiałam pokonać niezliczoną liczbę schodów, aby wejść – uwaga – na najwyższe piętro, bo jakże by inaczej! Gdy dotarłam na górę, ledwo mogłam zaczerpnąć tchu, z kolei pot oblepił już praktycznie każdy fragment mojej skóry. Upał na zewnątrz panował wprost niesamowity, a ja cała ubrana byłam na czarno. Wiedziałam, że tutejsza pogoda nie różniła się aż tak bardzo od klimatu Pasadeny, lecz nie przewidziałam oczywiście nadprogramowego zwiedzania miasta.

Weszłam do środka, klnąc cicho pod nosem. Lokum Blake’a okazało się wyremontowanym starym poddaszem, przystosowanym do warunków mieszkalnych. Musiałam cholernie uważać, żeby nie roztrzaskać sobie głowy o spadziste sufity. Choć na pierwszy rzut oka wydawało się małe, w istocie miało minimum z sześć sypialni, sporą kuchnię oraz okazały salon, w którym zastałam obu mężczyzn, rozmawiających o czymś z ożywieniem. Na mój widok zaśmiali się donośnie, bo zapewne wyglądałam, jakbym zaliczyła bliskie spotkanie z hydrantem.

– Jak tam? – spytał Kilian. – Zaspokojona?

– Piekielnie! Ale oszczędzę ci szczegółów. Ty już dobrze wiesz, jakie to uczucie, prawda? – odgryzłam się. – Rusz tyłek. Niedługo musimy wychodzić.

Odnalazłam swój bagaż w jednej z sypialni i zlokalizowałam łazienkę, aby wziąć orzeźwiający prysznic. Późna pora nie sprzyjała długiej kąpieli, więc jedynie wskoczyłam na szybko pod strumień chłodnej wody, by dać ulgę rozgrzanej skórze.

Kiedy wróciłam do pokoju, zauważyłam na łóżku szary, płócienny pokrowiec. W środku znalazłam długą, szafirową sukienkę, wykonaną z delikatnej koronki i, jeśli miałam rację, miękkiego jedwabiu. Była... ładna. Tak, ładna to idealne słowo, żeby ją opisać. Musiałam przyznać, iż odrobinę mi ulżyło. Obawiałam się, że Kilian zechce przebrać mnie w coś dalekiego od przyzwoitości.

Splotłam włosy w długi warkocz, który podpięłam do góry, tym samym pozostawiając odkryte ramiona, maznęłam kreski na powiekach i wyszminkowałam usta, żeby choć z pozoru wyglądać na kobietę z klasą. Nigdy nie przepadałam za mocnym, skrzętnie wykonanym makijażem. Uznawałam go wręcz za bezcelowy, bo wyobraźcie sobie, że demony nie doceniały moich starań, nie przykładając najmniejszej wagi do tego, jakiego koloru miałam szminkę, gdy recytowałam kolejne wersy egzorcyzmu. Ignoranci...

Włożyłam sukienkę, wygładziłam drobne fałdki oraz zagniecenia i przejrzałam się w lustrze, odkrywając, że pasowała idealnie. Nie była obcisła ani nie krępowała moich ruchów, co uznałam za ogromny atut. Nigdy przecież nie wiadomo, z czym przyjdzie nam się zmierzyć. Do uda przypięłam etui, a w nim ukryłam niewielki sztylet. Nie mogłam wziąć ze sobą demonicznej stali, bo za bardzo odznaczałaby się pod materiałem, ale nie zamierzałam pójść tam całkowicie nieuzbrojona.

Wyłoniłam się z pokoju i wyszłam na korytarz. Na jego końcu stał Kilian. Miał na sobie elegancki garnitur, który sprawiał wrażenie, jakby był szyty na miarę. Dopasowana marynarka uwydatniła umięśniony tors, kiedy wyprostował plecy. Puścił mi oczko, przejeżdżając dłonią po świeżo zgolonych prawie przy skórze, króciutkich włosach. Wyglądał piekielnie dobrze i przyłapałam się na tym, że obserwowałam go zdecydowanie o kilka sekund za długo.

