Zawodowiec

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Górski – Zakopane

Mówi się, że Zakopane to zimowa stolica Polski, i wiele w tym prawdy. Ja dodam, że w zimowe miesiące była to także stolica polskiego sportu. Najlepszych polskich sportowców spotykało się raz do roku na Balu Mistrzów Sportu albo w Zakopanem. Niedaleko Wielkiej Krokwi, w Centralnym Ośrodku Przygotowań Olimpijskich, trenowali najlepsi z najlepszych. Nic dziwnego, bo były tam świetne warunki; odnowa biologiczna, wygodne pokoje, siłownia i doskonałe jedzenie, choć na pewno niemieszczące się w dzisiejszych standardach żywienia sportowców. Dlatego w Zakopanem można było spotkać nie tylko znakomitego narciarza Józka Łuszczka, ale także Irenę Szewińską i innych lekkoatletów, a także ciężarowców, zapaśników i bokserów. Zdarzało się, że w stołówce równocześnie siedziało ponad dwudziestu medalistów olimpijskich… Trenowaliśmy zimą jak szaleni, bo wyścigi wygrywa się zimą: przy stole i na treningach. Jedliśmy solidnie, trenowaliśmy jeszcze mocniej. Biegaliśmy po górach, jeździliśmy na ostrym kole, żeby zintensyfikować wysiłek, szusowaliśmy na nartach.

Nie wystarczało nam zwykłe bieganie, a że nie baliśmy się ryzyka, to chętnie jeździliśmy na nartach. Raz w tygodniu trenerzy zabierali nas na zjazdówki. Zjeżdżaliśmy z Butorowego, Kasprowego i z Nosala. Oczywiście wchodziliśmy na piechotę, niosąc narty na ramieniu, to miało wyrobić wytrzymałość. Pamiętam, jak stanęliśmy na Nosalu i spojrzeliśmy w dół. I to nie było na samej górze, tylko w połowie. Stromo jak cholera, a my dopiero co zaczęliśmy się uczyć jeździć. Jechaliśmy w dół od drzewa do drzewa i tak parę razy góra–dół, góra–dół. Nikomu nic się nie stało, więc za tydzień weszliśmy jeszcze wyżej, na sam początek trasy. Nie było widać dołu, jeszcze bardziej stromo, ale znów się udało. Paru z nas było niezłymi narciarzami: Leszek Michalak, Stefan Piasecki, Henio Charucki, Janusz Pożak, no i przede wszystkim Jasiu Bieniek. Jasiu był niski i walił „na krechę”, jak się rozpędzał, to ponosiło go, że hej! Zakopane to nie tylko narty; rano w ramach zaprawy graliśmy w hokeja. Szliśmy na drugą stronę ulicy na lodowisko, dzieliliśmy się na drużyny i graliśmy mecze.

Tadeusz Wojtas

Trener Zbigniew Rusin był nie tylko lekarzem, ale także instruktorem narciarstwa, a nas długo nie trzeba było namawiać. Tak jak wspomina Tadek Wojtas, byliśmy młodzi i nieco szaleni. Debiut na Gubałówce i sru! W dół, jak kto umiał. Uczyliśmy się na stoku, mieliśmy silne nogi, byliśmy młodzi, i odważni. Nie czuliśmy strachu, więc jechaliśmy. Na Nosalu bywało tak, że pół trasy pokonywaliśmy na tyłku, a pół na nartach, ale jechaliśmy. Byliśmy kamikadze! Raz weszliśmy na nartach biegowych na Kasprowy Wierch, po czym… zjechaliśmy na nich. Przewracaliśmy się co parę metrów, ale zjechaliśmy cali i zdrowi. I nawet nart nie połamaliśmy. Oczywiście więcej biegaliśmy, niż szusowaliśmy. Potrafiliśmy przebiec na nich nawet 30–40 kilometrów. Nadal jeżdżę na nartach, ale teraz robię to dla czystej przyjemności. Do tradycji weszły wspólne wyjazdy z żoną. To ona namówiła mnie do skiturów. Jeździmy na nartach oraz chodzimy na rakietach śnieżnych. Zakładam deski i idę na 5–6 godzinną wyprawę na wysokość 3,5 tysiąca metrów. Akumulatorów nigdzie nie naładuje się tak dobrze jak w górach!

