QuidamTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cyprian Kamil Norwid

Quidam

Przypowieść

Warszawa 2020

Spis treści

[Motto]

Do Z.K. Wyjątek z listu

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

[MOTTO]

Adolescentus quidam sequentatur –

S. Marc. XIV 51

Sunt quidam de hic stantibus qui –

S. Math. XVI 28

DO Z.K. WYJĄTEK Z LISTU

Czytałeś, i nawet, czego nie spodziałem się był, dawałeś do czytania ten rękopism przypowieści mojej, nazwany Quidam. Uważałeś zapewne, że dziełu temu dałem nazwę przypowieści, nie zaś powieści, a to z przyczyny, że intrygi i węzła dramatycznego, właściwego powieściom, wielce się tu wystrzegałem – nie o to mi szło, ale właśnie że o to raczej głównie, co zazwyczaj tylko pobocznie z właściwych powieści wyciągamy.

Dlatego to i bohater jest tylko ktoś – jakiś tam człowiekquidam! Nic on nie działa, szuka tylko i pragnie dobra i prawdy, to jest, jak to mówią: nic właściwie nie robi – cierpi wiele, a zabity jest prawie że przypadkiem, i to w jatkach!

Jest tam i drugi Quidam, któremu to nazwisko przeszło było w imię własne, ale i ten jest tylko jakiś ogrodnik, jeden z miliona chrześcijan! Zali to jest tragiczne? – pozwalam Ci wątpić, wielki poeto!

Ale Ty, którego ś.p. Juliusz Słowacki nazwał Poetą-Ruin, i który jak nikt nigdzie umiałeś świat ruin opiewać, pozwól mi w zamian powiedzieć Ci, że w przypowieści tej mojej pomiędzy jej żywymi postaciami, lubo nie ma arków połamanych i rozrzuconych kolumn, nie mniej smętny, jakkolwiek z właściwego mi punktu oglądany, krajobraz ruin się przedstawia. Serce tej Zofii, tak czarującej talentami, a tak nerwami i wolą do siebie nienależnej, może właśnie całej jednej świątyni-wiedzy jest ruiną?

Cywilizacja, według wszelkiego podobieństwa, do dziś jeszcze podobna jest do tego kościoła, który za Kapitolem tyle razy przy księżyca świetle oglądałeś – do tego kościoła, co w kwadracie kolumn świątyni starożytnej, jako gołąb w rozłamanej klatce, przesuwa, tak iż, mszy świętej idąc słuchać, przechodzi się owdzie przez Jowiszowy przysionek. Daruj mi więc, wielki poeto, że z niektórych tylko korzystałem uwag Twoich co do kształtowania się tej mojej przypowieści, inne za niebyłe uważając. Cywilizacja składa się z nabytków wiedzy izraelskiej – greckiej – rzymskiej, a łono Jej chrześcijańskie, czy myślisz, że w świadomej siebie rzeczywistości już tryumfalnie rozbłysło? Mag jest ŻydArtemidor i ZofiaGrekowie – znajdziesz tam i Rzym, lubo Tobie, wielki poeto, inaczej i gdzie indziej, nie zaś w mniej plastycznych sferach, ruiny oglądać i sławić przystało. Szczęśliwszym byłeś.

CYPRIAN NORWID

Pisałem 1859

I

Przypłynął młodzian z górnego Epiru

Do miasta Regium, na rzymskim okręcie;

Grek był, lecz matki ród się wiódł z Iliru;

Krwi też dwoistej wzajem przeniknięcie

Na twarzy jego dostrzec można było,

W sposób, iż profil z greckich miał medali,

A w oczy patrząc: skroń nabrzmiałą siłą,

I włos mniej ciemny – i usta z korali.