Skrzywiłam się.

Broń cię Boże, Teresa! Za żadne skarby świata nie pójdziemy tą drogą!

– Gotowa? – zapytał z figlarnym uśmieszkiem na ustach.

– Tak – powiedziałam szybko, żeby sobie przypadkiem nie pomyślał, że zaniemówiłam na jego widok.

***

Gdy dojechaliśmy na miejsce, przed muzeum znajdował się już niemały tłum. Wszyscy goście byli wytworni i szykownie ubrani, z pewnością nie wpuściliby mnie tam w traperach. Podziękowałam w duchu Kilianowi za to, że pomyślał o tym dość istotnym szczególe.

Ponieważ Leo nie mógł przewidzieć naszego nieoczekiwanego sojuszu, ku mojemu niezadowoleniu mieliśmy wspólne zaproszenie, na którym widniałam jako nędzne „plus jeden”. Przystanęłam obok demona, żeby korzystając z zamieszania, przypadkiem nie czmychnął do środka beze mnie. Tak, brak zaufania wciąż stanowił kluczową rolę. Złapałam go za ramię, wzdrygając się lekko na bliski kontakt fizyczny, i zauważyłam na jego twarzy rozbawioną minę.

– Co? – zapytałam.

– Nic. – Wzruszył ramionami.

– No co?!

– Nic – szepnął. – Po prostu jakoś śmiesznie chodzisz na tych obcasach.

– Chcesz TY spróbować?

Weszliśmy do środka. Mijając okazały hol oraz długie, jasne korytarze, dotarliśmy do głównej sali, gdzie miał się odbyć bankiet połączony z późniejszym otwarciem wystawy. Owalne pomieszczenie było zachowane w dość nowoczesnym, prostym stylu. Wszędzie wisiały unikatowe obrazy, a ich bogato zdobione pozłacane ramy wyglądały doprawdy luksusowo na ciemnej zieleni ścian. Musiałam naprawdę uważać, żeby się przypadkiem nie poślizgnąć na świeżo wypastowanej posadzce, kiedy szłam z uniesioną głową oraz spojrzeniem zawieszonym na odrestaurowanym, kasetonowym suficie.

– Powinniśmy się rozdzielić i zaczekać na oficjalną inaugurację – zagadnęłam, stając przy Kilianie obok Panien dworskich Velázqueza.

– Aha – mruknął.

– Później jak najszybciej zlokalizujemy ten domniemany artefakt...

– Aha.

– ...i jeśli okaże się, że...

– Aha.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – syknęłam wściekle. Podążyłam za jego wzrokiem i zauważyłam ogromny, szwedzki stół, po brzegi wypakowany słodyczami.

– Uuu, ciasteczka! – zakomunikował, szybkim krokiem ruszając w jego stronę.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

Jasne, to główny cel naszej wizyty!

Rozdzieliliśmy się. Do rozpoczęcia został niecały kwadrans. Obeszłam salę dookoła, przepychając się w tłumie i udając, że wszystkie eksponaty robiły na mnie ogromne wrażenie. Nie chciałam tego przed sobą przyznać, ale odczuwałam drobny lęk na myśl o tym, co nas czekało. Jeżeli cokolwiek pójdzie nie tak, jeśli ktoś nas zauważy albo odkryje, co planujemy, wszystko trafi szlag. Następnego dnia z samego rana media roztrąbią o próbie kradzieży i uwaga całego świata zwróci się w stronę kawałka starego, glinianego naczynia.

Wypiłam trzy kieliszki szampana na uspokojenie i rozejrzałam się za Kilianem. Był dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiłam.

– Próbowałaś makaroników? Są lekkie jak chmurki, a gdy muskają podniebienie, czujesz się dosłownie, jakbyś dotykała nieba – oznajmił Kilian, kiedy do niego podeszłam.

– Nie robimy twojego planu – mruknęłam cicho.

– Co? – Niechętnie oderwał się od jedzenia, spoglądając na mnie ze zdziwieniem.

