SpecOpsTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Expeditionary Force #2: SpecOps

Text copyright © 2016 by Craig Alanson

All rights reserved

Warszawa 2020

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana

w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-51-2

ISBN MOBI: 978-83-66375-52-9

Rozdział 1

„Latający Holender” znów zadrżał przy akompaniamencie jęków i zgrzytów rozrywanych kompozytów. Wyświet­lacze na mostku zamrugały, a powietrze wypełnił jazgot syren i sygnałów ostrzegawczych, które dobiegały z niemal wszystkich systemów.

– Skippy! Zabierz nas…

Okrętem ponownie zatrzęsło.

– Bezpośrednie trafienie w reaktor czwarty – oznajmił spokojnie Skippy. – Uszkodzenie zabezpieczeń reaktora. Przygotowuję go do wystrzelenia. System wystrzelenia reaktora nie działa. Pilot, lewe silniki manewrowe, odpalenie z pełną mocą na mój znak.

– Gotowa – potwierdziła Desai najbardziej opanowanym tonem, na jaki było ją w tej chwili stać.

– Teraz! – krzyknął Skippy.

Nie wiem, co oni wyprawiali, ale cokolwiek to było, przekraczało możliwości i tak już przeciążonych systemów sztucznej grawitacji i amortyzatorów inercyjnych, bo w normalnych warunkach załoga nie powinna w ogóle odczuwać manewrów okrętu. Jednak tym razem ostre szarpnięcie w prawo omal nie zrzuciło mnie z fotela dowódcy. Poczuliśmy falę wibracji, które rozeszły się wzdłuż kadłuba, a jednocześnie rozległ się głęboki, harmoniczny jęk. Żaden okręt nie powinien wydawać takich dźwięków.

– Cholera. Pozbyliśmy się reaktora czwartego, ale zahaczył o drugi. Dwójka nie działa. – Teraz w głosie Skippy’ego usłyszałem odrobinę napięcia. – Nadlatują rakiety. Przekierowuję całą pozostałą energię do akumulatorów napędu skokowego. Trzymajcie się, będzie blisko.

Sprawdziłem stan naładowania napędu. Wynosił trzydzieści osiem procent. Skippy powiedział, że thurańskie pole wytłumiające zwiększa pobór mocy, więc nawet krótki skok wymagałby czterdziestu dwóch procent. A i wtedy ryzyko uszkodzenia napędu byłoby spore. Gdyby do tego doszło, nawet byśmy się nie zorientowali. Zginęlibyśmy między jedną pikosekundą a drugą.

Szybko zbliżało się siedem ikon oznaczających rakiety. Dwie zniknęły na moich oczach – pociski uległy zniszczeniu w ogniu naszej obrony punktowej. Pozostałych pięć pędziło w kierunku „Latającego Holendra”, zygzakując i zwodząc czujniki polem maskującym. Zniknęła jeszcze jedna ikona. Zostały cztery.

Napęd skokowy osiągnął czterdzieści procent naładowania.

Nie mogłem ryzykować.

Przesunąłem dźwignię zwalniającą plastikową osłonę przycisku autodestrukcji, po czym zajrzałem przez szklaną ścianę do BCI, bojowego centrum informacyjnego.

– Podpułkowniku Chang.

Skinął mi głową i podniósł osłonę drugiego przycisku samozniszczenia.

– Sir.

Popatrzył mi prosto w oczy i zasalutował. Odwzajemniłem salut.

– Podpułkowniku Chang, przebyliśmy razem długą i dziwną drogę. To zaszczyt, że mogłem z panem służyć.

Mój lewy kciuk zawisł nad przyciskiem autodestrukcji. Okręt i tak był spisany na straty. To moja wina. Jak, do cholery, wpakowałem nas w ten bajzel?

Najlepiej zacznę od początku.

