Promethidion

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cyprian Kamil Norwid

Promethidion

Rzecz w dwóch dialogach z epilogiem

Warszawa 2017

Spis treści

Wstęp

Do czytelnika

Bogumił. Dialog, w którym jest rzecz o sztuce i stanowisku sztuki. Jako forma

Wiesław. Dialog, w którym jest rzecz o prawdzie, jej promieniach i duchu. Jako treść

Epilog

...in quo possit intelligi, quantum restet animae...

(Plin: O Gladiatorze konającym)

Tobie, Umarły, te poświęcam pieśni,

Bo cień, gdy schyla się nad pergaminem,

To prawdę czyta, o podstępach nie śni...

Tobie poświęcam, Włodziu!... Słowem, czynem,

Modlitwą... bliskim znajdziesz mnie i wiernym

Na szlaku białych słońc, na tym niezmiernym,

Co się kaskadą stworzenia wytacza

Z ogromnych BOGA piersi, co się rozdziera

W strumienie... potem w krzyż się jasny zbiera,

I wraca – i już nigdy nie rozpacza!...

Tam czekaj, drogi mój! Każdy umiera...

C.K.N.

Wstęp

Morituri te salutant, Veritas.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Więc pożegnałem was, którzyście chcieli,

Bym nie osmucał tych brzegów zielonych,

A przecież żywym!

*

...Witajcie, anieli

Pokornej pracy, w szatach rozświetlonych,

Z zaplątanymi włosami w promienie,

Jak moda świętych uczy: odniechcenie!...

*

O sztuko! Człowiek do ciebie powraca

Jak do cierpliwej matki dziecię smutne

Lub marnotrawny syn, gdy życie skraca,

A słyszy Parek śpiew: «Utnę już – utnę!...»

O sztuko, wiecznej tęczo Jeruzalem,

Tyś jest przymierza łukiem po potopach

Historii, tobie gdy ofiary palem,

Wraz się jagnięta pasą na okopach...

*

Ty wtedy skrzydła roztaczasz, złocone

W świątyni Pańskiej oknach szyb kolorem,

Jakby litanie, cicho skrysztalone,

Co na aniołów czekają wieczorem.

*

Tak jesteś czasu ciszy; czasu burzy

Ty się zamieniasz w ton, czekasz w trybunie,

Aż się sumienie kształtem wymarmurzy,

Podniesie czoło i fałsz w proch aż runie!

*

Tak jesteś czasu burzy; czasu gromu

Tyś bohaterstwa bezwiednym rumieńcem,

Z orłami hufce prowadzisz do domu

I nad grobowcem, biała, stajesz z wieńcem...

Do czytelnika

I

Pismo to przyozdobić miałem myśl imieniem, które by je od formalnej książkowej krytyki uchowało. Wszakże ufam do tyla publiczności, że tego sobie wybiegu, lubo arcyprzyjętego i pod pewnym względem wielce mi pochlebnego, nie pozwolę. Zamiast powagi imienia położę raczej powagę rzeczy samej. Forma greckiego dialogu zdała mi się być najkorzystniejszą do zaszczepienia głównych pojęć o powadze sztuki, bez czego niepodobna do rozwinięcia dalszego, w prozie historycznej i w prozie technicznej, przystąpić.

W dialogach podobnych najważniejsze dla ludzkości pytania rozstrzygały się u tych ludów, a mianowicie u Greków, u tych, mówię, bez których, przynajmniej co do znajomości formy, nic jeszcze dotąd uczynić nie jesteśmy w stanie i nic się nie uczyniło stanowczego.

II

W dialogu pierwszym idzie o formę, to jest Piękno.

W drugim o treść, to jest o Dobro i o światłość obu: Prawdę.

III

W obydwóch dialogach o zyskanie uznania potrzeby powagi jak najżywotniejszej i jak najrozciąglejszej dla tego, co Sztuką się nazywa – a to zaś z powodów, których elementarne pojęcia czytelnik znajdzie naprzód w tych dialogach, potem w uszanowaniu pracy ludzkiej, a potem w historii i technice.

