Tylko żywi mogą umrzeć

Tekst
Z serii: Tessa Brown #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tylko żywi mogą umrzeć
Tylko żywi mogą umrzeć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,51  47,61 
Tylko żywi mogą umrzeć
Audio
Tylko żywi mogą umrzeć
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Gdy otworzyłam oczy, było już sporo po jedenastej. Zjadłam szybkie śniadanie i pojechałam do pracy, bo jakoś nie znalazłam innego sposobu, aby odciągnąć swoje myśli od tego, co czekało na mnie wieczorem. Remiel. Minęły cztery miesiące, od kiedy ostatni raz go widziałam, oraz dwa, odkąd z nim rozmawiałam. Cholernie bałam się swojej reakcji na jego widok...

Dzień mijał nienaturalnie szybko. Odniosłam wrażenie, że wskazówki zegara pędziły tak ekspresowo, jakby miały otrzymać nagrodę za każdym razem, gdy tylko minutnik przekraczał dwunastkę. Klientów było niewielu, a Andy wziął dzień wolnego, dlatego nie musiałam udawać, że po raz kolejny wycieram czyste stoliki. Rozsiadłam się wygodnie i, kładąc nogi na blacie, wertowałam wczorajszą gazetę, jednocześnie rozważając wszystkie swoje możliwości. Nie chciałam przedwcześnie zamartwiać Gabriela tym, co powiedział demon, ale koniecznie musiałam wiedzieć, w czym rzecz. Jeśli naprawdę w Podziemiach zmieniały się zasady gry, mogłam być pewna, że niedługo zmienią się również na Ziemi.

Trasa do San Diego to niecałe dwie godziny drogi, nie spieszyłam się więc, jechałam powoli i bezpiecznie, zupełnie jakbym próbowała przekonać samą siebie, że w każdej chwili mogłam jeszcze zawrócić. Ulice nie były zatłoczone, a słońce chowało się niespiesznie za horyzontem, sprawiając, iż powstrzymywane do tej pory emocje coraz bardziej wzbudzały we mnie wątpliwości. Nie miałam pojęcia, dlaczego odczuwałam lęk, lecz nieprzyjemne uczucie w żołądku za nic nie chciało odejść. Ścisnęłam mocniej kierownicę i wzięłam kilka głębokich wdechów, by doprowadzić się do porządku.

Kiedy zaparkowałam pod domem Whaleyów, na dworze zapadał już zmrok. Muzeum zamknięto przed godziną, ale wiedziałam, że Remi i jego ekipa gdzieś się tu kręcili. Miejsce to nawiedzone było od ponad stu pięćdziesięciu lat, choć z zewnątrz wcale nie sprawiało wrażenia rezydencji rodem z horroru. Żadnych powybijanych szyb, odpadającego tynku, skrzeczących kruków czy unoszącej się nad posesją gęstej mgły – standardowych atrybutów dla tego typu klimatu, który często przedstawiano na filmach. Zwyczajny, klasyczny budynek, obleczony czerwoną cegłą, wyposażony w zdobione rynny, a nawet białą balustradę. Sielanka.

Niestety nic bardziej mylnego.

W środku można rzekomo usłyszeć krzyki i śmiechy oraz wesołe odgłosy dziecięcych zabaw, natomiast w powietrzu czasem czuło się zapach cygar lub lawendowych perfum dawnych właścicieli. Nie dość, że dom wybudowano na terenie, gdzie przed wieloma laty dokonywano egzekucji, zmarło w nim także paru członków mieszkającej tu niegdyś rodziny. Odwiedzający muzeum często przysięgali też, iż widzieli materializujące się mgliste postacie, zaś temperatura w pomieszczeniach miała skłonność do nagłych zmian, nie wspominając już o trzaskających okiennicach i przesuwających się meblach. Każdy naukowiec czy łowca duchów, który chciałby spróbować wyjaśnić tajemnicę tego miejsca, był tu jak najbardziej mile widziany.

Dla Remiela oznaczało to niemałą gratkę, ponieważ, jako autentyczne medium z krwi i kości, potrafił porozumiewać się z duszami zmarłych, wchodzić z nimi w interakcje oraz igrać z ich istnieniem. Nie nazwałabym go co prawda potężnym nekromantą, za którego zawsze chciał uchodzić, ani podrzędnym spirytystą, czyli określeniem, którego z kolei wręcz nienawidził, mimo to musiałam przyznać, że znał się na swojej robocie. Wierzcie lub nie, ale jeśli ktoś mógł rozwiązać tę zagadkę, był to z pewnością on. Ostatecznie nie bez powodu miałam go ustawionego na szybkim wybieraniu, w razie gdyby na horyzoncie pojawiał się jakiś paskudny duch.

