Czynnik diabła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE DEVIL ASPECT

Copyright © Craig Russell, 2019

Projekt okładki

Tomasz Majewski

Zdjęcie na okładce

© Indigo Images; Michal Chmurski/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-833-7

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla mojej żony Wendy

Serce człowieka jest mieszkaniem diabła;

Czasem w swym wnętrzu czuję piekło.

Thomas Browne (1605–1682)

PROLOG

Pojawienie się tego głosu, tej posępnej osobowości, było niczym wschód straszliwego czarnego słońca napełniającego pomieszczenie w wieży połyskliwą ciemnością złowrogo wsączającą się w grube kamienne, pradawne mury. Mimo że pacjent był skrępowany i bezpiecznie przypięty pasami do kozetki, Viktor czuł się dziwnie samotny i bezbronny. Przerażony. To, co słyszał, nie miało sensu. Nie mogło go mieć.

Uzmysłowił sobie, że głos nie jest fragmentem rozszczepionej jaźni jego pacjenta. To było coś innego, zupełnie innego.

– Wyczuwam twój lęk – powiedział Hobbs. – Jestem nastrojony na ludzki strach. Ta energia mnie odnawia, a teraz ty mi ją dajesz. Szukałeś mnie i znalazłeś. Chcesz wiedzieć, co myślę, co czuję. Ha, coś ci powiem: kiedy ich zabijałem, kiedy zabijałem wszystkich tych ludzi, robiłem im te straszne rzeczy, w każdej sekundzie odczuwałem przyjemność. Czerpałem mroczną rozkosz. Ból i lęk były dla mnie niczym najwyborniejsze wina. Cieszyło mnie zwłaszcza błaganie o życie, bo wcześniej czy później wszyscy błagali; udawałem, że się waham, i dostrzegałem w oczach ofiar błysk słabej, ostatecznej, rozpaczliwej nadziei. Na moment pozwalałem, by się tliła, a potem ją odbierałem. I właśnie ten moment smakowałem najbardziej, przedkładałem nawet nad gaszenie życia. Bo widzisz, doktorze Kosárek, każdy odczuwał wówczas obecność diabła i błagał Boga, by przyszedł i go przed nim uratował, a za moją sprawą przekonywał się – wreszcie to sobie uświadamiał – że Bóg przez cały czas tam był; że diabeł jest Bogiem w nocnym stroju.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Tam, gdzie zamknięte jest zło

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy

Późną jesienią tysiąc dziewięćset trzydziestego piątego roku doktor Viktor Kosárek, mężczyzna wysoki i szczupły, liczył sobie dwadzieścia dziewięć lat. Był przystojny, lecz nie przeciętną przystojnością, jaką odznacza się większość czeskiej rasy: w jego długim, cienkim nosie, wysokich kościach policzkowych, twardych niebieskozielonych oczach pod ciemnymi łukami brwi i czarnych jak skrzydło kruka włosach można było dostrzec ślady starożytnej szlachty. W wieku, w którym wielu wciąż zachowywało chłopięcą powierzchowność, surowe rysy nadawały Kosárkowi wygląd starszego, niż był w rzeczywistości. Pozory dojrzałości i naturalny autorytet pomagały mu w pracy. Zawodowym obowiązkiem Viktora jako psychiatry było odkrywanie wewnętrznych sekretów, rzucanie snopa światła na najbardziej zacienione, najbardziej chronione zakątki umysłów pacjentów, którzy w żadnym wypadku nie przekazaliby swoich najsilniej strzeżonych tajemnic, najmroczniejszych rozpaczy i żądz w ręce młodzieńca.

Zapadł zmierzch, padało – chłodny deszcz zapowiadał zmianę pory roku – kiedy Viktor po raz ostatni wyszedł z wynajmowanego mieszkania. Pociąg podmiejski odjeżdżał z dworca Masaryka przy ulicy Hybernskiej, dlatego wezwał taksówkę, a ponieważ miał dużo bagażu – wielki kufer i dwie ciężkie walizy – i przypuszczał, że trudno będzie znaleźć tragarza, postarał się, by na stację dojechać z trzema kwadransami w zapasie. Było to słuszne posunięcie, bo gdy skwaszony taksówkarz dostał zapłatę, zostawił bagaż na chodniku przed głównym wejściem na dworzec i odjechał.