*

Nazywam się Joe Bishop. Jestem sierżantem United States Army, tymczasowo piastującym stopień pułkownika. W obecnej sytuacji szczeble w hierarchii wojskowej nie mają większego znaczenia, bo znajduję się na pokładzie kradzionego okrętu obcych ponad tysiąc lat świetlnych od Ziemi. Wierzcie albo nie, ale Siły Ekspedycyjne Organizacji Narodów Zjednoczonych powierzyły mi dowodzenie nad thurańskim lotniskowcem gwiezdnym, który nierozważnie nazwaliśmy „Latającym Holendrem”. Myślę, że posiadam zdrowy rozsądek oraz, co potwierdziłby każdy, kto mnie zna, doświadczenie w pakowaniu się w kłopoty. Poważne kłopoty. A także w wyplątywaniu się z nich. Osobiście uważam, że zawsze umiałem znaleźć się we właściwym miejscu o nieodpowiednim czasie. Nieprzychylni nazwaliby mnie cholernie fartownym skurwysynem. Moja matka wprawdzie nie para się najstarszym zawodem świata, ale coś w tym jest. Skippy – nasz starożytny kosmiczny superkomputer łamane przez gadająca puszka piwa łamane przez maskotka – twierdzi, że nie istnieje coś takiego jak fart, a ludzie wierzą w szczęście i pecha tylko dlatego, że nasze durne małpie mózgi nie ogarniają zasad działania wszechświata.

Nieważne.

Kiedy „Latający Holender” opuścił okolice Ziemi, a Skippy zamknął za nami tunel czasoprzestrzenny, muszę przyznać, że maleńka część mnie była rozczarowana, że okręt nie rozpadł się na milion kawałeczków. W jednej z ładowni mieliśmy tuzin taktycznych głowic z amerykańskiego arsenału jądrowego. Wystarczyłaby jedna, żeby okręt wyparował, a wraz z nim wszelkie ślady bytności człowieka poza rodzimym układem, ale najwyraźniej była promocja na atomówki, bo mieliśmy jedenaście sztuk w zapasie.

Kiedy Skippy potwierdził zamknięcie tunelu – że tym razem naprawdę jest dezaktywowany, a nie tymczasowo odłączony od sieci czy coś w tym stylu – maleńka część mnie miała nadzieję, że Siły Ekspedycyjne potajemnie zdetonują w tym momencie jedną z głowic.

Znacie to uczucie, kiedy człowiek stoi na skraju klifu albo na balkonie bardzo wysokiego budynku, wygląda za krawędź i czuje w brzuchu motyle ze strachu przed upadkiem, ale jednocześnie coś go kusi, żeby skoczyć? Cichy głosik nakazuje rzucić się w przepaść, a człowiek obawia się, że straci kontrolę i naprawdę to zrobi. Czytałem, że podobno jakaś część mózgu nie może znieść takiego napięcia i chce, żeby zniknęło, nawet jeśli rozwiązanie okazałoby się zabójcze. Nie? Nigdy tak nie mieliście? No cóż, ja się boję wysokości, dlatego nigdy nie poszedłem na wojskowy kurs spadochroniarstwa. Latanie śmigłowcem za bardzo mi nie przeszkadza, nawet przy otwartych drzwiach, bo dopóki słyszę nad głową szum wirnika, czuję, że nic mi nie grozi. Za to umierałem ze strachu, wchodząc na dach domu rodziców i rozwieszając lampki świąteczne. Tak się bałem, że zawsze w lutym kłóciłem się z mamą, że wcale nie trzeba ich zdejmować. Pytałem, po co się tak męczyć. Jasne, przez większość roku sąsiedzi będą gadać, że Bishopowie to zgraja obiboków, którzy wszystko odwlekają, ale w październiku albo listopadzie uznają nas za ludzi z inicjatywą.

Ten argument nigdy nie przekonał mamy. Przed finałem Super Bowl, na początku lutego, lampki zawsze były już w pudle.

Teraz jednak nie chodziło o lęk przed wysokością. Bałem się nieznanego. Byłem odpowiedzialny za ludzi na pokładzie i nie tylko. Wiedziałem, że jeśli spieprzę misję i wrogowie dowiedzą się, że ukradliśmy thurański lotniskowiec, będę odpowiedzialny za zniszczenie całej ludzkości. Ale gdyby „Latający Holender” wybuchł nie z mojej winy, nie musiałbym się martwić, że coś schrzanię.

