Dzień Kolumba

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cholera. Gra się skończyła i wciąż nie miałem wiadomości od Shauny. Czy zabrzmiałem zbyt ochoczo? Albo poczuła, że ją zbywam? Cholera. Babcia opowiadała mi, jak to siedziała w domu przy telefonie, to było w czasach przed komórkami, czekając, aż facet do niej zadzwoni. Brzmiało to dla mnie wtedy żałośnie. Siedzieć przy telefonie, zamiast się bawić, bo nie wiadomo było, czy jakiś koleś zadzwoni, czy nie?

Ale gdy Ski i Placek zasugerowali, żebyśmy poszli zobaczyć film, który grali w namiocie kinowym, powiedziałem, że jestem zmęczony i idę się zdrzemnąć. Dziwnie na mnie spojrzeli, ale nie komentowali. No i byłem bez kumpli, nie z powrotem w namiocie, bo mogli tam pójść. Siedziałem sam pod koszem i czekałem, aż dziewczyna mi odpisze.

Kobiety, które czekają, aż facet do nich w końcu zadzwoni albo wyśle wiadomość – teraz wiem, jak się czujecie. Kiepskie doświadczenie.

A wtedy mój zFon zabrzęczał.

*

Spodziewałem się, że Shauna zasugeruje, żebyśmy się gdzieś spotkali, pogadali, może spędzili czas z jej znajomymi, coś w ten deseń. Zaskoczyła mnie zupełnie propozycją spotkania przy bramie do ogrodzonego parkingu dla samochodów Kristangów, których używaliśmy. Miała kod do bramy i przemknęliśmy się do środka. Poszedłem cicho za nią, po tym jak przyłożyła palec do ust. Weszliśmy pomiędzy ciasno zaparkowane furgonetki, nie wiedziałem, gdzie mnie prowadzi, aż zatrzymaliśmy się przy jednym z wozów. Miał rodzaj zadaszenia z brezentu, które otworzyła. Zaświeciła do środka latarką. Przez chwilę obawiałem się, że są tam inni i że Shauna chce mnie wciągnąć w jakieś kłopoty. Wolałbym tego uniknąć, bo i tak już sporo zdążyłem sobie nagrabić.

Nie było tam jednak nikogo. Tylko sterta koców.

W moich oczach musiało być widać zaskoczenie, bo Shauna złapała mnie za koszulę i namiętnie pocałowała.

– Wszystko w porządku? – Jej oczy lśniły w blasku świateł bezpieczeństwa. – Słodki jesteś. Trochę durny, ale słodki.

Skinąłem głową jak czterolatek pytany, czy ma ochotę na słodycze.

– Tak, jasne. Tak!

*

Tych z was, którzy uprawiali już seks, nie będę zanudzać szczegółami tego, co robiliśmy z Shauną. Wiecie, jak to jest, i na pewno nie robiliśmy nic, czego nie robiliście wcześniej. Albo nie chcieliście robić.

A tym z was, którzy tego nie robili, nie będę psuł niespodzianki.

Podpowiem tylko, że jest s-u-p-e-r. Wow.

*

Zrobiliśmy sobie przerwę na pogaduszki. Leżała na plecach obok mnie. Po chwili zacząłem gładzić ją po szyi, między piersiami, na brzuchu i niżej.

– Co robisz? – zachichotała.

– Gładzę cię po włosach – powiedziałem niewinnie.

– Zdecydowanie robisz coś innego! – Ze śmiechem dała mi klapsa.

– Czy to nie romantyczne?

– Ta, widzę właśnie, że twojemu przyjacielowi… – Dotknęła mojego przyjaciela. – Tak, jemu chodzi tylko o romans.

– Hej! – Obudził się od jej dotyku. – Jest bardzo romantyczny.

– Tak, tak. Na pewno. Jest romantyczny, gdy ma z tego seks.

– No dobra, przyznaję, że niezły z niego napaleniec. Czasami nie mam nad nim kontroli…

– Oho, nie masz kontroli? Nie panujesz nad nim?