Z Regium, jak długi brzeg, ku Puteoli

W konnej i gwarnej jechał karawanie,

Czas to był, kiedy z imperialnej woli

Poczęto wielkie o drogach staranie,

I częste mosty, z gładkiego kamienia,

Skałę ze skałą wiązały ogniwem –

I różni ludzie, i różne cierpienia

Żelazem granit obrabiały krzywem:

Adryjan, cesarz w sztuce wszelkiej biegły,

Doglądać lubił kamienie i cegły.

Od Puteoli, po appijskim bruku,

Epirski młodzian zdążał już do Komy,

A Romę marzył podobną do łuku

Tryumfalnego, którego ogromy

U samych niebios swój początek biorą,

Lub samych niebios stały się podporą.

Wszakże on jeden z całej karawany

Marzył – gdy inni toczyli rozmowę,

Jak świat na nowo został popisany?

O ile prawo carskie lub ludowe? –

Gdzie: w wstępnym Rynku albo w Trastubernae –

Osły i konie zanocować wierne? –

Jest coś wśród wielkich miast i naokoło,

Zwłaszcza pod wieczór, zwłaszcza dla pielgrzyma,

Co wypogadza lub zachmurza czoło,

Ziejąc nań niby westchnienie olbrzyma –

Jest coś w tym szmerze, co pierwszy dolata,

Skoro się miejskich bram rozemknie krata.

To coś – Epirczyk nasz poczuwał w chwili,

Kiedy się kupcy z celnikiem wadzili

O jucznych osłów porządek zmięszany –

O kilka asów na lampę u ściany.

Nareszcie w miasto weszła karawana,

Wielkimi juki chmurna i leniwa,

Raz jeszcze widzieć dając twarz młodziana,

Gdzie się ulica okręcała krzywa,

A strażnik z włócznią stojący brązową:

„Ktoś jest?” – latyńską zapytywał mową.

„Syn Aleksandra z Epiru” – i dalej

Osły a konie szły – – i znów pytali.

II

Minął rok całym dni i godzin tokiem –

Za Awentynem słońce czerwieniało.

Przez plac dwóch ludzi szło swobodnym krokiem,

Zbliżonych k’sobie jak dwugłowne ciało.

Wieczór był cichy, cichością jedyną,

Samemu tylko właściwą Rzymowi.

Ni wieś, ni miasto – tu cię woły miną,

A tam wykwintna biga zastanowi;

Tłumy z jakiegoś wracają igrzyska,

Po wzgórzach warty obchodzą wigilie

Chłopięta śmietnik zmieniają w ogniska,

Cyprysy milczą – woń roznoszą lilie –

Syn Aleksandra, wstrzymawszy się nieco,

Do gramatyka rzymskiego te słowa

Mówił: „Te światła, co u wnijścia świecą,

Gdzie właśnie nocna przelatuje sowa,

Rok temu, skoro zapalano, pomnę:

Wjeżdżałem obcy w to miasto ogromne”.

„Któż by zgadł? – na to Gramatyk odrzecze –

Że oto w czasie tak krótkim, zaiste,

Nieokrzesane straciwszy narzecze,

Latyńskie słowo wypowiadasz czyste!

Co więcej! mądrość mający na celu,

Kto by zgadł, mówię, że w wjazdu rocznicę

Zwiedzić już myślisz, młody przyjacielu,

Artemidora mądrości świątnicę?” –

„W czasie tak krótkim, powiadasz – pociecha!”

Epirczyk odrzekł z westchnieniem głębokiem.

III

I szli. – Rok minął dni i godzin tokiem.

Artemidora ogród oświecony:

Fastigium domu nad skrawym obłokiem

Czerni się w trójkąt; niżej biust złocony,

Z framugi ciężkie wychyliwszy czoło,

Rzekłbyś, iż chyłkiem pogląda wokoło.

Zofiję z Knidos mędrzec miał u siebie.