– Zrobimy to po mojemu. – Potarłam spoconymi dłońmi o materiał sukienki. Do otwarcia wystawy zostało raptem z sześć minut, a ja denerwowałam się coraz bardziej. – Mój sposób nie przewiduje opętania kogokolwiek.

– O czym ty mówisz? – Szarpnął mnie za ramię i zaciągnął w mniej oblegany fragment sali. – Za późno już na zmianę strategii. Sprawa jest zbyt poważna, żeby improwizować!

– Widzę – syknęłam. – To właśnie dlatego obżerasz się łakociami, zamiast obserwować pomieszczenie?

– Byłem tu wielokrotnie. Kolekcjonerzy sztuki to pazerne bestie, gotowe oddać wręcz własną duszę, byleby tylko powiesić sobie jedno z tych cudeniek nad łóżkiem. Widzisz tego Boscha? – Wskazał palcem na prawo. – Fałszywka od 1856 roku, moja zasługa. A tamten Veronese przy wejściu? – Zamachał ręką w kierunku drzwi. – Oryginału zażyczył sobie jeden biznesmen z Norymbergi. A ten...

– Dobra, rozumiem, do czego zmierzasz – przerwałam mu ze złością. – Nie zmienia to jednak faktu, że nie mam zamiaru nikogo krzywdzić. Obiecuję ci, że jeśli mój plan zawiedzie, zostanie jeszcze mnóstwo czasu na wykonanie twojego. Może nawet znacznie ułatwi ci zadanie.

– W porządku – zgodził się. – Jaki masz pomysł?

Podeszłam bliżej. Pociągnęłam Kiliana za krawat, żeby siłą zmusić go do pochylenia głowy. Kiedy wreszcie lekko się zgarbił, wyszeptałam mu do ucha wszystko, co wymyśliłam. Nie był to jakiś genialny, diaboliczny plan, ale jeśli dobrze to rozegramy, z pewnością nam się powiedzie.

– Zgadzasz się? – spytałam z nadzieją.

 

– Jesteś pewna, że tego chcesz? – Poprawił kołnierzyk koszuli.

– Tak – potwierdziłam od razu.

– A więc zgoda... – przytaknął bez zapału.

– Masz replikę na podmianę? – Wolałam się upewnić, niż potem żałować.

– Mam.

– Pokaż mi – zażądałam. Dyskretnie rozejrzałam się po pomieszczeniu, aby sprawdzić, czy nikt nas nie obserwował.

– Wiesz... – Kaszlnął. – Tutaj nie bardzo mogę... Musiałem ją dobrze ukryć, żeby nie była widoczna.

– Nieważne – naciskałam. – Chcę zobaczyć.

– Tessa...

– Pokazuj, do diabła! – Szarpnęłam Kiliana za mankiet marynarki, jako że próbował odejść kawałek dalej. – Natychmiast.

– Skoro nalegasz... – Westchnął, przewracając oczami.

– Cholera! Nie pokazuj, nie pokazuj! – powstrzymałam go, gdy sięgnął dłońmi do paska w spodniach i zaczął rozpinać rozporek. – Co ci strzeliło do łba? Lepszej kryjówki nie znalazłeś?!

– Improwizowałem – oznajmił z rozbawieniem. – Ty gdzie byś ją schowała, mądralo?

Hmm... Dobre pytanie...

– Chyba już mało istotne, nie? – Odchrząknęłam znacząco. Żywcem debil! – Teraz uważaj. Liczę na to, że mnie nie oszukasz. Okazuję ci tu ogromny przejaw zaufania, co przychodzi mi z wielkim trudem. Jeśli mnie wykiwasz, możesz być pewien, że odnajdę cię choćby w najgłębszych otchłaniach Piekieł, następnie wyślę twoje dupsko tam, gdzie...

– Zrozumiałem.

– Dobrze. – Nabrałam powietrza. – Zaczynajmy.

***

Przenieśliśmy się na wyższe piętro. Podążałam za tłumem i próbowałam jak najszybciej odnaleźć cel naszego przybycia. Wypiłam kolejne dwa kieliszki szampana, aby dodać sobie odwagi.