– Nie masz pojęcia. – Pokręciłem głową. – Czasami budzę się o czwartej nad ranem, bo zapomniał klucza do drzwi i pytam go, gdzie był, a on mi na to: „Nigdzie, tylko poszedłem na spacer”. Śmierdzi wódką i perfumami, i dobrze wiem, że znowu wpakował się w jakieś kłopoty.

– Klucza? Gdzie go chowa? Sam wychodzi? – roześmiała się.

– No, z chłopakami. Cała trójka to zgrana ekipa. Ale kłopoty, w które się pakuje, to nie moja wina. Ja mam czyste sumienie.

– Pełne czystych bzdur, Joe, ale jesteś zabawny. – Znów się zaśmiała. – Cóż, pogadam z twoim przyjacielem, zobaczymy, co na to powie. Nie masz nic przeciwko, prawda?

– Nie, ależ skąd, możesz rozmawiać z nim do woli.

*

Kilka godzin później Shauna powiedziała, że musimy już iść, bo przechodzić tam będą wartownicy. Zwykle patrol trwał tylko parę minut, żeby upewnić się, że wszystko w porządku. Nie dziwiłem się, w końcu kto kradłby samochód na tej planecie? Co mógłby z nim zrobić?

– To może zadzwonię do ciebie? Jutro? – Cholera, powinienem powiedzieć to, zanim znowu założyłem koszulę i spodnie. Na moją obronę: w ciężarówce robiło się chłodno.

– Zadzwonisz? Ty do mnie?

– Albo napiszę? – spytałem ostrożnie, czując, że powiedziałem coś nie tak.

– Ty do mnie zadzwonisz? Ha! – Wyraźnie była z czegoś niezadowolona. – Wkurzyłabym się, ale słodki jesteś.

– To prawda, takie jest moje przekleństwo. Wiesz, nie chciałbym, żebyś pomyślała, no wiesz…

– Co? Że mnie wykorzystujesz? Joe, nie jestem jakąś głupią licealistką. To ja wykorzystuję ciebie.

– Ach.

– To jakiś problem?

– Nie, żaden problem! – skłamałem, chociaż był to pewien kłopot dla mojego ego. Tak, wiem, dla większości facetów to wymarzona sytuacja, a przynajmniej pozornie. Tak naprawdę mężczyzna lubi myśleć, że coś znaczył dla dziewczyny, nawet jeśli to jednorazowy wyskok.

Tak, to kwestia męskiego ego. Co poradzę?

– Słuchaj, Joe, jesteśmy na obcej planecie – powiedziała przez ciepły koc na głowie, pod którym zakładała ubranie. Szkoda, że sam o tym nie pomyślałem. – Nie wiemy, gdzie nas wyślą. Może nawet trafimy na różne planety. Robię, co mogę, żeby zakwalifikować się do czynnej walki. Chcę się jakoś przydać w tej wojnie i na tym się skupiam. Nie mam czasu na chłopaka. Ty nie masz czasu na dziewczynę. Lubię cię, ty lubisz mnie, dziewczyny czasami mają ochotę, a ty całkiem dobrze się sprawiasz. Żadnych zobowiązań. Możemy nie komplikować sprawy?

– Hmm. – Teraz, gdy zrozumiałem, trochę się rozchmurzyłem. – Jasne, tak!

– Dobrze. – Wyciągnęła nogi spod koca, założyła buty, stanęła i pocałowała mnie w policzek. – Ja zadzwonię do ciebie.

Poczułem się trochę dziwnie.

Zadzwoniła dwie noce później i mało co nie rozwaliliśmy ciężarówki.

Było wspaniale.

*

Wszelkie złudzenia, że moje nocne przygody miłos­ne pozostały niezauważone, uleciały podczas śniadania kolejnego ranka. Sierżant Koch kazał nam przebiec po ciemku przez tor przeszkód, ja byłem niewyspany i wszyscy trzej byliśmy cholernie głodni.

– Co to? – wymamrotał z pełnymi ustami Placek, wskazując kromką chleba na miskę Skiego.

Też na to spojrzałem.

– Cholera, Ski. Co ty robisz? – spytałem.

