Pierścień Wielkiej Damy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cyprian Kamil Norwid

Pierścień Wielkiej Damy

Tragedia w trzech aktach

Warszawa 2020

Spis treści

WSTĘP

OSOBY

AKT I

Scena pierwsza

Scena druga

Scena trzecia

Scena czwarta

Scena piąta

Scena szósta

AKT II

Scena pierwsza

Scena druga

Scena trzecia

Scena czwarta

Scena piąta

Scena szósta

AKT III

Scena pierwsza

Scena druga

Scena trzecia

Scena czwarta

Scena piąta

Scena szósta

WSTĘP

Wstępy niektóre nastręczają mnie bezumyślną pamięć pewnego zdarzenia następującej osnowy:

W miasteczku niejakim jeden księgarz, wywieszając ryciny Grandville’a do bajek Lafontaine’a, uwyraźnił takowe podpisami arcyczytelnymi – głosząc: lew znaczy potęgę, zającobawę, kuropatwaprostotę, lischytrość, żabazarozumiałość, a małpa??... – i tu pozostawał próżny papier...

Zapytałem obywatela, nie już, dlaczego on nie domieścił, iż małpa znaczy małpę – ale ku czemu odjął interes apologom, uczytelniając oneż?... Światły ten człowiek odpowiedział mnie, że jątrzność mieszczańska jest tak podejrzliwą, iż w Lafontainea bajkach o lwie, ośle, papudze lub żabie mówiących domniemywa się obywateli miasteczka, i żony ich, i oblubienice ich, i synów ich.

Jakkolwiek przeto wydawałoby się niewczesnym objaśniać typy, uprzedzę wszelako, na wzór pomienionego wyżej, iż mój MAK-YKS nie jest bynajmniej urągowiskiem dla Irlandii lub Szkocji – że HRABINA nie osławia hrabin – że DUREJKO bynajmniej na celu nie ma Litwy, ani jakąkolwiek wyrażać mógłby prowincję, będąc sam ex-machina Durejkiem! – słowem, iż szło mnie o rzecz niesłychanie od wszelkiego osobistego poglądu oddaloną.

Życzyłem sobie ja w tej pracy spróbować uzupełnienia nowego tragedii rodzaju – chciałem, ażeby tragiczność, nie dochodząc do zgonów i do wylania krwie, dawała, że tak nazwę, Tragedię-Białą.

Mniemam, iż podobnież i co do wzmianek Chowanny albo Ojczyźniaka Trentowskiego, i niemniej co do poezji Mickiewicza, należy nie być osobistym w przyjmowaniu wrażeń scenicznych.

Utwory, które są lub stawiają się na ostatecznych wyżynach popularności, należą przez to samo do krainy przysłów i stają się formami mówienia.

Przymiotnikiem jest wyraz włoski dantesco, co znaczy: zawile, ciemno, po Dantejsku!... tak dalece (nie szukając już u Arystofana przykładów) wolno jest arcypopulamych sławności używać w mówieniu bez narażenia się na ostraszenie tych ciosów, które jeżeli sobie zadają aktorowie, to na tępo, względem publicznego bezpieczeństwa.

Dołączyć nareszcie i to powinienem, co, pod spółczesny okres sztuki, upatruję jako obowiązujące dla postępu zadanie. Wypowiadam przeto, iż zda mi się, że idzie dziś o dzieła dramatyczne, które by nie mniejszy dla osobnego czytania i dla gry scenicznej przedstawiały interes.

Dziś nie dość jest ubawić na chwilę nie mających co począć z wieczorem jednym gości, ani też i tak nazwane fantastyczno-filozoficzne pisać dramata, częstotliwie raczej nie dokończone niźli głębokie. Wyrażam to z przyczyny, że gdybym określić nie umiał, czego chce sztuka? – nie okazałbym sam szerszej kompetencji oprócz tej, co w lożach i krzesłach teatru skupia się.

Co do moralnego zadania, mniemam, iż strona święta, budująca, religijna starożytnej tragedii nie ustała wcale ani może ustać, ale że gdzie indziej pośród utworów dramatycznych główne obrała miejsce swoje.