W górach spędzaliśmy dużo czasu, ciężko tam pracowaliśmy, ale była też pora na żarty. Jeden o mało nie zakończył się nieszczęściem. Czesiek mieszkał w pokoju z Krzyśkiem Sujką, to byli dobrzy kumple, razem trenowali, razem chodzili na masaż. Po masażu Czesiek chciał koniecznie zmyć maść, żeby nie mieć tłustych nóg, więc zaczął je smarować spirytusem. Wtedy Krzysiek dla żartu zapalił zapałkę. Nie wiem, jak to się stało, ale zajął się spirytus na nogach Cześka. Czesiek płonął jak pochodnia. Natychmiast wszyscy rzucili się na pomoc, ktoś nakrył go kocem i skończyło się tylko na strachu.

Tadeusz Wojtas

Tak było. Po masażu rzeczywiście nasmarowałem sobie nogi spirytusem, żeby zmyć maść. Jako że w czasie sezonu kolarze golą sobie nogi, to Suja rzucił: „A jakby te włoski na nogach wypalić?”. I podpalił! Takie żarty dzieciaków, no bo po ile wtedy mieliśmy lat? Dziewiętnaście, dwadzieścia? Ugasili mnie, bolało jak cholera, miałem bąble, a do dziś po tej zabawie została mi blizna na nodze. Nie mam do Krzyśka pretensji, takie rzeczy się zdarzają, wiadomo, z nudów różne głupoty przychodzą ludziom do głowy, a byliśmy wtedy naprawdę bardzo młodzi.

Nie byłem świadkiem tego zdarzenia, ale słyszałem o tym, zresztą różne głupoty się robiło. Był w kadrze taki malutki bokser z Łodzi i Krzysiek Sujka namówił go, żeby sobie ogolił nogi, że będzie szybszy, że wygodniej i tak dalej, taki kit mu wcisnął. No i ten ogolił sobie nogi… Kolarz – wiadomo, ale bokser??? Trochę śmiechu było. Jak dorośliśmy, też się żartowało. Na przykład w Anglii podczas finiszu spadła mi guma i dziennikarze za metą pytają, co się stało, a ja na to – pomyłka, błąd! Mechanicy założyli tylną oponę na przód! Jak usłyszeli, tak napisali, a przecież nie było opon na przód i na tył, wszystkie były jednakowe.

Jan Jankiewicz

Jan Jankiewicz (ur. 1955), wielokrotny medalista mistrzostw Polski na torze i na szosie, olimpijczyk i uczestnik mistrzostw świata. W najlepszym dla niego, 1979 roku podwójny wicemistrz świata. W Valkenburgu był drugi zarówno w jeździe drużynowej na czas, jak i wyścigu indywidualnym ze startu wspólnego. Wybrany Sportowcem Roku 1979 w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”.

Jak się spotykamy, to zawsze jest kupa śmiechu, gdy wspominamy, co się działo na zgrupowaniach i podczas wyścigów. Ja nie jestem mistrzem wspomnień, najwięcej anegdot pamięta Zbyszek Szczepkowski. To wokół niego skupia się każdy wieczór wspomnień, to prawdziwa dusza towarzystwa.