Ile to już razem? Z pięć? Eee... Bez znaczenia w sumie. Im bardziej byłam wstawiona, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że stchórzę w ostatniej chwili i zdam się na Kiliana.

Krążyłam wśród zbiorowiska, zaglądałam do wszystkich witryn, uważnie obserwowałam każdy eksponat, który choć w najmniejszym stopniu przypominał starożytne naczynie. Zerowy rezultat. Zatrzymałam się na dłużej dopiero jakieś dziesięć minut później, gdy przystanęłam naprzeciwko szklanej gabloty i utkwiłam wzrok w miniaturowej, glinianej miseczce.

To niby o to tyle krzyku?

Opisy były jedynie po hiszpańsku. Obróciłam się dookoła, aby napotkać spojrzenie Kiliana. Skinęłam na niego głową i odeszłam od znaleziska, czekając na fachową opinię. Kiedy zauważyłam jego zadowoloną minę, wiedziałam, że dobrze trafiliśmy.

No dobra... Sama tego chciałam... Zaczynamy zabawę.

Wzięłam głęboki wdech. Rozciągnęłam mięśnie szyi oraz nadgarstków. Przechyliłam kieliszek. Jednym dużym łykiem opróżniłam całą jego zawartość, potem z impetem rozbiłam szkło o marmurową posadzkę. Uwaga wszystkich przechodzących w pobliżu osób skupiła się na mnie.

Krzyknęłam, pozwalając adrenalinie krążyć swobodnie po organizmie. Wzrost ciśnienia rozgrzewał żyły. Przyspieszony rytm serca pompował krew do mózgu w zawrotnym tempie. Już za późno na wątpliwości.

Złapałam stojący w rogu słupek, który zagradzał przejście do dalszej części muzeum. Odczepiłam zahaczoną o niego linkę, łączącą go z pozostałymi elementami. Zamachnęłam się z całej siły i rzuciłam nim przed siebie, rozbijając stojące w pobliżu witryny, w tym także tę, która najbardziej mnie interesowała. Rozległ się piskliwy dźwięk alarmu, a ja zaczęłam wrzeszczeć na całe gardło, zupełnie jakbym zamierzała go zagłuszyć. Ludzie przyglądali mi się z zainteresowaniem. Ich wzrok był skupiony całkowicie na mojej osobie.

Złapałam następny pachołek. Strąciłam nim wiszącą na ścianie kamerę. Sięgnęłam po kolejny i wprawiłam go w lot, aż przefrunął przez całą długość sali. Zaśmiałam się. Zostały jeszcze dwa. Za chwilę nie będę miała czym bałaganić!

Zmieniłam taktykę. Lina wyglądała dość kusząco. Zarzuciłam nią niczym lassem, rozrzucając przy okazji wszystko, co napotkała na swojej drodze. Znów krzyknęłam. Przebiegłam długość pomieszczenia. Bezskutecznie próbowałam wypatrzeć Kiliana. Miałam nadzieję, że nie wydurniałam się na darmo!

Moje przedstawienie trwało dłuższą chwilę, zanim podbiegła ochrona. Szarpałam się i wyrywałam, potrzeba było ich aż czterech, żeby powalić mnie na ziemię. Pomimo iż ręce miałam skrępowane, nie przeszkadzało mi to w pokrzykiwaniu czy kopaniu nogami na wszystkie strony. Siłą dźwignęli mój tyłek z podłogi. Wokół zebrał się spory tłum. Wszyscy obserwowali nas ze zdziwieniem, zainteresowani powodem mojej histerii. Ewidentnie umiliłam im ten wieczór.

Zostałam odeskortowana do skromnego pokoju na zapleczu. Posadzili mnie na krześle i skuli nadgarstki kajdankami. Od razu zaczęli zadawać miliardy pytań w swoim języku. Milczałam. Próbowałam odwlec to w czasie. Wiedziałam, że jeszcze tej samej nocy skończę w areszcie, albo może nawet przed jakimś wyjątkowo sprawnym, europejskim sądem, więc jakoś nie miałam ochoty na wielokrotne tłumaczenie się. Sprawdziłam. Za zniszczenie zabytku wlepiali głównie grzywnę lub krótką odsiadkę, ale jeśli Kilian dotrzyma swojej części umowy, jutro wrócę do domu.