Zamknęłam samochód i wzięłam ostatni głęboki wdech, następnie ruszyłam przed siebie, aby zlokalizować miejsce jego pobytu. Pomimo tego, czym jestem, nawiedzone domy zawsze przyprawiały mnie o dreszcze. Nigdy nie rozumiałam, po co ktoś chciałby błąkać się w nich po śmierci. W tej chwili mogłabym wymyślić przynajmniej z dziesięć ciekawszych pomysłów na spędzenie swojej wieczności.

Złapałam za klamkę. Drzwi były zamknięte. Zasłonięte okiennice również nie ułatwiały zajrzenia do środka. Zapukałam lekko w drewnianą konstrukcję, lecz kiedy nie usłyszałam ani zbliżających się kroków, ani żadnej odpowiedzi, postanowiłam obejść budynek dookoła. Zdążyłam zrobić raptem kilka kroków, gdy do moich uszu dotarł dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Zastygłam na moment. Ocknęłam się dopiero na widok obcej twarzy.

– Mogę w czymś pomóc? – Młody chłopak wychylił głowę na zewnątrz.

– Szukam Remiela Sorrentino – wyjaśniłam pospiesznie. – Jest tutaj?

– Na górze. – Otworzył szerzej drzwi, by wpuścić mnie do środka.

Przekroczyłam próg. Uważnie rozglądając się dookoła, podążyłam w stronę schodów. Wewnątrz panował kompletny chaos. Cała brygada ganiała z kąta w kąt, niesamowicie zajęta rozkładaniem różnego rodzaju sprzętów. Dla mnie wyglądały jak zwykłe kamery, jednak skoro oni mieli siebie za fachowców, były to zapewne jakieś skomplikowane, czułe na podczerwień aparatury. Remi zazwyczaj pracował sam, lecz wiedziałam, że miał garstkę kumpli, którzy chętnie pomagali mu przy większych zleceniach.

Zaczęłam powoli wchodzić na piętro. Obejrzałam się jeszcze przez ramię, ale nikt z zebranych nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Być może pomyśleli, że i ja zjawiłam się tutaj do pomocy.

Drewniane schody zaskrzypiały pod naciskiem moich topornych butów, częściowo zagłuszając dobiegające z oddali odgłosy rozmów.

– ...to trzeba ustawić pod ścianą... – Usłyszałam głos Remiela, po czym dostrzegłam jego umięśnione plecy. Stanęłam w sporej odległości, czekając, aż się obróci i mnie zauważy. Nie uprzedziłam go o swoim przyjeździe, ponieważ do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy odważę się z nim spotkać. Lecz koniec końców stałam tu, zaledwie parę kroków od niego, a moje serce zaczynało coraz szybciej obijać się o klatkę piersiową. Wszystkie dziesięć palców, jeden po drugim, zacisnęłam w pięści. W tym samym momencie, w którym ja podeszłam w jego kierunku, on się odwrócił, zupełnie nieświadomy mojej obecności, i stanął naprzeciwko, wbijając we mnie orzechowe spojrzenie.

– Tessa – wymówił niemal szeptem. Nie sposób było nie wyczuć zdziwienia w jego głosie.

– Cześć – przywitałam się szybko i odchrząknęłam, by pozbyć się uciążliwej chrypki.

– Miernik pola elektromagnetycznego zaczyna odbierać jakieś sygnały. Powinniśmy zająć pozycje? – Jeden z chłopaków stanął obok nas, całkowicie ignorując moją obecność.

Jestem przeźroczysta czy co?!

– Idźcie, za chwilę do was dołączę – odpowiedział Remi. Nie spuścił przy tym ze mnie wzroku nawet na sekundę. – Zostaniesz, prawda? – zapytał z entuzjazmem.

– Hmm... – Z rezerwą rozejrzałam się po pomieszczeniu. Chciałam zostać? Chyba raczej nie...

– Później będziemy mogli porozmawiać – zasugerował.

– Eee... W porządku – zgodziłam się niechętnie. Podciągnęłam rękawy kurtki, ukradkiem przełykając ślinę. – Powinnam coś zrobić? Jakoś się przygotować?