Coś musi zostać w szatni, musimy mieć jakieś tajemnice, niektóre rzeczy brzmią dobrze tylko w gronie, które w tym brało udział. Przy okazji okazuje się, że o historii z Sują wiedzą wszyscy, tylko nie ja. Ciekawa rzecz, fajnie, że dowiedziałem się czegoś nowego. Oj, działo się na tych wyjazdach…

Zbigniew Szczepkowski, były kolarz, olimpijczyk, trener

Zbigniew Szczepkowski (ur. 1952), kolarz i trener, dziewiętnastokrotny mistrz Polski w kolarstwie torowym i szosowym, dziewięciokrotny wicemistrz i ośmiokrotny brązowy medalista krajowych mistrzostw. Uczestnik mistrzostw świata na torze i na szosie, olimpijczyk z Montrealu. Przez niemal całą karierę zawodniczą związany z Legią, zawodowy wojskowy. Jako trener prowadził między innymi profesjonalną grupę Bank BGŻ Team. Po zakończeniu kariery był trenerem i dyrektorem sportowym w zawodowych ekipach.

Skoro tak mówi Zbyszek… Gdyby kiedyś opowiedział wszystkie anegdoty z czasów naszych startów, nikt by chyba nie uwierzył. Wiele się działo między treningami, ale na treningach jeszcze więcej. Bieganie po lesie w śniegu, bieganie na nartach, szalone zjazdy, szusowanie na różnych stokach, gra w hokeja i łyżwy – to wszytko jednak nic wobec zimowej, górskiej jazdy na rowerach.

W Zakopanem działo się wiele, jeździliśmy też na rowerach po śniegu, między innymi drogą do Morskiego Oka. Pamiętam, jak Czesiek poślizgnął się w koleinie i przewrócił. To był poważny upadek, naderwał sobie wiązadło w ramieniu, nie miał siły podnieść ręki. Zrobiliśmy więc to za niego: położyliśmy prawie bezwładną rękę na kierownicy i jakoś doholowaliśmy go do COS-u. Od tamtej pory stale miał problemy z barkiem.

Tadeusz Wojtas

Jechaliśmy wtedy bardzo szybko i dojeżdżaliśmy do drogi z pierwszeństwem przejazdu. Akurat na tym rogu był przystanek autobusowy, koła ubiły śnieg na lód. Na tę wyślizganą drogę napadało jeszcze świeżego śniegu, więc kiedy zahamowałem, zarzuciło mnie i położyłem się na bok, na prawą stronę. Chciałem się podeprzeć ręką, ale uderzyłem tak mocno, że ramię wyleciało mi z barku. Potem miałem z tym ramieniem i barkiem kłopoty, aż w końcu na Wyścigu Pokoju w roku 1978 wszystko pozrywałem. Mimo to dalej jeżdżę rowerem w zimie, na przełomie grudnia i stycznia objeżdżałem w Bukowinie Gliczarowie trasy Tour de Pologne. Nawet zimą nie potrafię rozstać się z rowerem. Oczywiście jeżdżę też na nartach, ale rower to adrenalina taka sama jak jazda konna.


Na którym Czesiek zostaje sportowcem roku

Rok 1975 przyniósł mi kolejne starty w kadrze i medale na mistrzostwach Polski. Podczas lipcowych mistrzostw w Radomiu nie obroniłem tytułu na 4 kilometry, byłem drugi – wygrał mój serdeczny przyjaciel Janek Jankiewicz. Między 1975 a 1981 rokiem „Jankiel” zdobył na torze siedem tytułów z rzędu. Przez kilka lat stanowiliśmy trzon najpierw drużyny torowej na 4 kilometry, a następnie szosowej w jeździe na 100 kilometrów.

Na mistrzostwach świata w Montrealu było pechowo, ale na mistrzostwach w Liège nic mi nie przeszkodziło i byłem dwa razy piąty! Zarówno w drużynie, jak i indywidualnie bardzo niewiele zabrakło do medalu. W Liege polskie kolarstwo przypomniało o swoim miejscu w świecie: drużyna w składzie Mytnik, Nowicki, Szurkowski, Szozda wywalczyła na szosie srebro, a Janusz Kierzkowski, tak jak rok wcześniej w Montrealu, zdobył brąz na torze.

