Dzień Kolumba

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dzień Kolumba
Dzień Kolumba
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,85  55,88 
Dzień Kolumba
Dzień Kolumba
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
34,95  25,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tak, znam cię. Jesteś tym od Barneya, tak? Shauna Jarrett. – Uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Chcesz mój autograf? – tylko nieco żartowałem. Cała ta historia z Barneyem zaczynała mnie nużyć.

Przechyliła głowę.

– Dlaczego, często dzięki temu zaliczasz?

W mojej głowie zapaliła się lampka. Tak, wiem, za każdym razem gdy dziewczyna uśmiecha się do faceta, ten ma nadzieję, że jest zainteresowana, ale tym razem serio myślałem, że jest szansa.

– Na razie nie. – Mrugnąłem.

Pięknie się roześmiała.

– Nie trać nadziei, Joe.

Dotarła do nas reszta. Jej ludzie poklepali ją po plecach, gratulując wygranej, i cała grupa zaczęła zbierać się do odejścia.

Jeśli była jakaś szansa, to nie zamierzałem jej zmarnować. Znajdowaliśmy się daleko od Ziemi, w stanie wojny i nie było w okolicy zbyt wielu kobiet.

– Hej, Shauna, do zobaczenia.

Ku mojemu zachwytowi z uśmiechem obejrzała się przez ramię.

– Może?

*

Poza okazjami do zapoznania się z nowym sprzętem i powracaniem do formy mieliśmy też zajęcia teoretyczne, podczas których siedzieliśmy na ziemi w namiocie, słuchając wykładów o wrogu, strukturze dowodzenia naszego sojuszu i, co najważniejsze, o Zasadach. Gdy pierwszy raz o nich usłyszałem, osłupiałem, więc zaraz wszystko wyjaśnię. Lepiej wygodnie usiądźcie, bo na koniec będzie sprawdzian.

Poczekam, aż weźmiecie sobie piwo.

Już?

Dobra, po pierwsze, najpierw podstawowe informacje. Kristangowie nie znajdują się na samym szczycie sojuszniczej koalicji, jak już wiedziałem, zważywszy na fakt, że musieli podczepić się pod Thuranów, żeby odbyć podróż międzygwiezdną. Ale nowością dla mnie było to, że Thuranie też tu nie rządzą. Przywódcami koalicji są kotowaci kosmici zwani Maxolhxami. A przynajmniej plotki mówiły, że przypominają koty, bo żaden człowiek nigdy ich nie widział. I bardzo niewielu Kristangów. Jako że szanse na to, że ktokolwiek z naszego gatunku ujrzy za mojego życia jakiegoś Maxolhxa, są niewielkie, powiem tylko, że to starożytna rasa z niesamowitą technologią. Gdy oni walczyli, na pewno dysponowali czymś znacznie lepszym niż pieprzone ziemskie karabiny. I wiem, że Maxolhx to dziwna nazwa, ale według naszego wywiadu tak wyglądała najwierniejsza próba odwzorowania tego, jak wymawiali ją Kristangowie.

Ojczysta planeta Maxolhxów znajduje się dwie trzecie Galaktyki od Ziemi. Jeśli ci to coś mówi, bo mnie nie bardzo. Ale to cholernie daleko. Thuranie, jak się dowiedzieliśmy, nie byli jedyni. Powierzono im pieczę nad małym kawałkiem Galaktyki pod kontrolą Maxolhxów, a Kristangowie zajmowali się kilkoma tysiącami sześciennych lat świetlnych pod kontrolą Thuranów. Maxolhxowie mieli też pod sobą inne gatunki drugiego poziomu, a Thuranie poza Kristangami mieli pod sobą dwa inne. Thuranie to takie małe zielone ludziki, niższe niż przeciętny człowiek, humanoidalne, z dwiema nogami, dwiema rękami, dwojgiem oczu i łysymi głowami. Ludzie, którzy mieli okazję rozmawiać z Kristangami, mieli wrażenie, że nie przepadają za swoimi „patronami”, z pełną wzajemnością. Thuranie gardzili każdą słabiej rozwiniętą cywilizacją. Ciekawe, co myśleli o żałosnych ludziach?