– Uczniowie w laurów ciennikach siedzieli,

Czekając: gwiazdy aż błysną na niebie,

Czekając: pomoc aż ich rozweseli

Tym ogniem tylko pomocy właściwym,

Ni to widzialnym, ni światłym, lecz żywym,

Ogniem wewnętrznej gorączki i drgania

 

Powiek, gdy ciężeć poczną od czuwania,

A słów mierzonym śpiewanych akcentem

Skoro się przy tym wyrzuci niemało,

I subtelności niejednej, zakrętem

Wstecznym, skoro się dobrze naszukało – –

I człowiek, w całej myślenia machinie,

Poczyna czuć się zostawionym sobie,

Lubując giętkość jak skoczek na linie,

Starego ojca niosący w osobie.

– Tej to gorączki z nałogu czekano,

A coraz nową rzecz dyskutowano.

Zofija z Knidos pośród tej drużyny

Mądrej podobną była do opalu,

Co zda się mieścić wszystkie tęczy płyny –

Lecz nie rozlewa ich z skąpstwa czy żalu?

Żalu – bo opal z łzawym błyska mętem;

Skąpstwa – bo blask swój wycedza ze wstrętem.

Zrodzona w Knidos, w Rzymie wychowana,

Gdyby to było nie za Adryjana,

Kiedy już Sybill błękitne jaskinie

Proroczych w sobie nie kryły trójnogów –

Może by głos jej był jako naczynie

Brzmiące – dla ludzi śmiertelnych i bogów.

Lecz inny wzywał smak, rządziło nie to:

Była więc więcej od Sybill – kobietą!

Była tym samym – bo czasów własnością,

Natchnieniem smaków ich – z bezświadomością!

Pod tymi laury, których liść szeroki

Lamp różnofarbnych złamały promienie,

Szaty ją wiewne tulą jak obłoki

I układają na ciche kamienie –

Z rzeźbą ich łącząc tak żywą naturę,

Jak rzeźba wpaja się w architekturę.

Zaiste, odłam to jakiejś świątyni,

Gdzieś barbarzyńskim roztartej obuchem –

Nikt zeń całości nowej nie uczyni,

Ni ją spokrewni z cudzoziemskim duchem:

Zawsze to będzie pamiątka bez-łzawa

Czegoś, co nie ma istoty ni prawa.

Ty, coś ją widział, zakryj sobie oczy

I powiedz, co z niej pamiętasz szczególnie?

Nie gładkość czoła, ni wieniec warkoczy,

Pamiętasz jakieś wzięcie się – ogólnie –

I głos: ten słodkie miewać zwykł poczęcie

Potem się kroplił jako płyn – a potem

Jakobyś srebrnym wydzwaniał go młotem –

Potem – i rylca było w nim zgrzytnięcie!

Ruch też głosowi wtórował, a zawsze

Prędzej, w obejście przechodząc łaskawsze.

Taką to panią mędrzec gościł w chwili,

Kiedy przez salve mozaiką wybite,

Na progach sieni stopami zużyte,

Męże dwaj cichym koturnem wchodzili.

Starszy był w szarym płaszczu i tunice,

A laskę przed się stawiał jako świecę

Prostą, o wiele dłuższą nad użytek.

Każdy zwój płaszcza jego, założony

Jak pargaminu pisanego zwitek,

Łamał się ostro lub obsuwał w strony,

W sposób, iż z tyłu widząc go o zmroku,

Jak sprzęt nieżywy wydałby się oku –

Sprzęt świeżo zdjętą szatą obrzucony.

„Mistrzu Jazonie Magu! – rzekł mu drugi

Czy nie raczycie prosto do ogrodu?” –

A w glosie jego było coś i sługi,

I przyjaciela, i bliskiego z rodu.

– Starzec krok zwrócił za odpowiedź całą

I weszli oba boczną furtką małą.

Weszli – ostatni goście spodziewam.

Perystyl odtąd pustą już przestrzenią – –

W alabastrowej lampa stojąc bani,

Mdlała – kolumny blado się czerwienią

Od strony światła, ciemniejąc od drugiej –

Czasem słów kilka posłyszysz za sienią,

Czasem leniwy krok sennego sługi.