Najwyraźniej Siły Ekspedycyjne nie ustawiły detonacji głowicy – albo może ustawiły, tylko Skippy odkrył i udaremnił ten plan. Dla wszystkich byłoby prościej, gdyby „Holender” zmienił się w kulę cząstek elementarnych. W każdym razie nadal żyliśmy, przez co musiałem kontynuować misję zgodnie z planem. Niech to.

*

Gdyby „Latający Holender” eksplodował, zginęłoby siedemdziesiąt osób. Nasza nowa Nie Aż Tak Wesoła Banda Piratów liczyła pięćdziesięciu ośmiu wojskowych i dwunastu naukowców. Tym razem byliśmy na wpół oficjalną Wesołą Bandą Piratów, bo wszyscy mieli na mundurach zaprojektowane przez Skippy’ego logo z pantofelkiem z przepaską na oku. Nawet naukowcy mieli takie naszywki na marynarkach, które dostali od dowództwa. Jak dotąd nie widziałem, żeby któryś je nosił, i nie zamierzałem robić z tego problemu. Cywilami się nie przejmowałem. Martwił mnie za to fakt, że tym razem wojskowi pochodzili z jednostek specjalnych. Elitarni żołnierze i utalentowani piloci.

Przy okazji, kiedy po raz pierwszy opuszczałem Ziemię, byłem na bieżąco z wojskowym slangiem, przynajmniej tym ze Stanów. Mimo tego okazałem się ostatnim człowiekiem na świecie, który nie wiedział, że skrót od „Siły Ekspedycyjne Organizacji Narodów Zjednoczonych” wymawia się jako „se-on-zet”. A przecież ta nazwa powstała przed moim odlotem! Przez cały czas marnowałem cenne sekundy, literując „es-e-o-en-zet”. Skippy’ego pewnie szlag trafiał, choć na swoją obronę powiem, że jemu też zdarzały się chwile roztargnienia.

Zaraz, o czym ja mówiłem?

Ach tak, SEONZ. Kiedy opuściliśmy Ziemię, rządy różnych krajów chciały podkreślić chwalebny wkład swoich sił zbrojnych w walkę z okropnymi Ruharami, więc zaczęto pomijać koniec skrótowca, który odnosi się do ONZ. Nazwa „Siły Ekspedycyjne” okazała się chwytliwa i przylgnęła do nas. Trochę później, kiedy ludzie zaczęli żałować sojuszu z Kristangami, rządy znów próbowały zaznaczyć międzynarodowy aspekt całego przedsięwzięcia – tak jakby mogły w ten sposób wywinąć się od odpowiedzialności. Jednak było już za późno. W świadomości publicznej utarła się nazwa Siły Ekspedycyjne.

 

Ściśle rzecz biorąc, misja podlegała pod DOS SEONZ, czyli Dowództwo Operacji Specjalnych Sił Ekspedycyjnych Organizacji Narodów Zjednoczonych. Tak, wiem, trudno to wymówić na jednym oddechu. W rzeczywistości dowodziłem sam, bo kiedy „Latający Holender” opuścił orbitę Ziemi, byliśmy zdani tylko na siebie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Dowództwo Operacji Specjalnych zgarnie za to laury. Jeśli coś się spieprzy, zrzucą winę na mnie. Tak to działa.

Kiedy przydzielono nam załogę, szybko odkryłem, że wszyscy obeznani z tematem nazywają operacje specjalne „Spec­Ops”, przez „k” w środku. Niestety, gdy ja – żołnierz, który nigdy nie był w siłach specjalnych – też zacząłem mówić „Spec­Ops”, tamci krzywo na mnie patrzyli. Człowiek uczy się przez całe życie.

Powiem wam coś o siłach specjalnych. Moja wiedza o nich bynajmniej nie pochodzi z doświadczenia. Nieważne, czy to Rangers, Navy ­SEALs, brytyjski SAS, czy ktokolwiek inny, ci goście to banda kozaków i oni dobrze o tym wiedzą. Żeby się tam dostać, trzeba nie tylko spełnić wymagania fizyczne, ale też wykazać się niesamowitym zaangażowaniem i wytrzymałością psychiczną.