Autor, nie mając na celu rozumu, który zaczyna od negacji i kończy na negacji, to jest, kroku nie robi, a któremu drogi są utorowane i niespotykające zawad, owszem, rozprzestrzeniane nawet przez tych, którzy z konsekwencjami rozumu w czynie walczą: ale – mając na celu mądrość, która zaczyna od bojaźni bożej, «bo początkiem mądrości jest bojaźń boża», a która, tak od bojaźni w Bogu zaczynając, kończy na wolności w Bogu – musi sobie krzyżem, to jest bolesnym bojowaniem, drogę pierwej otwierać – i dlatego czytelnik wiele niemiłych rzeczy tam napotka, których smutno było dożyć w sobie, smutniej dowiedzieć się, a jeszcze smutniej wywlekać na forum i pasować się z nimi. Gorzką taką pracę dlaczegożeś przedsięwziął?...

Bogumił

Dialog, w którym jest rzecz o sztuce i stanowisku sztuki

Jako forma

Nie za sobą z krzyżem Zbawiciela, ale za Zbawicielem z krzyżem swoim, ta jest zasada wszech-harmonii społecznej w chrześcijaństwie – ten jest tego, co zowią materialnie specjalnościami, rytm i akord. Ta to jest nareszcie tajemnica ruchu sprawiedliwego.

Taka rozmowa była o Chopinie,

Który naczelnym u nas jest artystą:

«Co do mnie, polski ja w nim zamach cenię,

Nie melancholię romantyczno-mglistą,

I, chociaż małe mam wyobrażenie

O sztuce, przecież wiem, co jest muzyka;

I może lepiej wiem od grającego,

Jeśli mi serce bierze i odmyka,

Jak ktoś, do domu wchodzący własnego».

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

«Jest to zapewne wiele – rzekł Bogumił –

Lecz ja bym główniej myśl artysty badał,

I czy dosłownie naród on spowiadał,

Czy się nie wstydził prawdy i nie stłumił,

Mogąc łatwiejszy oklask zyskać sobie,

Mogąc być prędzej i szerzej uznanym,

Czy, mówię, prawdę na swym stawiał grobie,

Czy się jej grobem podpierał ciosanym?»

«Cóż te morały do rzeczy należą? –

Konstanty na to ozwał się z młodzieżą –

Albo cóż prawda tam, gdzie jest udanie,

Tam, gdzie jest wszystko przez naśladowanie?

Albo muzyka co by mi znaczyła,

Żebym ją musiał, jak hieroglif, badać,

Lub, wedle onych pojęć Bogumiła,

Żebym się musiał w mazurku spowiadać!

Co pięknem, to się każdemu podoba,

I konfesjonał na to niepotrzebny.

„Ho! hop – koniku mój, rwij się od żłoba...

Ho hop!!”... Cóż na to Bogumił wielebny?»

Tu się rozśmiało wielu, co już znaczy,

Że najzupełniej prawda okazaną,

I, że mówiący pięknie się tłumaczy,

I już o sztuce tu nie rozmawiano.

Tylko grający, stojąc przy pulpicie,

O kompozycji mówili warunkach,

O tym wcieleniu życia w sztuki życie,

Gdzie kałkul w duchu i duch sam w rachunkach.

Więc znów rozmowa własną prawdy wagą

W nieśmiertelniejszej powracała zbroi,

Bo są nieznane siły, które nagą

Myśl, gdy już o nią dumny człek nie stoi,

Na niespodzianym stawiają świeczniku.

Bo jest, powiadam, w słowa określniku

Architektura taka, jak te gmachy,

Gdzie, któryś z mędrców starożytnych mniema,

Że duch się jego mieści, to na dachy

Wstępując płaskie, to pomiędzy dwiema

Kolumny w sieniach stając, to w piwnicy.