Myślę, że ten rodzaj, na nazwanie którego nie mamy polskiego wyrazu (bo rzeczy jeszcze nie ma), to jest: „la haute-comédie„, głównie otwiera pole do budującego działania wobec chrześcijańskiego społeczeństwa. Tak przynajmniej zdaje się, że być winno, skoro ma to być periodem obejrzenia-się-społeczności całej, i z jej najsłuszniejszej wyżyny, na samą siebie.

Całej!... mówię, społeczności: bo tu, nie jak w komediach buffo (które po mistrzowsku kreślone są przez hr. Fredrę), warstwa jedna społeczna, przyglądając się drugiej, postrzega ona w jej śmiesznościach, lecz cywilizacyjna-całość-społeczna, jakoby ogólnego sumienia zwrotem, pogląda na się.

Arcytrudna to jest robota z tej przyczyny, iż samo nagie, wielkie Serio zastępuje tu te wrażliwe mementa, które tragedia ma możność krwią ubroczyć wyraźną i czerwoną. Za takowym nastrojeniem idzie, że i wszystkie cieniowania niesłychanie być muszą subtelne. Język zaś wykwintnego dialogu potocznego wcale tak obrobionym nie jest, jak to się w codziennym obcowaniu wydawać może! Jeżeli nawet ten dramatyczny rodzaj komediami-wysokimi zowią, to jedynie dlatego, dlaczego Dante zwie komedią swój utwór, czyli z przyczyny nie groźnego, ale wesołego rzeczy zamknięcia, a które jeszcze tym subtelniejszego dramatycznego cieniowania w ciągu sprawy wymaga. Jakoż dopiero u pracy takiej natrafia się na niewystarczalność interpunkcji, lubo używam w tekście podkreślania wzmacnianych lub szczególnie zalecających się artyście dramatycznemu wyrazów i zwrotów mowy. Tu następnie idzie wzmiankowanie i tego, że wygłaszanie mowy, dla niejakiego braku życia społecznego, jest nieumiejętnym. Z wyjątkiem przyzwoitością określonym, rzec można, iż nie umieją czytać głośno. Zaradzić tak żmudnemu brakowi nie jest trudno. Wystarczy dać parę głównych i stanowczych zaleceń, jako to: wygłaszanie rymu zależy od umiejętności czytania krementów. Kto krementu czytać nie umie, nie wygłasza piękności wiersza. Wiersz bez-rymowy wymaga poprawniejszego czytania, dlatego że i w pisaniu musi być od wiązanego poprawniejszym. A to z tej przyczyny, iż można by powiedzieć: że bez-rymowy wiersz rytmuje się na całą swą długość, nie zaś w końcowym jednym zebrzmieniu wyrazów!

Do szeregu tych to trudności technicznych policzyć godzi się, że jakoby zupełnie o tym przepomniano, iż w dnie stanowczej próby wszyscy dramaturgowie znamienici, przytomnymi bywając onemu, że tak się wyrażę, przymierzeniu nowo uzupełnionej sukni, nie pozostawiali przechodzących dzieł na scenę bez tych a owych niewielkich ostatecznych zlepszeń – i że częstotliwie coś o mało zdłużyć lub niewiele uskąpić, coś wypadało domocnić lub ulżyć. Ostatecznej tej dla autora, a dla aktorów pierwszej pracy świadomi są wszędzie, gdzie, że tak znowu wyrażę się, nie chodziło się arcydługo w szatach pierwej dla kogo innego utrafionych!...

Trudnościom powyżej nadmienionym jeden utwór i jedne nie poradzi pióro, ale utwór jeden i pióro pojedyncze otworzyć, i wskazać, i uprzykładnić kierunek nie tylko że mogą, lecz powinny. Aliści i to jeszcze łatwiej się sprawuje we społecznościach, w których, do ważenia i używania prawdy nawyknąwszy, rozeznawać na pierwszy oka rzut umieją kapitalną różnicę, jaka trwa pomiędzy naśladownictwem a zbudowaniem. Drugie, będąc obowiązującym i w ład-postępu wchodzącym, a przeto początkującemu pożądanym i pomocnym, gdy pierwsze, to jest naśladownictwo, przeciwnym będąc samej nawet ducha-naturze, przeciąża zarazem naśladowanego i naśladującego w konieczny wprowadza obłęd. Zaś dostrzegać daje się, że im mniej jakie społeczeństwo jest żywe, tym nie jaśniejsze ma ono pojęcie o różnicy pomiędzy zbudowaniem się i naśladowaniem!