Zamiast jajek, tostów, smażonych ziemniaków czy czegokolwiek dobrego miał tylko ledwie posmarowaną masłem kromkę chleba i miskę czegoś, co wyglądało na zwykłą owsiankę. Znaczy się na owies zamoczony w wodzie. Żadnych rodzynków, cukru, orzechów czy śmietany. Czymś takim karmi się konie. Pychota. – To wygląda na miskę mokrego… smutku.

– Miska smutku. – Placek tak się roześmiał, że aż się zakrztusił. – Czy to marka firmy Kellogg’s?

– Serio – powiedziałem w kamienną twarz Skiego. – Jedzenie czegoś takiego musi być jak bycie fanem Cubsów. Jasne, co jakiś czas przypadkiem zdarzy im się wygrać, a tobie może zdarzyć się znaleźć piankę w talerzu, ale daj spokój, wiesz, że i tak pod koniec sezonu czeka cię miska mokrego smutku.

– Zamknij się – warknął Ski, ale z błyskiem w oku.

Placek uderzył w stół.

– Bish, stary, wyluzuj.

Podałem Skiemu tosta, ale ten odmówił.

– Nie, stary, wczorajszy klops leży mi na żołądku. Po tym torze przeszkód potrzebuję czegoś mdłego.

– A, tak, klops. Co to miał być za sos? – pokręcił głową Placek. – Smakował jak olej napędowy.

– Nie, to chyba płyn hydrauliczny, którego chomiki używają na tych swoich myszołowach. Mniam. – Oblizałem wargi. – Tajemnicze mięso w płynie hydraulicznym.

– Aha – zgodził się Placek, wpychając do ust smażone ziemniaki. – A kiedy zaczyna stygnąć, zostawia na górze taką skórkę i…

Twarz Skiego zaczęła robić się zielona. Odsunął owsiankę na bok.

– Zamknijcie się. Zaraz będę rzygał.

Dokuczanie sobie było kluczową częścią życia w armii, ale wiedzieliśmy, kiedy przestać. Nie chcieliśmy, żeby Ski puścił pawia na stół. To dopiero przysporzyłoby nam popularności w plutonie.

– Masz. – Wziąłem z talerza Placka dwa tosty i położyłem na talerzu Skiego. – Tym się najedz. Mamy dziś sporo do zrobienia.

Czekała nas godzina na strzelnicy, potem dwudziestokilometrowy spacer do pięciu punktów nawigacyjnych przed przerwą obiadową. W ten sposób przygotowywaliśmy się do przyszłotygodniowych manewrów, podczas których mieliśmy pokazać Kristangom, jakimi świetnymi żołnierzami są ludzie w symulowanej walce. Część powstającego wciąż scenariusza obejmowała bombardowania orbitalne i walkę w zdobycznych pojazdach Ruharów z lądownikami Kristangów. SEONZ znów miały stanowić błękitną drużynę broniącą planety, a Kristangowie czerwoną, udającą Ruharów i korzystającą z ich taktyki.

Kilka kromek chleba sprawiło, że Ski poczuł się na tyle lepiej, żeby ukraść mi jeszcze jednego tosta. I żeby spytać:

– Hej, Bish, jak ci idzie z tą tam dziewczyną, Shauną?

– No właśnie, jak tam? – Placek wbił mi łokieć w żebra. Niemal się zakrztusiłem.

– Jak tam? Jest tak, że po pierwsze to kobieta, nie dziewczyna…

– Wiesz, co mam na myśli – Placek nie zamierzał zmieniać tematu.

– …i to nie wasz zasrany interes. Spotkaliśmy się podczas kolacji i gadaliśmy. Nic takiego.

– Gadałeś z prawdziwą, żywą dziewczyną. Może nawet jej dotknąłeś. To nie jest nic takiego – nie zgadzał się ze mną Ski.

– Bish, wiesz co? – odezwał się Placek. – Słyszałem, że w całych SEONZ tylko szesnaście procent to kobiety. Szesnaście! To oznacza, że na każdego faceta… znaczy się na każdą dziewczynę przypada…. hmm… czterech facetów!

 

– Chyba musisz sprawdzić swoje obliczenia, Jesse – wciął się Ski. – Chodzi o to, że przy takich szansach jesteśmy nieco zdesperowani. I jeśli komukolwiek na tej planecie udało się zaliczyć, to chcemy chociaż znać szczegóły.