Kojarzycie ze szkoły średniej taki typ człowieka, który już wtedy wiedział, czego oczekuje od życia? Dziewczyny i chłopaki w świetnej formie, skupieni na celu. Tacy, co wstają o piątej, żeby przed szkołą pobiegać, popływać albo poćwiczyć na siłowni. Dostawali dobre oceny, ostro zakuwali, nigdy się nie opieprzali, dorośli zawsze ich lu­bili. Byli świetnymi sportowcami i dawali z siebie wszystko również na treningach. Co ważniejsze, byli poważni. Poważnie podchodzili do życia nawet jako nastolatki, czyli w wieku, gdy większość z nas miota się i nie wie, czego chce. Właśnie tacy ludzie trafiają do sił specjalnych. Są lepsi od większości z nas, a już na pewno ode mnie. Osobiście jestem w miarę zaangażowany w służbę wojskową i noszę mundur z dumą, ale i tak nie ma mowy, żeby mnie przyjęli. Potrafiłbym wytrenować ciało tak, aby spełnić wymogi fizyczne – w to nie wątpię. Rzecz w tym, że nigdy nie chciałbym tak ciężko ćwiczyć. Brakuje mi dyscypliny i motywacji. Zwyczajnie mi na tym nie zależy. Bardzo podziwiam ludzi, którzy są zdeterminowani, i cieszę się, że ja nie muszę taki być.

Zatem siły specjalne to elita, a na „Holendra” trafili najlepsi ludzie z Dowództwa Operacji Specjalnych, pochodzący z pięciu krajów członkowskich SEONZ. Nie wyobrażam sobie, jak zażarta musiała być konkurencja. Wiem jedno – sam w życiu bym się nie załapał.

Bałem się tej nowej Wesołej Bandy Piratów. Byli twardsi ode mnie, bystrzejsi, bardziej zaangażowani i bardziej zmotywowani. Pod niemal każdym względem byli lepsi. A ja tymi nadludźmi dowodziłem. Ja. Nie byłem godzien. Oni o tym wiedzieli i ja też.

*

Jako oficjalny dowódca misji SEONZ, a nie tylko samozwańczy kapitan statku pirackiego, musiałem odwalać góry papierkowej roboty, nawet jeśli papier zastąpiono tabletami. Nie znosiłem tego. Kiepsko sobie radziłem z nudnymi szczegółami.

W dniu, kiedy zostawiliśmy za sobą tunel czasoprzestrzenny, a ja użerałem się ze żmudnymi obowiązkami dowódcy, odezwał się Skippy:

– Joe, mam pytanie. Ściśle rzecz biorąc, skargę.

– No jacha. Napisz to na kartce i wrzuć do skrzynki na sugestie.

– Mamy skrzynkę na sugestie? – zapytał z autentycznym zdziwieniem.

– Mamy. W najbliższej czarnej dziurze. Wrzuć i czekaj na odpowiedź.

– Ha, ha, bardzo zabawne, Joe.

– Czarna dziura czy skrzynka na sugestie, to na jedno wychodzi, więc…

– Dobra, załapałem. W każdym razie przeglądałem na twoim iPadzie spis załogi…

– Weź mi nie przypominaj. I bez tego mam na głowie masę administracyjnych pierdół.

– To nic trudnego, Joe. Zauważyłem, że mnie nie uwzględniono. Nawet jako pasażera, a przecież jestem niezbędny do funkcjonowania okrętu. Powinienem figurować na liście jako członek załogi.

– Przepraszam, Skippy, nie wiedziałem, że to dla ciebie ważne.

Cholera, nasza superpotężna sztuczna inteligencja z kosmosu była wrażliwa na punkcie najdziwniejszych rzeczy. Skippy nie znosił, gdy traktowaliśmy go inaczej niż pozostałe istoty rozumne.

– Masz rację, to moja wina. Zaraz cię dodam do listy. O, widzę, że uprzejmie otworzyłeś odpowiednie okno na iPadzie. Zapisałeś raport, nad którym ślęczę od dwudziestu minut?

– Tak jakby ludzkość koniecznie potrzebowała przeczytać twój idiotyczny bełkot. Wyświadczyłbym rodzajowi małpiemu przysługę, kasując go w cholerę. Ale jasne, yy, zapisałem.

