Dzień KolumbaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4. Paradise

Inaczej niż Alfa, Paradise miało windę kosmiczną. Wyglądała nieco inaczej niż ta unosząca się nad Ziemią. Ktoś powiedział, że tę postawili Ruharowie. To mnie zaskoczyło, bo spodziewałem się, że winda Ruharów uległaby uszkodzeniu podczas zdobywania planety przez Kristangów. Może było to sprzeczne z jakąś niepisaną zasadą? A może była to po prostu kwestia praktyczna? Zdobywcy nie chcieli zniszczyć cennego zasobu, a obrońcy uznali, że nawet jeśli przegrali tę bitwę, to może jeszcze kiedyś odzyskają planetę.

Winda Ruharów jeździła po błyskawicy, jak ta na Ziemi, ale podczas gdy „kabel” Thuranów składał się z czystej energii, ta dysponowała fizycznym przewodem, cieńszym niż ludzki włos, umiejscowionym w samym środku pioruna. Ze względu na to Ruharowie nie trzymali żadnych ważnych instalacji na równiku Paradise, bo gdyby kabel kiedyś się zerwał, owinąłby się kilka razy wokół planety i uderzył z potężną siłą, mimo niewielkiej masy. Powiedziano nam, że wzdłuż kabla zamontowano ładunki wybuchowe, aby jego potencjalne zerwanie było mniej katastrofalne, ale zdecydowanie nie chciałem stacjonować na równiku. Co chwila zerkałbym z niepokojem w niebo.

Jazda w dół nie różniła się szczególnie od podróży z Ziemi na orbitę poza tym, że żaden uśmiechnięty kucharz nie serwował pysznych cheeseburgerów. Musiały nam wystarczyć żelazne racje. Kabina windowa miała więcej okien, a część pasażerska była jakieś trzy razy większa niż ta na Ziemi. Zapewne tę przeznaczono głównie do użytku cywilnego.

Mieliśmy okazję dobrze przyjrzeć się Paradise, mimo że jechaliśmy dość szybko i odczuwaliśmy większe wibracje niż poprzednio. Planeta wyglądała dobrze, miała przynajmniej sporo błękitu i zieleni, a nie same odcienie brązu jak Alfa. Gdy zbliżyliśmy się na tyle, żeby rozpoznać zarysy wiosek, pomyślałem, że zaraz postawię stopę na swoim trzecim globie. Byłaby to moja pierwsza planeta stanowiąca terytorium wroga, gdyby wróg nie zdążył się poddać Kristangom.

Gdy znaleźliśmy się na tyle nisko, żeby dostrzec poszczególne budynki, dotknąłem oznak sierżanta na ramieniu. To miejsce było domem moich wrogów, obcych, którzy zaatakowali Ziemię. Nie żebym potrzebował dodatkowej motywacji, ale w tej chwili byłem zdeterminowany, aby zabrać stąd Ruharów zgodnie z planem i pokazać naszym zbawcom, Kristangom, że ludziom można powierzyć w przyszłości ważniejsze zadania. A jeśli jakieś cholerne chomiki miały stanąć mi na drodze, to cóż, pamiętałem o Zasadach, ale w razie czego zamierzałem odpłacić im pięknym za nadobne. Uznałem, że będę dla nich tak samo łaskawy, jak oni dla nas, kiedy podstępnie zaatakowali Ziemię i zniszczyli naszą infrastrukturę energetyczną.

Gdy winda wylądowała z głuchym odgłosem, kazano nam jak najszybciej ją opuścić. Już dziesięć minut po tym, jak ostatni z nas znaleźli się poza windą, odezwał się alarm i kabina ruszyła w górę, by odebrać kolejną grupę z orbity.

Przyglądałem się jej, wciąż pod wrażeniem, podczas gdy strażnicy zagonili nas na lotnisko, gdzie czekał szereg największych samolotów, jakie widziałem. Strażnicy nazywali je dumbo, ze względu na długie kadłuby i względnie małe skrzydła. Miały po cztery silniki, umieszczone wewnątrz skrzydeł obok śmigieł, i były jakieś sześć razy większe niż C-17, do których byłem przyzwyczajony. Dumbo potrzebowały tylko krótkiego pasa startowego, ale nie potrafiły startować pionowo. To wymagałoby zbyt wiele mocy. Jeden z nich ruszył przed siebie i wzniósł się w powietrze z rykiem silników. Przysięgam, że wzniósł się już po jakichś trzystu pięćdziesięciu metrach. Opuszczał wylot silnika w dół, żeby łatwiej się unieść, po czym pałeczkę przejmowały skrzydła. Ponieważ wznosił się nieoczekiwanie wolno, wyglądało to, jakby trzymał się na niewidzialnym sznurku. Podobnie jak myszołowy, dumbo stanowiły sprzęt pozostawiony przez Ruharów, który mieliśmy obsługiwać do czasu, aż planetę przejmą Kristangowie.