Więc i z rozmowy duchem tak się stało.

«Co piękne, nie jest to – mówił Maurycy –

Co się podoba dziś, lub podobało,

Lecz, co się winno podobać; jak, niemniej,

I to, co dobre, nie jest, z czym przyjemniej,

Lecz, co ulepsza».

«Ha!» – Konstanty na to –

«Więc piękne jest to coś dla kasty jednej,

Więc piękne mądrym jest arystokratą?»

«Dla dwóch: dla kasty, bo tak zwiesz ją, wiednej

I dla mającej czystą serca wolę».

«Ho – hop!... bogdaj to piosnki nieuczone,

Ludowe. Ho – hop!»

«A przecież wiedz, że piosnki one,

O których mówim tak, przy pełnym stole,

Herbatę chińską pijąc, niezupełnie

Przez nieuczoność się określać dają,

I, że ich wiele jest o złotej wełnie

Baranka, który za nas wszystkich ma ją,

I, że ich wiele jest z głębszej krainy

Nad to, co o nich mówi się nawiasem».

«Arystokracja jest bo i u gminy,

Jak między szlachtą gmin też bywa czasem»,

 

Ambroży dodał.

«Co do mnie, jeżeli

Tu o harmonii mówim – hrabia rzeknie –

Ta jest z porządku. Gdzie porządniepięknie,

Gdzie bezrząd – chaos, z szatanem anieli!

Więc dyscyplina u mnie, a uczciwa,

Jest tą harmonią, łączącą ogniwa.

Niech zatem każdy rzeczy swej pilnuje,

Ten to generał-bas harmonizuje!»

«Za pozwoleniem – przerwie znów Ambroży –

Przeciw ogniwom, łańcuchom, obroży,

Nikt tu zapewne nie ma nic. My, panie,

O idealnym mówiliśmy kole.

Bez względu, jakie ma zastosowanie,

Czy kto zeń pierścień ślubny lub niewolę,

Czy kto tryumfu ark, kościoła banię,

Lub do zegarka łańcuch zeń utworzy».

Tu zamachowy mąż: «Dzięki ci, panie,

Przecieżeś przy mnie stanął raz, Ambroży!

To też myślałem zawsze, żeś ludowiec».

«Nie wprowadzajże mnie przez dobre chęci

W niewybłąkany frazesów manowiec».

Tu zamachowicz rzekł: «Ambroży kręci!»

Alić Bogumił wezwie: «Rzecz o sztuce,

Elementarna rzecz, jakże daleko

Unosi? Dalej, niźli, mówiąc, rzucę

Słowami, chucią... ducha może całą rzeką,

Jakoby arfą dograć mającą w otchłani...»

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

«Przestańmy! cyt... Uciszcie się, moi kochani! –

Władysław wołał – Wkrótce Bogumił zaśpiewa».

«A cóż mam śpiewać? Nie chcę być od rzeczy.

Każdy o pięknem słowa się spodziewa,

Więc chyba zamknąć przyszłoby rozmowę

Rozmowy hymnem».

«Mów, nikt ci nie przeczy,

I owszem, choćby i to, co nienowe».

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

«Spytam się tedy wiecznego człowieka,

Spytam się dziejów o spowiedź piękności,

Wiecznego człeka, bo ten nie zazdrości,

Wiecznego człeka, bo bez żądzy czeka,

Spytam się tego bez namiejętności:

Cóż wiesz o pięknem?

...Kształtem jest miłości.

On mi przez Indy, Persy, Egipt, Greków,

Stoma języki i wiekami wieków,

I granitami rudymi, i złotem,

Marmurem, kością słoniów, człeka potem,

To mi powiada on, Prometej z młotem.

Kształtem miłości piękno jest, i tyle,

Ile ją człowiek oglądał na świecie,

W ogromnym Bogu, albo w sobie-pyle,

Na tego Boga wystrojonym dziecię,

Tyle o pięknem człowiek wie i głosi,

Choć każdy w sobie cień pięknego nosi

I każdy, każdy z nas, tym piękna pyłem!