A uszczerbek z tego wielki bywa... Bowiem, skoro nie umieją się budować, tedy muszą co niejaki period fenomenalnej żądać indywidualności – i od onej jeszcze wszystkiego i wszelakiego początkowania wymagając, a z żadnego statecznej korzyści nie odnosząc – aż nareszcie i same one źródło niweczą.

Piękną na koniec, dla dramaturga, trudnością u nas Polaków jest to, co zarazem przedstawuje się jako głębokie dla psychologii społecznej pytanie – - to jest, że artyzm polski nie potrafił dotąd uznać kobiet!... Profile owe duże, i jakoby stadia idealne, które (że pominę starożytnych) przedstawują w niewiastach Dante, Calderon, Shakespeare, Byron... z wyjątkiem (dla przyzwoitości zastrzeżonym) nie istnieją wcale w pięknej literaturze polskiej.

 

Nie ma tam, mówię, kobiet istotnych i całych: Wanda, co „nie chciała Niemca”, nie wiemy, czego chciała?? – jest ona o jednej, acz pięknej, nodze. Telimena (może najzupełniejsza jako utwór artystyczny!) nie jest dość transcendentalną... Zosia – dopiero panną z pensji, a prześliczna Maria Malczewskiego rozwinąć się w zupełną postać nie miała czasu, będąc wrychle poduszkami zaduszoną, czyli w trzęsawisku pogrążoną.

Smętnych takich trudności nieco we wstępie do mojej Białej-Tragedii skreślić za słuszne uważałem, dla tej przyczyny, iż jakkolwiek bądź szeroko zasiadła być może kompetencja, nie należy jej pogardzać tymi poszczególe uwagami, które się spotyka, gdy się robi.

Sługa rzetelny

C.K.N.

1872 r.

OSOBY

Hrabina Maria Harrys (wdowa)

Mak-Yks, daleki krewny jej męża

Magdalena Tomir, poufna Hrabiny

Graf Szeliga

Sędzia Klemens Durejko

Klementyna, żona sędziego [Sędzina]

Salome, odźwierna

Majster ogni-sztucznych [Sztukmistrz]

Komisarz-policji [Urzędnik]

straż

stary-sługa

nowy-sługa

służąca

panienki z pensji

goście

Rzecz dzieje się w dziewiętnastym wieku w Willi-Harrys i jej pobliżu.

AKT I

POD-DASZE – wnętrze, założone księgami – okna dają na zieloność, ale nieco są przysłonięte – ranek.

SCENA PIERWSZA

MAK-YKS

przerywając czytanie:

Oto pierwszy promień, z tych, co rażą...

Posuwa zasłonę w oknie.

Jakby jedne były nam znajome,

Drugie obce – i te szły w szyby,

Jak ktoś obcy lub obcych zwiastujący...

Zatrzymując się u okna, porzuca nieco chleba.

Ci – swoi – z owąd... powietrzni bracia,

Którym ostatnia chleba starczy kruszyna,

I jeszcze są za nią szczebiotliwi...

Wracający i nadlatujący...

– nie wzięli mnie nigdy więcej czasu,

Ani życia więcej, niż ile dałem!

Wracając do czytania:

– Ptaszek taki odlata z kruszyną chleba

I nie pozostawia chwili bólu –

Godziny wstrętu – dnia cierpienia

Roku niewiary w społeczeństwo!

– Przybył i odszedł w lazur oka

Niebieskiego – – jak mimowiedna łza

Ludzi dobrych...

– podobnie płaczącą

Raz, dostrzegłem ... PRZYCZYNY NIE WIEM.