Mieliśmy ustawić się plutonami, tylko że mój zespół ogniowy był sam. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że w końcu mamy połączyć się z naszym plutonem. Gdy sierżanci sztabowi przeliczyli głowy na poziomie oddziałów, plutonów i kompanii, czekaliśmy. I czekaliśmy. I czekaliśmy jeszcze dłużej w palącym słońcu. Musieliśmy tak stać przez godzinę, w ciągu której inne plutony i kompanie maszerowały obok nas i kolejne dumbo lądowały, brały ludzi na pokład, żeby znów odlecieć. Widziałem krążące dalej znane z Alfy kurczaki i myszołowy.

Tyle dobrze, że nawierzchnia była jasnobrązowa i nie topiła się od upału jak asfalt na Ziemi. Po godzinie, podczas której moi podkomendni wciąż zachowywali się wzorowo, w końcu przemaszerowaliśmy przez lotnisko obok kilku pustych, czekających samolotów do naszego dumbo. Dobrze było widzieć, że Armia USA była tak samo doskonale zorganizowana na innych planetach, jak na Ziemi. Wcisnęliśmy się w niewygodne fotele i znów musieliśmy czekać. Z wentylatorów na przodzie kabiny leciało chłodne powietrze, ale zanim dotarło do nas, na tyłach, robiło się gorące i wilgotne prawie jak na zewnątrz.

Na tylnej rampie zapanowało zamieszanie. Jakiś kapitan wskazywał na tablet i kłócił się z porucznikiem. Porucznik pokręcił głową i ruszył w naszą stronę, wyraźnie niezadowolony. Zbliżył się na tyle, że na naszywce przeczytałem jego nazwisko, „Koenig”. Wstałem i zasalutowałem.

– Co się dzieje, sir?

– Szlag by to – mruknął. – Mówią, że jesteśmy w złej maszynie. Zaraz to wyjaśnimy.

Niezależnie od tego, na czym polegał problem, pięć minut później drzwi się zatrzasnęły i ruszyliśmy. Wszyscy wydali okrzyk zadowolenia. Poszły słuchy, że powinniśmy się odprężyć i przygotować na dwie godziny lotu naddźwiękowego. Gdy osiągnęliśmy standardową prędkość, czyli niecałe półtora macha, pilot oznajmił to przez głośniki. Latałem już wtedy szybciej niż światło przez tunele czasoprzestrzenne i podróżowałem z orbity oraz na orbitę promem, ale i tak ta prędkość zrobiła na mnie wrażenie. Pochyliłem się do podporucznika siedzącego obok mnie.

– Sir, kto tym steruje?

Ziewnął.

– Jakieś palanty z lotnictwa.

– Hm, ile czasu się szkolili? – spytałem powoli, nie chcąc usłyszeć spodziewanej odpowiedzi.

Na Ziemi piloci C-17 musieli przez lata ćwiczyć na symulatorach, zanim usiedli choćby w fotelu drugiego pilota. Nie ma szans, żeby ci tutaj latali dłużej niż przez dwa tygodnie. Zupełnie nowym dla nich, gigantycznym samolotem.

– Nie ma się czym martwić, sierżancie – powiedział, chociaż nie patrzył mi w oczy. – Większość roboty wykonuje komputer, a w razie czego ktoś z Kristangów na orbicie może zdalnie przejąć sterowanie. Kolesie w kokpicie są tylko od parzenia kawy.

Nie roześmiałem się.

*

Lot nie obfitował w wydarzenia poza tym, że zakończył się tak nagłym lądowaniem, że pomyślałem, że pilot musi być z marynarki, nie z lotnictwa, i próbuje wylądować na lotniskowcu. Wtedy zobaczyłem „lotnisko”, które było po prostu polem, gdzie niedawno musiały rosnąć jakieś uprawy. Nie czekając, pomaszerowaliśmy do czekających myszołowów. Cieszyłem się na myśl o locie nową dla mnie maszyną. Zmieściło się nas w niej trzydziestu. Chciałem siedzieć przy drzwiach, z nogami wiszącymi w powietrzu i karabinem na kolanach, przyglądając się okolicy, ale drugi pilot szybko mnie naprostował.

– To nie blackhawk, sierżancie. Po osiągnięciu odpowiedniej wysokości latamy sześćset pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Jeśli chcesz wylecieć za drzwi, proszę bardzo, ale zamknij je za sobą.