Lampa przedzgonnym co tryśnie promieniem,

To się mozaiki na ziemi poruszą,

To arabeski zatrzęsą sklepieniem,

Jakby gmach – ciałem, ona była duszą.

IV

Pomiędzy świtem a nocy zniknięciem

Płomienne blaski różowe z mrokami

Walczą, jak Cnota z świata-tego Księciem –

Mdławe, lecz ufne, choć wciąż je coś mami.

Pomiędzy świtem a nocą jest chwila,

Gdy hoże łuny z czarnymi krepami

Błądzą, aż bystry promień je przesila.

Ostatnia gwiazda wtedy w niebo tonie,

A słońce rude swe wynosi skronie –

I periodyczna pamiątka stworzenia

Wciąż od Pańskiego kreśli się skinienia.

– Pod taką dobę do swojej gospody

Syn Aleksandra z Epiru powraca.

Wszedł i dwa palce przyłożył do brody:

Drgnął, błędną ręką płaszcz na sobie maca;

Co gęstsze zwoje, to otrząsnął lepiej –

I wybiegł krokiem niepewnym, jak ślepi.

Niewiasta, za nim patrząc z korytarza,

Etruskiej lampy knot podjęła igłą

I poruszyła oliwę zastygłą,

Mrucząc: „Czy mieszek? drachmę? nie uważa!”

Tak szepcąc, w ciemność kątów pozierała,

I szła, i milkła, i znów coś szeptała

V

Pomiędzy świtem a nocy zniknięciem

Płomienne blaski różowe z mrokami

Walczą, jak Cnota z świata-tego Księciem –

Mdławe, lecz ufne, choć wciąż je mrok mami.

– Pod taką dobę u Artemidora

Do głównej sali wracano z ogrodu:

Śniadać zbliżyła się konieczna pora

Dla gości, skrzydłem poruszonych chłodu,

Chłodu, co, lubo letni, ostro godził

Na bezsennością gorące powieki

I trzeźwił róże mdłe, a oczom szkodził,

Po-rozparzanym od wewnętrznej spieki.

Szli więc do sali, gdy niewolnik zasię,

Do laurowego wbiegnąwszy ciennika,

Zdjął lirę Zofii wiszącą na pasie,

Pargaminowe zwitki spod stolika,

Pudełko z kości słoniowej z woniami,

I oddał służbie stojącej za drzwiami.

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Niedługo uczta u Artemidora

Zwykłymi kończyć się będzie toasty;

Wszelkiej tam rzeczy osobna jest pora,

I o wigilii najdalej dwunastej

Ktokolwiek salve wybite mozaiką

Koturnem swoim niebacznie zawadzi,

Przyjętą będzie pocieszał się bajką:

Że Mistrz dyktuje właśnie, albo radzi.

– Z Koryntu rodem, Artemidor w Rzymie

Sławy urokiem otoczył swe imię;

Był nawet wzywan i do Adryjana,

Na posłuchania treści niewiadomej –

Bliżsi wszelako – tych przyjmował z rana –

Twierdzili, że był wolnym jak atomy,

Że w Adryjanie cesarz dlań jest człekiem,

Że Amaltei napawa go mlekiem,

Że w jednym ledwo folguje mu snadnie:

W archeologii – którą zna dokładnie.

Pewna jest wszakże, iż ci bliżsi, właśnie

Im więcej bliżsi, widzieli mniej jaśnie.

To miał do siebie Mędrzec, tak iż w domu

Stawał się prawie nie znanym nikomu.

Nie był to wszakże fałszerz, ni jakowy

Pochlebca płaski, ni umysł jałowy,

Ni tajemnicą owiany mąż czynu,

Arystokracji szpieg, albo szpieg gminu.

– Wcale. – Filozof był to szkoły własnej –

Ta, że posady nie mając zbyt jasnej,

Utrzymywała się w całości ścisłej

Przez solidarnie ukrywaną próżnię,

Im bardziej uczeń w duchu był zawisły,

Zobowiązywał więcej – lecz ostrożnie –

Wylania przy tym skąpy? czy lękliwy?