Po stronie wroga sytuacja wyglądała podobnie. Na szczycie znajdowali się Rindhalu, wyglądający jak obrzyd­liwe pająki. Miałem ciarki na samą myśl. Ich sojusznikami drugiego poziomu w tej części Galaktyki są owadokształtni Jeraptha, niewiele mniej ohydni. Nie są rojem, jak pszczoły, przypominają raczej chrząszcze. Ruharowie stanowili gatunek kliencki Jeraptha, tak samo jak Kristangowie byli klientami Thuranów. W oparciu o niektóre wypowiedzi Kristangów nasz wywiad spekulował, że Ruharowie dysponują nieco lepszą technologią niż Kristangowie.

Propaganda Kristangów – mówię propaganda, bo tak to dla mnie brzmiało – głosiła, że Rindhalu byli starsi, znacznie starsi od Maxolhxów i próbowali zatrzymać rozwój innych inteligentnych gatunków w Galaktyce do czasu, aż szlachetni Maxolhxowie zbuntowali się wiele tysięcy lat temu. Alianci walczyli o prawo rozumnych gatunków do samodzielnego rozwoju, podczas gdy wrogie rasy były niewolnikami upiornych pająków, które chciały totalnej kontroli. Jak na zaawansowany gatunek, propaganda Kristangów była dość toporna. Trochę jak w Związku Radzieckim, Korei Północnej albo Trzeciej Rzeszy. Jesteśmy sojusznikami walczącymi z nikczemnym wrogiem dla dobra wspaniałego, szlachetnego ludu! Pod chwalebnym przewodnictwem naszych najwyższych przywódców słuszna sprawa zatriumfuje! Siła poprzez jedność! I tak dalej. W każdym razie to nam powiedziano. Na pewno prawda jest dużo bardziej skomplikowana, jak zawsze.

Niesamowita technologia Maxolhxów i Rindhalu nie obejmowała tworzenia, a nawet obsługiwania tuneli czasoprzestrzennych, pozwalających przemieszczać się na duże odległości w sensownym czasie. Stworzył je miliony lat temu dawno wymarły gatunek, który znamy tylko z tego, co po sobie zostawili. Kristangowie nazywali budowniczych tuneli Pradawnymi. Tuneli nie obchodziło, kto przez nie przelatuje, i nie znano sposobu na kontrolę nad nimi czy ich zamknięcie. Ani nawet uszkodzenie. Działały i tyle musieliśmy wiedzieć.

Wtedy doszliśmy do Zasad.

Chodziło o zasady walki, do których stosowały się obie strony i których przestrzegania pilnowali Maxolhxowie oraz Rindhalu. Zrozumieliśmy, dlaczego wojna toczyła się od tysięcy lat i żaden z gatunków nie zyskał znaczącej przewagi, nie pozbył się przez ten czas rywala. Podstawą Zasad było to, że Maxolhxowie i Rindhalu nie ­mogli pozwolić sobie na bezpośrednią walkę, tak samo jak Ameryka i Chiny nie mogłyby ze sobą walczyć bezpośrednio. Na Ziemi kraje z megatonami bomb atomowych nie mogłyby walczyć między sobą bez wzajemnej zagłady. Zaś w dalekim kosmosie gatunki z bronią, która sprawiała, że atomówki były jak petardy, także nie mogły sobie pozwolić na bezpośrednie starcie. Walczyły więc poprzez gatunki klienckie, a one przez swoich klientów i tak dalej. Większość prawdziwych wojen i umierania dotyczyła gatunków trzeciego stopnia, jak Ruharowie i Kristangowie. A także ich klientów, jak ludzie.

W każdym razie oto Zasady.

Lepiej je sobie zapiszcie.

Zasada numer jeden: żadnych atomówek ani innych rodzajów broni radiologicznej na lub w pobliżu zamieszkałych planet. Oraz żadnej antymaterii, bo też wyzwala promieniowanie, nawet jeśli na krótko. Tę zasadę wymieniono jako pierwszą, bo Rindhalu i Maxolhxowie nie chcieli, aby ich prymitywni podwładni zanieczyścili planetę, którą chcieliby potem wykorzystać sami. Nawet w Drodze Mlecznej liczba zdatnych do zamieszkania planet w praktycznej odległości od tuneli czasoprzestrzennych była ograniczona, więc żadna ze stron nie zamierzała pozbywać się ich tylko dlatego, że ktoś zbytnio zaszalał.