Znalazłem wolny fotel. Sierżant sztabowy uśmiechał się do mnie i później dowiedziałem się, że przyszło mu do głowy to samo. Lot myszołowem także nie był zbyt ciekawy, leciało się nim dużo spokojniej niż jakimkolwiek śmigłowcem. Przelecieliśmy nad niekończącymi się farmami, lasami i jeziorami. W końcu znaleźliśmy się nad wioską i po paru okrążeniach wylądowaliśmy.

*

Gdy drzwi myszołowa otworzyły się, wszyscy to poczuliśmy. Znacie zapach świeżo skoszonego siana albo, jeśli mieszkaliście na przedmieściach, świeżo przyciętej trawy? Ten czysty, świeży, dodający sił zapach natury, który przypomina o dzieciństwie, o bieganiu boso przez pole pod błękitnym niebem z pierzastymi chmurami? Tak? No to tam pachniało zupełnie inaczej. Odór dolatujący z pola chomików, gdzie uprawiali cholera wie co, przypominał…

Baker zrobił wdech i zmarszczył nos.

– Kurna, co to jest?

To nie było coś oczywistego, ale raczej z tyłu głowy, z tyłu nosa, zapach, który kazał zatrzymać się i próbować go zidentyfikować. Miałem dobrą pamięć do woni, ale zajęło mi to chwilę, bo był bliski, ale nie do końca identyczny.

– Parmezan – stwierdziłem.

Nie parmezan w ciepłej misce spaghetti w chłodną zimową noc, z paroma soczystymi klopsikami, polanymi pysznym sosem pomidorowym, który cały dzień gotował się na wolnym ogniu, kiedy siedzisz sobie z chlebem czosnkowym i kieliszkiem czerwonego wina i posypujesz miskę parmezanem, który roztapia się w sosie… Zupełnie nie tak. Raczej parmezan w chwilach, kiedy niedobrze ci od grypy albo masz cholernie mocnego kaca i twój żołądek ledwie wytrzymuje zapach parmezanu, który zbyt długo leżał poza lodówką, i wiesz, że zaraz zwymiotujesz. To właśnie smród takiego parmezanu czuliśmy znad pola.

– Parmezan… cholera, śmierdzi jak stopy Sancheza! – powiedział z obrzydzeniem Chen.

– Moje stopy? A wąchałeś kiedyś swoje?

– Ja tam swoje myję!

– Może raz na rok.

– Dobra, uspokójcie się – rozkazałem. – Może to jakieś chemikalia, którymi spryskują uprawy, i wkrótce się ulotni. Albo się przyzwyczaimy.

– Cholera. – Chen splunął. – Spałem od tygodni obok Sancheza i nie przyzwyczaiłem się jeszcze do jego śmierdzących stóp. Jeśli cała planeta tak cuchnie, to zapowiada się naprawdę długa misja…

 

Reszta naszego plutonu już tam była i rozstawiała namioty wokół stodoły. Wioska chomików znajdowała się pół kilometra na wschód. Zgłosiłem się wraz z zespołem ogniowym do starszego sierżanta, który kazał mi iść do porucznika Charlesa w namiocie.

Wykonałem polecenie.

– Sierżant Bishop zgłasza się wedle rozkazu, sir – zasalutowałem oficerowi.

– Bishop, spodziewałem się twoich ludzi rano – odsalutował od niechcenia. Wydawał się rozproszony. Ale rozstawianie obozu na obcej planecie faktycznie musi przyprawiać o ból głowy.

– Masakra z przydziałem do promów na Alfie, sir. Kristangowie umieścili nas na nie tym, co trzeba. Ale już jesteśmy w komplecie. Sierżant Agnelli wszystkiego pilnuje.

– Tak, SEONZ rozproszono po całej planecie. Ale w końcu dotarliście, chociaż tyle. – Wskazał na mapę rozłożoną na stole.

Prawdziwą mapę, wydrukowaną na jakimś plastiku. Przedstawiała około jednej dziesiątej głównego kontynentu, część, na której się znajdowaliśmy. Głównie farmy na płaskim terenie z niewielkimi wzniesieniami biegnącymi z północy na południe, rzekami i jeziorami tu i ówdzie. Wybrzeże leżało na zachodzie, a winda kosmiczna gdzieś poza mapą na południowym wschodzie.

– Znajdujemy się w tej okolicy. – Wskazał obszar zaznaczony na szaro. – Ruharowie nazywają ją… jakoś tam. – Wskazał na znaki w alfabecie Ruharów. – Ale my nazywamy ją Zadupistanem.

– Zadupistanem?