– Nie rozumiem, co mówicie! – krzyknęłam, gdy oglądanie ich rozwścieczonych twarzy zaczęło mnie nieźle irytować.

– Angielka? Pytałem, co to było? – przemówił łamaną angielszczyzną jeden z ochroniarzy.

– Happening. – Obdarzyłam go krótkim uśmiechem, tupiąc nogą ze zniecierpliwieniem.

– Happening? – powtórzył.

– To takie dramatyczne przedstawienie artystyczne – wyjaśniłam na szybko. – Wiecie, abstrakcyjny ekspresjonizm i tak dalej.

– Artystka?

– Tak, jestem artystką. – Przytaknęłam kiwnięciem głowy.

– Artystka ma kłopoty – oznajmił ucieszony. Przeczesał dłonią przydługie, spocone włosy i głośno dysząc, zajął taboret niedaleko mojego. Najwyraźniej musiałam chłopa nieźle wymęczyć.

Pięć minut, dziesięć, piętnaście. Nic się nie działo, nikt nie przychodził. Siedziałam na twardym krześle i błagałam Niebiosa, aby Kilian dotarł na czas. Moja obstawa dyskutowała między sobą, z minuty na minutę tracąc mną zainteresowanie, dzięki czemu mogłam zerkać przez ramię na ekrany monitorów, obrazujące nagrania z kamer.

Przełknęłam ślinę, dostrzegając dwóch policjantów. Przemierzyli krótki korytarz, by po chwili otworzyć drzwi z głośnym piskiem. Nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi. Rozmawiali wyłącznie z ochroną, podnosząc raz za razem rozwścieczone głosy. Co prawda moja znajomość hiszpańskiego oscylowała w okolicy zera, lecz nie trzeba być poliglotą, aby wiedzieć, że nie brzmiało to zbyt wesoło.

Dopiero po dłuższym czasie przypomnieli sobie o moim istnieniu. Jeden z funkcjonariuszy szarpnął mnie za ramię i wyprowadził z pomieszczenia. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Twardy glina.

Wyszliśmy na zewnątrz tylnymi drzwiami. Nerwowo rozglądałam się za Kilianem, ale nigdzie go nie widziałam.

Gdzie on jest, do cholery?! Mieliśmy umowę!

Oddaliliśmy się od budynku, podążając wzdłuż gęstych zarośli. Na dworze zapadł zmrok, poza tym nie znałam tych terenów, zatem nie wiedziałam, dokąd mnie prowadził. Zaczęłam przeczuwać, że lada moment dostrzegę oświetlony radiowóz, lecz nic takiego nie nastąpiło.

Przystanęliśmy, a potem, ku mojemu zdziwieniu, policjant rozkuł mnie z kajdanek.

– Happening! – zawył, rechocząc na całego.

– Kilian? – Cofnęłam się o krok. Rozmasowałam obolałe nadgarstki, niepewnie lustrując rozweseloną twarz nieznajomego.

– Żałuj, że nie widzisz teraz swojej miny! – Uniósł rękę i zaczął wskazywać na mnie palcem.

– Przestań pajacować, idioto! – Przyrżnęłam mu pięścią w ramię. – Masz naczynie?

– Myślisz, że gdybym miał, zabawiałbym się w przebieranki?

– Co poszło nie tak? – dociekałam, próbując nie dać po sobie znać, jak bardzo byłam zdenerwowana.

– Narobiłaś takiego bajzlu, że nie zdążyłem go odszukać – wyjaśnił z niezadowoleniem. – Ochrona zjawiła się błyskawicznie. Byli nieźle zorganizowani, to trzeba im przyznać.

– Co teraz? – zapytałam chłodno.

– Teraz posiedzisz grzecznie w samochodzie, a resztę zostawisz zawodowcowi – zakomunikował z dumą, rzucając mi czarujące spojrzenie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?