Sezon kończyły październikowe mistrzostwa Polski na szosie. Rozegrana w Szamotułach jazda indywidualna na czas nie była zwyczajnymi zawodami. Na starcie nie stanęło kilku czołowych kolarzy, między innymi Stanisław Szozda i Lucjan Lis, a z kolei Ryszard Szurkowski i broniący tytułu mistrza Polski Tadeusz Mytnik kompletnie zawiedli. Szurkowski spóźnił się na start o pół minuty i nie mając szans na sukces, przejechał trasę spacerkiem. Sklasyfikowano go na 55. miejscu. Mytnik był dopiero 10., ze stratą prawie trzech minut do zwycięzcy, Janka Jankiewicza. Dwóch młodych torowców na czele: mistrz „Jankiel” i ja ze srebrem. Tłumaczono to wtedy słabym występem Szurkowskiego i Mytnika oraz nieobecnością Szozdy, a także płaską trasą. Owszem, to były płaskie 42 kilometry, ale wcale niełatwe. Przez ponad 20 kilometrów wiał mocny boczny wiatr. Później okazało się, że podczas tych zawodów odbyła się zmiana warty, bo przez kolejnych sześć lat w polskim kolarstwie dominowali ci, którzy tam właśnie odnieśli pierwsze sukcesy.

 

Piąte miejsce na świecie oraz dwa srebra w mistrzostwach Polski na torze i na szosie potwierdziły moje miejsce w czołówce i zostały docenione przez kibiców i dziennikarzy. W styczniu 1975 roku największa lokalna gazeta, koszaliński „Głos Pomorza”, umieściła mnie na czele rankingu najlepszych sportowców regionu. Miałem 19 lat i zdobyłem tytuł najlepszego sportowca Środkowego Wybrzeża. Wygrałem zdecydowanie, zdobywając 16830 punktów; drugi był Marian Tałaj, judoka z Gwardii Koszalin (11183), trzeci jego kolega klubowy i także judoka Marian Standowicz (8912), czwarte miejsce zajął lekkoatleta słupskiego Gryfa Janusz Ryś (6111), a piąte miejsce… S. Mila z Gwardii Koszalin (6013). Oczywiście piłkarz, ale nie Sebastian, tylko Stefan, ojciec reprezentanta Polski. Sebastian urodził się sześć lat później. Byłem pierwszym kolarzem, który wygrał plebiscyt „Głosu” i zarazem pierwszym zwycięzcą reprezentującym barwy klubu z Bytowa. Trenerem roku wybrano pana Kazimierza Kołodziejskiego, szkoleniowca judoków Gwardii Koszalin. Niestety, w pierwszej dziesiątce nie było mojego trenera Euzebiusza Marciniaka.

Do mojego sukcesu przyczyniły się nie tylko dobre występy w mistrzostwach świata w Liege oraz na mistrzostwach Polski, ale także pozycja murowanego kandydata do wyjazdu na igrzyska w Montrealu. Dla mojego, dopiero co powstałego, województwa słupskiego miałem być pierwszym w historii olimpijczykiem, więc było to ogromne wydarzenie i trzymano za mnie kciuki. Od blisko roku mieszkałem w Warszawie, ale wciąż należałem do klubu z Bytowa, więc byłem „swój” i tak mnie właśnie traktowano. Redakcja gazety chciała mi uroczyście wręczyć wyróżnienie, miało się też odbyć spotkanie z kibicami. Nic z tego: byłem na zimowym zgrupowaniu. „Głos Pomorza” jednak nie rezygnował, redakcja wysłała do trenera Borucza telegram z prośbą o zwolnienie mnie na jeden dzień. Stefan Borucz się nie ugiął i także drogą telegraficzną odpowiedział redakcji „Głosu”: „Cieszymy się z sukcesu Czesława w plebiscycie «Głosu», lecz teraz jego głównym celem jest start na olimpiadzie w Montrealu”. Tak więc byłem jedynym nieobecnym podczas finałowej gali plebiscytu na najlepszego sportowca Wybrzeża Środkowego. Przybyli najlepsi sportsmeni, najlepsi trenerzy, była prasa, byli kibice, nie było tylko zwycięzcy plebiscytu… Ale tak musiało być, Montreal był najważniejszy, a każdy dzień zimowego zgrupowania – wprost bezcenny. Nie zapominajmy, że podróż z Wisły nad morze i z powrotem w góry trwa dwa dni. Trener wiedział, co robi, i nie mogłem mieć do niego żadnych pretensji. Nagrodę, dyplom i puchar odebrałem dopiero latem, niedługo przed wyjazdem do Montrealu. Nikt się na mnie nie obraził i dalej o mnie pisano.

