ZawodowiecTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i opracowanie graficzne: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska, Katarzyna Szajowska

Konsultacja: Kamil Wolnicki

© for the Polish text by Czesław Lang

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Zdjęcie na okładce © bujakstudio

ISBN 978-83-287-0359-9

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2016

Spis treści

Część I – DOOKOŁA BYTOWA

Prolog – Uhrynów. Jedziemy tam, gdzie zaczął się wielki wyścig

Etap 1. – Kołczygłowy – Barnowiec – Gostkowo, czyli sportowe początki

Etap 2. – Król damki i własnego podwórka

Etap 3. – Mały Wyścig Pokoju, czyli pierwsze prawdziwe ściganie

Etap 4. – Worek na kartofle, czyli Czesiek zdobywa rower

Etap 5. – Liceum. Etap z ostrym podjazdem tuż po starcie

Etap 6. – Ambicja i jedzenie brukwi dają jaguara i szacunek w peletonie

Etap 7. – Nowe Dynasy, etap na torze

Etap 8. – Uroki sportowych wojaży

Część II – DOOKOŁA WARSZAWY

Prolog – Rok 1974

Etap 1. – Etap studencki Bielany–Bielany

Etap 2. – Górski – Zakopane

Etap 3. – Na którym Czesiek zostaje sportowcem roku

Etap 4. – Na którym igrzyska kończą torową karierę Cześka

Etap 5. – Na którym Czesiek staje się prawdziwym kolarzem

Etap 6. – W najważniejszym peletonie tamtego świata

Etap 7. – Trzeci na świecie

Etap 8. – Legionista Lang

Etap 9. – Półzawodowcy, czyli trochę folkloru

Etap 10. – Zawodowcy

Etap 11. – Katastrofa i odbudowa

Etap 12. – Rok 1980

Etap 13. – Moskwa 1980

Część III – DOOKOŁA WIELKIEGO ŚWIATA

Prolog – Na Zachód marsz!

Etap 1. – Na podbój Italii

Etap 2. – Inne życie, inna jazda

Etap 3. – Luksusowy pomocnik

Etap 4. – Piekło Północy i inne przygody

Etap 5. – Lago di Garda i Polaków dwóch

Etap 6. – Moto uno, moto due

Etap 7. – Jan Paweł II, Mestre i Passo di Gavia

Etap 8. – Finisz

Etap 9. – Prawo peletonu

Część IV – DOOKOŁA POLSKI

Prolog – Za kierownicą

Etap 1. – Między mostami

Etap 2. – Na swoim

Etap 3. – Na którym TdP utrzymuje tempo

Etap 4. – Europa przed Euro

Etap 5. – Kolarska Liga Mistrzów

Etap 6. – Bez własnych aktorów

Etap 7. – Sierpniowe ściganie

Etap 8. – Z ziemi włoskiej do Polski

Etap 9. – Pod własnym niebem ze swoimi gwiazdami

Etap 10. – Ściana BUKOVINA

Część V – DOOKOŁA ŻYCIA

Prolog – Nie tylko wyścig

Etap 1. – Jak to się robi

Etap 2. – Charakter i rodzina

Etap 3. – Dokąd zmierza peleton

Etap 4. – Na Kaszubach

Etap 5. – Zdrowie

Etap 6. – Po godzinach

Runda honorowa – Jutro, pojutrze

Zdjęcia

Gdy ktoś pyta mnie o życiowe motto, najczęściej odpowiadam: „Marzenia się spełniają”. Te słowa najpełniej oddają to, co w życiu jest najważniejsze. Bez marzeń nie byłoby tylu emocji, wrażeń, barw, uczuć. To one są motorem naszych działań, pobudzają nas do aktywności, mobilizują do działania. Jednak aby marzenia się spełniały, trzeba sobie wyznaczać cele i je realizować. W tym dążeniu niezastąpieni są ludzie, którzy inspirują, uczą i pomagają. W swoim życiu miałem szczęście spotkać wiele osób, którym chciałbym podziękować i dedykować tę książkę.