– Na północ od nas jest Dupistan, więc tu musi być Zadupistan, prawda? Twój zespół ogniowy zajmie wios­kę jakieś sto kilometrów na zachód stąd. – Pokazał małą kropkę na mapie. – Tutejsze chomiki to rolnicy, populacja około dwustu pięćdziesięciu, jeśli liczyć wszystkie okoliczne farmy. Jest szkoła, stodoły i silos zbożowy, trochę domów i tyle.

Jeden czteroosobowy zespół ogniowy kontra dwieście pięćdziesiąt chomików? Nie podobało mi się to. Zespoły ogniowe zwykle nie działały w pojedynkę, ale w ramach oddziału dowodzonego przez sierżanta sztabowego.

– Sir, jak jeden zespół ogniowy ma pilnować tylu chomików?

– Nie będzie. To eksperyment. – Skrzywił się. – Genialny pomysł z dywizji. Mamy rozproszone zespoły szybkiego reagowania z myszołowami i kurczakami, ze wsparciem artylerii Kristangów na orbicie. – Spojrzał na sufit namiotu. – Mamy do dyspozycji sporo siły ognia, ale dywizja chce uniknąć jej użycia.

Ręce mi opadły.

– Serca i umysły? – tak w Armii nazywaliśmy próby sprawienia, aby ludność cywilna z nami współpracowała, a przynajmniej nie stawiała aktywnego oporu.

Zaczęło się w Wietnamie i próbowano tego w różnych wersjach i pod różnymi nazwami w Iraku, Afganistanie, Nigerii, i praktycznie wszędzie, gdzie wmieszały się Stany Zjednoczone. Budowaliśmy szkoły, drogi, wodociągi i sieci energetyczne, pomagaliśmy siać i zbierać plony. Na dłuższą metę unikanie robienia sobie nowych wrogów było tańsze i skuteczniejsze niż zabijanie. Zwłaszcza jeśli wróg, którego zabiłeś, był czyimś krewnym, a wtedy oni, może nawet całe plemię, stawali się twoimi wrogami. Ale jeśli wiecie cokolwiek o historii, to wiecie też, że skutki tych kampanii nie zawsze były najlepsze. Miesiąc po tym, jak wycofywaliśmy się z jakiegoś regionu w Trzecim Świecie, ktoś palił szkoły, wysadzał wodociągi, rozkradał kable na złom. Nasi politycy i tak ogłaszali zwycięstwo, po czym brali się za następny kryzys.

– Raczej miękki pokaz siły, Bishop. Nie będziemy budować szkół dla tych chomików, chcemy tylko, żeby zachowały spokój do czasu ewakuacji. Uznaj to za swój własny kawałek raju – dodał z uśmiechem.

– Sir, jestem świeżo upieczonym sierżantem…

– Jesteś też rolnikiem, dorastałeś na farmie. Podobnie jak Sanchez i Baker. Chomiki to wprawdzie kosmici, ale uprawiają ziemię i mam nadzieję, że lepiej ich zrozumiesz niż niektórzy z naszych miastowych chłopaków. Kolej na ewakuację tego regionu przyjdzie dopiero za jakiś czas, więc jest więcej czasu na to, żeby coś poszło nie tak. – Położył mi rękę na ramieniu i lekko ścisnął. – Nie musicie być mili dla chomików, ale nie próbujcie ich zastraszać. Już się zgodzili opuścić planetę, umowa z Kristangami pozwala im na dalszą uprawę roli i zbiory aż do zakończenia ewakuacji. Ruharowie płacą Kristangom za transport zbiorów. Wiem, brzmi wariacko, ale Kristangowie toczą tę wojnę od dawna, więc wiedzą, co robią. Tutejsi Ruharowie chcą utrzymać transporty żywności, więc powinni mieć dobre powody, żeby z nami współpracować. Jeśli wpadniesz w kłopoty, zadzwoń przez zFona i przyleci kawaleria. Jeśli zrobi się naprawdę źle, Kristangowie mogą przywalić w dowolne miejsce z orbity i chomiki o tym wiedzą.

Nieszczególnie mi ulżyło.

– Agnelli zabierze resztę oddziału do wioski na północ od waszej. Nie jesteście siłami okupacyjnymi, SEONZ nazywają te jednostki zespołami obserwacyjnymi. Wywiad chce wiedzieć jak najwięcej o chomikach. Obserwacja powietrzna czy satelitarna nie powie nam wszystkiego, okresowe patrole też nie. Musimy mieć ludzi na miejscu, żyjących między chomikami. Na tablecie masz dokładne wytyczne i zasady podejmowania działań z użyciem siły. Dobrze by było porządniej was wyszkolić, ale dywizja chce mieć wszystkich na miejscu jak najszybciej, żeby futrzakom nie przychodziły do głowy głupie pomysły.

– Tak jest, sir. Zrobi się.

