Tylko żywi mogą umrzeć

Tekst
Z serii: Tessa Brown #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tylko żywi mogą umrzeć
Tylko żywi mogą umrzeć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,51  47,61 
Tylko żywi mogą umrzeć
Audio
Tylko żywi mogą umrzeć
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jeżeli to twoja kolejna manipulacja, przyrzekam, że cię zabiję, a twoje wnętrzności będą zbierać tygodniami!

– Nie kłamię. Teraz musimy ruszać. – Wbił we mnie wściekły wzrok. – Jeśli złapią nasz zapach, to koniec!

Niespiesznie cofnęłam rękę, pozwalając mu ponownie wprawić maszynę w ruch. Odwróciłam się, lecz wciąż niczego nie dostrzegałam. Jakim cudem on widział coś, czego ja nie potrafiłam?

– W schowku jest medalion. Załóż go, to je zobaczysz – oznajmił Kilian, jakby odgadując moje myśli.

Pociągnęłam za uchwyt i sięgnęłam ręką do skrytki, wtedy wyczułam pod palcami okrągły przedmiot. Wyjęłam go, z rezerwą obracając w dłoni. Śmierdział mieszanką ziół oraz, o ile się nie myliłam, odrobiną acetonu, ale wyglądał zwyczajnie.

– Co w tym jest? – zapytałam, marszcząc brwi.

– To, co sprawia, że ani ty, ani żadne demony nie są w stanie mnie rozpoznać.

– To istnieje coś takiego? – Na powrót przeniosłam wzrok na metalowy wisiorek, doszukując się w nim czegoś niezwykłego. Niczego nie dostrzegłam. – Skąd to masz?

– Znam jednego gościa – rzucił krótko.

– Znasz gościa? – Zaśmiałam się panicznie.

Zlekceważył moje zachowanie. Był zbyt zajęty lawirowaniem pomiędzy zaparkowanymi przy drodze samochodami. Wzięłam głęboki wdech i założyłam medalion przez głowę. Kiedy zawisł w okolicy serca, moje oczy rozbłysły, a w nos uderzył ostry zapach siarki. Spojrzałam na Kiliana w całej jego okazałości. Mrok aż z niego kipiał, wypływając na boki. Złocisty blask tęczówek wprawiał w ruch cały mój organizm. Demoniczna energia buzowała w powietrzu, jeżąc skórę na karku. Wyglądał jak prawdziwy demon z krwi i kości, jednak było w nim też coś dziwnego. Coś obcego, odróżniającego go od innych z jego gatunku, chociaż na pierwszy rzut oka nie potrafiłam stwierdzić co.

Zadrżałam. Poczułam w ustach metaliczny posmak. Tak bardzo starałam się go nie zaatakować, że aż ugryzłam własny język. Z całej siły próbowałam trzymać ręce przy sobie; walczyłam ze swoją naturą. Odwróciłam się do tyłu, aby zająć czymś myśli, i wtedy je zobaczyłam.

– Jasna cholera! – krzyknęłam na całe gardło. Moje źrenice rozszerzyły się chyba trzykrotnie.

Jakieś pół mili za nami biegło sześć stworów. Były ogromne i wysokie na co najmniej dziesięć stóp – stwierdziłam to po tym, że sięgały niemal do połowy ulicznych latarni. Gnały na czterech łapach. Płonące żywym ogniem cielska miały tak wychudzone, że miejscami prześwitywały nagie kości. Z pysków toczyła się piana, oczy błyszczały szkarłatem, a zakończone ostrymi szpikulcami ogony fruwały w powietrzu, rozrywając na strzępy wszystko, co napotkały na swojej drodze.

Odniosłam wrażenie, jakbym po raz pierwszy w życiu odczuła strach. I nie chodziło mi tu o lęk czy obawę, ale o prawdziwe, pierwotne przerażenie. W porównaniu z nimi demony były jedynie niegroźnymi karaluchami.

– Można je zabić? – wyjąkałam drżącym głosem.

– Przez tysiąc lat widziałem może jeden czy dwa takie przypadki. Ich wygląd to zasługa mijającego czasu. Każdy z nich istnieje od początku wszechświata. – Zamilkł na chwilę. – W bagażniku mam coś, co zmyli ich zmysły. Są ślepe, podążają za nami jedynie po zapachu. Jeśli udałoby ci się do niego dosięgnąć, może zdołamy je zgubić.

Zamknęłam oczy na kilka sekund, potem wzięłam głęboki wdech i schowałam sztylet do wewnętrznej kieszeni kurtki. Raczej nie miałam innego pomysłu na zlikwidowanie tej pędzącej za nami nadnaturalnej watahy, niż posłuchanie Kiliana oraz odnalezienie wspomnianej przez niego broni.