SCENA DRUGA

SALOME

oględnie wchodząc:

– O godzinie niezwykłej, tak rano

Wchodzę, ażeby Pana uprzedzić,

Że właściciel, Sędzia Durejko,

Cały dziś dom osobiście zwiedza.

Stąd dawno jesteśmy już na nogach,

Nieco się lękając o nas samych,

W jakimkolwiek wszystko jest porządku.

Starannie i czule:

– Wiem, że Pan z nim teraz ma rachunek

nieco opóźniony... ale... cóż stąd!

Hrabina HARRYS, pokrewna pańska

(Istny anioł!), czyliż nie jest główną

Całego tu placu właścicielką?

Oględnie:

– Pan nawet mnie daruje tę wątpliwość,

Iż w rozumie gminnym moim nie wiem,

Dlaczego Pan tu mieszka?... nie owdzie,

W pawilonie, obok krewnej swojej?

– Nie byłożby to Panu przyjemnie

Anioła takiego mieć przy sobie – –

Spostrzegając wrażenie na twarzy Mak-Yksa:

To, co mówię, niechże Pan wybaczy

Starej kobiecie i starej matce,

Która, o synu myśląc rodzonym

(A lat tyle zwłaszcza go nie widząc!...),

W każdym młodym człowieku spomina

Macierzyńskie swoje obowiązki.

Po chwili:

– Myślałam też Pana i ja prosić

O protekcję do Hrabiny Harrys

Dla onego to właśnie jedynaka –

(Co jest teraz w Japonii, z okrętem,

Skąd i sam list idzie dwa miesiące!) –

A Hrabina że zna Admirałów

I niemało Ministrów...

Spostrzegając się:

– lecz, ja to

Mówię Panu jedno jako matka

I więcej nic, tylko jako matka...

Ocierając oczy:

Żeby coś o synu mówić swoim!

MAK-YKS

Ta rzecz druga, którą mi mówicie,

Dobra pani Salome!... ta druga

Rzecz jest pierwszą dla mojego serca:

Tak bym rad być usłużnym i wdzięcznym.

Ale pierwsza... to jest: zapytanie,

Czemu tu mnie spotykasz? nie indziej?

Oświecić winna by z licznych względów...

Dobitnie:

Hrabina jest Aniołem... a jednak

Podejrzewa w ludziach złe języki

I, młodą będąc wdową, chce w domu

Nie mieszkać nikogo mego wieku.

– Zaś pokrewieństwo nasze, to jej wzgląd

Na oddalonego bardzo członka,

To dobroć Jej – ja jestem jej niczem.

Męża jej powinowatym... Wreszcie:

W interesie własnym mam ją widzieć

I, cokolwiek sama byś pragnęła,

Zrobię...

Podnosząc ramię Salome:

– tylko mnie nie dziękuj, matko,

Nie zrobiłem jeszcze nic a nic!

Poufnie:

– Hrabina ma nadto rzecz szczególną!...

Tyle pełni usług miłosiernych,

Obejma tak wiele i tak szybko,

Że się jej wydarza zapominać...

Ja to mówię tylko k’temu... tylko,

Żeby błahej nie dać ci nadziei...

Dobitnie:

Nie mówię, że kogo zapomniała – –

Donośnie:

Nie! bynajmniej... lecz, że się to zdarza

Osobom, pełniącym wiele dobra!

Po chwili:

– Podobno, że i Cherubin, zbyt szybko

Lecący z pociechą do cierpliwych,

Traci nieraz pióro, które spada

Wyrzucone z anielskiego skrzydła...

Cny jest pośpiech, lecz powoduje stratę! –

SALOME

– Ludzie nauczeni lub duchowni

Wiedzą wszystko, nie pytając o nic;

Dlategoż ja pana przeprosiłam

Za me proste słowa starej-matki.

Lat niemało służę w tym tu domu

(A panu służyłabym i życie!),

Lecz właściciel nasz, Sędzia Durejko,

Zmienić pono chce cały porządek,

Dla kogoś z przyjezdnych oddać wszystko –

Dla pana jakiegoś, z którym chodzi...