Gdyby go czysto uchował w sumieniu,

A granitowi rzekł: żyj, jako żyłem,

Toby się granit poczuł na wyjrzeniu

I może palcem przecierał powieki,

Jak przebudzony mąż z ziemi dalekiej.

Lecz to z granitu bryłą ten by zrobił,

A inny z tęczy kolorem na ścianie,

A inny drzewa by tak usposobił,

Żeby się dłońmi splotły w rusztowanie,

A jeszcze inny głosu by kolumnę,

Rzucając w psalmy akordów rozumne,

Porozpowijał jak rzecz zmartwychwstałą,

Co się zachwyca w niebo. Szłaby dusza

Tam, tam, a płótno na dół by spadało,

Jako jesienny liść, gdy dojrzy grusza.

Więc stąd to, stąd i słuchacz i widz jest artystą,

Lecz prymem ten, a owy niezbędnym chórzystą;

Więc stąd chórzysta w innej prymem jest operze,

A prym chórzystą-widzem w nieswej atmosferze;

I tak się śpiewa ona pieśń miłości dawna,

Nieznana raz, to znowu sławna i przesławna...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I dość: niech »słuchacz w duszy swej dośpiewa«

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

To w niebo tak, a w ziemię jak się pieśń przelewa,

Praktycznym wam i sobie, ilem jest praktykiem,

Opowiem. Jak kamienie krągłe, za strumykiem

Kształcone falą, tak jest za pieśnią i praca,

A praca – toć największa praktyczność na świecie.

Tu człeka znów wiecznego zapytam, bo wieczny,

Bo prawdę mówi, kłamać nie może, jak dziecię,

Od pychy sław pancerzem historii bezpieczny.

*

Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy?

*

Prometej Adam wstał, na rękach z ziemi

Podnosząc się, i mówić zacznie tak: Próżniacy!

Próżniacy wy, ciekawość siły wam zatrwoży,

Gdy, jak o pięknem rzekłem, że jest profil boży,

Przez grzech stracony, nawet w nas, profilu cieniach,

I mało gdzie i w rzadkich odczuwam sumieniach,

Tak i o pracy powiem, że zguby szukaniem,

Dla której pieśń ustawnym się nawoływaniem. –

Więc szukał Ind, nurtując granit z lampą w dłoni,

I znalazł to, z czym szukał; szukał Pers w pogoni,

I dognał to, czym gonił; szukał Egipt w Nilu

I złowił to, czym łowił; toż Grek, i Etruski,

I świata pan, Rzymianin, i Part z koniem w łuski,

I różny inny mąż, których jest tylu!

A teraz wróćcie do waszej rozmowy

O sztukach pięknych i pieśni ludowej,

A teraz wróćcie do wyobrażenia,

Że jest rozrywką znudzonej materii

Odcedzać światło i czyścić półcienia,

Z bezkolorowej wskrzeszając Syberii

Pozatracane Boskości wspomnienia;

Że piękno to jest, co się wam podoba

Przez samolubstwo czasu lub koterii;

Aż zobaczycie, że druga osoba

Piękna, że dobro też zsamolubnieje

I na wygodno koniecznie zdrobnieje,

I wnet za ciasnym będzie glob dla ludzi,

Aż jaki piorun rozedrze zasłonę,

Aż jaki wicher na nowo rozbudzi,

Aż jakie fale zatętnią czerwone!

*

Bo nie jest światło, by pod korcem stało,

Ani sól ziemi do przypraw kuchennych,

Bo piękno na to jest, by zachwycało

Do pracy, praca, by się zmartwychwstało.

*

I stąd największym prosty lud poetą,

Co nuci z dłońmi ziemią brązowemi,

A wieszcz periodem pieśni i profetą,

Odlatującym z pieśniami od ziemi.