Pierwsze podziękowania kieruję w stronę rodziców. Wychowałem się w małej miejscowości na Kaszubach, a rodzinny dom zajmuje w moich wspomnieniach poczesne miejsce. Rodzicom oraz starszemu rodzeństwu zawdzięczam to, kim dziś jestem. To oni byli pierwszymi nauczycielami życia – pokazywali, wychowywali, opowiadali o swoich pasjach. Moją pasją od dzieciństwa był rower. I tu pojawia się szwagier, Aleksander Siluta, który namówił mnie do kolarstwa. Ukochanego sportu uczył mnie pierwszy trener Euzebiusz Marciniak, którego spotkałem w Baszcie Bytów. Potem byli kolejni trenerzy, nauczyciele kolarstwa: Andrzej Trochanowski, Stefan Borucz, Zbigniew Rusin. Bez nich nie byłoby medali, sukcesów i zwycięstw. Ale pokazywali mi też piękno kolarstwa, jego wspaniałą ideę, która polega na walce z własnymi słabościami, niedoskonałościami. I oczywiście z rywalami. Tym wszystkim, których spotkałem w peletonie, zarówno amatorskim, jak i zawodowym, tym, z którymi wygrywałem i od których dostawałem lekcje pokory, bardzo serdecznie dziękuję.

Zdobyć medal olimpijski, zostać kolarzem zawodowym – wszystkie te cele, początkowo wydawałoby się trudno osiągalne, udało się zrealizować. Podobnie stało się z Tour de Pologne, którego organizacją zająłem się po zakończeniu kariery. Marzył mi się wówczas, na początku lat 90., wyścig z prawdziwego zdarzenia, w pełni zawodowy, z udziałem światowych gwiazd. Niejeden śmiał się, pukał w czoło i wątpił. Ale dzięki ogromnej, wytężonej pracy wielu ludzi, którzy rozumieli i podzielali moje zdanie, marzenie się spełniło. Dziś Tour de Pologne to jeden z najważniejszych wyścigów na świecie, najbardziej rozpoznawalna sportowa marka w Polsce, wizytówka naszego kraju na arenie międzynarodowej. I z tego jestem bardzo dumny.

Tak samo jak z mojej rodziny. Wspaniała córka Agata, której dedykowałem olimpijski medal w 1980 roku, jest dla mnie ogromnym wsparciem w życiu zawodowym i prywatnym. Cudowna żona, Elżbieta, której zawdzięczam szczęśliwe życie i z którą dzielę wiele pasji – aktywność, weganizm, zdrowe odżywianie. Wspólnie staramy się pokazać innym, jak żyć pełnią życia. Jak żyć, aby marzenia się spełniały. I oczywiście Adam Siluta. To zadziwiające, jak układa się życie. Kiedyś jego ojciec Aleksander zaraził mnie kolarską pasją, po latach przekazałem tę pasję Adamowi. Dziś mam oparcie w nim i całej naszej rodzinie, która stanowi fundament Lang Teamu.

 