Viktor liczył na Filipa Starostę, że przyjdzie go odprowadzić i pomoże mu z walizami, ale coraz bardziej niesłowny przyjaciel w ostatniej chwili odwołał spotkanie. Nie było innego wyjścia, jak zostawić rzeczy i ruszyć na poszukiwanie bagażowego. Zajęło mu to dobre dziesięć minut. Domyślał się, że nieobecność tragarzy ma coś wspólnego z zamieszaniem w budynku dworca: rozlegały się tam okrzyki i wołania, trudno było jednak dociec, co się stało. Wreszcie udało mu się złapać młodego chłopaka w ogromnym czerwonym kepi, który pomimo swej chudości bez trudu przeniósł kufer i walizy na wózek.

Kiedy ruszyli w stronę wejścia, miejsce opuszczone przez taksówkę zajęła praga alfa w kolorach policyjnych. Z samochodu wyskoczyli dwaj umundurowani funkcjonariusze, przebiegli tuż przed nimi i wpadli do budynku.

– Co się dzieje? – zapytał Viktor tragarza, ten jednak wzruszył ramionami ukrytymi w za luźnej kurtce uniformu.

– Zanim pan mnie wezwał, słyszałem wrzaski, ale nie wiem, o co chodzi.

Idąc za nim i za swoim bagażem, Viktor domyślił się, że na dworcu rozgrywa się znaczący dramat. W odległym kącie tłum tłoczył się niczym opiłki żelaza przyciągane przez magnes, przez co sala była prawie pusta. Nowo przybyli policjanci dołączyli do innych funkcjonariuszy usiłujących skłonić ludzi, by się rozeszli.

Krzyczeli ukryci za kurtyną gapiów mężczyzna i kobieta.

– Ona jest demonem! – wrzeszczał mężczyzna do wtóru przerażonych okrzyków kobiety. – Demonem zesłanym przez diabła! Szatana! – urwał, a potem naglącym tonem lękliwej przestrogi dodał: – Szatan jest teraz tutaj! Szatan jest pomiędzy nami!

– Poczekaj… – polecił Viktor tragarzowi. Energicznym krokiem przemierzył salę i przepchnął się przez tłum, który uformował się w półokrąg trzymany w ryzach przez policję. Usłyszał, jak jakaś kobieta z mroczną ekscytacją szepcze do przyjaciółki:

– Myślisz, że to naprawdę on? Myślisz, że to Skórzany Fartuch?

Teraz Viktor ich zobaczył. Oboje byli przerażeni: ona, ponieważ napastnik trzymał ją mocno od tyłu i przyciskał jej do gardła wielki kuchenny nóż, on – z powodów znanych tylko sobie.

– To demon! – krzyknął znowu mężczyzna. – Demon przysłany z piekła! Widzicie, jak płonie?

Kobieta była dobrze ubrana i wyglądała na majętną, napastnik zaś miał na sobie strój robotnika: zniszczoną czapkę, koszulę bez kołnierzyka, kurtkę z szorstkiej serży i wypchane na kolanach sztruksowe spodnie. Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączyło. Viktor podejrzewał, że kobieta to przypadkowa ofiara. Szalone, rozbiegane, szeroko otwarte oczy młodego mężczyzny były dla niego oznaką egzystencjalnego przerażenia towarzyszącego epizodowi schizofrenii.

Jeden z policjantów stał bliżej pary niż jego koledzy, rękę opierał na pistolecie w kaburze.

Nie wyjmuj go, pomyślał Viktor, nie pogłębiaj jego przerażenia. Przepchnął się do pierwszego rzędu gapiów, gdzie natychmiast brutalnie powstrzymali go dwaj funkcjonariusze.

– Niech pan się cofnie! – rozkazał jeden ze słowackim akcentem. – Dlaczego wy, hieny cmentarne…

– Jestem doktor Viktor Kosárek z Zakładu dla Obłąkanych w Bohnicach – zaprotestował, usiłując wyrwać się z uścisku policjanta. – Psychiatra kliniczny. Myślę, że mogę pomóc.

– Och… – Słowak kiwnął głową do drugiego funkcjonariusza i puścili Viktora. – To jeden z pańskich pacjentów? Uciekinier?

– Nic o tym nie wiem. Z całą pewnością nie jest moim pacjentem. Niezależnie od tego, skąd jest, bez wątpienia przeżywa epizod psychotyczny. Urojenia paranoidalne. Schizofrenia.