I stąd największym prosty lud muzykiem,

Lecz muzyk jego płomiennym językiem.

I stąd najlepszym Cezar historykiem,

Który dyktował z konia, nie przy biurze,

I Michał-Anioł, co kuł sam w marmurze.

*

Pieśń a praktyczność – jedno, zaręczone,

Jak mąż i dziewka, w obliczu wieczności.

Zepsułeś sztukę, to zepsułeś żonę,

I narobiłeś intryg tej ludzkości,

I narobiłeś romansów. A Adam

Prometej: Z pracy, bez ciebie, upadam,

O przyjaciółko! woła, jako w pieśni,

Co nad pieśniami pieśń, próżno się wcześni!

*

O Polsko, pieśnią Pan Bóg cię zapala,

Aż rozgorzejesz jak lampa na globie!

I chłop, co nieraz rąbie u Moskala,

Dla onej pieśni robi, co jest w tobie,

Dla onej, która to carstwa rozwala!

*

Rzecz dziwna! Wszakże jeszcze są dziwniejsze –

Pieśń twa, o Polsko, przeszła już ciemniejsze

I na świeczniku staje ze skrzydłami

Złotymi... także dźwięk, co gra harfami

I polonezem przechodzi Europę...

I – tylko kształtu nie masz dla wnętrzności:

Alabastrową jakoby kanopę

Dłutując, bryły zawsze nam za drobne

I zawsze formy do obcych podobne...

*

Kto kocha, widzieć chce choć cień postaci,

I tak się kocha matkę, ojca, braci,

Kochankę, Boga nawet, więc mi smutno,

Że mazowieckie ani jedno płótno

Nie jest sztandarem sztuce, że ciosowy

W krakowskiem kamień zapomniał rozmowy,

Że wszystkie chaty chłopskie krzywe, że kościoły

Nie na ogiwie polskim stoją, że stodoły

Za długie, świętych figury patronów

Bez wyrazu; od szczytu wież aż do zagonów

Rozbiorem kraju forma pokrzywdzona woła

O łokieć z trzciny w ręku Pańskiego anioła.

Niejeden szlachcic widział Apollina

I Skopasową Milejską Wenerę,

A wyprowadzić nie umie komina,

W ogrodzie krzywo zakreśla kwaterę,

Budując spichlerz, często zapomina,

Że użyteczne nigdy nie jest samo,

Że piękne wchodzi, nie pytając, bramą!

*

Kto kocha, widzieć chce choć cień obrazu,

Choć ślad, do lubej wiodący mieszkania,

Choć rozłożone ręce drogowskazu,

Choć krzyż, litanii choć nawoływania,

Choćby kamienną wieżę, w błyskawice

Idącą, Boga by oglądać lice!

*

Bo miłość strachu nie zna i jest śmiała,

Choć wie, że konać musi, jak konała;

Choć wie, że krzyżów za sobą pociąga

Pułk, jak wiązanych arkad wodociąga,

I, że przypłynie krwią do kaskad wiecznych,

Czerwieniejących w otchłaniach słonecznych.

*

I wszelka inna miłość bez wcielenia

Jest upiorowem myśleniem myślenia.

Bo u Polaków Charitas z Amorem

Są już miłości słowem niepodzielnem,

Którego logik nie przetnie toporem,

Jak bohaterska pierś, jest nieśmiertelnem.

*

O Grecjo! Ciebie że kochano, widzę

Dziś jeszcze w każdej marmuru kruszynie,

W naśladownictwie, którego się wstydzę

Za wiek mój, w kolumn karbowanych trzcinie,

Opłakiwanej od wierzchu akantem,

W łamanych wierszach na łkania zapału,

I w sokratejskiej sowie z ócz brylantem,

I w całej Filos twojej – aż do szału!

*

O Rzymie! Ciebie że kiedyś kochano,

W kodeksie jeszcze widzę barbarzyńskim,

Którego krzyżem dotąd nie złamano,

W akademickim języku latyńskim,

W pofałszowanych Cezarach i w słowie:

Roma. To odwróć, Amor ci odpowie!