W moim warszawskim gabinecie mam mnóstwo zdjęć. Jest fotografia z papieżem Janem Pawłem II, są kadry z różnych wyścigów i życia prywatnego. To są chwile z mojego życia. Niektóre bardzo ważne, inne po prostu efektownie uchwycone, jak choćby ta, gdy ubrany w strój jeździecki dosiadam konia. Najważniejsze jest dla mnie zdjęcie, które wygląda jak przypadkowy epizod. Po prostu jedna z kraks, jakie zdarzają się kolarzom w czasie zawodniczej kariery. Fotograf uchwycił mój upadek na trasie XXXI Wyścigu Pokoju z Gery do Karlowych Warów. Był to piąty etap wyścigu; jak się później okazało, dla mnie ostatni w tej edycji, a dla Staszka Szozdy ostatni w karierze. To było jeszcze na terenie NRD, runąłem na ramię, pozrywałem wszystko i ręka wisiała dosłownie na skórze. Gdyby ktoś naciął ją nożem, to oderwałaby się i upadła na ziemię. Tymczasem trener chciał ją natychmiast nastawić! Przestraszyłem się, że to zrobi, porzuciłem rower i cierpiąc z bólu, zacząłem uciekać. Ruszyłem w pole, na którym pracowali enerdowscy chłopi, a ci w odruchu serca rzucili mi się na pomoc. To musiał być niezwykły widok: ja w kolarskim stroju i kolarskich bucikach, wijąc się z bólu i podtrzymując bezwładną prawą rękę, skakałem przez bruzdy, trener za mną, a enerdowcy z kosami i grabiami za nim! Ale najważniejsze było to, co stało się później. To była bardzo ciężka kontuzja, a ja miałem 23 lata. W praktyce oznaczało to koniec wielkiej kariery, bo wtedy kolarz w moim wieku zaczynał już być zawodnikiem nie tyle dojrzałym, co starym. Takie były czasy, eksploatowano młodych chłopaków i zmieniano ich jak rękawiczki. Miałem wrócić do ścigania jako dwudziestoczterolatek, a więc zawodnik mało perspektywiczny i nierokujący nadziei. Dzisiaj uważa się, że dopiero trzydziestoletni kolarz wchodzi na szczyt swoich możliwości, a wtedy… Kontuzja na tym etapie kariery była jak wyrok. Zamiast startów i treningów – zabieg, rehabilitacja i roczna przerwa. Tymczasem ja się zawziąłem i postanowiłem wrócić. Przepracowałem zimę jak nigdy i wróciłem silniejszy niż kiedykolwiek. Nie tylko utrzymałem miejsce w kadrze, ale także zdobyłem po powrocie wicemistrzostwo świata w jeździe drużynowej, wygrałem Bergamascę oraz Tour de Pologne, zdobyłem olimpijskie srebro i jako pierwszy Polak w historii zostałem kolarzem grupy zawodowej. Nie załamałem się, tylko najlepiej, jak mogłem, wykorzystałem przerwę, która nagle pojawiła się w mojej karierze. Ten upadek, to nieszczęście, które przytrafiło się wtedy na trasie etapu Wyścigu Pokoju, okazało się punktem zwrotnym nie tylko w kolarskiej karierze, ale i w całym moim życiu. Nie stałoby się tak, gdyby nie dzieciństwo i sposób, w jaki zostałem wychowany. Życie na wsi pod Bytowem ukształtowało mnie i nauczyło systematycznej pracy oraz dyscypliny. To tam w kolejnych PGR-ach, w których zarządzał mój tata, zapoznałem się z ciężką pracą. Miejsca i czasy, w których się wychowałem, a przede wszystkim rodzice wpoili mi zasady, których trzymam się do dziś. Gdyby nie to, moja kariera zakończyłaby się gdzieś w NRD, na poboczu drogi między Gerą i Karlowymi Warami.



Uhrynów. Jedziemy tam, gdzie zaczął się wielki wyścig

Być może gdyby nie wojna, to zamiast kolarzem zostałbym kawalerzystą albo dżokejem, za to na pewno urodziłbym się w Uhrynowie, miejscowości położonej między Hrubieszowem i Lwowem. Przed rozbiorami było to miasteczko należące najpierw do Lubomirskich, a później do Potockich. Kiedy Uhrynów dostał się pod panowanie austriackie, stracił prawa miejskie i stał się dużą wsią, zamieszkaną przez półtora tysiąca ludzi. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Uhrynów wrócił w jej granice, administracyjnie należąc do powiatu sokalskiego w województwie lwowskim. Właścicielem Uhrynowa, podobnie jak sąsiednich Tudorkowic, był Eustachy Ścibor-Rylski, człowiek, który kochał konie… i pisanie. Pan Eustachy pisał sztuki teatralne dla lwowskich teatrów oraz książki, które wydawał własnym sumptem, tworząc przy okazji we dworze małe wydawnictwo. Nic dziwnego, że jego wnuk, Eustachy Rylski, został jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy przełomu XX i XXI wieku. Wnuk przerósł talentem i popularnością dziada, ale za to pan na Uhrynowie zasłynął jako miłośnik i znawca koni. Stąd jeszcze w czasie zaborów gościem majątku był Wojciech Kossak, słynny malarz specjalizujący się w malowaniu scen bitewnych i koni. Z jego pobytem związana jest często powtarzana anegdota. Kossak słynął z tego, że był kobieciarzem. W warszawskich restauracjach i kawiarniach często dochodziło do sytuacji, w których jego żona i kochanki nie spotykały się ze sobą tylko dlatego, że obsługa zręcznie kierowała ruchem w lokalu. Będąc w Uhrynowie, Wojciech Kossak poznał piękną żonę wiedeńskiego notabla i oczywiście zaczął zabiegać o jej względy. Posunął się jednak za daleko… Co takiego powiedział? Kossak zaproponował damie, że namaluje jej portret, na co ta zareagowała oburzeniem, mówiąc, że najwidoczniej pomylił ją z ogierem. Malarz chciał naprawić sytuację, ale wyszło jeszcze gorzej. Powiedział, że wprost przeciwnie, co kobieta zrozumiała jako porównanie jej do klaczy. Z podboju wyszły nici, bo dama spakowała się i wróciła do Wiednia. Kto wie, może ktoś z mojej rodziny był świadkiem tej sceny? Za to na pewno mój ojciec często rozmawiał o koniach z właścicielem majątku, bo odpowiadał za ich hodowlę. Ojciec nie tylko dbał o to, by pasły się i biegały po łąkach, ale przede wszystkim układał je dla wojska. Koń dla ułana czy szwoleżera musiał być nie tylko szybki, wytrzymały i karny, ale przede wszystkim odważny. Nie mógł się sprzeciwiać jeźdźcowi, nie mógł zawieść nawet w najtrudniejszej sytuacji. Dobrze ułożony koń kawaleryjski nie bał się odgłosów strzałów ani wybuchów. Ojciec wkładał w prace z końmi całe serce, kochał to, co robił, i kochał konie. Przeszło to na mnie. Ja też kocham konie i lubię jeździć konno, zostało mi to po ojcu i może dlatego w swoim gospodarstwie mam kilkanaście wierzchowców, które biegają sobie po łąkach. Ojciec nie tylko pracował we dworze, ale prowadził także z moją mamą, Marią z domu Pirug, gospodarstwo rolne.