Kończył, iż jak się skłamał, tak był żywy!

Chcesz poznać wartość szkoły lub podania,

Na ich ostatnie spojrzyj egzemplarze:

Tych jeśli błędem są pocałowania,

Jakaż być musi miłość pierwo-wzoru! –

Tych jeśli cechą jest siła-uporu,

Jakaż być musi na czele skalistość? –

Tych jeśli brudem całym szata z woru,

Jakaż być musi na górze przeczystość?

Artemidora uliczni czciciele

Podobni byli do zbiegłych klijentów,

Gdy ogłuszali, rozprawiali wiele;

Skoro kto przeczyć śmiał – szukali mętów,

A często naprzód, czując się niepewni,

Kończyli śmiechem lub milknęli rzewni.

Dla mniej ćwiczonych mieli pobłażanie,

Zwłaszcza w publicznych miejscach oczywiste;

Lecz jakby mówiąc: „Cóż mi dajesz za nie?

Uderz choć czołem i wpisz się na listę”.

Koryncki mędrzec mawiać zwykł: „Gdzie ruszę,

Oblegają mię te Epimeusze” –

I nieraz w szczerym widziałeś go gniewie,

Gdy który z owych wieszał się na drzewie,

Lub patrzył w ogród Artemidorowy,

Co robi mędrzec? gdy nie miewa mowy –

VI

Zofia, do siebie weszedłszy leniwo,

Wśród perskiej sofy skronie utuliła

I płaszcza jeden róg powlekła krzywo

Ku ramieniowi – i tak zostawiła:

Nie jak kto spocząć chcący się odziewa,

Lecz jak kto, nie chcąc nic, co pocznie, zrywa.

Ten ją owładnął woli bezkierunek –

I zostawała tak, patrząc na lirę,

Na skrzynkę z kości, gdzie się chowa mirrę,

Na zwitki wreszcie, które przez trafunek,

Pomięszał sługa z przenośnym ciężarem –

I pomyśliła: co też one znaczą? –

Lecz zostawała pod bezwoli czarem,

Marząc: czy same do niej przyjść nie raczą? –

Słońce coraz to jaśniejszym promieniem

I coraz cieplej wzierało w mieszkania,

Przedmioty jedne usuwając cieniem,

Zbliżając drugie przez ich wyświetlania.

Na pargaminu zwitek promień żwawy

Spadł, jako złoty liść na ciemne trawy,

I błyszczał, chwiejąc się niejaką chwilę –

I znikł – i nastał moment ciemnej przerwy:

Płaszcz Zofii frunął z lekka, jak motyle –

Wstała – i legła znów, patrząc jak pierwej.

Kto była Zofia? – wiemy, lecz czym w Rzymie?

Odpowiedź z zwykłych pozorów zawiła:

Bezmężna, sama w willi swojej żyła.

Nadawano jej Poetessy imię;

I tę językom ludzkim dawszy stronę

Osobistości swej, czuła się wolną.

„Nie darmo piorun laurową koronę

Mija„* – mawiała, gdy była swywolną,

Gdy osłupienia mijały ją owe

Częste, dla których uchodziła w stronę,

Lub jak niedawno na pargaminowe

Patrzyła zwitki – – – – – – – – –

– – – – – – – – – osłupienia, niby

Do wyczerpnięcia wnętrznego podobne:

Oczy jej wtedy szkliły się jak szyby l

Zdały się szukać czegoś palce drobne:

Czegoś, jak gdyby strun liry zniknionej –

Czegoś, jak gdyby perełki zgubionej.

Nareszcie wstała – za nią płaszcz szkarłatny

Powlókł się, jako ciężkiej fali struga.