– Lepiej, żeby tak było, bo już nie pamiętam, co tam powymyślałem. Dobra, pierwsza rubryka to imię, więc dam „Skippy”. Druga to nazwisko…

– „Wspaniały”.

– Serio?

– To zupełnie adekwatne określenie, Joe.

– Aha, no wiadomo, bo wszyscy właśnie tak na ciebie mówią – odparłem sarkastycznie, przewracając oczami. Nie chciało mi się kłócić, więc wstukałem, co chciał. – Następna rubryka to stopień, bo ten plik jest przeznaczony dla personelu wojskowego.

– Poproszę „Najwyższy Czcigodny Marszałek Polny El Supremo”.

– Dobra, wpiszę „harcerzyk”. Następne pytanie…

– Hej, palant z ciebie!

– …to specjalność.

– Oczywiście „Boski Pan i Władca Wszystkich Rzeczy”.

– Tu się zgadzam. To się pisze D-U-P-E-K. Dalej…

– Hej! Gnoju, powinienem…

– Wiek? – zapytałem.

– Myślę, że co najmniej parę milionów lat.

– Mentalnie jesteś sześciolatkiem, więc tyle wpisałem.

– Joe, właśnie edytowałem plik i zmieniłem twój stopień na „wielki kupojad” – odparł ze śmiechem Skippy.

– Jesteś jednak pięciolatkiem.

– Chyba masz rację – przyznał.

– Płeć? Wpiszę „nie dotyczy”.

– Joe, zmieniłem u ciebie tę rubrykę na „bliżej nieokreślona”.

– Coś kiepsko nam idzie, Skippy.

– Sam zacząłeś!

– Bardzo dojrzale z twojej strony. Niech będą cztery lata. Może nawet dwa?

– Poddaję się – prychnął Skippy. – Zapisz ten cholerny plik i powiedzmy, że jest remis. Zgoda?

– Nie ma problemu. Powinniśmy to robić częściej, nie uważasz?

– Och, zamknij się.

Myślałem, że już po wszystkim, gdy pięć minut później połączyła się ze mną sierżant Adams.

– Sir, przeglądałam spis załogi. Skippy nosi stopień „starszego dupka”?

– O cholera. – Nie pomyślałem, że ktoś inny zobaczy ten durny plik. – Zmienię to.

– Nie trzeba, sir, to bardzo adekwatne – odpowiedziała ze śmiechem.

– Faktycznie.

– Poza tym chyba powinien pan wiedzieć, że w rubryce „wymagane szkolenia” przy pańskim nazwisku jest napisane „korzystanie z nocniczka”. I jeszcze, że musi się pan nauczyć o „pszczółkach i kwiatkach”.

– Szlag. Rozmawiałem ze Skippym przed paroma minutami i najwyraźniej jedna pogadanka nie wystarczyła.

– Myśli pan, że kolejna coś zmieni? – zapytała sceptycznie.

– Raczej nie.

*

Nie tylko ja bałem się nowej ekipy. Członkowie pierwotnego składu Wesołej Bandy Piratów też tak mieli. Drugiej nocy po przejściu przez tunel czasoprzestrzenny nie mogłem spać, więc o czwartej nad ranem poszedłem do mesy w poszukiwaniu kawy i towarzystwa. Zanim się ubrałem, sprawdziłem, jaki tego dnia obowiązuje mundur. Podpułkownik Chang, oficer wykonawczy, zamieszczał te posty. Z reguły nosiliśmy mundury polowe, ale w poniedziałki wkładaliśmy na obiad galowe. Tym razem obowiązywał standardowy mundur letni albo jego odpowiednik w danym kraju.

Kiedy wszedłem do mesy, ku swojemu zdziwieniu zastałem podpułkownika Changa, major ­Simms, kapitana Girauda i kapitan Desai. Siedzieli przy stole z przekrwionymi oczami i sączyli kawę. Nalałem sobie, a wtedy weszła sierżant Adams.