– Pavel! – zawołał Słowak do policjanta, który stał z ręką na broni. – Mamy tu lekarza od czubków…

– Dawaj go – odrzekł tamten, nie odrywając wzroku od porywacza i porwanej.

– Musicie pozbyć się tego tłumu – powiedział cicho Viktor do Słowaka. – Oni go osaczają, zamykają w pułapce. Im bardziej się denerwuje, tym bardziej czuje się zagrożony i w tym większym niebezpieczeństwie znajduje się ta młoda dama.

Słowak skinął głową i ze świeżą determinacją razem z pozostałymi funkcjonariuszami zaczął odpychać i przekonywać ludzi, by się wycofali.

Viktor podszedł do policjanta nazwanego przez Słowaka Pavlem.

– Pan jest tym lekarzem od czubków? – zapytał mężczyzna, nadal wpatrując się w nożownika.

– Doktor Viktor Kosárek. Jestem stażystą w Zakładzie dla Obłąkanych w Bohnicach… Cóż, byłem tam stażystą – poprawił się. – Teraz jadę do Zakładu dla Obłąkanych Kryminalistów Hrad Orlů, gdzie czeka na mnie nowa posada.

– Dziękuję za curriculum vitae, doktorze, ale mamy tu do czynienia z dość nagłą sprawą. – Głos policjanta ociekał sarkazmem. – Zaraz… Hrad Orlů? To tam zamknęli Szóstkę Diabła, tak? Więc to powinna być pańska działka. Może pan jakoś pomóc?

– Zrobię, co w mojej mocy, ale jeśli ma silne urojenia, nie wiem, czy zdołam do niego dotrzeć.

– Jeśli pan nie zdoła, to obawiam się, że ja będę musiał. – Policjant poklepał ręką po skórzanej kaburze.

Kosárek kiwnął głową. Zajął pozycję naprzeciwko kobiety i porywacza. Najpierw spojrzał jej w oczy.

– Niech się pani postara i nie okazuje strachu – przemówił cicho i spokojnie. – Wiem, że to bardzo trudne, ale proszę się nie wyrywać ani nie krzyczeć. Nie chcę, żeby jeszcze bardziej pobudził się emocjonalnie. Musi się pani wykazać odwagą, rozumie pani?

 

Kobieta lekko skinęła głową. W jej szeroko otwartych oczach malowała się panika.

– Świetnie. – Viktor zauważył, że ostry nóż dotyka skóry tuż nad żyłą szyjną. Wystarczy najdrobniejszy ruch, by oszalały napastnik przeciął naczynie krwionośne, a wówczas kobieta w ciągu kilku sekund znajdzie się tak daleko od życia, że nikt nie będzie w stanie jej pomóc.

Zwrócił się ku napastnikowi, patrząc ponad jej ramieniem prosto w jego twarz. Był młody, może nawet kilka lat młodszy od Viktora. Oczy miał tak samo szeroko otwarte i przerażone jak jego ofiara; wodził wzrokiem wokół siebie, nie skupiając się na policji ani na ożywionych gapiach, którzy teraz tłoczyli się w pewnej odległości od niego, chyba nawet ich nie widział. Sprawiał wrażenie, jakby oglądał koszmar niewidoczny dla nikogo poza nim. Viktor spotykał się z tym wielokrotnie w czasie swojej krótkiej kariery: człowiek fizycznie pozostaje w otaczającej go rzeczywistości, podczas gdy umysłowo przebywa w zupełnie innym wymiarze.

– Jestem doktor Kosárek. – Głos psychiatry znowu brzmiał spokojnie. – Chcę ci pomóc. Wiem, że się boisz, ale zrobię dla ciebie wszystko, co w mojej mocy. Jak się nazywasz?

– Ona jest demonem! – krzyknął mężczyzna.

– Jak się nazywasz? – powtórnie zapytał Viktor.

– Demony ognia. Nie widzisz? Są wokół nas. Karmią się nami. Zesłano ją, żeby się mną karmiła. Przysłał ją diabeł… – Młody człowiek urwał, sprawiał wrażenie, jakby usłyszał jakiś odgłos lub poczuł dziwny odór.

– On tutaj jest – szepnął z wysiłkiem, nagląco. – Diabeł jest teraz w tym miejscu. Wyczuwam go…

– Twoje imię – rzekł Kosárek cicho i uprzejmie. – Powiedz mi, proszę, jak masz na imię.