– Na początek weź to. – Podszedł bliżej i zawiesił na mojej szyi drewniany krzyżyk. – Bezpieczeństwo przede wszystkim.

– Myślisz, że coś naprawdę tutaj jest? – zagadnęłam nieufnie.

– Ba! Ja to wiem! – wykrzyknął wesoło. – Pytanie tylko, czy będzie chciało się ujawnić.

No dobra, mam cichą nadzieję, że nie. Wspominałam już, jak bardzo nie cierpię duchów?!

Odwzajemniłam nieśmiały uśmiech i podążyłam za nim. W całym domu porozstawiano różnego rodzaju detektory, mikrofony czy też sporych rozmiarów klatkę Faradaya[1] własnej roboty, a wszyscy biegali z poważnymi minami, co dla mnie wyglądało bardziej śmiesznie niż profesjonalnie. Wiedziałam, że nie było w tym niczego zabawnego, oraz że zjawy istniały naprawdę, jednak nic nie mogłam poradzić na to, w jaki sposób ich postrzegałam.

Szłam za Remielem niesamowicie wąskim korytarzem. Zatrzymałam się dopiero, kiedy wszedł do skromnego pokoju naprzeciwko schodów. Znajdowało się tam wysłużone łóżko i podniszczony stolik z dwoma krzesłami, usiadłam więc na jednym z nich, by w milczeniu zaczekać na to, co będzie dalej. Remi zajął miejsce obok, potem leniwie przebiegł wzrokiem po moim ciele.

– Świetnie wyglądasz, Tessa.

– Ty też – mruknęłam.

Naprawdę świetnie wyglądał. Na swój sposób zawsze był przystojny. Nie wiedziałam, czy to nasza dłuższa rozłąka, czy po prostu zwyczajnie za nim tęskniłam, do czego za nic w świecie nie przyznałabym się głośno, ale nagle wydał mi się niesamowicie pociągający. Jakby bardziej męski? Nie mogłam wręcz oderwać oczu od jego wydatnych ust ani lekko zadartego podbródka, który, tak swoją drogą, jakoś wcześniej uznałam za mało atrakcyjny. Mimo to niespodziewanie nie dostrzegałam już niczego poza nim, gdy potarł go palcami, wyraźnie nad czymś rozmyślając, a ja poczułam piżmowy zapach jego ulubionej wody kolońskiej.

– Co tak zamilkłaś? – Roześmiał się. – Zobaczyłaś ducha?

Palant. W trzy sekundy prysnął cały czar. Na moje szczęście, bo przysięgam, że mało brakowało, abym usiadła bliżej niego.

Nie odpowiedziałam. Odwróciłam głowę i zaczęłam rozglądać się po wnętrzu, zupełnie jakbym nie chciała niczego przegapić, chociaż nie znajdowało się tu praktycznie nic poza pożółkłą tapetą czy kilkoma wyblakłymi obrazami.

Na początku było spokojnie. Remiel zajmował się jakimiś ważnymi sprawami, natomiast ja przez większość czasu podziwiałam swoje dłonie i wymyślałam neutralne tematy do rozmów. Dopiero około jedenastej poczułam nieprzyjemny chłód. Światła pociemniały wskutek spadku napięcia, nie gasnąc całkowicie, za to pozostawiając pomieszczenia w lekkim półmroku.

Duchy.

Jeśli są przyjaźnie nastawione, może zechcą uciąć sobie z nami małą pogawędkę, wtedy będziemy mogli je zapytać, dlaczego wciąż tu tkwią. Zazwyczaj zostają, gdy mają jakieś niedokończone sprawy, odczuwają żal lub po prostu nie chcą zaakceptować faktu, że nie żyją. Niestety czasami ich powody są gorsze, bardziej makabryczne czy przerażające – wyczekują sposobności do zemsty, by odpłacić z nawiązką za zgotowany im los. Oby dzisiaj poszło gładko...

 

– Zaczyna się – oświadczył Remi z podekscytowaniem, na co impulsywnie napięłam wszystkie mięśnie.

– Widzisz coś? – zapytałam lekko drżącym głosem.

– Jeszcze nie – zaprzeczył. – Wcześniej słyszałem szepty, ale kiedy do nich przemówiłem, umilkły. Jeśli dobrze to rozegramy, może uda nam się przeprowadzić je na Drugą Stronę.