– Nie dostaniecie żadnych szczegółów.

– Aha! – Placek uderzył znowu w stół, przyciągając uwagę innych. – Są jakieś szczegóły.

Cholera, spieprzyłem to.

– Słuchajcie, hipotetycznie, jakiś facet, powiedzmy, cieszy się na tej planecie towarzystwem kobiety. Myślicie, że gadając o tym, polepszy szanse pozostałych? Czy może lepiej, żeby trzymał mordę w kubeł? Myślicie, że kobiety na tej planecie chciałyby, aby faceci opowiadali o szczegółach?

– Cholera – skrzywił się Ski. – Ma rację.

– Możesz się przechwalać albo możesz zaliczać. To proste – skończyłem.

– Cholera. W takim razie – stwierdził ponuro Placek – biorę resztę twojego żarcia.

*

Mój zFon zabrzęczał pewnego ranka, gdy przebywałem na strzelnicy. Dostałem wiadomość ze swojego plutonu, każącą zgłosić się do kapitana Andrewsa po drugiej stronie bazy. Andrews dowodził kompanią w innym batalionie naszej brygady. Wiadomość nie zawierała słowa „niezwłocznie”, ale raczej sugerowała pośpiech. Gdy znalazłem namiot, którego Andrews używał jako kwatery głównej kompanii, wszedłem do środka i zasalutowałem.

– Starszy kapral Bishop melduje się na rozkaz, sir.

– Bishop. – Ledwie uniósł wzrok znad laptopa. – Spocz­nij. Na pewno wiesz, że opuściliśmy Ziemię bez pełnego składu. Gdy ktoś nie dotarł do Ekwadoru na czas, zostawał.

Skinąłem głową. Transport do Ekwadoru był, jak na ironię, bardziej skomplikowany niż transport na orbitę i lot pośród gwiazd. Ze względu na braki kadrowe mieliśmy sierżantów dowodzących plutonami, poruczników pełniących obowiązki kapitanów i tak dalej. Pozostałe zespoły ogniowe w moim oddziale miały tylko po trzech żołnierzy. Ogólnie rzecz biorąc, 10 Dywizja dysponowała o czternaście procent mniejszym składem, niż powinna, nawet jeśli nie liczyć pozostawionych celowo na Ziemi batalionów artylerii polowej. Ani większości brygady wsparcia logistycznego, która również została z tyłu, więc brakowało nam inżynierów bojowych. Stanowiło to spory problem, z którym dywizja radziła sobie jak mogła.

– Mam tu twoje akta – ciągnął Andrews i mina mi nieco zrzedła.

Widziałem swoje akta, oryginalne, na papierze, po powrocie z Nigerii. „Niesubordynowany” było tam zapisane wielkimi literami i dwukrotnie podkreślone. W literze „o” nie było nawet uśmieszku, więc wiedziałem, że to poważna sprawa. Miałem nadzieję, że kapitan Andrews nie podkreśli tego jeszcze raz i nie doda gniewnej twarzy. Nie przypominałem sobie jednak, żebym coś wyjątkowo spieprzył od czasu opuszczenia Ziemi. Moją niesubordynację równoważyło Purpurowe Serce wyjaśniające blizny na lewym ramieniu. Miałem nawet szanse na Brązową Gwiazdę, ale zatrzymano papiery na poziomie brygady. Co było nawet zrozumiałe, zważywszy na okoliczności, ale i tak doceniałem gest.

– Znasz sierżanta sztabowego Agnellego? – spytał Anderson i znów skinąłem głową. Następnie powiedział coś nieoczekiwanego: – W jego oddziale jest miejsce dla sierżanta i dostałeś rekomendację. – Nie powiedział, od kogo. – Jest twoje, jeśli chcesz. Nie mamy czasu ani środków na standardowe szkolenie, więc nauczysz się na miejscu. Jeśli jesteś zainteresowany, zgłoś się do Agnellego. Zajmę się papierami.

Cholera, nie wiedziałem, czy jestem gotów na dowodzenie zespołem ogniowym, czyli trzema nieznajomymi facetami. Andrews odchrząknął.