W tamtych czasach ktoś taki jak ja budził pewną sensację. Dla ludzi żyjących w PRL byłem niezwykle barwną postacią, a dla mieszkańców moich okolic z pewnością kimś, kto odniósł sukces. Dalej byłem jednak jednym z nich, bo wciąż reprezentowałem klub z Bytowa, choć zmieniłem meldunek na warszawski, a to już był wielki świat. Do tego te podróże… „Wojaże Cz. Langa”, tak zatytułowano notatkę w „Głosie Pomorza”! Nie doszukiwano się sensacji, bo artykuł był poświęcony mojej walce o miejsce w olimpijskiej kadrze, ale zagraniczne wyjazdy siłą rzeczy przyciągały uwagę dziennikarzy i czytelników: Bułgaria, RFN, Holandia, Belgia… Po drodze wygrane kryterium uliczne w Łodzi o puchar „Tramwajarza”, a już wkrótce: „Pod koniec tygodnia wyjeżdżamy do ZSRR, gdzie w Tule będziemy startować wraz z kolarzami radzieckimi na torze i na szosie. Po powrocie ze Związku Radzieckiego czeka mnie kilkunastoetapowy wyścig w Danii. Jeszcze przed olimpiadą będziemy startować w Mediolanie. Start z kolarzami włoskimi i z innych jeszcze krajów będzie kolejnym sprawdzianem przed ustaleniem składu kadry na igrzyska w Montrealu”.


Na którym igrzyska kończą torową karierę Cześka

Przed wylotem do Kanady zrobiono nam, członkom olimpijskiej kadry torowej, dwa zdjęcia. Wyglądaliśmy na nich optymistycznie. Na pierwszym – kadra torowców z rowerami ustawiona obok trenera Stefana Borucza. Na drugim – elegancko ubrani sportowcy, wszyscy jednakowo, bo mieliśmy na sobie szyte na miarę garnitury olimpijskie. Każdy z nas trzyma nominację na igrzyska. Na zdjęciach jesteśmy zamyśleni, patrzymy gdzieś w dal. Pewnie z nadzieją, bo przecież jechaliśmy na najważniejszą imprezę sportową, ale po latach redaktor Bogdan Tuszyński w książce Złota księga kolarstwa polskiego opatrzył te fotografie następującym podpisem: „Torowcy przed odlotem do Montrealu (1976) na igrzyska, które miały być wielką nadzieją Polaków. Ale były to tylko złudzenia. Stoją od lewej: Krzysztof Sujka, Benedykt Kocot, Jan Jankiewicz, Jan Faltyn, Janusz Kotliński, Zbigniew Szczepkowski, Czesław Lang i Janusz Kierzkowski. Większość z nich po Montrealu «dała sobie spokój» z torem, a część z dużym powodzeniem rozpoczęła karierę szosową”.