Z trudem przecisnęłam się na tylne siedzenie. Bujało nami na wszystkie kierunki, co definitywnie nie ułatwiało mojego zadania. Odczepiłam zatrzask mocujący oparcie fotela, wtem nagle poleciałam na bok, uderzając głową o twarde drzwi.

– Ej! Mógłbyś tak nie szarżować? – Pomasowałam obolałą skroń i, zapierając się rękami, powróciłam do poprzedniej pozycji. – To jakaś zemsta za wczoraj?

– Ty to powiedziałaś. – Delikatny uśmieszek na moment zagościł na jego ustach. Dostrzegłam to wyraźnie we wstecznym lusterku.

– Teraz przynajmniej wiem, dlaczego ci wczoraj przyrżnęłam. Choć zdołałeś mnie omamić, moja podświadomość działała bez zarzutu, demonie. A już zaczynałam się obawiać, że mam jakieś problemy z agresją. – Zajrzałam do wnętrza bagażnika. – Czego mam szukać?

– Niedużego płóciennego worka. Białego, przeplatanego czarną nicią.

Jasne. Ciekawe, jak miałam go zlokalizować w tym burdelu. Wszystko walało się w nieładzie, mieszając ze sobą za każdym razem, gdy tylko zarzucało samochodem na boki. Miałam już się odezwać, że widziałam ich tam ze trzydzieści, ale wtedy dostrzegłam leżącą pod moim kolanem sakiewkę. Podniosłam ją. Otworzyłam i szybko od siebie odsunęłam.

– Co to jest, do cholery?! – Poczułam w nozdrzach ostry zapach, dosłownie wykręcający moją twarz.

– Suszony chrzan pospolity z dodatkiem czosnku – wytłumaczył zwięźle. – W niewielkich ilościach nadaje się również do sałatek.

– Jesteś pewien, że to zadziała? – Zmarszczyłam czoło. Jakoś miałam wątpliwości...

– Działa na mojego.

– Masz swojego ogara?! – pisnęłam. – Albo nie, lepiej nie odpowiadaj. Nie chcę wiedzieć!

Poprawiłam oparcie i ścisnęłam woreczek w dłoni. Jeżeli dobrze się domyślałam, to do mnie należało zadanie, żeby go użyć.

Oplotłam ciało pasem bezpieczeństwa. Opuściłam szybę. Wychyliłam się na tyle, by zauważyć goniące nas piekielne kreatury, lecz jednocześnie tak, by niechcący nie wypaść na zewnątrz. Otworzyłam sakiewkę. Niewiele myśląc, wysypałam mniej więcej połowę jej zawartości. Powietrze momentalnie wypełniła gryząca woń, a ulicę pokryła gęsta mgła.

– Zakręt! – krzyknął Kilian.

Od razu wróciłam do środka. Obserwowałam z zapartym tchem, czy nasza mała sztuczka odniosła oczekiwany rezultat. Musiałam wytężyć wzrok, żeby dostrzec cokolwiek. Okolicę w mig zasnuła rozpraszająca się dookoła szarawa pomroka.

Wyjrzałam przez okno. Prawie. Dwie bestie wciąż gnały za nami, ale zdecydowanie wolniej. Ewidentnie były zdezorientowane.

– Skręć parę razy, to je zgubimy – poinstruowałam. Wystawiłam dłoń, by wysypać pozostałą część proszku.

Kilian przejechał przez tuzin bocznych uliczek, po których wyskoczyliśmy na autostradę. Szybko wmieszaliśmy się między samochody. Jaskrawy blask latarni oświetlał jezdnię, dzięki czemu mogłam dokładniej obserwować sytuację. Zapanowała dłuższa cisza. Odetchnęłam z ulgą. Nie miałam burego pojęcia, jakim cudem, lecz się udało. Nasi prześladowcy zniknęli.

Przecisnęłam się na przednie siedzenie i oparłam głowę o zagłówek. Milczałam, obserwując mijające nas pojazdy. Choć za wszelką cenę nie chciałam się do tego przyznać, stanowiliśmy zgrany zespół. Mimo wszystko nie wiedziałam, czy to wystarczy, abym pozwoliła sobie na opuszczenie gardy i okazanie mu zaufania. W końcu, w całej historii świata, pakt z diabłem jeszcze nigdy nie wyszedł nikomu na dobre...

– Wysadź mnie w centrum – zażądałam.

– Po co? – zdziwił się.

– Chcę wrócić do domu, ale za cholerę ci nie powiem, gdzie mieszkam – odpowiedziałam szorstko.

– Naprawdę uważasz, że nie wiem, gdzie mieszkasz? – Roześmiał się. – Jesteś urocza.

– Więc jednak mnie śledziłeś! – Aż się zagotowałam. – Dlaczego?