Na twarzy nożownika pojawiła się konfuzja, jakby nie pojmował, dlaczego zaprzątają mu głowę tego rodzaju błahostkami.

– Šimon – odparł wreszcie. – Na imię mam Šimon.

– Šimonie, musisz być spokojny. Bardzo spokojny.

– Spokojny? – powtórzył Šimon z niedowierzaniem. – Jak możesz mnie o to prosić? Pomiędzy nami jest diabeł. Jego demony tutaj są. Ona jest demonem. Nie widzisz ich?

– Nie, obawiam się, że nie. Gdzie one są?

Šimon niczym snopem reflektora omiótł wzrokiem marmurową posadzkę dworca.

– Nie widzisz? Ślepy jesteś? Są wszędzie. – Nagle wydał się bardziej przerażony, bardziej roztrzęsiony, znowu widział coś, co dostrzegał wyłącznie on. – Ziemia, podłoga – poci się nimi. Parują z kamieni. Lawa z wnętrzności ziemi. Potem zmieniają się w bąbelki, pienią się, aż wreszcie przybierają kształt. Jak ten tutaj. – Mocniej chwycił kobietę, dłoń z nożem drgnęła.

– Šimonie – rzekł Viktor – nie widzisz, że kompletnie się pogubiłeś? Ta kobieta jest tylko kobietą, niczym więcej. Na pewno nie jest demonem.

– Oszalałeś? Nic nie widzisz? Nie widzisz ognistych rogów zwijających się przy jej głowie? Lawy w jej oczach? Rozgrzanych do białości żelaznych podków? Jest ognistym demonem. Dotykając jej, straszliwie się poparzyłem. Muszę ją powstrzymać, powstrzymać je wszystkie. Są tutaj, żeby się nami żywić, żeby nas wszystkich spalić, zabrać do jeziora ognia, gdzie nie będzie końca naszym mękom. – Zastanowił się nad swoimi słowami, po czym przemówił z nagłym, ale spokojnym i przemyślanym zdecydowaniem: – Już wiem: muszę odrąbać jej głowę… Właśnie. Odrąbanie głowy to jedyny sposób na zabicie demona. Innego nie ma.

Kobieta, która ze wszystkich sił starała się spełnić polecenie Viktora i zachować spokój, krzyknęła rozpaczliwie. Kosárek uniósł dłoń, by uspokoić napastnika i ofiarę. Zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z urojeniową paranoją schizofreniczną w potężnym wymiarze i być może nie istnieje sposób na dotarcie do udręczonego umysłu Šimona, a to by znaczyło, że kobieta zginie.

Rzucił znaczące spojrzenie policjantowi, który w odpowiedzi lekko kiwnął głową i odpiął klapę kabury.

– Zapewniam cię, Šimonie, ta kobieta nie jest demonem – rzekł. – Nie czujesz się dobrze. Jesteś chory, twoje zmysły cię oszukują. Zamknij oczy i nabierz powietrza w płuca.

– To diabeł oszukuje. Wielki Oszust oślepił wszystkich prócz mnie. Jestem narzędziem Boga. Jeśli zamknę oczy, diabeł się podkradnie i zawlecze mnie do piekła. – Šimon zniżył głos; wyglądał na cierpiącego, przerażonego. – Widziałem Wielkiego Oszusta. Widziałem diabła i patrzyłem mu w twarz. – Wydał okrzyk strasznej rozpaczy. – Oparzył mnie swoimi oczami!

– Šimonie, proszę, wysłuchaj mnie. Proszę, spróbuj zrozumieć. Diabeł nie istnieje. Wszystko, czego doświadczasz, dzieje się w twoim umyśle. Twój umysł, umysł każdego z ludzi, jest jak potężny, głęboki ocean. Przeżywamy nasze życie dzień po dniu, żeglując po powierzchni tego oceanu. Rozumiesz mnie, Šimonie?

Szaleniec pokiwał głową, ale w jego oczach nadal malowały się obłęd i strach.