Mając się ku oknu:

Oto właśnie oni – – niech Pan wyjrzy:

Obrócili się ku schodom – idą...

Wyminąć ich ledwo że pośpieszę.

Wychodzi.

SCENA TRZECIA

MAK-YKS

Z szczerem westchnieniem za odchodzącą Salome:

Gdyby ta kobieta to wiedziała,

Co odlatujący teraz ptaszek

Zna i co innym ptaszkom zwiastuje...

Że – rzuciłem im ostatni chleba pył!

Obłędnie:

I – gdyby wiedziała to... ach!... ONA,

Właśnie może pełniąca jałmużny,

Jako która ze świętych na szybach

Gotyckiego kościoła – – perłowa,

Z ametystowemi szat fałdami

I ze złotą limbą wkoło skroni...

– Zacna Pani!

Głęboko:

– – coś jest szczególnego

W tym powszednim-chlebie – w rozłamaniu

Ziarnka ostatniego... istnieje coś:

Jakby się jakiegoś tam: OGÓŁU

Dotykało zabłąkanym palcem...

– Coś (mówię), co albo milczeć każe,

Lub przynajmniej starannie zabrania

Głosić o wypełnieniu niedoli – –

– Jakby niedostatek jaki mniejszy

Wyznać było łacniej, bez zranienia

Bliskich, a fortunniej postawionych.

Tajemniczo:

Stąd – prawdziwie, iż tam coś z-istniewa,

Dotycząc moralnie i tej swojej

Miłości-własnej i wszech-Człowieczej!

Po chwili:

– Czemuż? głosić tego nierada jest

Uczoność...

– czemu i prostota

Mniej wstydzi się opowiadać boleść,

Niźli prawdę przez boleść zyskaną!?

Oglądając naokoło mieszkanie swoje:

Pociechy mam ja mnogie!... ot... ten kąt...

Ku oknu:

– Tam! Marii cień dostrzegalny z dala...

Ku wnętrzu:

– Ciszę umarłych serc w księgach moich,

Co nie samem obcują czytaniem. –

Tajemniczo:

– Bywa, iż zewnętrzność tych tu pism,

Rozesłanych tam i sam, przypadkiem

Ożywiona rzutem światła naraz,

Jako grupy mumii w piramidzie,

Szerokiemi wargi coś powiada,

A mury zejmują to w powietrze,

Które całe należy tu do mnie! –

Z politowaniem:

Mało-czynnym niech mnie kto nazywa –

(Jeszcze nie obliczyliśmy pracy!

Dzień zaświta jaśniejszy ku temu –)

Solennie:

– W Babilonie, za Ezechiela dni,

Najmniej czynnym, zaiste, ten bywał,

Kto z załamanemi nie stał dłońmi,

Patrząc smętnie i kiwając głową,

I nie robiąc nic więcej – – więcej nic!

SCENA CZWARTA

SĘDZIA

wchodząc z Szeligą:

Jakem Klemens Durejko! dotrzymam

Choćby nawet sekretu – co więcej,

Że to żaden sekret, to dyskrecja...

Głośno:

– Co komu do tego, czy lokator –

Dwu-stronnie:

(– Mówi się tu, lokator godziwy,

Przyzwoity człowiek, akuratny,

Nie zawalidroga albo próżniak,

Nie lada kto z ulicy – włóczęga...) –

(Mak-Yks, bez powitania, zostaje u swego zatrudnienia.)

Jeśli, mówię, czyni to lub owo?...

Doktrynalnie:

Sekret a dyskrecja – są dwie rzeczy.

Rozróżnienie zaś sensu z literą

Należy do prostej prawa wiedzy,

Którego się pierwej Sędzia uczy,

Niż sędzią jest... a Durejko bywał

I jest... (choć na teraz polubownym).

do Szeligi:

Astronomię pan zna – ja Prawo znam.

Niemieckiego mieliśmy Doktora

W Akademii Dorpackiej – ten uczył,

Bywało, z an-zacem szczególniejszym!

SZELIGA

– Astronomia nie jest tajemnicą,

Ni jedynem mojem zatrudnieniem.