Nie musiało mi się to podobać. Dlatego nazywano to rozkazami, a nie sugestiami.

*

Gdy dotarłem do miejsca, którego pluton używał jako parkingu, moja pewność siebie jeszcze bardziej zmalała.

– Co to jest, do cholery? – spytałem.

– To chomvee, panie sierżancie – odparł mechanik, szczerząc zęby.

– Co takiego?

– Nazywamy to chomvee, bo są trochę jak humvee na Ziemi, ale z przerobionych pojazdów chomików. Bierzemy ich furgonetki, naklejamy pancerz kompozytowy i mamy chomvee.

Wydawał się dumny z kupy złomu, w której mieliśmy patrolować okolicę. Już lodziarka z Barneyem była lepsza. Jakby wziąć SUV z większymi, ale delikatnie wyglądającymi oponami, grubymi szybami w oknach i wielokolorowymi panelami doczepionymi bez ładu i składu tu i ówdzie, to otrzymalibyście coś mniej więcej podobnie brzydkiego.

– Naklejacie?

– Tak. Nie da się przyspawać, bo to nie metal. Używamy tego kleju Kristangów. – Podniósł pistolet uszczelniający, jaki można kupić w każdym sklepie z narzędziami na Ziemi. – Przyczepiamy panele za pomocą tego dynksu, a potem używamy tego wihajstra Kristangów. – Przedmiot wyglądał jak żelazko. – Żeby się nie odczepiało. Cholernie mocna rzecz.

– Dynks? Wihajster? Nie brzmi imponująco.

Wzruszył ramionami.

– Kristangowie mają dla tego wszystkiego własne nazwy, ale trudno je wymówić.

– Macie coś cięższego? – spytałem sceptycznie, przebiegając palcami po pancerzu, który w dotyku był trochę jak styropian. Miał około dziesięciu centymetrów grubości i zwężał się przy krawędziach drzwi, które musiały być słabym punktem. O ile styropian miał jakieś mocne punkty.

– Mamy też chomtraki, coś jak bradleye czy strykery, to ich transportery opancerzone. Ale są do użytku na poziomie kompanii. Nie martwcie się, widziałem demonstrację tego pancerza. – Zastukał pięścią w styropian. – Zwykłe kule robią w nim tylko niewielkie wgłębienia. Trzeba przywalić w to samo miejsce kilka razy z wybuchowej amunicji, żeby się przebić. Twarda rzecz. Powinniśmy sprowadzić trochę na Ziemię.

– Demonstrację? Dołączycie do nas na patrolu, jak będą do nas strzelać?

Pokręcił głową i uśmiechnął się.

– Nie moja działka, sierżancie. Ale bawcie się dobrze i nie zarysujcie lakieru. Szeregowy Ringold pokaże wam, jak je prowadzić i ładować akumulatory.

*

Po tym, jak odebraliśmy dwa chomvee, pojechaliśmy do kwatermistrza po sprzęt potrzebny nam do wykonywania zadań. Magazyn wyglądał i śmierdział jak stary kurnik. Najpierw dostaliśmy ekwipunek osobisty: dodatkowe mundury, opancerzenie, wszystko, czego potrzeba żołnierzowi okupującemu obcą planetę. Następnie amunicja i broń ciężka, czyli rakiety Javelin i znajoma niekierowana broń przeciwpancerna, szwedzkie AT4-CS. Byliśmy potężnymi najeźdźcami na obcej planecie, wyposażonymi w broń, z której strzelaliśmy do paramilitarnych bojówek w Nigerii. Jeśli o mnie chodzi, nie brzmiało to dobrze. Ale nikt nie pytał mnie o zdanie.

*

Kolejnego ranka nadszedł czas, aby wyruszyć do celu. Sierżant Mitchell przyszedł nas odprawić.

– Gotowy, Bishop?

– Jakbym powiedział, że nie, czy robiłoby to jakąś różnicę?

Mitchell roześmiał się.

– Porucznik nie wysłałby cię tam, gdyby w pełni ci nie ufał, Bishop. Więc Alpha Mike Foxtrot. – Oznaczało to adios, motherfucker. Nic nie odpowiedziałem.

*

Ruszyliśmy w stronę przydzielonej nam wioski. Za nami ciągnął się tuman kurzu unoszącego się wysoko na wietrze, zdradzając naszą pozycję każdemu, kto mógłby nas wypatrywać. Zbliżając się do osady, dotarliśmy do niewielkiego wzniesienia i kazałem naszej kolumnie się zatrzymać. „Kolumna” to przesada, bo mieliśmy tylko dwa chomvee.