*

O Polsko! Wiem ja, że artystów czołem

Są męczennicy. Tych sztuka popiołem.

Ale czyż wszyscy wiedzą to w Ojczyźnie

I czy posiałaś sztuką krwawe żyźnie?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

*

Pieśń masz, lecz pieśni gdzież rozgałęzianie?

Toż i przywódca Konrad uwięziony

Mówić, że czuje jej zaokrąglanie,

Że się lubuje wdziękiem onej strony

I zda się dłońmi tykać już wcielanie...

Kto kocha, widzieć chce oczyma w oczy,

Czuć choćby powiew jedwabnych warkoczy,

Kto kocha, małe temu ogromnieje,

I lada promyk zolbrzymia nadzieje,

Upiorowego nie dość mu myślenia,

Chce w apostolstwo, czyn, dziecię wcielenia,

Bohater w dzieło wielkie lub w ojczyznę,

Bóg w kościół, człowiek w poważną siwiznę.

*

O, gdybym jedną kaplicę zobaczył,

Choćby jak pokój ten, wielkości takiej,

Gdzie by się polski duch raz wytłumaczył,

Usymbolicznił rozkwitłymi znaki,

Gdzie by kamieniarz, cieśla, mularz, snycerz,

Poeta, wreszcie męczennik i rycerz

Odpoczął w pracy, czynie i w modlitwie...

Gdzie by czerwony marmur, cios, żelazo,

Miedź, brąz i modrzew polski się zjednały

Pod postaciami, co, niejedną skazą

Poryte, leżą w nas, jak w sercu skały;

O, tobym w liściach rzeźbionych paproci,

I w koniczyny treflach, i w stokroci,

I w kos zacięciu łukiem, i we freskach,

O bazylianek mówiących męczeństwie,

O, tobym w drobnych nawet arabeskach,

Z naturą rzeczy polskiej w pokrewieństwie

 

Nierozplątanym będących, doślepił,

Że to miłości balsam brąz ten zlepił!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Izrael wiarą bardzo się rozszerzył,

Toteż największą z godzin miał godzinę,

Lecz póty wierzył, aż się przeniewierzył,

Gdy Wcielonego zobaczył w dziecinę!

To strach mnie nieraz przechodzi zimnicą

(Czy może słabość), gdy tej naszej wiary,

Co ma dośpiewać się zmartwychwstalnicą,

Nie widzę, aby miłości filary

Podejmowały ciężką piramidę;

I drżę, i, nucąc psalm, sierota, idę.

*

Gdzież idę? Idę sobie do duchowych,

Co materialnym zwą mię rzemieślnikiem,

Duch u nich próżnia, form brak postaciowych,

Nieowładnięcie formy treściownikiem,

Duch u nich miejscem na duch. Potem idę

Do świeckich, ci mnie widzą za-duchowym

I jak mistyczną goszczą piramidę.

I tak przechadzam się w śnie prometowym!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

*

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

To dość! O pięknem rzecz jest rozwiniona.

A teraz, lampę wewnątrz stawiam urny.

Statuę grecką weź, zrąb jej ramiona,

Nos, głowę, nogi opięte w koturny,

I ledwo torsu grubą zostaw bryłę:

Jeszcze za żywych stu uduchowniona,

Jeszcze to nie głaz ślepy! Jedną żyłę

Pozostaw, wskrzesi! I tę zrąb, zostanie

Materii tyle prawie, co gadanie!

To w tym o pięknem przypowieść ma leży!

I tak ja widzę przyszłą w Polsce sztukę,

Jako chorągiew na prac ludzkich wieży,

Nie jak zabawkę, ani jak naukę,

Lecz jak najwyższe z rzemiosł apostoła

I jak najniższą modlitwę anioła.

*

Pomiędzy tymi praca się stopniuje,

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?