Szło mnie tylko, bym się wytłumaczył,

Dlaczego okna te, ta wysokość,

Stosowniejsze są dla mnie, niż owe...

Poglądając uważnie w okno:

– Co to jest ów roz-stęp między mury,

Dający na drogę czy ulicę?

SĘDZIA

– Nie ulica to, lecz zajazd owdzie

Do pałacu, na lewo w tym parku

Okno jego boczne przełyskuje

Przez gałęzie klonów i akacji –

– Do Hrabiny HARRYS on należy,

Która tu rozszerza swoje włości

I opiekę swą nad sierotami

Płci obojej, a zwłaszcza niewieściej.

Lecz Durejki dom, jak stał, tak stoi,

Durejkowej-pensja pełna panien!

SZELIGA

do siebie, w oknie:

– Któryż kiedy Astronom trafniej

Perturbacje-gwiazdy mógł uważać –

(– Każdy powóz zajeżdża tą stroną,

Tamtędy powraca – a te okno

Salonowej oknem jest cieplarni...)

Lat dwa! śladu stóp JEJ nie widziałem.

SĘDZIA

prowadząc spór z Mak-Yksem, stanowczo daje się niekiedy słyszeć:

– Nie słów tu potrzeba, ale czynów...

 

W całym domu odmienia się wszystko!

MAK-YKS

(– Umowy wszelako pozostają –)

SZELIGA

do siebie:

(– Powóz Jej... i nawet kraniec szaty!...)

SĘDZIA

do Mak-Yksa, głośniej:

– Co do umów, są ważne i żadne...

Dotrzymane z obu stron lub wcale.

SZELIGA

dwuznacznie, lubo w monologu, i patrząc w okno:

– Promiennie tu musi jaśnieć Wenus!

SĘDZIA

do Mak-Yksa:

– Właśnie że decyzja Astronoma

Dziś lub jutro wszystko poodmienia!

Obracając się do Szeligi – patetycznie:

Wenus i Mars, i Saturn – i inne

Ciała tu niebieskie, jak na dłoni,

Mości Dobrodzieju!... noce! i dnie!

Czynią swoje mądre aparycje –

(Które znał litewski nasz Poczobut

I opisał lepiej niż Kopernik!)

SZELIGA

– Idzie mi więc (czego nie ukrywam)

O widok właśnie że w tę stronę...

Doktrynalnie:

– Mam astronomiczne doświadczenia

Sprawdzić – na różnych punktach globowych

Probowane z pilnością szczególną.

– Łaskawemu Panu, widząc Jego,

Nie potrzebuję dodawać, ile

Astronomia jest nauką cenną.

A że tu jedynie mam na celu,

Niższy apartament sobie wziąłem

I zatrzymam – te zaś wyższe pokoiki

Ułatwiać mnie będą obserwacje.

SĘDZIA

gwałtownie do Mak-Yksa:

Acan się wyniesie pod strych – i dość.

SZELIGA

dostrzegając spór:

– Myślę wszakże, że praw tu niczyich

Nie nadwerężyłem przyjściem mojem,

Ani że te stało się istotną

Dla kogokolwiek bądź zawadą...

– Inaczej albowiem: ustąpiłbym!

SĘDZIA

w ucho Mak-Yksa, groźnie:

– Pod strych... i dość...

MAK-YKS

ustępując, szuka między książkami:

– Coś... znaleźć pierw... chciałem...

Znajduje pistolet – uważa go – chowa i mówi:

Ojca mego pamiątka... jedyna...!

Kiedy Mak-Yks wychodzi –

SĘDZIA

do Szeligi:

– Lokator ten musiałby ustąpić

Dla powodów, których wyjaśnienie

Do osobnego należy paragrafu –

SZELIGA

Usuwam się przeto od dyskusji – –

SĘDZIA

– Jest to któś... bliski czegoś... w głowie!...

– Na przypadek zaś silnego paroksyzmu

Mnie należy pamiętać o wszystkich,

Którzy zamieszkują dom...

Nieprawdaż?...