– Ale pod każdym z nas – kontynuował Viktor – rozciągają się niezliczone mroczne sążnie naszych osobistych oceanów. Czasami w głębiach żyją straszliwe potwory, przerażające strachy i żądze, które niekiedy zdają się przybierać rzeczywistą postać. Wiem o tym, bo jako lekarz ciągle z nimi pracuję. To, co teraz dzieje się z tobą, to potężny sztorm na twoim oceanie, który wzburzył wody. Wszystkie te mroczne potwory z głębi umysłu przebudziły się i wypłynęły na powierzchnię. Chcę, żebyś się nad tym zastanowił. Chcę, byś zrozumiał, że wszystko, co w tej chwili cię przeraża, wszystko, co sądzisz, że widzisz, zostało stworzone przez twój umysł.

– Jestem oszukiwany? – Głos Šimona zmienił się w głos przerażonego samotnego dziecka.

– Tkwisz w błędzie – odrzekł Viktor. – Kobieta, którą porwałeś, to zwyczajna kobieta. Myślisz, że jest demonem, ale to tylko wytwór twojej wyobraźni. Diabeł, którego się boisz, jest niczym więcej jak ukrytym aspektem twojego umysłu. Proszę, Šimonie, zamknij oczy…

– Tkwię w błędzie…

– Zamknij oczy, Šimonie. Zamknij je i wyobraź sobie, że sztorm mija, morze się wygładza.

– W błędzie… – Mężczyzna zamknął oczy.

– Puść tę panią, Šimonie, bardzo proszę.

– Oszukany… – Jego ręka bezwładnie opadła, dłoń z nożem odsunęła się od gardła kobiety.

– Szybko! – syknął nagląco policjant. – Do mnie, natychmiast!

Kobieta ze szlochem podbiegła do funkcjonariusza, który odprowadził ją za kordon policji. Jakaś kobieta z tłumu wzięła ją w objęcia pocieszającym gestem.

– A teraz proszę, Šimonie, odłóż nóż – zwrócił się Kosárek do młodego człowieka stojącego przed nim samotnie i wciąż mającego zamknięte oczy.

Chłopak je otworzył. Spojrzał na nóż w swojej dłoni i powtórzył:

– Oszukany. – Podniósł załzawione oczy i błagalnie wyciąg­nął ręce.

– Wszystko w porządku – rzekł Viktor, zbliżając się do niego o krok. – Pomogę ci.

– Rzeczywiście zostałem oszukany – oznajmił Šimon z nagłym gniewem. – Wielki Oszust, Przebieraniec, Czarny – to on mnie oszukał. – Spojrzał na Viktora i roześmiał się krótko. – Nie poznałem cię. Dlaczego cię nie poznałem? Ale teraz wiem, kim jesteś. – Jego oczy stwardniały, wypełniła je nienawiść. – Teraz wiem! Wiem dobrze, kim jesteś!

To stało się zbyt szybko, by doktor zdążył zareagować. Šimon rzucił się na młodego psychiatrę z nożem wysoko uniesionym i gotowym do ciosu.

Viktor skamieniał, przestrzeń wokół niego wypełniły dwa odgłosy wibrujące w pustej przestrzeni dworca: ogłuszający huk wystrzału z policyjnej broni i krzyk Šimona, jedno słowo:

– Diabeł!

Rozdział drugi

Viktor Kosárek odnosił wrażenie, że biurokracja i umysł czeski są nierozdzielnie połączone, jedno splata się z drugim. Wydawało się, że każda dziedzina życia, każda podejmowana czynność wymaga wypełnienia jeszcze jednego formularza, zwrócenia się do jeszcze jednego urzędnika.

Z budki telefonicznej na posterunku policji przy ulicy Benediktskiej zadzwonił do nowego pracodawcy. Zrelacjonował profesorowi Románkowi wydarzenia na dworcu; policja chciała, żeby złożył jeden raport, potem drugi, przez co uciekł mu pociąg. Wyjaśnił, że jego bagaż znajduje się na dworcu Masaryka, a sam będzie mógł wsiąść do pociągu dopiero jutro rano. Przeprosił za utrudnienia.

– Mój drogi chłopcze – odrzekł profesor – proszę się tym nie przejmować. Najwyraźniej uratował pan życie młodej kobiecie. A jak się czuje ten biedny nieszczęśnik, sprawca tragedii?