– Polujesz na demony, choć bliżej ci do jednego z nich niż do człowieka. Byłem ciekawy, czy to tylko taka gra, czy rzeczywiście nie stoisz po ich stronie. Zaczęłaś szukać artefaktów. Musiałem się upewnić, z kim mam do czynienia – podkreślił. – A jeśli chodzi o powrót do domu, nie sądzę, że to dobry pomysł.

– Niby dlaczego? – zapytałam z wyraźnym powątpiewaniem w głosie.

– Dlatego, że jeżeli się domyślili, że mustang należy do ciebie, z pewnością namierzyli już twój adres i zrobili tam niezły kocioł.

– Zawieź mnie. – Zignorowałam jego słowa.

– Nie wierzysz mi? – Oderwał na moment wzrok od drogi, przenosząc uwagę na moją twarz.

– Wyobraź sobie, że to akurat jedyna rzecz, w jaką jestem w stanie ci uwierzyć. Domyślam się, że zapewne mówisz z doświadczenia.

– Zrobiłem w przeszłości trochę złych rzeczy, ale już za to odpokutowałem. – Ponownie zerknął na jezdnię. – A jeśli mówię, że powrót do mieszkania to zły pomysł, oznacza, że tak właśnie jest.

– Nieważne – burknęłam. – I tak chcę tam jechać.

– Tłumaczę ci, że...

– Nie obchodzi mnie to! – przerwałam mu. – Nawet jeżeli masz rację, tym bardziej powinnam tam zajrzeć. Zabrać najważniejsze rzeczy, zanim ktoś mnie uprzedzi.

Kilian zacisnął dłonie na kierownicy, aż zbielały mu kłykcie. Jego szeroka szczęka poruszyła się, gdy napiął wszystkie mięśnie, wyraźnie przeciwny wycieczce do mojego mieszkania. No przykro mi bardzo...

– W porządku – syknął wreszcie. – Musimy być ostrożni. Jeśli jakiś demon odkryje, kim jestem i doniesie o tym Mistrzowi... – Zawiesił głos. – Zdołałem ukryć swoją tożsamość przez niemal pół wieku. Nie zamierzam dać się złapać, bo ty chcesz zabrać kilka klamotów.

– Możesz być spokojny.

***

Cichutko i niepostrzeżenie zakradliśmy się do mojej kawalerki. Trwało to dłużej, niż przypuszczałam, lecz ostatecznie nie natrafiliśmy na żadnego demona. Moje mieszkanie wyglądało tak, jakby znalazło się w centrum tornada: cała zawartość mebli dekorowała każdy skrawek podłogi. Zebrałam w pośpiechu nieco ubrań na zmianę i zanurkowałam pod łóżkiem, żeby wydobyć spod niego skrzynkę, w której trzymałam broń. Poza sztyletem nie zostało mi nic. Większość tkwiła w bagażniku mustanga, a reszta ozdabiała podwórko Gonzalesa.

Zabrałam wszystko, co tylko zmieściło się w plecaku. Kilian w tym czasie stał w progu. Wyglądał na zaniepokojonego. Raz za razem wychylał się na korytarz, nerwowo obracając w dłoni kluczyki do samochodu. Chyba rzeczywiście odczuwał strach, że ktoś mógł nas obserwować.

 

Zbagatelizowałam go. Poszłam do kuchni, by z puszki po kawie wydobyć swoje oszczędności oraz pamiątkę po matce. Tak jak podejrzewałam, miejsce to pozostało nietknięte. Każdy złodziej sprawdziłby je w pierwszej kolejności, ale oni mieli inny cel.

– Gotowa? – zapytał Kilian, wkładając ręce do kieszeni.

– Tak myślę...

– Więc chodźmy. – Westchnął. – U mnie będziemy bezpieczni.

– Chwileczkę! – zawołałam. – Chyba nie myślisz, że pojadę do ciebie?!

– A masz lepszy pomysł?

Cóż. Zawsze mogłam przenocować u Gabriela, lecz narażanie go na niebezpieczeństwo byłoby zbyt ryzykowne. Z kolei piżama party u Remiego skończyłoby się tylko w jeden możliwy sposób...

– To nie wypali. – Pokręciłam głową. – Zamorduję cię we śnie.

– Wierzę, że dasz radę się powstrzymać – parsknął kpiąco.

Spojrzałam na niego z niezadowoleniem, mimo to wiedziałam, że miał rację. Skoro przez tyle lat zdołał unikać demonów, z pewnością nas tam nie odnajdą. Zapewne jego mieszkanie było wręcz naszpikowane różnego rodzaju specyfikami, które maskowały wszystko w odległości parunastu jardów.

– Zgoda – mruknęłam zrezygnowanym głosem.

– Dlaczego się uśmiechasz?

– Bez powodu – odpowiedziałam surowo, ale obraz ostrza zatapianego w jego ciele nie chciał zniknąć z mojej wyobraźni. Zobaczymy, które z nas zaśnie jako pierwsze...