Podjęła zwitki w sposób tak udatny,

Jakby kto patrzył na nią, może sługa –

I rozwinąwszy, że były obfite,

Ciekawość wzrosła, co by zawierały? –

Lecz nie czytała – raczej, jak są zwite,

Baczyła, zwój ich roztoczywszy cały,

Podobną będąc w tej cichej robocie

Do jakiej dawnej Sybilli, gdy w grocie

Poprzekreślanej słońca promieniami,

Jak w strunach złotej liry rozrzuconych,

Duma – a duch jej trzepoce skrzydłami,

O wysokościach marząc niezgłębionych.

Wreszcie, początek znalazłszy rapsodu,

Czytała – – – – – – – – – – – – –

– – „Zofio!” – greckie były słowa –

Tu zatrzymała się: „Szkoda zachodu! –

Mówiąc – za długa rzecz: rozboli głowa –”

Dalej: „Zofijo! – znaczy tu: mądrości!” –

I śmiać się bardzo poczęła z zazdrości –

Komu? – mądrości? – więc, kończąc czytanie

Rzekła: „Nie do mnie!” – z gniewu czy z radości –

„Wszelako – krewne mi te wszystkie panie

Z Olimpu, bądźmyż przeto, jak przystoi

Na pokrewieństwo, mądrzy – cóż tam stoi?”

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

ZWITEK PIERWSZY

§ 1

Mądrości! tobie poślubiłem z dawna –

I oto wzięła mię ta Roma sławna

W wielmożne dłonie swoje, mnie, z Epiru

Sierotę! – Ówdzie mdłą byłem rośliną

Na pustce dziadów; tu – drobiną żwiru.

Mniej: pyłem, może i pyłu drobiną.

Zowąd próg domu zdawał mi się światem,

Stąd Epir cały progiem mi domowym.

Rozszerzyłem się, prawda; idzież zatem,

 

Że wzrosłem? – – – – – – – – – – – –

– – – – – zwitkiem tym pargaminowym

Można by ludzi otoczyć gromadę,

Tak bo szeroki! – wszakże jednym słowem,

Krótszym a głębszym, wlewać można radę,

Moc, rozrzewnienie, pociechę, lub zdradę! –

Cóż stąd? –

Czy człowiek, widząc tak szeroko

Na każdą chwilę swojego żywota,

Ile zakreśla mu dokoła oko,

Doszedłby, gdzie są wszech-mądrości wrota? –

I wielkich świata spotkał luminarzy

Tam, gdzie powinien, nie tam, gdzie się zdarzy?

Czy raczej zwiedzić winien obszar cały,

Nie okiem jego, lecz okiem ludzkości

Skreślony jemu, gdy był jeszcze mały,

I śnił na progów własnych pochyłości,

I patrząc, gdzie się widnokrąg zasklepia,

Myślił, że człowiek, skoro tam dobieży,

Rękoma swymi niebios się uczepia,

Wysysa nektar i jak Bachus leży?

– – – – – – – – – – – – – – – – – –

Trzebaż więc zawsze, by serce górala

Po brukach miasta pierwej się wytarło

I łza człowiecza wędrowała z dala

Tu? – by samotniej niż w zaciszy marła,

Twardniejąc z wolna jak ziarno opala!

Złotnik ażeby brał potem jej jądro,

Ważył i w kolce osadzał, i może,

Dewizą jaką naznaczywszy mądrą,

Przypiął do ciżem, lub psu na obrożę! –

Nie! – tu jest czasów jakaś tajemnica,

Albo tu kłamie się już jak dla rymu,

Albo jednego tu nie ma szlachcica,

Co by, jak Scipio, sam gadał do Rzymu,

Albo tu cała szlachta – to konnica! –

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Nie! – – prawdy dziwnej bliskość czuję łonem! –

Ateny przecież jak Rzym świetne były,

A jednak Scyta Zamolksys z Solonem

Różnił się, niby odmienne dwie siły.