Byliśmy sami, sześcioro członków starej Wesołej Bandy Piratów. Przeszliśmy razem tak wiele – nie spodziewając się, że wyjdziemy z tego cało – że aż miałem ochotę ich uściskać. Powstrzymałem się, bo dostałbym w twarz od sierżant Adams. Zamiast przytulania przybiłem z nią piątkę i wręczyłem jej kubek kawy.

– Co za zbieg okoliczności – zauważyłem.

– Może dla pana, sir – odparła, siadając naprzeciw Girauda. – Ja za godzinę zaczynam zmianę.

– Ja też – wtrąciła się ­Simms, siorbiąc kawę.

– Nie mogłem spać – dodał Chang.

– Ja tak samo – powiedziałem. Usiadłem obok Desai i wzniosłem toast. – Za dawną Wesołą Bandę Piratów. Zwłaszcza za tych, którzy nie wrócili do domu.

Zderzyliśmy się kubkami i wypiliśmy. Kubki wprawdzie były plastikowe, więc nie wydały dźwięku, ale przynajmniej miały oficjalne logo SEONZ, a po drugiej stronie napis „UNS Latający Holender”. Jeżeli jakimś cudem wrócimy na Ziemię, pewnie ktoś je ukradnie, przeszmugluje na powierzchnię i sprzeda za grubą kasę jako przedmioty kolekcjonerskie.

Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co u kogo słychać, bo odkąd opuściliśmy okręt, nie spędziliśmy razem zbyt wiele czasu. Nie mieliśmy kiedy gadać podczas gorączkowych przygotowań, kiedy ziemskie rządy wreszcie podjęły boleśnie oczywistą decyzję, że trzeba wysłać „Holendra” z powrotem w kosmos.

Wszyscy żyjący członkowie Wesołej Bandy Piratów zgłosili się na ochotnika. Po wielu dyskusjach i kłótniach, a także po sporej dozie politycznych przepychanek przyjąłem tylko tę piątkę, która siedziała ze mną w mesie. Choć wszyscy chcieli wrócić na okręt, nie potrzebowaliśmy ich aż tylu, a rządy wolały zachować część weteranów na Ziemi. Niektórzy z ocalałych wciąż leczyli rany. Giraud nadal miał rękę w thurańskim rękawie medycznym, a Changa bolały żebra. Doktor Skippy prognozował, że Giraud będzie zupełnie zdrowy za dwa dni, choć dla francuskiego spadochroniarza to i tak było za długo. Mówił, że ręka swędzi go, jakby ją gryzły tysiące mrówek, na co Skippy odpowiadał, że tylko mu się zdaje.

Głęboko wierzyłem, że nasza wyprawa to bezsensowna i wręcz samobójcza misja. Wesoła Banda Piratów i tak już wykorzystała swój limit szczęścia. Szaleństwem byłoby wymagać od nich więcej. Przekonywałem sierżant Adams, posiłkując się niecenzuralnym słownictwem, że nie musi z nami lecieć. Mówiłem, że nie musi nikomu nic udowadniać i że już dość wycierpiała. Nie dodałem, że choć oboje byliśmy więźniami Kristangów i wyznaczono nam termin egzekucji, w przeciwieństwie do mnie ją poddano torturom. Widziałem blizny. O kurde, ale dała mi popalić. Darła się, że mówię tak tylko dlatego, że jest kobietą, i że z facetem bym się tak nie cackał. To nieprawda, ale niestety, nie zdołałem wtrącić ani słowa.

– Z całym szacunkiem, sir, ale przypinki pułkownika niczego nie zmienią. Oboje wiemy, że jest pan tylko sierżantem. Jestem panu potrzebna.