ROZDZIAŁ 7

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w lekkim półmroku. Jedynie wpadające przez okna światło księżyca oświetlało jego twarz. Opierałam plecy o ceglaną ścianę i ściskałam w dłoni demoniczne ostrze. Moja obsesja na punkcie sprawowania kontroli nie pozwalała pozostawić niczego przypadkowi.

Nie bałam się go. Czułam, że nie zamierzał zrobić mi krzywdy, ale jakby nie było, naprzeciw mnie nie siedział człowiek. On jedynie wykorzystywał jednego z nich, by osiągnąć swój cel.

Obserwowałam go uważnie. Medalion wciąż wisiał na mojej szyi, a ja nie potrafiłam stwierdzić, dlaczego Kilian wydawał mi się inny niż pozostałe demony. Dostrzegałam w nim coś odmiennego, coś jakby bardziej... ludzkiego?

Pokręciłam głową, aby odepchnąć tę myśl. Jego dusza nie należała do czystych, mimo to jakimś cudem chciałam sobie wmówić, iż było inaczej. Nie miał w sobie dobroci ani szlachetności. Nie chciał ratować świata, tylko własny tyłek. Być może doszukując się w nim człowieczeństwa, chciałam jedynie usprawiedliwiać własne czyny. To, że zamiast go zniszczyć i na zawsze pozbawić Podziemia możliwości otwarcia Bram, niespodziewanie oraz bez opracowania jakiegokolwiek planu naprawdę rozważałam udzielenie mu pomocy i walkę przy jego boku. Zupełnie jakbyśmy niczym się od siebie nie różnili. Jakbyśmy stali na równi.

Co się ze mną dzieje, do cholery?

Kaszlnęłam. Podłoga, na której siedziałam, była zimna. Przeszywał mnie chłód, jednakże nawet przez ułamek sekundy nie rozważałam położenia się do łóżka. Nie zamierzałam spać, kiedy on siedział zaledwie kilka kroków dalej. Może i potrzebował mojej pomocy, lecz to nie oznaczało, że od razu powinnam mu zaufać.

Po raz kolejny popatrzyłam na jego twarz.

– Jest w tobie coś, co odróżnia cię od pozostałych – stwierdziłam, przerywając tym samym panującą od dłuższego czasu ciszę. – Nie wiem dlaczego, ale nie otacza cię ta mgła.

– Jaka mgła? – Uniósł brew.

– Gdy wyczuwam w tłumie demoniczną energię, rozpoznaję swój cel po tym, że wygląda, jakby kroczył wśród cieni. Jest niewyraźny, jak gdyby spowijała go mgła. Jednak u ciebie tego nie ma.

– Naprawdę? – Spojrzał na mnie z zainteresowaniem. – Tak nas postrzegasz?

– A wy nie? – zdziwiłam się. – Nie widzicie tego?

– Nie – zaprzeczył, łagodnie kręcąc głową. – Ja już z dużej odległości wiem, gdzie w pobliżu znajduje się demon. Odczuwam pewną siłę, coś na kształt przyciągania. Można powiedzieć, że określenie „ciągnie swój do swego” ma tutaj spore zastosowanie.

– A ja? – zapytałam nieśmiało. – Do mnie też czujesz takie... przyciąganie?

– Pytasz, czy wyczuwam twojego demona?

– Tak – szepnęłam skrępowana. Wiedziałam, że on istniał, ale byłam ciekawa, jak dużą część mnie stanowił.

– To zależy. Kiedy siedzisz teraz naprzeciwko, nie różnisz się niczym od normalnego człowieka, za to gdy walczysz i pozwalasz mu przejąć kontrolę, to tak, czuję przyciąganie, lecz znacznie słabsze. Gdybym się nie zorientował, czym jesteś, prawdopodobnie mógłbym tego nawet nie zauważyć. Podejrzewam, że inni często tego nie czują. W sensie inne demony, te słabsze i niedoświadczone.

– Fakt – przytaknęłam. – Zazwyczaj orientują się dopiero, kiedy jestem parę kroków od nich, natomiast są też tacy, którzy w ogóle tego nie widzą.

– Osoby takie jak ty przychodzą na świat bardzo rzadko – wyjaśnił. – Raptem dwa czy trzy razy w przeciągu kilku dziesięcioleci. Twoja matka lub ojciec musieliby...

– Ojciec – weszłam mu w słowo – ale nie rozmawiamy teraz o mnie. Chcę wiedzieć, dlaczego ty jesteś inny niż pozostali. To jakaś kolejna sztuczka?

– Nie, to nie jest żadna manipulacja – powiedział spokojnie. – To przez to ciało.

– Co to znaczy? – zapytałam, nie bardzo wiedząc, do czego zmierzał.

– To, że gdy je pożyczyłem, nie posiadało już właściciela.