Oba pojazdy były pełne wszystkiego, co potrzebne na miesiąc, w tym jedzenia, leków i papieru toaletowego. Dostaliśmy standardowy zapas amunicji do karabinów, zarówno zwykłej, jak i wybuchowej. Poza tym dwa javeliny bravo i dwa AT-4. Żadnych moździerzy. W razie potrzeby mieliśmy wzywać kawalerię powietrzną. Starszy sierżant zapewnił mnie, że czekają nas regularne odwiedziny ze strony kwatery głównej plutonu i zaopatrzenie co dwa tygodnie. Jeśli był tak samo sceptyczny co do tej „miękkiej siły” jak ja, nie zdradzał tego w żaden sposób. Osobiście dawałem temu eksperymentowi mniej niż miesiąc, zanim dywizja albo szychy z SEONZ pójdą po rozum do głowy. Rozproszenie naszych sił po całej planecie było zaproszeniem chomików do pokonania każdej grupy z osobna dzięki czystej przewadze liczebnej. Gdyby tak się stało, Kristangowie zbombardowaliby ich z orbity, ale nie stanowiłoby to wielkiego pocieszenia dla martwych ludzi.

Zgodnie z planem nad wioską przeleciała para kurczaków, przykuwając uwagę mieszkańców. Kurczaki miały wysunięte działa i po przelocie nad główną uliczką unios­ły się wyżej i rozdzieliły. Jeden zapewniał wsparcie od północy, a drugi krążył nad nami. Spojrzałem jeszcze raz na pakiet informacyjny w tablecie – zdjęcia satelitarne, raporty od dwóch kolumn zwiadowczych, które przejechały przez wioskę dwa dni wcześniej, i dane regionalnego samorządu chomików. Według ich zapisów obecnie populacja wynosiła sto osiemdziesiąt chomików, czyli mniej niż dwieście pięćdziesiąt, o których słyszałem w plutonie.

Nasze przybycie nie powinno stanowić zaskoczenia, jako że władze Ruharów twierdziły, że skontaktowały się z mieszkańcami i poprosiły o pełną współpracę. Dostaliśmy też laminowane karty, zapisane alfabetem Ruharów, które mieliśmy rozwiesić w ważnych miejscach wioski. Zapisano na nich rzekomo zasady, takie jak godzina policyjna, zakaz noszenia broni i co chomiki mogą zrobić, żeby ułatwić nam zadanie. Czułem się z tym wszystkim nieco niekomfortowo, brzmiało to jak coś, co w okupowanych wioskach robili hitlerowcy czy Sowieci.

Dałem znać pilotowi kurczaka, że jesteśmy gotowi, i kazałem Sanchezowi ruszyć. Nasze wyposażone w silniki elektryczne chomvee niemal bezgłośnie wjechały do wioski. Zwolniliśmy, gdy dotarliśmy do pierwszego budynku, oficjalnego początku wioski. Miejscowość nie była szczególnie spektakularna, chociaż zważywszy na to, że sam pochodzę z wiejskich obszarów, doceniałem dobry stan utrzymania budynków, zarówno domów, jak i stodół. Przy domach rosły dające cień drzewa, krzaki i kwiaty, ogrodzone były schludnymi płotami. Spodziewałem się, że chomiki nieco się zapuszczą, zapomną o takich rzeczach jak kwiaty czy utrzymanie porządku, jako że mieli niedługo opuścić planetę. Spodziewałem się graffiti, jakiegoś „ludzie do domu” czy czegoś takiego. Zamiast tego wszystko wyglądało tak, jakby gryzonie zamierzały zostać na dłużej. W jednej ze stodół wymieniano właśnie dach. Czy Ruharowie nie potrafili zaakceptować, że stracili planetę, czy może wiedzieli coś, czego nie wiedziały SEONZ? W każdym razie zamierzałem to zgłosić przełożonym.

Sanchez pochodził ze wschodniego Kansas i stwierdził, że wioska, pola, w ogóle cała okolica przypomina mu dom. Mnie trochę też. Budynki były ładne, ale bez przepychu, każdy miał obok stodołę i szopę. U nas przed domami wisiałyby ogłoszenia o różnych fuchach, które wykonywali ludzie, żeby jakoś związać koniec z końcem. Wiadomości o uczciwej robocie, jak sprzedaż świeżych jaj, spawanie, naprawa silników, obcinanie włosów, rąbanie drewna, opieka nad dziećmi. Mój ojciec uważał, że można łączyć na przykład rąbanie drewna i opiekę nad dziećmi, zamiast pozwalać dzieciom leniwie spędzać czas z kolorowankami czy klockami. Mawiał: „Wy, gówniarze, lepiej porąbcie te trzy pieńki do piątej albo nie dostaniecie żadnych soczków w kartonie. I jak się rąbniecie w nogę, to żadnego płakania. To tylko rana powierzchowna”.