– Czekam na odpowiedź, Bishop. Wiem, że to nie jest standardowa procedura, ale nie mamy na nią czasu.

– Tak, sir. Dziękuję. To znaczy tak, to dla mnie zaszczyt. Tak.

Proces awansu powinien być bardziej formalny. Wziął mnie z zaskoczenia. Ale dywizja miała dziury, które trzeba było zapchać.

– Aha. – Chyba nie był przekonany. – Agnelli dopilnuje, żebyś nie pakował się w kłopoty. A, jeszcze jedno, Bishop?

– Tak?

– Nie baw się więcej w lodziarza.

Nie uśmiechał się, mówiąc to.

*

Objęcie dowodzenia nad nowym zespołem ogniowym nie było najtrudniejszą częścią awansu. Wszyscy z moich podkomendnych mieli doświadczenie w Nigerii i nie musiałem im wiele tłumaczyć. Sierżant sztabowy Agnelli był cierpliwy i poza częścią administracyjną, która początkowo nieco mnie przytłaczała, nie miałem problemów z przystosowaniem. Armia nie miała czasu na szkolenie, co oszczędziło mi wkuwania bzdur, choć podejrzewałem, że w końcu się to na mnie odbije. Najtrudniejsze było zostawienie starych kumpli: sierżanta Kocha, Skiego i szczególnie Placka. Jesse miał łzy w oczach, przez piach, jak powiedział. Ja też zacząłem łzawić.

– Cholera – powiedział. – Pomyśl, w jakie kłopoty się wpakujesz beze mnie. Jak ty sobie poradzisz? Armia dała akurat tobie dowodzenie nad zespołem ogniowym? – Pokręcił ze smutkiem głową.

– Jeśli zobaczę lodziarkę, zacznę uciekać w drugą stronę.

Parsknął.

– Bish, to rozwiązuje jakieś dziesięć procent problemów. Jak się w coś wpieprzysz, to pomyśl: „Co zrobiłby Jesse?”.

– I wtedy mam zrobić coś dokładnie przeciwnego? – roześmiałem się.

Ostentacyjnie wzruszył ramionami, po czym uścisnął mnie.

– Trzymaj się i nie zapomnij pisać listów.

Wyciągnąłem zFona.

– Pisać? Dzięki tej zabawce mogę w każdej chwili oglądać twój paskudny ryj.

– A, cholera. – Przewrócił oczami. – Zupełnie zapomniałem. – Wyciągnął swój aparat. – Jak tu się blokuje ludzi?

*

Kristangowie może nie dysponowali komunikacją nadświetlną, ale plotki w armii owszem.

– Sierżant Bishop? – Shauna zadzwoniła do mnie jako pierwsza. – Cholera, awansują teraz byle kogo.

– To prawda.

– A tak serio, gratulacje, Bish.

– Szczerze? Nie mam pojęcia, co mam robić.

– Bish, będziemy walczyć z kosmitami. Nikt nie ma pojęcia, jak to robić. Jakoś to będzie.

Cholera, dobrze było usłyszeć jej głos. Co przypomniało mi, że trzeba zajrzeć do regulaminu. Shauna nie podlegała mi bezpośrednio, należała do innego batalionu. Czy to znaczyło, że mogłem dalej się z nią spotykać? Miałem taką nadzieję.

*

Moim nowym oddziałem dowodził sierżant sztabowy Salvatore Agnelli, który mimo nazwiska miał blond włosy i wyglądał bardziej na Niemca niż Włocha. Miałem szczęście, jeśli chodzi o zespół ogniowy, i obaj z Agnellim to wiedzieliśmy. Szeregowi Chen i Baker oraz starszy kapral Sanchez byli weteranami z Nigerii, a Sanchez służył też wcześniej krótko w Korei. Greg Chen był urodzonym w USA Chińczykiem z przedmieścia w Maryland. Jeron Baker dorastał na farmie w Alabamie, z czego był niezwykle dumny. Był też niezwykle dumny, że się stamtąd wyrwał. Pete Sanchez pochodził ze wschodniego Kansas. Jego rodzice mieli małą farmę, ale jego matka pracowała jako pielęgniarka, a ojciec był dilerem samochodów. Farma nie wystarczyła, by zapewnić im utrzymanie.