Tata jest bardzo podobny do dziadka, fizjonomia dokładnie ta sama, choć na pewno ma inny charakter, ten odziedziczył po babci. Łagodność, ciepło, sposób bycia i mówienia, to wszystko ma po swojej mamie. Oprócz rysów twarzy tata zawdzięcza dziadkowi także sposób pracy, dyscyplinę, dokładność i to, że jest doskonałym organizatorem. Jego rodzice byli bardzo pracowici i to także tata po nich odziedziczył. Ma po nich wszystkie najlepsze cechy.

Agata Lang, córka

Wszystko przerwała wojna. Na początku rodzina Langów i inni Polacy mieszkający w Uhrynowie mieli sporo szczęścia. Po zakończeniu walk okolice, w których mieszkali, przypadły Niemcom i jako część gminy Chorobrów weszły w skład powiatu hrubieszowskiego w dystrykcie lubelskim. To ocaliło moich bliskich przed wywózką na Syberię. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Ostatnio dużo mówi się o Rzezi Wołyńskiej, ale Polaków mordowano także na Lubelszczyźnie. W styczniu 1944 banderowcy, mając wsparcie w miejscowych Ukraińcach, zamordowali kilkudziesięciu Polaków. Zakończenie wojny i przyłączenie Uhrynowa do powiatu hrubieszowskiego w województwie lubelskim wiele nie zmieniło. Tak jak wcześniej AK nie była w stanie obronić wszystkich Polaków mieszkających na Kresach, tak teraz regularne oddziały wojska, straży granicznej i UB nie dawały sobie rady z banderowcami. Bandy UPA dalej paliły gospodarstwa i zabijały ludzi. W tym strasznym dla Polaków czasie przyszła na świat moja siostra Danuta. Była niemowlęciem, kiedy banderowcy przeprowadzali w okolicach wsi kolejne akcje. We wrześniu 1945 pod Uhrynowem zabili siedmiu ubowców, a w Boże Narodzenie sześciu żołnierzy. W rok później Ukraińcy oblegli strażnicę WOP w Tudorkowicach, żołnierze obronili się, ale potem strażnicę zlikwidowano i oddział przeniesiono do Sokala. Było coraz niebezpieczniej; w dzień przychodziło polskie wojsko, które przesłuchiwało wszystkich, pytając o banderowców, a w nocy pojawiali się banderowcy, zabierali żywność i zastraszali mieszkańców. Nawet po wielu latach rodzice nie chcieli tego wspominać, bali się wracać myślami do tych czasów. To, co się wtedy działo, odtworzyłem ze strzępków opowieści. Banderowcy grozili śmiercią, a mama była w ciąży. Stało się jasne, że nie może oczekiwać narodzin dziecka w tych warunkach. Rodzice widzieli, co się dzieje, jak traktuje się ludzi, w tym także dzieci. Grożenie śmiercią, nocne przesłuchania, świecenie latarką w oczy i nieustanne grabieże jedzenia i ubrań. Było coraz gorzej, aż doszło do tego, że na moją babcię wydano wyrok śmierci. Stało się to po tym, jak Ukraińcy z naszej wsi zaczęli zwozić ziemię i usypywać coś w rodzaju kopca. Babcia zainteresowała się tym i zapytała, co robią, wtedy jeden z nich odpowiedział, że to będzie grób Polaków. Babcia zdenerwowała się i odkrzyknęła, że jeszcze ten kopiec będą rozsypywać i że będą z niego nosić ziemię własnymi czapkami. Wieczorem któryś z Ukraińców przybiegł do babci i ostrzegł ją, że za to, co powiedziała, został na nią wydany wyrok śmierci. Kazał jej uciekać, bo w przeciwnym razie padnie ofiarą morderstwa. Być może śmierć groziła też mojemu ojcu, bo przed wojną zajmował ważne stanowisko we dworze, ale o tym nic nie wiem.