 

No dobra, może nieco przesadzam.

Na drodze i w polu widać było pojazdy i chociaż miały ewidentnie obcą konstrukcję, także przypominały mi dom. Każdy miał pogięte błotniki albo jakiś panel innego koloru niż reszta. Robocze pojazdy ludzi pracy, takich jak ja. No, tylko że nie ludzi. No i takich, którzy bez prowokacji zaatakowali Ziemię. Teraz, jak o tym pomyślałem, miałem nadzieję, że żadnego z naszych chomvee nie zarekwirowano z tej konkretnej wioski. To byłaby niezręczna sytuacja.

Chomik płci męskiej wyszedł na skraj ulicy i pomachał w sposób, jak miałem nadzieję, przyjazny, a przynajmniej niegroźny. Wiedziałem, że to samiec, bo miał twarz całą zarośniętą gęstym futrem. Samice miały na twarzy tylko ledwie widoczne futerko. Samce posiadały też większe wąsiki.

Nosił ogrodniczki z materiału przypominającego dżins, z łatami na kolanach. Identyczne ubrania nosił mój ojciec w czasie prac domowych. Oraz coś w rodzaju słomkowej czapki bejsbolowej. Nadrukowano na niej logo, być może chomiczej drużyny sportowej albo firmy produkującej nasiona czy traktory.

Kazałem Sanchezowi zatrzymać samochód, ale zostawić go na chodzie, i wysiadłem. Karabin odłożyłem na siedzenie. Przy pasie miałem pistolet, ale poza tym byłem nieuzbrojony. Serca i umysły, powtarzałem sobie. Zobaczmy, czy uda się nawiązać pokojowe relacje. Potem mogło zrobić się mniej spokojnie, ale trudno byłoby załagodzić kiepski początek. Poza tym nad nami krążyła para kurczaków, gotowa do działania.

ZFon ustawiony został już na język ruharski. Unios­łem rękę i powiedziałem po prostu:

– Dzień dobry.

Chomik mówił do własnego odpowiednika zFona.

– Dzień dobry. Witajcie w Teskor. Teskor to nasza wioska.

A więc miejscowość nazywała się Teskor, a przynajmniej tak brzmiało jej tłumaczenie. Wskazałem na swoją klatkę piersiową.

– Jestem Joe Bishop. – Nie wspominałem o swoim stopniu, bo nie wiedziałem, czy kosmici zrozumieją, co znaczy „sierżant”.

Chomik skinął głową.

– Ja nazywam się Lester Kukurydziarz.

– Lester Kukurydziarz?

Byłem zaskoczony. Przysięgam na Boga, to właśnie translator powiedział mi do ucha. Powiedziano nam, że nazwy nie podlegają tłumaczeniu, więc dźwięki dla „Teskor” i „Lester Kukurydziarz” brzmiały dokładnie tak w jego ustach, wymawiane nieco piskliwym głosem.

Chomik z uśmiechem odparł:

– Tak.

Baker spytał mnie na kanale taktycznym:

– Czy on właśnie powiedział, że nazywa się Lester Kukuryku?

– Kukurydziarz – odpowiedziałem po zapauzowaniu funkcji translatora.

Cała nasza czwórka roześmiała się i zgodziliśmy się, że to doskonałe nazwisko dla chomiczego rolnika. Włączyłem z powrotem translator.

– Jesteś przywódcą tej wioski?

– Nie przywódcą, nie mamy tu władz. – Wskazał na jeden koniec wioski, a następnie na drugi, zapewne, żeby pokazać, że tak mała miejscowość ich nie potrzebuje. – Wybrano mnie, abym z wami rozmawiał. Będziemy współpracować zgodnie z instrukcjami – mój translator wydał z siebie szum, jakby czegoś nie zrozumiał – i mamy nadzieję, że wasz pobyt w Teskor będzie przyjemny. To dobre miejsce.

Wrogi gatunek czy nie, Lester nie zaatakował osobiście Ziemi. Może nawet o niej nie słyszał. Serca i umysły, powtarzałem sobie. Odbyliśmy krótką rozmowę, potwierdzając, że zrozumiał datę ewakuacji Teskor do windy kosmicznej i że zarekwirujemy gospodarstwo na obrzeżach miejscowości. Lester powiedział, że już oczyścili to miejsce w oczekiwaniu na nasze przybycie. Mieszkająca tam wcześniej rodzina straciła syna, gdy Kristangowie odzyskali planetę, i przeprowadziła się kilka miesiący temu do dalszych krewnych. Rozwiesiliśmy plakaty, pojechaliśmy na drugi koniec wioski i z powrotem, a następnie do naszego prowizorycznego posterunku. Nasze przybycie nie było szczególnie spektakularne. Gdy dotarliśmy do domu, w którym mieliśmy się zatrzymać, machnąłem ręką do kurczaków, aby dać im znać, że mogą odlecieć, i zaczęliśmy się rozpakowywać. Czułem się jak dzieciak bawiący się w dom. Wysłałem wiadomość do Shauny, ale nie została odebrana. Być może dziewczyna jeszcze nie wylądowała.