– Nie rozumiem. Chcesz powiedzieć, że należało do zmarłego? – dociekałam zdziwiona. – Nigdy nie słyszałam o takim przypadku. Nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe.

– Zazwyczaj nie. Nie można wybrać sobie ciała jak w supermarkecie i powiedzieć: „To jest moje!”. Mężczyzna, którego opętałem, nie był do końca martwy, jego dusza dopiero opuściła ciało, krew jeszcze nie ostygła. Wy nazywacie to śmiercią kliniczną.

– Dlaczego, na Boga, chciałbyś coś takiego robić? – niemal pisnęłam. To, co mówił, brzmiało dla mnie całkowicie niedorzecznie.

– Dlatego, że nienawidzę opętywać ludzi. Nie zdajesz sobie sprawy, jakie to uczucie, kiedy wiesz, że nie jesteś sam. Oni szepczą, a ci silniejsi wręcz krzyczą, by ich uwolnić. Są przerażeni. Nie wiedzą, co jest grane ani dlaczego nie mają kontroli nad własnym ciałem. – Skrzywił się. – Ze zmarłymi nie ma takiego problemu, poza tym trudniej jest mnie rozpoznać. Wyczuwasz demony, ponieważ ich silna energia pochodzi stąd, iż jeden organizm zamieszkują aż dwie dusze. To sprawia, że się wyróżniają, wibrują.

– Czy to nie czyni cię słabszym? – zapytałam zaintrygowana.

– Zdecydowanie – potwierdził. – Jednak przez ponad pół wieku nauczyłem się czerpać energię z innych źródeł. Z natury czy powietrza. Zioła, które ze sobą noszę, nie tylko ukrywają mnie przed wszystkimi istotami z Podziemi, ale także dodają mi siły. Wzmacniają to ciało.

– Czekaj, czekaj... – Nachyliłam się bliżej niego. – Chcesz powiedzieć, że masz je od jakichś pięćdziesięciu lat? – wyszeptałam skrzekliwie. – Nie powinieneś wyglądać bardziej jak... ja wiem? Weteran wojny w Korei?!

– Co? Nie! – Zaśmiał się donośnie. – Ten organizm jest nasączony magią, dzięki uprzejmości pewnego starego druida. Nie starzeje się, nie ulega zniszczeniu, nie łapią go choroby... – Wyliczał na palcach. – Krew nadal rozgrzewa żyły, a serce uderza w stałym rytmie. Możesz sprawdzić, jeśli masz ochotę.

– Nie trzeba. Wierzę na słowo – powstrzymałam Kiliana, gdy chciał wstać i podejść w moją stronę. Aż tak ciekawa to ja nie byłam, żeby go od razu obmacywać. No bez przesady...

Przyjrzałam mu się natomiast dokładniej. Czy to, iż nie krzywdził żadnego człowieka, robiło dla mnie jakąś różnicę? Możliwe. Wiedza o tym, że nikt nie musiał przez niego cierpieć, prowadziła do tego, iż rzeczywiście czułam niewielką ulgę, lecz to i tak niczego nie zmieniało. Nie zacierało faktu, że był demonem. Jego drobny przejaw dobroci nie sprawiał, że mogłam mu zaufać.

Na zewnątrz rozległ się głośny huk. Dosłownie podskoczyłam. Ścisnęłam mocniej piekielne ostrze, błyskawicznie wstając z chłodnej posadzki.

– Co to za hałas? – zapytałam zachrypniętym głosem i zaczęłam błądzić wzrokiem po pomieszczeniu.

– To? Nie, nic. – Machnął ręką. – Dzisiaj jest dzień wywozu śmieci.

– Wywozu czego? – Zmarszczyłam brwi, jakbym nie zrozumiała zbyt dokładnie.

– Śmieci – powtórzył, akcentując każdą literkę po kolei.

Nie wypuszczając sztyletu z ręki, powoli podeszłam do okien. Dwa piętra niżej znajdowało się z siedem ogromnych kontenerów, a przylegające budynki wyglądały jak opuszczone rudery. Wcześniej tego nie zauważyłam. Najwyraźniej musiał wprowadzić nas do środka, używając jakiegoś tylnego wejścia.

– Co to za okolica?

– Lekko szemrana, ale nie odczuwaj strachu. – Zaśmiał się krótko. – Przy mnie jesteś bezpieczna.

Obróciłam się. Wyrzuciłam ostrze przed siebie tak, że utknęło w ścianie, zaledwie cale od jego twarzy. Nawet nie drgnął. Po chwili niedbale wyciągnął dłoń, by szarpnięciem wydobyć sztylet i zaczął go podrzucać, wesoło przy tym pogwizdując.

– Sama potrafię o siebie zadbać – wysyczałam. Musiałam jednak przyznać, iż jego niewzruszona postawa minimalnie mnie przeraziła. Spodziewałam się, że chociaż mrugnie.