Ich poprzedni sierżant był teraz sierżantem sztabowym dowodzącym oddziałem w 2 Brygadzie. Mieliśmy niezły początek, bo żaden z nich nie żartował sobie z Barneya ani nie pytał, co robiłem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Ruhara. Wszyscy o tym czytali, ale to były dawne dzieje, które teraz nie miały znaczenia. Nasza czwórka poznała się dobrze przez kolejne tygodnie podczas ćwiczeń. Co noc padałem na łóżko kompletnie wyczerpany i dawno nie byłem szczęśliwszy. Miałem świetny zespół i przygotowywaliśmy się do walki z wrogiem, który zagroził naszej planecie. Potrzebowaliśmy tylko prawdziwej misji.

Osiem dni po moim awansie na sierżanta brygada dostała nowe rozkazy. Przygotowywaliśmy się do kolejnych manewrów, Operacji Brzytwa, za dziesięć dni. Otrzymaliśmy wieści od kapitana Tellera, który zebrał kompanię w pustym hangarze na skraju bazy. Stanął na podwyższeniu, a my stłoczyliśmy się wokół.

– Słuchajcie, mamy szansę.

Chen jęknął i szepnął:

– BOHICA[1]…

Było to popularne w armii powiedzenie oznaczające „pochyl się, zaraz powtórka”. Używane zwłaszcza wtedy, gdy oficer mówił o „szansach”. Oznaczało zwykle, że mamy w ten czy inny sposób przejebane.

Teller czekał, aż nieuniknione szepty ucichną.

– Mamy szansę przetestować nasze nowe zabawki i zrobić coś pożytecznego w tej wojnie. SEONZ otrzymały rozkazy, wyruszamy za dwa dni i jedną noc. Pierwsza Brygada leci z jednym brytyjskim i jednym francuskim batalionem. Ostatecznie w ciągu dwóch tygodni polecimy wszyscy.

Jakiś facet z przodu odezwał się:

– Co to za misja, panie kapitanie? Lecimy skopać tyłki gryzoniom?

Zadał to pytanie z pełną powagą.

Teller zrobił minę, jakby właśnie ugryzł cytrynę.

– Nie, Kristangowie mówią, że nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. Widziałem ich symulacje i mają rację, nie jesteśmy. Tylko byśmy zawadzali. Większość walk toczy się na orbicie albo dalej, a jako że nie dysponujemy flotą kosmiczną, niewiele tam pomożemy. Kristangowie odbili kolonię, którą wcześniej zajęli Ruharowie, i teraz wykurzają Ruharów z planety. Zawarli rozejm, który pozwala Ruharom ewakuować ludność cywilną w okresie trzynastu miesięcy. Zajmie to tyle, bo jest tam prawie milion Ruharów. Naszym zadaniem jest okupacja planety i pomoc w ewakuacji.

To nie ucieszyło żołnierzy.

– To misja pokojowa? Cholera.

– Będziemy nosić pierdolone niebieskie hełmy?

Teller uniósł dłonie i poczekał, aż się uciszymy.

– Przyleciałem tu, żeby walczyć z Ruharami tak samo jak wy. Żeby zabijać te szczurze mordy. Ale nie mogę robić tego, co mi się spodoba. Jestem w armii. Naszym zadaniem jest ochrona Ziemi, a jako że okazało się, iż sami nie damy sobie z tym rady, najlepiej zrobimy to, współpracując z naszymi sojusznikami. Kristangowie mają teraz sporo na głowie i za mało żołnierzy, żeby pilnować miejsc, które zajęli. Dlatego prosili o piechotę. Na planecie jest jakieś zagrożenie biologiczne, powstrzymujące Kristangów przed lądowaniem od razu. Twierdzą, że Ruharowie złamali czwartą zasadę. Ruharowie twierdzą, że wirus, czy co to tam jest, został z czasów, kiedy planetę okupowali Kristangowie. Ale to sprawa między nimi. W każdym razie Kristangowie nie mogą wysłać tam swoich żołnierzy, chyba że w skafandrach, ale tego nie planują. Do czasu aż Kristangowie wynajdą antidotum na wirusa i zaszczepią żołnierzy, planetę zająć mają SEONZ. To coś, co możemy zrobić i zrobimy to najlepiej jak możemy. Takie mamy rozkazy.