– Dziękuję za zrozumienie… – Kosárek przerwał, bo korytarzem pośpiesznie i hałaśliwie przeszła grupa mundurowych, mijając budkę i kierując się do głównego wyjścia. – Jest w poważnym stanie – podjął, gdy funkcjonariusze zniknęli mu z oczu. – Na razie niestety nie wiadomo, czy przeżyje. Policjant celował, by zabić, bo się bał o moje życie, ale pocisk stracił na impecie, przechodząc przez mięśnie ramienia, potem odbił się od łopatki i wpadł do jamy brzusznej. Młodzieniec miał wielkie szczęście, że kula ominęła najważniejsze organy, spowodowała jednak krwotok wewnętrzny. Czas pokaże. Jeśli przeżyje, już załatwiłem mu przyjęcie na izbę chorych w Bohnicach, kiedy tylko w wystarczającym stopniu odzyska siły.

– Cóż za stresujący epizod. Mam nadzieję, że nie położył się cieniem na początku pana zatrudnienia w naszym zakładzie.

– Proszę się nie obawiać, panie profesorze. Z niecierpliwością wyczekuję naszej współpracy. – Viktor mówił prawdę: profesor Ondřej Románek cieszył się wielką sławą z powodu swoich nowatorskich, choć przez niektórych uznawanych za kontrowersyjne, metod leczenia umysłu. Wierzył w wykorzystanie najnowszej technologii.

– Żałuję, że nie będę mógł osobiście spotkać się z panem na dworcu. – Zwykle pogodny Románek nagle zabrzmiał dość posępnie. – Odbierze pana Herr Doktor Hans Platner. Na pewno go pan pamięta z rozmowy o pracę, jest odpowiedzialny za medycynę ogólną w Hradzie Orlů. Hans to świetny lekarz i dobry człowiek, ale bywa, że swoje opinie przedstawia nazbyt gwałtownie. Proszę nie zwracać na to uwagi. Czekam na nasze spotkanie.

– Ja także.

Po skończonej rozmowie Kosárek nie miał pojęcia, co ze sobą począć. Wyprowadził się z mieszkania, bo się spodziewał, że niedługo będzie już bezpiecznie ulokowany w nowej pracy i miejscu. Nie potrafił się zdecydować, czy zadzwonić do Filipa Starosty, przyjaciela i kolegi ze studiów, by zapytać, czy mógłby u niego przenocować. Filip już go jednak zawiódł; Viktor planował spędzić z nim poprzedni wieczór, swój ostatni w Pradze, ale w ostatniej chwili przyjaciel przysłał telegram z informacją, że nie może się z nim spotkać ani odprowadzić go na dworzec. Był młodym człowiekiem o głębokiej inteligencji i równie głębokich namiętnościach, lecz jego nieobliczalne zachowanie ostatnimi czasy wydawało się niepokojące. Może należałoby znaleźć hotel w pobliżu dworca.

Wyglądający na skąpca starzec – mały, chudy i podobny do ptaka – czekał na możliwość skorzystania z telefonu, Viktor wyszedł więc z budki i stanął w holu, debatując w duchu, co ma zrobić. Minęła go kolejna grupa policjantów, tym razem w cywilnych ubraniach, która śpiesznym krokiem zmierzała do wyjścia. Prowadził ich człowiek o uderzającym wyglądzie: wysoki, barczysty, przystojny w surowy sposób; jeden z funkcjonariuszy zwrócił się do niego per „kapitanie Smolák”. Viktor usłyszał warkot ożywającego silnika, trzaskanie drzwi, pisk zbyt gorliwie obracających się opon, które ślizgały się po mokrym bruku.

Do holu wszedł starszy funkcjonariusz w mundurze, mocno zbudowany, ostrzyżony na jeża, ze wspaniałymi wąsami i podbródkiem spadającym na sztywny kołnierz kurtki. Pod pachą niósł czapkę i czytał notatki. Naszywki wskazywały, że miał stopień nadstrážmistra, starszego sierżanta.

– Co się dzieje? – zapytał go Kosárek.

– Sprawy policyjne – odrzekł obojętnie sierżant, idąc dalej.

– Słyszałem… – Starzec, który zdążył już skorzystać z telefonu, mówił tonem wyrażającym konspiracyjny zapał człowieka szczerze doceniającego złe wiadomości. – Słyszałem, jak rozmawiali. Znaleźli ciało. Kolejne.

– Morderstwo? – zapytał Kosárek.

Starzec z ponurą uciechą skinął swoją ptasią głową.

– Kobiece ciało, pocięte na kawałki. Skórzany Fartuch znowu był zajęty.