Poglądając dokoła mieszkania:

– Książki może mózg zniepokoiły –

Rychło:

– Jeśli (mówię) książki, to bynajmniej

Nie specjalne, nie astronomiczne!...

Doktrynalnie:

– Są złe książki i dobre – są, tak rzekę:

„Zdrowe-treści” i „próżne-frazesy”.

Tamte uczą... lub księgarz je szybko

Na okrągłe pieniądze przemienia;

Te są (za pozwoleniem) do czegóż?...

Na cóż, radbym wiedział: greckie baśnie?!

Kaznodziejsko:

– Czyli to nauczyło kogokolwiek,

Jak dopełniać swoich z-obowiązań?

Wstać rano – zimną wodą umyć się,

Rachunki swe akuratnie przejrzeć,

Posłusznym być sługą, czułym mężem!

W monologu:

– Durejko zna cenę Literatur,

Lecz przeciwny jest konceptom błahym.

Lubi on i książkę... w chwilach wolnych:

Dziewiętnaście lat mając, cóż, bywało,

Nie czytałem w lesie na wakacjach...

Z zapałem:

– Natchnienie u Litwina jest jak nic!...

do Szeligi:

– Wszakże zna Pan wiersze Mickiewicza

(Co zgniótł „wszystkich mędrców i proroków„)?

– U nas jak Radziwił, to Radziwił,

Nie potrzebujemy wielu... jeden dość...!

SZELIGA

powolnie:

Tak – – lecz ileż w kopalniach trzeba

Piasku podrzędnego wagi różnej,

Aby tam był rodzimym diament,

Nie zgubionym przypadkiem z pierścienia?

SĘDZIA

bez-rozmyślnie, potakując:

Ślicznie to pan mówi, u nas jest tak,

Mości Dobrodzieju, jak w kopalniach.

SZELIGA

dwuznacznie:

Raz wraz jedna lampa zajaśnieje,

Korytarze oświecając ciemne – –

– A u której można i cygaro

Zatlić... to rozwesela znudzenie...

Melancholijnie:

Obeliski jednak pojedyncze

Miewają tę niedogodność znaczną,

Że z nich domu stawić niepodobna...

I zaledwo próżne zdobią place.

SĘDZIA

– Durejkowa trzyma całą pensję

Córek domów, ze wszech okolicy

Najbogatszych i uznania godnych.

Tam można nasłuchać, cóż nie uczą?

Obojej płci wiedzę stosując

Do tego, co panna znać powinna –

(Ale rzeczą pierwszą jest moralność.)

W monologu:

„Wiedza”?... idzie od „Jaźni” – ta znowu

Na odwrót stawa się „Jaźnio-wiedzą”,

Jak to nasz FILOZOF-NARODOWY

Skreślił – i jest przez to popularnym,

Że w przysłowiach od razu gotowych

Więcej odkrył niż w głębokich studiach,

Dając tym sposobem dla każdego

Patent – kto jest przyzwoity rodak,

Dziedzic zacny – kto ziomek porządny,

Czysty patriota i nie „Turan”!

SZELIGA

grzecznie:

– Najprzyjemniej byłoby mnie tezę

Z Dorpackiej alumnem akademii

Podjąć – lecz powróćmy do układów...

– Dolny i ten biorę apartament –

Gdyby nawet dziś przyszło wypadkiem,

Że lunety sprobowałbym mojej,

Będę mógł wnijść? nieprawdaż?...

Salome wchodzi i zatrzymuje się u drzwi.

– te rzeczy,

Najmniejszej nie zrobią mnie zawady,

Poza domem albowiem jest cel mój.

Oko on gdy ujmie, porywa myśl,

Podrzędnemi czyniąc miejsce i czas.

– Nieco przed oknem próżni i chwilę

Samotności od doby do doby –

Oto wszystko, czego potrzebuję – –

SĘDZIA

do Salome

– Czy słyszałaś dobrze, co pan mówił?

Groźnie:

– Należy być uważną i pełnić –

SZELIGA

Na dół teraz cofam się i żegnam.

Skoro Graf wychodzi. Sędzia zacierając ręce przechadza się i odzywa:

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?