– Jakie są zasady działań siłowych? – odezwał się głos z tyłu.

– Żadnego strzelania, chyba że oni zaczną. Czy ich lubimy, czy nie, Ruharowie na tej planecie to głównie rolnicy, w tym kobiety i dzieci. Kristangowie mówią, że nie powinniśmy spodziewać się dużego oporu. Ich cywile cieszą się, że żyją i mogą wrócić do domu.

Rozległy się pomruki niezadowolenia, ale Teller nawet nie mrugnął.

– To nasz egzamin, jeśli jeszcze się nie zorientowaliście. Jak na razie Kristangowie widzieli tylko, jak giniemy, nie zadając większych szkód Ruharom. – Zamilkł na chwilę, po czym mówił dalej: – W drugiej wojnie światowej Armia USA nie wylądowała od razu na plażach Normandii. Najpierw wysłaliśmy ludzi do Afryki Północnej i ci z was, którzy znają historię, wiedzą, że bardzo dobrze, że tak się stało. Byliśmy cholernie nieprzygotowani do walki z Niemcami w czterdziestym drugim roku. Gdybyśmy od razu popłynęli na Normandię, skopaliby nam dupy. Walcząc w Afryce Północnej, Sycylii i Włoszech, nauczyliśmy się skutecznie stawiać czoła wrogowi. Kristangowie dali nam kilka nowych zabawek, ale to nie znaczy, że znamy najlepszą taktykę ich użycia przeciwko Ruharom w prawdziwej walce. Kristangowie powierzyli nam proste zadanie, więc nie możemy go spieprzyć. Przejmujemy kontrolę nad planetą, wysyłamy cywili w kosmos windami, zabezpieczamy okolicę do czasu, aż Kristangowie będą mogli wylądować osobiście. Pokażemy Kristangom, że Siły Ekspedycyjne ONZ są zdyscyplinowane, kompetentne i gotowe do działań bojowych w przyszłości. Dowódcy plutonów, macie przygotować swoich ludzi na inspekcję o godzinie czternastej pojutrze. Jakieś pytania?

Odezwałem się:

– Sir, gdzie lecimy i jakich warunków możemy się spodziewać?

Chciałem wiedzieć tyle, ile się da, o tym, w co się pakujemy.

– Krótka odpowiedź jest taka, że lecimy na zadupiastego Neptuna. – Uśmiech wykrzywił tylko jedną stronę jego ust. – Atmosfera tlenowo-azotowa, nieco więcej tlenu niż na Ziemi. Grawitacja o dwa procent większa. Gwiazda jest gorętsza od naszego Słońca, ale planeta znajduje się dalej, więc klimat jest podobny do ziemskiego: gorący na równiku, czapy lodowe na biegunach. To głównie rolnicza kolonia, którą Ruharowie nazywają Gethanu, co można przetłumaczyć jako Nowe Pole czy coś w ten deseń. – To wywołało śmiech. – Kristangowie nazywają ją Pradassis. A my nazwaliśmy ją Paradise. Ma jeden wielki kontynent, kilka archipelagów i sporych wysp wielkości Grenlandii, reszta to ocean. Nasi PowerPoint Rangers opracowali pakiet informacyjny, który dowódcy plutonów powinni otrzymać na tablety. Główny kontynent to w większości trawiaste stepy. Sporo farm obsługiwanych częściowo przez roboty. Ruharowie skupieni są w wios­kach. Wszystko powinniście niedługo dostać w formie elektronicznej. Niech wszyscy dokładnie to przeczytają przed odlotem. Cała dywizja, plus nasi brytyjscy i francuscy przyjaciele, polecimy na trzech transportowcach. Podróż potrwa szesnaście dni. Kristangowie będą trzymać niszczyciel i dwie fregaty na orbicie jako wsparcie, ale to nasze show. Generał Meers zapewnił Kristangów, że damy sobie radę, i nie zamierzamy go zawieść.

 

Shauna zadzwoniła, zanim ja zdążyłem to zrobić.