Zasada numer dwa: żadnej broni chemicznej, z tego samego powodu, co w zasadzie numer jeden. Co wredniejsze chemikalia pozostawały w środowisku przez cholernie długi czas. Nie powiedziano wyraźnie, że gatunek porzucający planetę ma po sobie posprzątać i zabrać śmieci, ale uznałem, że to rozumie się samo przez się.

Zasada numer trzy: żadnej broni nanotechnologicznej. Nanotechnologii powszechnie używano do celów produkcyjnych, ale nie wolno było wykorzystywać jej do celów bojowych. Nawet Kristangowie nie znali logicznych podstaw dla tej zasady, ale zgodnie z dawnymi plotkami doszło do incydentu, podczas którego nanoboty wymknęły się spod kontroli i doprowadziły do permanentnej kwarantanny całego układu gwiezdnego.

Zasada numer cztery: żadnej broni biologicznej. To służyło nie tyle ochronie Maxolhxów i Rindhalu, bo gatunki różniły się tak bardzo, że patogen zabójczy dla jednego nie miał większego wpływu na drugi, ale raczej było czymś w rodzaju konwencji genewskiej. Mianowicie walczący zgadzali się nie robić czegoś wrogowi, żeby wróg nie robił tego im. Inaczej każda strona po prostu zrzucałaby na kontrolowane przez wroga planety kanistry z wrednymi wirusami i wkrótce nastąpiłaby pełna eksterminacja.

Powiedziano nam, że z zasadą numer cztery w praktyce bywało różnie, jako że wirusy, bakterie i inne zagrożenia biologiczne z czasem mutowały i jeśli znany, naturalny wirus stawał się bardziej zabójczy, nikt nie mógł stwierdzić, czy doszło do tego naturalnie, czy to celowe działanie. Zasada ta miała zapobiegać katastrofalnym w skutkach atakom biologicznym, ale najwyraźniej w pewnym stopniu przymykano oko na jej naginanie. Kristangowie powiedzieli, że Ruharom często się to zdarzało. Pewnie Ruharowie powiedzieliby to samo o Kristangach. Myśl o broni biologicznej sprawiała, że przechodziły mnie ciarki, mimo zapewnień Kristangów, że Ruharowie nie wiedzą dość o ludzkiej biologii, żeby stworzyć skuteczną broń. Ale Kristangowie dysponowali technologią medyczną przewyższającą znacznie to, co zabraliśmy ze sobą do gwiazd i się nią z nami nie dzielili. Mówili, że bez lat badań nad ludzką biologią nie mogą dostosować jej do nas. Oznaczało to, że nawet wirus zwykłego przeziębienia, którego ludzie przywlekli ze sobą z Ziemi, mógł stanowić poważny problem dla Sił Ekspedycyjnych. A rannych żołnierzy mogliśmy leczyć tylko tym, co było na miejscu. Ewakuacja do domu nie wchodziła w grę.

Zasada numer pięć polegała na zakazie zrzucania kamieni. Nie wolno było kierować asteroidami czy kometami tak, aby zderzyły się z zamieszkałą planetą. Oznaczało to również, że nie wolno brać nawet niewielkich głazów i uderzać nimi w planety z prędkościami relatywistycznymi. Każda planeta z porządną populacją dysponowała systemami wykrywającymi i odbijającymi skały, które w naturalny sposób znalazły się na jej drodze, więc zasada miała na celu powstrzymanie walczących przed nadmiernym wyczerpaniem tych systemów czy maskowaniem skał. A co z działami elektromagnetycznymi? Okręty często wykorzystywały je do przyspieszania pocisków kinetycznych do prędkości relatywistycznych i wykorzystywano je zarówno do walki w kosmosie, jak i bombardowań planetarnych. W drugim przypadku kluczem był wpływ na planetę. Należało ograniczyć energię wyzwalaną przez pojedynczy pocisk do mniej niż megatony i nie wolno było atakować tak intensywnie, żeby wpływało to na klimat planety. Porządne bombardowanie mogło wznieść chmury pyłu i doprowadzić do gwałtownego oziębienia.