– Mamże Epiru zostać Pigmalionem,

Czy rzymskie jeszcze oglądać mogiły

W ogromnych łunach? – i, mimo Zeusa,

Padłe, jak niegdyś Korynt za Mumiusa? –

Stój! –

W rymie zdradnej płynności jest siła:

Sybilla stara, co w sieniach mych dziadów

Siadała jadać, pomnę, że mówiła:

By strzec się echa-słów, i winogradów

Upajających nie tykać nad miarę.

Któż retoryki nauczał tę stare? –

Mistrz gdzie? co onej nie szczędził przykładów –

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Nicość! – – – – – – – – – – – – – – – – –

§ 2

– – Skończyłem wczora na zwątpieniu

Dziś mój gramatyk wskazał mi cynika

Sławnego w Rzymie – nie powiem imienia.

– Są ludzie, których lepiej znać z ich cienia:

Twarz w twarz spojrzawszy, osobistość znika.

Tego gdzieś medal widziałem brodaty

Z zagłębiającym się w przestrzeń wejrzeniem;

Dziś mówił myślą, słowem i skinieniem,

Najoczywiściej – w ostatnie bogaty.

Co myśli? – nie wiem; co mówił? – nie pomnę;

Co cierpi? – z płaszcza wyczytałem w łaty –

Smutno mi –

– – – – – – Rzym – jest to miasto ogromne.

§ 3

Kto jest Mistrz-Jazon-Mag? – zapytać muszę:

Mąż tajemniczy a powszechnie znany –

Kto Artemidor? – o tym wiele tuszę –

Kto są tak zwane w Rzymie Chrześcijany?

§ 4

Adryjan cesarz wymyślił rzecz nową:

Każdy wiek inną wyrazić budową.

Będzie to jakby historii zwierciadło,

Będzie to jakby sztuki abecadło,

Ogromne dzieło i praca niemała!

Narodów różnych niewolnik zajęty –

Wiek się zadziwi, przemysłowi chwała!

– W prowincje nawet rozchodzą okręty:

To z robotnikiem, to z ciętym marmurem.

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Rzym jeden Rzymem, a świat – jego murem.

§ 5

Mistrz Artemidor dzisiaj szedł ulicą,

Trzymając w ręku liść lauru: przypadkiem

Uronił tenże – ucznie wraz rozchwycą.

Tak niegdyś z polnym postąpiłem kwiatkiem.

Tu mądrość, owdzie zachwycało lico;

Tamto – to było kiedyś, i ukradkiem –

Są myśli, które choć naznaczyć trzeba

Czymś, jakoś – później one się rozświecą! –

Zda się, iż równie znachodzi je sztuka,

Podobną będąc zbłąkanej dziecinie,

Co nuci, patrzy i maca, i szuka – –

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Ten ustęp mamże pozostawić czy nie? –

§ 6

Że to nie piszę na stylu wystawę,

Naznaczyć muszę choć kilkoma słowy:

Widziałem dzisiaj twarze dwie bladawe

Dwóch niewolników, dwie schylone głowy,

Związane ręce – byli to zbrodniarze,

Niewdzięczni panu swemu, zbiegi, trutnie,

Leniwcy – wspomnieć smutno, jakie twarze!

Jeden uśmiechał się bardzo okrutnie,

Wejrzenie widzów raniąc – drugi w kroku

Zdążał mu, przeto iż dłuższy był w stanie,

Szli tak w kurzawy i pięści obłoku –

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Jak mam rozumieć tygrysom rzucanie?

§ 7

Cóż jest niewolnik? – – – – – – – – – – –

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

– – – – „W siódmym paragrafie

Iglicą znaczę” – to Zofia mówiła,

I zwój, jak długi był, na powrót wiła.

Potem: „Doczytam i w toż miejsce trafię” –

Dodała, ręką przecierając czoło –

Potem: „Pamiętnik dziwny” – potem: „Kto to?

Przychodzień jakiś – u Artemidora?

Kto był? – rada bym poznać go z ochotą.