– Słyszałeś? Wylatujemy!

– Tak, lecimy na Paradise.

– Do raju? – roześmiała się.

Nie widzieliśmy się od czasu mojego awansu na sierżanta. Oboje byliśmy zbyt zajęci, a ja cholernie zmęczony. Przyszło mi do głowy, że możemy się już więcej nie zobaczyć. Gdy opuścimy Obóz Alfa, zapewne trafimy na różne okręty i na różne obszary Paradise.

– Hej, powodzenia w czynnej służbie bojowej. – Nie chciałem kończyć rozmowy, ale nie wiedziałem, co powiedzieć.

– Dzięki. Ale to poczeka, aż tam trafimy. – W tle słychać było donośne głosy. – Joe, muszę uciekać. Będziemy w kontakcie?

– Jasne.

I to by było na tyle. Przynajmniej lecieliśmy na tę samą planetę.

*

Można by pomyśleć, że „za dwa dni i jedną noc” może oznaczać dwa dni plus pełny sen, zanim w końcu wyruszymy. Cóż, byłaby to błędna myśl. Pobudka miała miejsce w środku nocy. Czułem się, jakbym ledwie zdążył położyć głowę na poduszce, kiedy w namiocie zapaliły się wszystkie światła i musiałem wstać. Wczesna pobudka nie była dla mnie niczym nowym, chociaż generalnie nie byłem rannym ptaszkiem. Moja siostra była prawdziwym skowronkiem i dorastając, nieraz miałem ochotę udusić ją poduszką.

W każdym razie musiałem wstać w środku nocy, a następnie obudzić resztę swojego zespołu. Nie dość, że kazano nam zerwać się o nieludzkiej porze, to jeszcze musieliśmy przygotować swoje rzeczy i ustawić się w oczekiwaniu na inspekcję, żeby czekać przez cholerne trzy godziny, przez które można by zamiast tego robić coś produktywnego. Na przykład spać. Jako sierżant musiałem znosić wyrzut w oczach swoich ludzi, podczas gdy sam powinienem zachować neutralny wyraz twarzy.

Na lądowisku panował jeden wielki chaos. Kristangowie chcieli załadować promy tak szybko i wydajnie jak to możliwe, czyli w praktyce wcisnąć do nich w pośpiechu maksymalną liczbę ludzi, nawet jeśli oznaczało to rozdzielanie plutonów, drużyn, a nawet zespołów ogniowych. Gdy w końcu mieliśmy wchodzić do jednego z nich, Baker i Chen stali jedną nogą w drzwiach, gdy żandarmka uniosła rękę, aby zatrzymać kolejnych wsiadających.

– Mamy komplet, idźcie dalej – oznajmiła.

Energicznie pociągnąłem Bakera i Chena na zewnątrz za plecaki i dałem znak dwóm innym żołnierzom, żeby wchodzili. Nie zamierzałem rozdzielić swojego zespołu. Można by pomyśleć, że bylibyśmy pierwsi w kolejce do kolejnego promu, ale żandarmi mieli inne pomysły i odleciało kilka okrętów, zanim w końcu przyszła nasza kolej. Ale na tym nie koniec zamieszania. Gdy nasz prom zadokował do okrętu Kristangów, odkryliśmy, że nie tylko trafiliśmy na inny okręt niż reszta plutonu, ale większość naszych towarzyszy podróży była z 3 Dywizji Piechoty, nie z 10. Poza tym spotkaliśmy kompanię marines, nieco więcej niż kompanię Chińczyków, dwa oddziały Brytoli i garstkę Hindusów. Albo Kristangowie nie rozumieli naszego systemu organizacji, albo uznali go za nieistotny. Ponoć kwatera główna SEONZ próbowała ustalić, kto gdzie się znalazł, ale nie miałem możliwości skontaktować się z kimkolwiek w swoim łańcuchu dowodzenia. Zorganizowałem wspólny pokój dla nas i innych żołnierzy z Dziesiątej. Czekała nas samotna podróż i byłem wdzięczny, że moi ludzie wzruszyli ramionami jak gdyby nigdy nic. Jeśli to miało być najgorsze, w co się wpakowaliśmy, nie było tak źle.