W nocy nie mogłem zasnąć. Zbyt przejmowałem się swoją pierwszą misją jako dowódcy, nawet jeśli tylko zespołu ogniowego. Organizując nasz posterunek, czułem się jak prawdziwy sierżant. Objąłem pierwszą wartę i pozwoliłem pozostałym spać. Nad ranem, jako że nie chciało mi się spać, zwolniłem Bakera, żeby mógł się nieco zdrzemnąć. Byłem nie tylko podekscytowany, ale i nerwowy. Jeśli chomiki miały wrogie zamiary, to zaatakowałyby pierwszej nocy, zanim rozmieścimy systemy czujników i obsadzimy stanowiska ogniowe. Ustawiliśmy drabinę, aby w czasie warty można było wspiąć się na dach budynku, i tam właśnie siedziałem rano. Dach dawał widok na wszystkie strony, ale miał tę wadę, że osoba pełniąca wartę była odsłonięta. Nasze zFony miały funkcję, która w wypadku śmierci użytkownika, zatrzymania pracy serca, powiadamiała wszystkich w okolicy. Pocieszało mnie to, że jeśli zdejmie mnie snajper, to moich ludzi już nie weźmie z zaskoczenia.

SEONZ uważały, że czteroosobowy zespół ogniowy pozostawiony sam sobie to świetny pomysł. Siedząc tam na dachu wczesnym świtem, nie byłem pewien, czy nas po prostu nie wystawili na odstrzał. O takiej porze, z myślami czarnymi jak niebo, zastanawiałem się, czy SEONZ nie miały nadziei na to, że dojdzie do ataków na posterunki, co dałoby okazję pokazać Kristangom, do czego jesteśmy zdolni w walce. Bóg jeden wie, że Armia USA wysyłała mnie na patrole w Nigerii, które wydawały się nie mieć sensu poza narażaniem nas na improwizowane ładunki wybuchowe i ogień snajperów. Nie żebym nie ufał samej armii, ale rozkazy wydawali politycy. Ludzi w domu podniosłyby bardziej na duchu wieści o tym, że ich pobratymcy biorą udział w walkach niż informacje o patrolowaniu spokojnych wiosek. Politycy kochają sensacyjne nagłówki gazet.

Cóż, przynajmniej w Teskor było spokojnie. Tak spokojnie i ciemno. Planeta była na tyle rzadko zaludniona, że nie było na niej wiele zanieczyszczenia świetlnego. Teskor w nocy było dość ciemne, bez żadnych latarni i tylko z rzadka z jakimiś lampami przed czy za domem. Nie widziałem takich ciemności, odkąd wyjechałem z dotkniętego brakami elektryczności Maine. Nasza baza na Alfie była oświetlona reflektorami tak, że prawie nie było widać gwiazd. Tutaj, na dachu w małej wiosce, na obcej planecie, widziałem niebo. Gwiazdy. Drogę Mleczną. Tak daleko od Ziemi gwiazdozbiory były nie takie jak trzeba, ale Droga Mleczna przecinała niebo w całej swojej chwale. Zapierało dech w piersiach. Musiałem przypominać sobie, żeby wciąż nie gapić się w niebo. Miałem pełnić wartę, a nie przyglądać się gwiazdom. Patrzyłem na horyzont i drogę z wioski w podczerwieni, ale nie dostrzegałem żadnego ruchu. Na wschodnim niebie widać było odrobinę różu zbliżającego się świtu. Owady zaczynały brzęczeć, świergotać i wydawać inne dźwięki. O tej porze na Ziemi zaczynałyby śpiewać ptaki, ale tu żadnych nie było. Według przewodnika po planecie latające zwierzęta inne niż owady nie mogły tu ewoluować jeszcze przez miliony lat.

Patrzyłem, jak wschodnie niebo rozświetla się, słuchałem brzęczenia owadów. Poczułem tęsknotę za domem. Za Ziemią. Zwłaszcza za Ziemią taką, jaka była kiedyś, przed najazdem obcych, zanim prąd był luksusem, zanim zobaczyłem migoczące światła na niebie i pomyślałem, że to może być coś innego niż deszcz meteorów.

Przed Dniem Kolumba.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?