Mistrz-Jazon! – przy nim młodzian jakiś wczora

W cienniku bocznym przechadzał się długo;

Wszelako owy, wiem, skąd rodem. Sługo!”

Tak gdy kończyła Zofia wykrzyknikiem,

Kotara boczna fałdy szerokiemi

Drgnęła, rozsuwać wszcząwszy się od ziemi,

I Egipcjanka, uprzedzona sykiem,

Jak syka człowiek, gdy igłą się zrani,

Weszła, nietrudny ukłon dając pani.

Zofia milczała, pismo mając w dłoni,

Zaś niedoszyte płótno swe niewiasta

Trzymała – wreszcie słowa te uroni:

„Która wigilia?” – „Wigilia dwunasta”. –

„Dosyć” – służąca znikła za kotarą –

Pani się przeszła swobodnie po sali,

Lecz gdybyś pierwej na oną twarz starą

Patrzył, a potem zatrzymał się w dali,

By, niewidzialnym będąc, Zofię widzieć –

Rzekłbyś: „Zaiste! piękne straszne bywa,

Odkąd się człowiek pocznie za nie wstydzić”.

Tak bo bezładnie na twarzy jej grało

Uczucie błędne i znużone ciało.

To rzekłbyś, widzu, i dodałbyś: „Smutno!

Patrycjatowi, scyjencji, epoce”.

A potem łzę byś na egipskie płótno

Rzucił i nie w te uwierzyłbyś moce

Rzymu, pod maską wylęgłe okrutną –

I nie w te czucia, które dają noce

Dyjalektyczne u mistrzów wymowy.

Tak zaś bolesnym poczuwając drgnieniem,

Nie byłbyś zdolnym rzec jasnymi słowy,

Lecz byłbyś zdolnym dotykać sumieniem.

Są bowiem drogi dwie wyrozumienia:

Przez wiedzę jasną lub skryte cierpienia;

Druga, na Zofii twarz rzucając światło,

A światło z sługi jej przyjścia wywarte,

Zmieniała pierwszą, to jest wiedzę, na tło,

Na zapisaną, lecz czytelną kartę.

Jakoż w ten sposób czytając osobę,

Mylić się można sto razy na dobę;

Raz wszakże zgadłszy, wie się więcej o niej,

Niż żebyś rok z nią przeżył na ustroni.

Po chwili Zofia przepatrzyła jeszcze

Pargaminowy zwój cały, jak długi,

Z uwagą, z jaką baczne czynią sługi

O szatę pana, gdy padały deszcze,

I skryte w ścianie otwarłszy framugi,

W alabastrową złożyła go urnę,

To rzekłszy: „Kiedyś wyleję, jak strugi,

Wszystkie te razem rapsody pochmurne,

Które do siebie mają, że upadam,

I nie rozumiem się, i nie posiadam”.

Wszakże mówiła tak drażliwa pani,

Jak ktoś z owoców ocknięcia wesoły:

Nim się rozbudzi, właśnie świt go rani –

I gniewałby się na same anioły;

Humor – z którego powstają tyrani!

Nie była wszakże Zofia złą kobietą,

Ani aniołem pisarz pamiętnika –

Lecz stało się to przez oną ukrytą

Potęgę czasów, gdy w żyjących wnika

I aktorami czyni ich dramatu –

Co się rozwija jak cierń, lub pąk kwiatu.

Po chwili jeszcze z tej drugiej potęgi,

Snu czy lenistwa swego, ocknęła się

I, jakby znikło jej wspomnienie księgi,

Egipcyjankę znów pyta o czasie:

„Którą wigilię obchodziły warty?” –

Lecz dlań odpowiedź była obojętną,

A głos już więcej szczery i otwarty,

A sługa cicha bynajmniej natrętną.

Po tym przechodnim dysonansie ona

Stała się trzecią osobą – tą samą,

Którą widziałeś wśród mądrego grona,

Z służbą jej stojąc ukradkiem za bramą.

* Przysłowie, a pierw zabobon Rzymian.