Było dokładnie tak, jak to napisał pan Tuszyński… Miałem 21 lat, start na igrzyskach był dla mnie kolejnym etapem w karierze i kolejnym marzeniem, które udało mi się spełnić. Startowałem na torze dopiero trzy lata, a już byłem w czołówce krajowej i myślałem, że to samo osiągnę na światowych zawodach. Frycowe zapłaciłem dwa lata wcześniej, teraz miało być o wiele lepiej, po cichu liczyłem na medal. Każdy z nas na niego liczył.

Wyjazd na igrzyska do Montrealu bardzo przeżywałem, choć na pewno mnie nie zaskoczył. Byłem przecież w kadrze, jeździłem na wszystkie imprezy, trzymałem formę. Nie uczestniczyliśmy ani w uroczystości otwarcia, ani zamknięcia. Na dobrą sprawę nawet nie pamiętam, czy byliśmy jeszcze w Montrealu, kiedy gaszono znicz olimpijski. Nieobecność na otwarciu wynikała nie tylko z chęci koncentracji, ale i z tego, że długo się maszeruje, a jeszcze dłużej stoi. Czeka się na wymarsz, czeka się później na płycie – dla naszych kolarskich mięśni nie byłoby to zdrowe.

Kolarze tacy są! Skoncentrowani na kierownicy i drodze. Jak zapytano świętej pamięci Staszka Szozdę, co pamięta najlepiej ze swojej kariery, to odpowiedział, że przednie koło. Kolarstwo to nie oglądanie krajobrazów, a sport to nie turystyka, choć oczywiście liczy się także zabawa. Czesiek nie jest nudziarzem, ale starty w igrzyskach traktował niezwykle poważnie. Ja też, co nie przeszkadzało mi w poznawaniu nowych przyjaciół, bawieniu się i zwiedzaniu. Każdy sportowiec inaczej reaguje przed startem, każdy inaczej oczekuje na występ. Po prostu każdy z nas jest inny.

Andrzej Supron, wicemistrz olimpijski z Moskwy, mistrz świata

w zapasach, wielokrotny medalista mistrzostw świata i Europy

A my na tej imprezie byliśmy zupełnie inni, niż sobie zakładaliśmy. Szosowcy, a zwłaszcza Mieczysław Nowicki, spisali się znakomicie. Nowicki był trzeci w wyścigu ze startu wspólnego, a drużyna w składzie Mytnik, Nowicki, Szozda, Szurkowski zdobyła srebro. Mieczysław Nowicki został pierwszym i na razie jedynym polskim kolarzem, którzy przywiózł z igrzysk dwa medale. Tymczasem na torze klapa, medalu nie zdobył nawet Kierzkowski, a my zamiast w pierwszej czwórce, skończyliśmy na piątym miejscu. Tak bardzo byliśmy tym rozczarowani, że nasza młoda, perspektywiczna ekipa – Jan Jankiewcz, Krzysztof Sujka, Jan Faltyn, Zbigniew Szczepkowski, Czesław Lang – rozpadła się.

To była bardzo silna grupa, wspaniały rocznik ’55, ale na torze nie mieliśmy szans. Na 4 kilometry rządzili Niemcy. I ci wschodni, i zachodni byli wtedy nie do pokonania. W Montrealu jechaliśmy dobrze, ale wpadliśmy na nich i nie weszliśmy do strefy medalowej. Na szosę przeszliśmy, bo taka była wtedy tradycja, wielu zaczynało od toru, jak choćby Mieczysław Nowicki, po czym trafiali do kadry szosowej. Tor był podstawą do jazdy drużynowej na 100 kilometrów i odnosiliśmy w tej konkurencji poważne sukcesy.

Jan Jankiewicz

W roku 1976 była szansa, ale za wcześnie wysłano nas do Kanady. Lepiej byłoby, gdybyśmy gdzieś startowali albo potrenowali na klepce. Tymczasem przyjechaliśmy do Montrealu, gdzie nie za bardzo było gdzie trenować. Nie byliśmy objeżdżeni na drewnie, znaliśmy tylko beton, i to między innymi zdecydowało. Realne szanse mieliśmy na mistrzostwach świata w Liege, tam w walce o medal przegraliśmy z Niemcami o setną sekundy.