Babcia wracała tam wiele razy, ale tata bał się tam wyjeżdżać. W końcu w latach siedemdziesiątych przemógł się i pojechał, ale bardzo przeżył tę podróż. O mało nie postradał zmysłów. Podobno w pociągach i na stacjach w trakcie przesiadek rozglądał się, żeby się upewnić, czy nikt go nie śledzi. Wiem, jak to mogło wyglądać, bo tata spał bardzo nerwowo, tak jakby liczył się z tym, że lada chwila będzie musiał uciekać. Sądzę, że nie znamy całej prawdy o wojnie, o tym, co się tam działo. Może był w konspiracji, może usiłowano go zabić? Podejrzewam, że o wielu rzeczach nam nie powiedział, bał się najpierw tego, co groziło mu w Uhrynowie, a później tego, co mogło go spotkać w Polsce po wojnie.

Danuta Siluta, siostra

Ludzie po wojnie niechętnie mówili o przeszłości, bali się nowej władzy. Było wtedy tak, że przy załatwianiu wielu urzędowych spraw należało złożyć podanie z życiorysem, a ten życiorys musiał być bezpieczny. Najlepiej krótki, zwarty i zawsze taki sam. Trzymało się w szufladzie wzór i pisało się za każdym razem to samo, żeby nie być podejrzewanym o matactwo i oszukiwanie ludowej władzy. Im mniej o tobie wiedziano, tym lepiej, dlatego niechętnie opowiadano o przeszłości, starano się ją wymazać.

Robiło się coraz bardziej niebezpiecznie, aż w końcu stało się jasne, że trzeba uciekać. Wychodzili z domu pojedynczo: najpierw w lesie ukrył się mój ojciec, później matka wzięła chustę i poszła niby na pole, a potem dołączyła reszta. Uciekli przed Ukraińcami, mimo że administracyjnie to wciąż była Polska. Jak się okazało, postąpili słusznie, bo te ziemie były już stracone dla Polski. W roku 1951 Uhrynów, Tudorkowice i Sokal zostały oddane Związkowi Radzieckiemu. Szkoda tej wsi, która liczy dzisiaj czterystu mieszkańców i w niczym nie przypomina tej, o której opowiadali rodzice. Przed wojną żyło tam półtora tysiąca ludzi, w tym ponad 300 Polaków, to był świat wielu kultur, w którym przynależność narodową czy religijną określał dzień tygodnia, w którym świętowano, i to, czy szło się wtedy do kościoła, cerkwi czy synagogi. Cerkiew ocalała, ale po kościele katolickim Świętej Katarzyny pozostały już tylko ruiny i wspomnienie dramatu wielu milionów ludzi, którzy mieszkali na Kresach. Tata opowiadał, jak przed wojną do jednej klasy chodził z Ukraińcami i Żydami, jak wszyscy się dogadywali, a wojna to zmieniła. Dzisiaj dla Polaków to tylko punkt na mapie kojarzący się z przejściem granicznym Dołhobyczów-Uhrynów. Wieś rodzinna moich rodziców leży tuż za granicą, widać ją jak na dłoni. Czwartego maja 2013 roku pojechałem zobaczyć miejsce, w którym mieszkali moi rodzice. Od dawna chciałem to zrobić, ale to jest trudna decyzja, bo niełatwo pojechać i zobaczyć utracony świat. Sprawę wzięła w swoje ręce moja żona Elżbieta. Załatwiła wszystkie formalności, wynajęła bus i całą rodziną ruszyliśmy z Kaszub.