Zabrzęczał telefon. Kilian odczytywał wiadomość, a ja nie spuszczałam z niego wzroku. Wciąż jakoś nie mogłam zaakceptować tego, iż był demonem. Co prawda znaliśmy się raptem dwa dni i praktycznie niczego o nim nie wiedziałam, ale powoli zaczynałam go nawet odrobinę lubić. Niesamowicie mnie irytował, racja, mimo to znał mój świat. Może to zabrzmi dziwacznie, lecz nigdy nie trafiłam na kogoś, kto potrafiłby stanąć do walki u mojego boku. Jasne, miałam Gabriela, tylko że on co najwyżej wykrzyczałby wiązankę egzorcyzmów, z kolei Remiego bardziej interesowały te parszywe duchy niż realny wróg. Tymczasem Kilian znał się na polowaniu, wiedział, do czego służyły te wszystkie cuda, których miał pełen bagażnik... No ale cóż... to demon. Tego nie mogłam zignorować ani o tym zapomnieć. Trudno. Najwyraźniej dłuższa znajomość zwyczajnie nie była nam pisana.

– Zwijaj manele, musimy iść – burknął, chowając komórkę do kieszeni. Podniósł się z podłogi i położył sztylet na niewysokiej komodzie.

– Jak to? – Zerknęłam w kierunku okien. – Przecież za chwilę zacznie świtać.

– No i? – Przyjrzał mi się z rozbawieniem.

– Żeby swobodnie chodzić za dnia, musiałbyś być...

– ...demonem wysokiej klasy? – dokończył za mnie.

– Chcesz mi wmówić, że masz z tysiąc lat? – zapytałam, powstrzymując śmiech.

– Niecałe dwa, ale kto by tam liczył. – Przewrócił oczami.

Zaniemówiłam.

– Ty nie żartujesz?

– A widzisz, żebym się uśmiechał? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

Przebiegłam wzrokiem od czubka głowy po palce jego stóp.

– Tak, wiem. Nieźle wyglądam jak na swój wiek – stwierdził z dumą.

– Wiek? – prychnęłam. – Chyba prehistorię!

– Dobra, potem to sobie ogarniesz – skomentował, rechocząc z mojej miny. – Zbieramy się.

– Dokąd? – pisnęłam.

– Zobaczysz.

– Nigdzie z tobą nie pójdę, dopóki nie wyjaśnisz, dokąd jedziemy!

– W porządku. – Wzruszył ramionami, po czym skierował się do drzwi. – Jak chcesz, to sobie tu zostań.

– Zaczekaj! – Złapałam kurtkę i zarzuciłam ją na plecy, biegnąc za nim praktycznie przez cały salon. A raczej nie przez salon, tylko wielgaśne, puste pomieszczenie, bo obok salonu to to z pewnością nawet nie leżało.

Mieszkanie Kiliana to stary, poprzemysłowy loft. Surowe wnętrze przełamane jedynie paroma akcentami, które świadczyły o tym, że przebywał tu od dłuższego czasu. Duża, otwarta przestrzeń z przewagą szkła, szarego kamienia i stali, ogromnymi oknami, wysokimi sufitami oraz industrialnymi lampami, przypominającymi te znajdujące się w przedwojennych nieużywanych fabrykach. Podejrzewałam, że sam niewiele w nim zmienił. W powietrzu wyczuwałam zapach kurzu, jak również ciągnącej od podłogi wilgoci, jednak panował tu względny porządek. Blaty prostych, kuchennych szafek lśniły czystością, co mogło przemawiać za tym, iż często gotował, skromne meble w salonie oraz sypialni nie były nowe, ale wyglądały na schludne i czyste, za to jasne, chłodne ściany ozdabiało kilka wielkoformatowych, achromatycznych fotografii. Idealna kryjówka dla kogoś, kto nie chciał się wyróżniać ani zagrzać nigdzie miejsca na dłużej.

Poszłam za Kilianem. Dogoniłam go dopiero na dole, kiedy pakował swój tyłek do samochodu. W pośpiechu zajęłam fotel pasażera. Nie zdążyłam jeszcze dobrze trzasnąć drzwiami, a on już wyjechał na ulicę i włączył się do ruchu.

 

– Więc? – Nie dawałam za wygraną. – Co to za pilna sprawa?

– Uch... – sapnął. – Musimy się spotkać z moim znajomym. Ma dla mnie jakieś nowe wiadomości.

– Co to za znajomy? – Jeśli myślał, że ten skrawek informacji, którym raczył się ze mną podzielić, będzie wystarczającą odpowiedzią, był w błędzie.

– Demoniczny, jeżeli o to pytasz.

– Demon? – zdziwiłam się. – Dlaczego jakikolwiek demon miałby nam pomagać?