– Jesteś pewien, że tego chcesz? – dociekałam. – Nie wiesz przecież, dokąd dokładnie trafią.

– Cóż, nie mogą zostać tutaj. Ich obecność wytwarza zbyt duże pole elektromagnetyczne, a to przyciąga kolejne zbłąkane dusze – stwierdził rzeczowo. – Jeśli nie chcemy stworzyć tu poczekalni dla upiorów, musimy pomóc im odejść. Im dłużej tutaj są, tym większe istnieje zagrożenie, że zamienią się w mściwe duchy. Za trzydzieści, czterdzieści lat nawet samo wejście na posesję może oznaczać niebezpieczeństwo.

Wyszliśmy na korytarz. Małymi, powolnymi kroczkami zaczęliśmy krążyć dookoła, zaglądając po kolei do każdego z pokoi. Było to dość żmudne i czasochłonne, nie wspominając też, że niesamowicie żenujące. Ostatecznie powstrzymałam się od komentarza. Śmiertelnie poważne miny moich towarzyszy sugerowały, iż gdybym powiedziała choć słowo, oskarżyliby mnie zapewne o zrujnowanie wielogodzinnych przygotowywań.

Na górze nie napotkaliśmy na nic podejrzanego. Zeszliśmy po schodach, a jak tylko znaleźliśmy się na dole, ulokowane pod ścianą pianino wydało serię głośnych dźwięków. Podskoczyłam. Nic nie mogłam poradzić na to, że potrzebowałam naprawdę niewiele, aby wpaść w histerię, gdy chodziło o duchy.

– Nie panikuj, bo je wystraszysz – szepnął Remi.

Mimowolnie przysunęłam się bliżej niego. Temperatura spadała coraz szybciej. Kiedy wypuszczałam powietrze, wokół moich ust powstawał nieduży obłok pary. Wzięłam głęboki wdech i próbowałam to ignorować, wciąż zadając sobie pytanie, po jaką cholerę dałam się wciągnąć w tę całą idiotyczną zabawę z łapaniem gości z Zaświatów?!

– Witajcie – zaczął. – Mam na imię Remiel i jestem tutaj, żeby wam pomóc.

Coś stuknęło. Obróciłam się na prawo w chwili, w której spadł stojący na kominku świecznik, pękając na paręnaście części. Zadrżałam. Wydałam z siebie cichy pisk, na co wszyscy obdarzyli mnie piorunującymi spojrzeniami.

– Nie obawiajcie się, nie zrobimy wam krzywdy – kontynuował Remi.

Podążałam za nim. Adrenalina sprawiła, że serce uderzało z taką mocą, jakbym właśnie ukończyła olimpiadę. Absolutnie nie było w tym niczego przyjemnego. Nie miało nic wspólnego z podnieceniem, jakie odczuwałam podczas polowania. Nienawidziłam niepewności oraz lęku, które ogarnęły teraz mój organizm. W momencie, w którym dotarł do mnie jęk i zawodzenie, nie wytrzymałam – musiałam stamtąd uciec.

– Nie mogę tu zostać! – Dobiegłam do drzwi. Kilkukrotnie przekręciłam klucz w zamku. Szarpnęłam nerwowo za klamkę. Ani drgnęła, skurkowana. – Otwórzcie to!

– Zachowaj spokój, bo je rozwścieczysz! – warknął Remi, ale nie zwróciłam na niego najmniejszej uwagi. Byłam zbyt zajęta walką z mosiężnym uchwytem. Brakowało mi powietrza!

Nie umiałam się wydostać. Z bezsilności stanęłam plecami do wyjścia. Dopiero wtedy zauważyłam, że w pomieszczeniu szalał wiatr. Żyrandol kołysał się we wszystkie strony, firany falowały w powietrzu, niewielkie figurki i bibeloty spadały z mebli.

Wyostrzone zmysły szalały, pracując na najwyższych obrotach. Czułam, że jeśli szybko czegoś nie wymyślę, piekielna kreatura zamieszkująca moje ciało postanowi przejąć kontrolę. Nie chciałam tego. Doskoczyłam do okna, by w nim odnaleźć dla siebie ratunek. Jedyne, co osiągnęłam, to przerażenie na widok swojego odbicia w szkle. Sama wyglądałam jak zjawa. Chorobliwie blada cera i spierzchnięte wargi kontrastowały z coraz intensywniej błyszczącymi miodem tęczówkami. Zacisnęłam zęby, byle tylko nie pozwolić sobie na słabość.