Zbigniew Szczepkowski

Na torze doszedłem do ściany. Koledzy czuli to samo. Tam się liczą ułamki sekund, każdy szczegół. Uważam jednak, że tamta drużyna była ekipą na medal. Jankiewcz, Sujka, Faltyn, Szczepkowski, Lang – to był skład na podium, ale zawiodła nas technika. Byliśmy silni i szybcy, ale nie potrafiliśmy jeździć w grupie. Nie czuliśmy się na torze tak pewnie, jak powinniśmy. Baliśmy się jeździć blisko siebie, a powinniśmy na milimetry. Jak przyjeżdżaliśmy na tor za granicą, to patrzyliśmy na te strome ściany i ciarki przechodziły nam po plecach. U nas tory były płaskie, betonowe, a tam strome i drewniane. Jak jedziesz w drużynie, koło w koło, wszyscy blisko siebie, to wjeżdżasz niemal pionowo na ścianę i ten pierwszy potem spada na koniec, wszystko dosłownie na milimetry. Wszystko musi pracować jak w zegarku, czteroosobowa grupa to całość, tak żeby trójka jechała jak w tunelu. My utrzymywaliśmy za duże odstępy, a po daniu zmiany zamiast zabierać się z grupą, człowiek gonił jak szalony. Pół rundy goniłeś, dogoniłeś i… zmiana, teraz ty jedziesz pierwszy. Wystarczy popatrzeć, jakie wyniki zrobił później każdy z nas; Jankiewicz – dwa razy wicemistrz świata, Szczepkowski też świetny kolarz, Faltyn sam na torze został wicemistrzem, Sujka dwa lata po igrzyskach wicemistrz na szosie, no i ja z dwoma medalami mistrzostw świata, srebrnym i brązowym, oraz z tytułem wicemistrza olimpijskiego.

Oni nie byli zadowoleni, raczej rozczarowani tym piątym miejscem na igrzyskach, ale i tak witaliśmy Cześka na lotnisku. W końcu wracał z olimpiady, z pierwszego takiego wyjazdu, i zajął niezłe miejsce.

Aleksander Jerzy Siluta

Baliśmy się jeździć w drużynie, nie przełamano naszego strachu, nie nauczono tego co trzeba. Później, już jako kolarz zawodowy, nauczyłem się jeździć na torze, ale było to w szczególnych warunkach, na sześciodniówce w Mediolanie. Jeśli choć raz pojeździsz w tym młynie przez sześć dni, to się nauczysz i będziesz się czuł swobodnie jak na szosie.

Najbardziej utkwił mi w pamięci odkryty drewniany tor w Tbilisi. Jeździliśmy tam na zgrupowania. Sporo się działo, bo do Gruzji zjeżdżali kolarze ze wszystkich republik radzieckich. Czasem na torze było sześćdziesięciu kolarzy naraz! Różne rowery, różny poziom, różna technika. Jakby człowiek znalazł się na pierwszej linii frontu: zapieprza to całe towarzystwo, idą bark w bark, stukają się kierownicami i bach! Kraksa! Kraksa za kraksą, a tor był podziabany, nierówny. Kolarz, sunąc po torze, mógł się nadziać na wielkie drzazgi. Czasem przechodziły na wylot przez ciało, to był prawdziwy horror. Z boku stał lekarz frontowy w fartuchu i z kombinerkami. Jak komuś weszła drzazga, to chwytał ją kombinerkami i wyrywał, a potem odkażał ranę. Miał wiadro z piotkaniną i pędzlem smarował rannych na niebiesko. Nie miał czasu na waciki i zabawy: kombinerki, pędzel i z powrotem na tor. Dawaj, wpieriod!