– Ponieważ przebrzydła z niego kreatura, a do tego piekłolubna. Nie chce zmian. Woli, żeby rzeczy zostały takie, jakimi są.

– Jeśli to jakaś pułapka... – Zacisnęłam wargi.

– Przestań już z tą swoją paranoją, bo to naprawdę zaczyna być nudne.

Nic nie odpowiedziałam. Jedynie prychnęłam cicho, obracając głowę w stronę okna.

– Pewnie, obraź się – skwitował wesoło.

Pieprzone demony! Nie mogłam uwierzyć, że Kilian był osobnikiem wysokiej klasy. Przez tę cholerną osłonę jego energia pozostawała przytłumiona, więc mój wewnętrzny radar nie potrafił tego rozpoznać, lecz jeżeli rzeczywiście mówił prawdę...

Demony te były bez wątpienia najpotężniejsze ze wszystkich przedstawicieli Podziemi. Dzieliły się tylko na dwa rodzaje: jednostki stworzone poprzez pakt – istniejące od tysiącleci, oraz takie, które egzystowały niemal od zarania dziejów. Te drugie praktycznie nigdy nie opuszczały Piekła, ponieważ były zbyt stare i dzikie, aby odnaleźć się w dzisiejszym świecie, ponadto potrzebowały wykorzystania ogromnych pokładów energii, by wyjść na powierzchnię.

Wszystkie charakteryzowały się natomiast tym, iż bez problemu mogły kroczyć za dnia. Nie musiały czerpać siły z mroku, bo całe były przez niego pochłonięte. O ile się nie myliłam, spotkałam jak dotąd zaledwie garstkę ich przedstawicieli, ale jeszcze ani razu nie walczyłam z żadnym z nich. Nie żebym nie miała okazji... Po prostu emanowali tak potężną energią, iż wolałam nie ryzykować tego, jak zareagowałabym, przebywając w ich otoczeniu dłużej niż kilka minut. Trzymałam się na dystans. Nie ufałam swojemu demonowi. Nie potrafiłam go w pełni kontrolować ani sprawić, aby wykonywał moje rozkazy. Był jak tykająca bomba wewnątrz mojego organizmu, a ja nie miałam najmniejszego pojęcia, jak ją rozbroić...

Jazda zajęła nam ponad godzinę. Na dworze zrobiło się jasno, przez co zaczęłam odczuwać zmęczenie po nieprzespanej nocy. Zazwyczaj nie wychodziłam z domu bez filiżanki gorącej kawy, mimo to teraz musiałam poradzić sobie bez tego luksusu.

Kilian zaparkował camaro i zgasił silnik.

– Kościół? – zdumiałam się, widząc cel naszej podróży.

– Aha – mruknął. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś religijna?

– Z pewnością bardziej niż ty – syknęłam. – Mieliśmy się przecież spotkać z demonem. Raczej żaden z nich pacierza tu nie odmawia.

– Pacierza może nie, ale niektóre z nich lubią te okolice, ponieważ wierzący ludzie są najlepszymi celami. Przychodzą tu, by modlić się o lepsze życie i powodzenie. – Wyjął kluczyk ze stacyjki. – To właśnie im najłatwiej wmówić, że zaczepiający ich człowiek, proponujący spełnienie marzeń, jest wysłannikiem bożym, że ich modły zostały wysłuchane. Sam Lucyfer jest przecież aniołem. Upadłym, bo upadłym, lecz jednak. – Spojrzał na mnie podejrzliwie, jednocześnie łapiąc za klamkę. – Doprawdy, zaczynam zadawać sobie pytanie, jakim cudem udało ci się trafić na jakiegokolwiek demona? Musiałaś chyba wpadać na same wyjątkowo niemrawe jednostki. Aż mi wstyd za własny gatunek...

Wysiadłam z samochodu, z impetem zatrzaskując drzwi.

– Znowu foch? – Oparł rękę na dachu.

Cholera! Muszę się zebrać do kupy, bo wyglądam przy nim jak jakaś pieprzona amatorka.

– Gdzie ten twój kumpel? – Zignorowałam jego komentarz.

– Chodź. – Uśmiechnął się, wskazując ręką na prawo.

Przeszliśmy parę jardów. Na betonowych schodach prowadzących do świątyni siedział starszy żebrzący mężczyzna i opierał się ramieniem o mosiężną barierkę. Ściskał w dłoni styropianowy kubek po kawie czy innym ciepłym napoju, machał nim lekko na boki, tym samym wprawiając w ruch dźwięczące monety. Był brudny. Sprawiał wrażenie schorowanego, ale o dziwo to nie smród uryny, a charakterystyczny, niesamowicie mocny zapach siarki przyciągnął moją uwagę.

– Witaj, Deamon – odezwał się Kilian, siadając obok niego.

Parsknęłam śmiechem, na co obaj podnieśli głowy i spojrzeli na mnie pytająco.