– Opanuj się, wtedy przestaną! – krzyknął Remi.

Może bym go nawet posłuchała, gdyby niespodziewanie coś ciężkiego nie uderzyło mnie w głowę. Upadłam na ziemię. Próbowałam wstać, lecz jakaś nieznana siła sprawiła, że nie mogłam się poruszyć. Czułam dosłownie, jakbym skamieniała. Nie zdołałam wydusić ani jednego słowa. Zamknęłam oczy i starałam się skoncentrować na oddychaniu.

Nie wiedziałam, jak długo to trwało, ale gdy odzyskałam świadomość, nic z tych rzeczy nie wydawało się realne. Nie potrafiłam rozpoznać miejsca, w którym przebywałam. Leżałam na materacu w jasnym pomieszczeniu, a kiedy podniosłam się na łokciu i wyjrzałam przez okno, odkryłam, że był środek dnia.

– Napędziłaś mi niezłego stracha, Tessie – usłyszałam zatroskany głos.

– Nie lubię tego zdrobnienia – syknęłam, rozglądając się dookoła, by zlokalizować swojego rozmówcę. – Co to było, do cholery?

– Duch niższego poziomu. Paskudny egzemplarz. Wyczuł demoniczną energię i postanowił zrobić sobie małą wycieczkę po twoim ciele. Panika jeszcze bardziej go nakręciła – wyjaśnił z rozbawieniem. – To była dla niego nie lada atrakcja!

– Zaśmiej się jeszcze raz, a skopię ci tyłek! – warknęłam, zauważając Remiela opartego o framugę. Znajdowaliśmy się w jego przyczepie, właśnie zdałam sobie z tego sprawę.

– Wybacz, mój błąd. – Spoważniał momentalnie. – Wiedziałem, jak ich nie lubisz. Nie powinienem był prosić, żebyś została.

– W porządku. W ogóle nie jestem zaskoczona – stwierdziłam szorstko. – Znam cię przecież nie od dziś.

– Tessie...

– Przestań – przerwałam mu. Wyprostowałam plecy, wykorzystując do tego ścianę kampera. Nie miałam zamiaru wykłócać się na leżąco. – Nie przyjechałam tu rozmawiać o nas. Wyjaśnij mi, co jest grane z tą kradzieżą, i wracam do Pasadeny. Zmarnowałam na ciebie już wystarczającą ilość czasu.

– Jak zwykle! – prychnął. Przewrócił oczami, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Wziął głęboki wdech i pokręcił głową. Próbował mi tym dać do zrozumienia, że męczyło go moje zachowanie. Zawsze tak robił. Wszystko musiało być po jego myśli albo wcale. Nie znosił, gdy milczałam lub podejmowałam decyzje, nie konsultując z nim każdego aspektu swojego życia. Prawdopodobnie właśnie przez to nam nie wyszło. Oboje chcieliśmy rządzić.

– O co ci chodzi? – Spojrzałam na niego z wyrzutem. Przeczesałam skołtunione włosy rękami, potem porozciągałam mięśnie szyi, cały czas czując na sobie jego uważny wzrok.

– O to, że ty nigdy nie chcesz rozmawiać – podniósł głos. – Uciekasz od problemów, zamiast je rozwiązywać. Nie da się po prostu pstryknąć palcami i sprawić, żeby zniknęły!

– Wiedziałeś, jaka jestem, kiedy postanowiłeś się ze mną związać, więc pretensje możesz mieć wyłącznie do siebie – podsumowałam lekceważącym tonem.

Jak długo zamierzaliśmy jeszcze drążyć tę samą kwestię? Do niczego go przecież nie zmuszałam. To on miał oczekiwania, nie ja. No bądźmy poważni... Odrobina słodkich słów i wygibasów w pościeli nie zamieni mnie w kogoś innego. Nagle nie stanę się ideałem. Nie zapomnę o swoich przyzwyczajeniach. Jeśli naprawdę na to liczył, chyba zgłupiał!

– Fakt, ale nie sądziłem, że to będzie aż takie trudne...

– Zrobiłam błąd, przyjeżdżając tutaj. – Sięgnęłam po buty i zaczęłam zakładać je w pośpiechu. Nie miałam nastroju na wykład o tym, co mu we mnie nie pasowało.