Miała w stu procentach rację i cieszyła mnie jej obecność. Nie tylko jej, ale ich wszystkich – ludzi, których znałem i którym ufałem. Z kolei nasza nowa załoga, choć elitarna, była dla mnie zgrają obcych ludzi. Przed startem celowo unikałem spotkań naszej szóstki, żeby nowi nie pomyśleli, że faworyzuję starych kompanów. Choć oczywiście faworyzowałem. Na pokładzie znajdowali się piloci o znacznie większym doświadczeniu i lepszych kwalifikacjach niż kapitan Desai, oblatywacze, asy przestworzy, zasiadający za sterami najnowszych myśliwców. A jednak żadnemu nie pozwalałem choćby dotknąć przyrządów „Holendra” bez nadzoru Desai. Każdemu można by powierzyć okręt obcych, ale Desai sprawdziła się w praktyce. Skippy też tak uważał. Ignorując oficjalne znaki wywoławcze, które przydzielono każdemu z pilotów, Skippy każdego nazywał Pe-eN, czyli Pieprzony Nowy. Musieliśmy im wyjaśnić, że jak na Skippy’ego, to praktycznie uprzejmość. Jeden pilot, którego nie wymienię z nazwiska, wkurzył blaszaka na tyle, że ten zamiast kabiny przydzielił mu śluzę powietrzną. Musiałem interweniować, a do pechowca natychmiast przylgnęła ksywka Śluzak. Piloci już tacy są.

– Co sądzicie o nowej załodze? – rzuciłem.

Chang upił łyk kawy i odezwał się pierwszy:

– To będzie ciekawe ćwiczenie współpracy międzynarodowej.

Giraud pokiwał głową, a potem wzruszył ramionami.

– Zobaczymy.

Siedemdziesiąt osób na pokładzie. Dwanaścioro to cywilni naukowcy, siedem kobiet i pięciu facetów o specjalizacjach obejmujących wszystko – od medycyny przez biologię aż po fizykę. Wśród badaczy trwała zażarta walka o miejsce na „Latającym Holendrze”, która jednak odrobinę zelżała, gdy wyjaśniłem kandydatom, że realistycznie rzecz biorąc, nie spodziewam się, że wrócimy. Gdyby to ode mnie zależało, całkiem zrezygnowałbym z udziału badaczy. Nie potrzebowaliśmy ich, żeby wypełnić misję, a w razie porażki zginęłoby mniej ludzi. Jednak decyzja nie należała do mnie. Rządy się uparły, a na liście kandydatów znalazło się kilka tysięcy nazwisk. Ograniczenie tej liczby do dwunastu to najlepsze, co zdołałem wytargować. Moim podstawowym kryterium podczas doboru nie były osiągnięcia naukowe, lecz zdolność dogadywania się z innymi. Nie potrzebowałem zgrai genialnych mózgowców albo, cytując Skippy’ego, „odrobinę bystrzejszych małp”, których przerośnięte ego dokuczałoby nam jak wrzód na tyłku podczas długiej podróży kosmicznej. To dlatego wśród naukowców przeważały kobiety. Zbyt wielu kandydatów płci męskiej oblało testy psychologiczne w kategorii „relacje międzyludzkie”.

 

– Współpraca międzynarodowa – powtórzyłem ­powoli. – Nasza pierwotna załoga współpracowała całkiem nieźle.

– Bo musiała – odparł Chang. – Naszą misją było ratowanie Ziemi. Mieliśmy motywację.

– Nasza załoga składała się z tych, którzy byli pod ręką – zauważył Giraud. – Ja byłem w bazie logistycznej tylko dlatego, że dowódca mnie tam wysłał. Miałem sprawdzić, czemu zapasy docierały z opóźnieniem.

– Wysyłaliśmy to, co mieliśmy – zaoponowała Simms.

Giraud skinął głową.

– Wiem, przekonałem się na miejscu. Chodzi o to, pułkowniku, że naszą pierwszą załogę łączył wspólny cel. Los sprawił, że niespodziewanie przyszło nam ratować całą planetę. Nowa załoga nie ma tak jasnej motywacji.

– A jakby tego było mało, ci goście z sił specjalnych uważają się za nie wiadomo kogo – rzuciła kwaśno Adams. – Bez urazy – dodała, patrząc na Girauda.

– Nie ma sprawy. – Zaśmiał się. – Niektórzy z nich przerażają nawet mnie – przyznał, a przecież René Giraud przed przylotem na Paradise był elitarnym francuskim spadochroniarzem.

– Serio? – zapytałem. – Ja boję się ich wszystkich. I tego, że rywalizacja wymknie się spod kontroli.

Spięcia występowały nie tylko na tle narodowym. Martwiłem się o relacje między rangersami a Navy ­­SEALs. Oby podeszli do sprawy profesjonalnie.