– Jesteś demonem o imieniu Deamon? – wydusiłam z trudem.

– Co w tym dziwnego? – Mężczyzna ściągnął brwi.

– To tak, jakby nazwać psa Pieseł albo kota Koteł. – Zaśmiałam się panicznie.

– Czy ona właśnie porównała mnie do zwierzęcia? – Zmrużył oczy. Mogłabym powiedzieć, że próbował wyglądać groźnie, lecz przybrudzony wąs oraz opadająca na czoło wysłużona czapka wywoływały prędzej kolejną salwę śmiechu niż strach.

– Nie przejmuj się nią, ona jest trochę... – Kilian gwizdnął i zakręcił palcem wokół swojego ucha.

– Przepraszam – mruknęłam. Z wysiłkiem zdusiłam w sobie chęć do dalszych drwin.

– Co masz dla mnie? – zapytał rzeczowo Kilian. Zlekceważył mój wesoły nastrój, przenosząc zainteresowanie na Deamona.

– Nasz wspólny znajomy wrócił do miasta – wyjaśnił. – Prosił, żebym się z tobą skontaktował, aby umówić spotkanie.

– Kiedy i gdzie? – dopytał.

– Dziś w nocy, Lacy Park? – zasugerował demon.

– Pasuje. – Kilian przytaknął skinieniem głowy. – Przekaż mu, że nie będę sam.

Deamon rzucił mi przelotne spojrzenie. Musiałam się coraz mocniej powstrzymywać, by nie skoczyć mu do gardła. Osobliwy swąd towarzyszący bezdomnym zniknął prawie całkowicie, a ja wyczuwałam już tylko demoniczną energię. Była niesamowicie silna. W porównaniu z nim, Kilian wyglądał jak jakaś marna jego namiastka. Jeśli to egzemplarz pierwszej kategorii, musiałam przyznać, że rzeczywiście nieczęsto trafiałam na jednego z nich. Musiał być dobry. Cwana bestia.

– Przekażę. A teraz – Deamon podniósł głos – dorzućcie dolara! Każdy cent jest ważny!

– Tessie, zapłać panu – poinstruował Kilian. Odwrócił się i ruszył w stronę samochodu.

– Jak ty mnie właśnie nazwałeś?!

***

Po zachodzie słońca pojawiliśmy się na miejscu. Usiedliśmy na ławce wśród krzewów i czekaliśmy na przybycie mężczyzny. Park był wyludniony, nie znajdował się w nim nikt oprócz nas. Oparłam wygodnie plecy, wyciągając nogi przed siebie. Ostatnio jakoś nie znalazłam czasu nawet na chwilę relaksu.

Kilian siedział lekko zgarbiony, podpierając ręce na kolanach. Odkąd go poznałam, był niezwykle wygadany i nie szczędził komentarzy na każdy temat, jednak tym razem milczał. Mogłabym wręcz powiedzieć, że wyglądał na zmartwionego. Raz za razem napinał wszystkie mięśnie, nieufnie rozglądając się dookoła. Wzdychał przy tym ciężko. Nerwowo pocierał dłońmi o siebie, jakby coś go gnębiło lub co najmniej niepokoiło. Jego zachowanie sprawiało, że ja też powoli zaczynałam odczuwać stres.

– Co ci jest? – zainteresowałam się.

– Nic. – Wypuścił powietrze. – To przez tę okolicę.

– Myślałam, że demony lubią przyrodę.

– Nie o to chodzi. – Przejechał dłońmi po włosach.

– Więc o co?

– Jakieś pięć minut drogi stąd leży cmentarz – powiedział niechętnie. – Demony karmią się ludzką energią, ich duszami, natomiast miejsca martyrologii je osłabiają. Jesteśmy tu najbardziej bezpieczni i właśnie dlatego zawsze spotykam się z zielarzem w podobnych rejonach, ale to wysysa ze mnie moc. Na dodatek jeszcze te zjawy... – Odetchnął. – Z tego samego powodu demony nawiedzają tylko żyjących ludzi.

Chciałam coś odpowiedzieć, lecz zamiast tego pisnęłam i momentalnie podniosłam się z ławki, kiedy nieoczekiwanie naprzeciwko nas stanęła zakapturzona postać. Była bezszelestna, dosłownie jakby nagle wyrosła spod ziemi.

– Leo? – jęknęłam zaskoczona, przyglądając się przybyszowi, ponieważ do złudzenia przypominał mojego eksperta od broni na demony.

Mężczyzna zsunął nakrycie głowy i wygładził dłuższe, pozostawione w nieładzie, ciemnoblond włosy. Mrugnął do mnie wesoło, unosząc kącik ust, zupełnie jak gdyby ucieszył go mój widok. Błysk w zielonych oczach przemawiał za tym, że najprawdopodobniej przynosił dobre wiadomości.