– Zaczekaj. – Wypuścił powietrze, podchodząc w moją stronę. – Duchy rozmawiają. Nie wiem, w czym dokładnie jest rzecz, lecz są przerażone, a to nigdy nie wróży niczego dobrego. Coś wydarzyło się w Podziemiach. Coś, co zmusiło samego Władcę do działania. One to czują. Zapewniam cię, że to nie żadna błaha sprawa.

– Możesz nawiązać z nimi kontakt i wypytać, co wiedzą? – Oparłam ręce na kolanach. Potrzebowałam czegokolwiek. Choćby najmniejszej wskazówki, której mogłabym się uczepić, bo naprawdę brakowało mi pomysłów na logiczne połączenie tych wszystkich nic nieznaczących szczegółów.

– Próbowałem, ale za bardzo się boją – wytłumaczył, pocierając skroń palcami. – Uciekają za każdym razem, kiedy tylko zacznę ten temat.

– Więc wytłumacz mi chociaż, co ma z tym wspólnego jakiś stary krucyfiks? – dociekałam z lekką irytacją. – Dlaczego miałby posiadać jakąkolwiek wartość dla demonów?

– Nie mam pojęcia – oświadczył. – Kilkukrotnie podsłuchałem, jak szeptały między sobą o tamtym klasztorze, a gdy się dowiedziałem, że coś z niego skradziono, od razu zadzwoniłem do Gabriela. Jedno jest pewne: znajdziesz krzyż, znajdziesz odpowiedzi.

Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego skonsternowana. To, co mówił, zdawało się niedorzeczne. Najchętniej dałabym sobie z tym spokój, lecz niepokoił mnie fakt, że ostatni demon, którego spotkałam, ewidentnie usiłował coś przede mną zataić.

– W porządku. Załatwię to. – Wstałam, zarzuciłam na siebie skórzaną kurtkę, następnie skierowałam się do wyjścia. Kiedy już prawie łapałam za klamkę, Remi zablokował mi drogę.

– Uważaj na siebie, Tessie. – Położył dłoń na moim policzku, głaszcząc go delikatnie. – Jak tylko tu skończę, to dołączę do ciebie. Ta sprawa może być bardziej niebezpieczna, niż przypuszczamy.

– Nie potrzebuję twojej pomocy – burknęłam. Sięgnęłam do twarzy, by strzepnąć jego dłoń, ale mnie powstrzymał. Nachylił się nade mną i namiętnie pocałował.

Poczułam bolesne ukłucie pożądania niemalże w każdym skrawku ciała. Bliskość oraz dotyk Remiego sprawiały, że całkowicie traciłam trzeźwość umysłu. Zamiast go odepchnąć, wtuliłam się w jego ramiona. Oddałam pocałunek, wplatając palce w krótkie, czarne włosy.

Wiedziałam, że popełniam błąd, ponieważ dla niego oznaczało to tylko jedno. Podniósł mnie, by posadzić na stole. Zrobił sobie miejsce pomiędzy moimi nogami i przyciągnął bliżej siebie. Zaczął obsypywać zachłannymi pocałunkami moje policzki, szyję, dekolt... Dłonie Remiela błądziły po całym ciele.

O Boże! Jak bardzo za tym tęskniłam!

Za jego muskularną klatką piersiową, która wyglądała, jakby spędzał całe dnie na siłowni, choć wiedziałam, że nie chadzał tam wcale. Barwą głosu, zmieniającą się na głębszą i cieplejszą za każdym razem, kiedy szeptał mi do ucha nieprzyzwoite słowa, jak gdyby miał to wystudiowane do perfekcji, bym nie mogła przy nim myśleć racjonalnie. Szczupłymi biodrami, do których moje ręce pasowały tak idealnie, że gdy tylko obejmowałam go w pasie, odnosiłam wrażenie, iż były wprost stworzone do tego, aby raz za nie złapać i już nigdy nie wypuścić.

Mój puls pędził jak szalony. Z trudem łapałam kolejne wdechy. Kilkudniowy zarost drażnił podbródek, a smukłe palce wędrowały wzdłuż kręgosłupa, przyprawiając mnie o przyjemne dreszcze, aż marzyłam już jedynie o tym, by zedrzeć z niego koszulę i przytulić się do nagiej skóry.

– ...Nie... mogę... – wydyszałam. Popchnęłam go, po czym wybiegłam na zewnątrz.

Uciekłam.