 

Prawie przy każdej rodzinnej okazji Czesław i jego rodzeństwo rozmawiali o wyjeździe do Uhrynowa. Rodzice byli tam z odwiedzinami w latach 70., dzieci często przytaczały ich wspomnienia. Wspominali relacje z tamtej wizyty, wracali do wspomnień rodziców z czasów wojny. Czułam, że chcą tam pojechać, że są ciekawi swoich krewnych, bo w Polsce mieli tylko siebie. Z ich rodziny pozostali tylko Czesław, jego siostra, brat oraz ich dzieci. Postanowiłam zrobić im niespodziankę, zaczęłam przygotowywać wyjazd. Na początek zadzwoniłam do Dołhobyczowa, polskiej miejscowości położonej tuż przy granicy. Rozmawiałam z wójtem, panem Józefem Demendeckim, który skontaktował się ze swoim ukraińskim odpowiednikiem z Uhrynowa. Okazało się, że obie wsie i ich władze mają bardzo dobre relacje. W maju 2013 trzy pokolenia Langów mieszkające w Polsce wsiadły do busa i pojechaliśmy tam, skąd pochodzili ich przodkowie. W wyprawie wzięło udział około dwudziestu osób, to było niezwykle wzruszające.

Elżbieta Lang, żona

Często o tym rozmawialiśmy, więc musiało się to kiedyś wydarzyć. Mimo wszystko wyjazd był jednak niespodzianką. Przyjemną niespodzianką. Pojechaliśmy więc i zobaczyliśmy rodzinne strony.

Jan Lang, brat

W Dołhobyczowie czekał na nas wójt oraz jego współpracownicy. Byli także przedstawiciele ukraińskiej gminy Chorobrów, wójt pan Władymir Sawa i pani Ludmyła Burychka. Przyjęto nas bardzo serdecznie, zarówno władze samorządowe z Polski i Ukrainy, jak i przedstawiciele straży granicznych obu krajów byli dla nas bardzo mili. Przeszliśmy przez przejście graniczne, które wtedy było jeszcze w budowie, i weszliśmy do Uhrynowa. To było bardzo wzruszające zobaczyć dom moich rodziców i spotkać się z rodziną mojej mamy, to niezwykle mili i serdeczni ludzie. Oczywiście ci najbliżsi już nie żyją, zmarła też siostra mojej babci, ale rozmawialiśmy serdecznie z jej synową i wnukami. Spotkaliśmy się też z rodziną dziadka i jego dziećmi oraz wnukami.

Tam był dom naszej mamy, która opowiadała nam, jaki piękny rósł tam sad. I rzeczywiście było tam wszystko, o czym mówiła mama: piękne orzechy włoskie, jabłonie… Niestety wszystko podupadające, zaniedbane, ale drzewa bardzo cenne, takie, jakich już nie się nie hoduje. Szkoda, że nie mogłem przywieźć szczepków, gdybyśmy byli tam jesienią… Pojechaliśmy jednak latem, więc trochę żałuję, bo ogród to moja pasja i hobby. Nie znaleźliśmy małej kopalni kredy, która była w ogrodzie. Mama o tym opowiadała, taka tam była gleba, dużo skał wapiennych. To, co zobaczyłem, pokrywało się jednak z moimi wyobrażeniami. Oczywiście wiedziałem, że nie zobaczę tej samej, wielokulturowej, dużej wsi. Tata opowiadał, że było tu ze trzysta numerów, że przy głównej uliczce były żydowskie sklepy, bo mieszkało w Uhrynowie wielu Żydów. Wiedziałem, że już ich nie zobaczę. Jeśli coś mnie zaskoczyło, to cerkiew, ale nie jej piękny, bogaty wystrój, tylko to, że nie było tam żadnych ławek. Z kościoła katolickiego zostało niewiele.

Jan Lang

Wyjazd w rodzinne strony był niezwykłym przeżyciem, poczułem ogromną nostalgię, od tego czasu korespondujemy z krewnymi, wysyłamy sobie życzenia. Zorganizowałem dla nich autokarowy wyjazd do Polski, gdzie znów się spotkaliśmy. Byli w Barnowie i w Półcznie, bardzo im się tutaj podobało, to dla nich był zupełnie inny świat – jak dla nas kiedyś wyjazd na Zachód. Niestety, najstarsi nie przyjechali. Ja na pewno tam kiedyś wrócę, bo bardzo tęsknię.