Tak, to były niezapomniane przeżycia! Pamiętam, jak jechałem w parze z Andrzejem Firlągiem, a na tor wpuszczono ze 30 par! To był cały peleton, przez który trzeba było się przebić. Niektórzy jechali na rowerach z nieprzyklejonymi gumami, a deski aż skakały, taki był nacisk tej grupy kolarzy. Strach było wejść w ten tłum. Nagle nastąpiła kraksa, w której wzięło udział około 20 kolarzy. Leżał na pewno Firląg i któryś z Beków. Zostałem bez partnera i nie miałem ochoty dalej jechać. Mówili, że nie potrafiłem jechać z kimś innym, a prawda była taka, że po prostu uznałem, że to zbyt niebezpieczne.

Zbigniew Szczepkowski

W Polsce nie było torów z prawdziwego zdarzenia. Kiedy w 1972 roku z wielką pompą oddawano do użytku Nowe Dynasy, był to już tor przestarzały, bo betonowy i niezadaszony. Tam, gdzie kolarstwo torowe rozwijało się najszybciej, były już hale z drewnianą nawierzchnią. Inaczej się tam jeździło, a przede wszystkim więcej, bo przez cały rok. W Polsce mieliśmy tylko tory betonowe, w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Kaliszu, Szczecinie i Łodzi.

 

Lang był świetnym czasowcem i torowcem. Nie mieliśmy jednak torów; to znaczy te, które były, nie rozwiązywały naszych problemów, nie stwarzały warunków do dobrego treningu. Dopiero teraz mamy gdzie trenować.

Wojciech Walkiewicz

Być może doszlibyśmy do sukcesów, ale szosa była atrakcyjniejsza, a do tego czasy były takie, że czołówka torowców nam odjeżdżała. Ci, którzy się liczyli, trenowali i startowali na drewnie, a my mieliśmy tylko tory betonowe.

Zbigniew Szczepkowski

Teraz na dobrą sprawę mamy tylko jeden tor, ale za to jaki! Tor w Pruszkowie jest piękny, nowoczesny, z nawierzchnią z klepki. To jest tor na miarę XXI wieku. Trzeba przyznać panu Walkiewiczowi, że zrobił dobrą robotę. Są długi, dużo to kosztowało, ale warto było. Zorganizowaliśmy mistrzostwa świata i mistrzostwa Europy, przyjeżdżają do nas Duńczycy, Finowie, trenują też Niemcy. Jedna ze skandynawskich federacji zorganizowała tu nawet swoje mistrzostwa. Tor jest znakomity i do tego tani, cieszy się popularnością, tuż obok jest dobry hotel. Może zabrakło paru drobiazgów, nie najlepiej zrobiono dach, bo już wymaga remontu, ale ważne, że obiekt działa i jest otwarty dla wszystkich. Mogą tu przyjechać także amatorzy i za niewielką opłatą korzystać z niego jak wyczynowcy. Pojawiam się tam bardzo często, spotykam kolegów z dawnych lat, którzy przyjeżdżają na wieczorne ściganie. Wtedy jednak nie mieliśmy takich możliwości i jedynym sensownym rozwiązaniem wydawało się przejście na szosę. Byłem na to gotowy; 18 września w Chełmie Lubelskim po raz drugi z rzędu zostałem wicemistrzem kraju w jeździe indywidualnej na czas; złoto wywalczył Florian Andrzejewski z LKS Wielkopolska, a brąz zdobył Janusz Bieniek z Legii.

Siedemnastego października 1976 roku wygrałem kryterium uliczne o puchar naczelnika Bytowa – zwyciężyłem przed swoją publicznością i wciąż jeszcze w barwach Baszty. Jak się później okazało, to było moje pożegnanie z klubem, w którym się wychowałem. Rok 1977 był rokiem kolejnego przełomu; stałem się szosowcem, kolarzem pełną gębą, bo pojechałem w Wyścigu Pokoju, zdobyłem medal mistrzostw świata i zostałem kolarzem Legii Warszawa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?