Adams przybiła z Giraudem żółwika.

– Spokojnie, sir, już my ich naprostujemy.

Doświadczony duet Giraud i Adams dostał od Changa zadanie, aby opracować harmonogram ćwiczeń dla nowych członków załogi, którzy musieli przyswoić podstawową wiedzę na temat „Latającego Holendra”, „Kwiatu” i lądowników. Następnie mieli zaznajomić się z kombotami i pancerzami wspomaganymi Kristangów.

Najbardziej martwiłem się, że naszych elitarnych, rwących się do walki żołnierzy z sił specjalnych dopadnie nuda. Przed opuszczeniem orbity okołoziemskiej zgromadziłem całą załogę i naukowców w pustej ładowni. Postawiłem sprawę jasno – mam szczerą nadzieję, że walka ominie nas całkowicie i że nie zobaczymy po drodze nic ciekawego. Dla mnie udana misja to taka, w której znajdziemy magiczne radyjko Skippy’ego i odstawimy go gdzieś tam, a potem spokojnie wrócimy na Ziemię. Choć równie prawdopodobne, że kiedy Skippy nas opuści, „Latający Holender” popsuje się, a my utkniemy w przestrzeni międzygwiezdnej z malejącymi zapasami żywności, aż w końcu będę zmuszony aktywować funkcję samozniszczenia. Kiedy mówiłem, goście z sił specjalnych kiwali ponuro głowami, ale w ich oczach widziałem, że nie do końca mi wierzą. Szkolili się do akcji i właśnie akcji oczekiwali. Miałem nadzieję ich rozczarować.

W naszej nowej misji mieliśmy zachować strukturę dowodzenia Sił Ekspedycyjnych. Naukowcy byli z różnych państw, ale wojskowi pochodzili z pięciu: USA, Chin, Indii, Wielkiej Brytanii i Francji. Każdy kraj wybrał dziewięciu żołnierzy z sił specjalnych, z wyjątkiem Stanów, które wysłały ośmiu – czterech rangersów i czterech SEALs-ów, ponieważ misją dowodził Amerykanin. Każde państwo przydzieliło nam również dwóch pilotów. Giraud i Desai liczyli się zarówno jako siły specjalne, jak i piloci, więc ja, Chang, ­Simms i Adams domykaliśmy liczbę pięćdziesięciu ośmiu wojskowych.

Osuszyłem kubek i poszedłem po dolewkę. Dzbanek był prawie pusty, więc wylałem fusy i nastawiłem więcej kawy. Śniadanie nie było jeszcze gotowe, mogliśmy co najwyżej zrobić sobie tosty.

– Kto ma dzisiaj dyżur w kambuzie?

Takie szczegóły zostawiałem Changowi, choć chyba powinienem to wiedzieć. Gdzieś miałem rozpiskę. Na przykład na zFonie, ale byłem zbyt leniwy, by na niego zerknąć.

– Chiny – odpowiedział Chang. – Zaczynamy za godzinę.

– Nie szkodzi, nie jestem jeszcze głodny.

Ciekawiło mnie, jak wygląda chińskie śniadanie. Załoga składała się z naukowców, pilotów i żołnierzy. Nie mieliśmy kucharzy ani mechaników, ani w ogóle żadnego personelu wsparcia. Każdego dnia dyżur w kambuzie pełniła jedna z narodowości, a szóstą grupę stanowili naukowcy. Sytuacja z żarciem zapowiadała się interesująco, bo wśród kryteriów rekrutacyjnych nie znalazły się zdolności kulinarne. Choć, z drugiej strony, wiedziałem, że siły specjalne mają fioła na punkcie rywalizacji i będą się prześcigać także w gotowaniu.

Nalałem sobie świeżo zaparzonej kawy i z kubkiem w dłoni ruszyłem w stronę drzwi.

– Idę poćwiczyć – oznajmiłem.

Liczyłem na to, że o tej porze będę miał siłownię tylko dla siebie. Nie lubiłem trenować otoczony ludźmi z sił specjalnych, którzy co do jednego byli w lepszej kondycji ode mnie. Może o własne ego też powinienem się martwić.