 

Takie więc były Zasady. To nie ja zapisałem je wielką literą, tak wyglądały na slajdach SEONZ. W Zasadach nie chodziło o chronienie żołnierzy czy cywili po którejkolwiek ze stron, nie było obcego odpowiednika konwencji genewskich do walki w kosmosie. Maxolhxowie i Rindhalu opracowali Zasady, aby ich starożytna wojna nie wymknęła się spod kontroli. Dopóki niższe gatunki stosowały się do nich, dopóty mogły zabijać się do woli.

Jeśli chodzi o mnie, nie miałem zastrzeżeń do Zasad, zwłaszcza że SEONZ w Obozie Alfa nie dysponowały żadną bronią atomową, nanotechnologiczną, biologiczną, chemiczną ani relatywistycznymi działami elektromagnetycznymi. Zasady oznaczały więc, że żaden wróg nie mógł użyć ich przeciwko nam. Może poza bronią biologiczną, jeśliby uznali, że uda im się zrobić to po cichu.

*

Nie widziałem więcej Shauny podczas porannych biegów i nie chciałem być nachalny, pisząc do niej przez zFona. Ucieszyłem się więc, kiedy natknąłem się na nią w stołówce. Był to sporej wielkości namiot z brezentem na podłodze, żeby się nie pyliło. Miałem w rękach tacę, a na niej kanapkę z masłem orzechowym oraz jakieś tajemnicze mięso z ziemniakami, sosem i zieloną fasolką. Nawet nieszczególnie rozgotowaną. A także bułkę z masłem. Po męczącym dniu byłem głodny i każde jedzenie wyglądało dobrze. Odwróciłem się, żeby poszukać stolika, i niemal zderzyłem się z Shauną.

– Hej, Shauna – zagaiłem tak nonszalancko, jak tylko umiałem.

– Hej. – Spojrzała na moją tacę. Na swojej miała tylko kanapkę, fasolkę i jabłko. – Poszukamy stolika?

Nie ufając sobie na tyle, żeby uwierzyć, iż nie powiem nic głupiego, po prostu skinąłem głową i poszedłem za nią w niezbyt zatłoczone miejsce.

– Wiesz, co ja robiłem w Dzień Kolumba – powiedziałem, żeby jakoś zacząć konwersację. Mogło wyjść na to, że się przechwalam, więc dodałem: – A ty robiłaś coś głupiego?

– Byłam z przyjaciółmi w Phoenix.

– Nie pojechałaś gapić się na liście?

Jeśli nie wiecie, łażenie po lasach na początku jesieni i przyglądanie się czerwieniejącym liściom to popularna rozrywka w Nowej Anglii.

– Ludzie z Phoenix raczej tego nie robią.

– Łapię. Moja rodzina nie musi szukać liści, bo do Dnia Kolumba wszędzie mamy grubą na pół metra warstwę.

– Nie jesz? – Spojrzała na mój wciąż pełny talerz.

– A, tak. Nie chciałem gadać z pełnymi ustami. – Ugryzłem kanapkę i powoli przełknąłem.

– Wróciłam do domu, żeby zobaczyć, czy z moją mamą wszystko w porządku. Mój ojciec pojechał w delegację służbową do Houston. Potem odwiedziłam babcię. Mieszka w wieżowcu i bez elektryczności nie ma jak się ruszyć. Po schodach nie zaszłaby daleko. Ma problemy z nogami, jest stara. – Głos dziewczyny nieco drżał. Wspomnienia przywoływały emocje z tamtego dnia. – Była przerażona i powiedziała mi, żebym się o nią nie martwiła. Powiedziała, że jestem młoda i silna, więc muszę uciekać z miasta gdzieś, gdzie nie dorwą mnie kosmici. Mówiła, że to koniec świata, dzień sądu i że muszę ją zostawić, żeby jakoś przeżyć. W mieście nie wylądowały okręty Ruharów, widzieliśmy tylko światła i smugi na niebie oraz słupy dymu w miejscach, które zaatakowali. Wiedziałam, że to inwazja obcych tylko dzięki oficjalnym komunikatom radiowym. I na początku nie wierzyłam. – Zjadła resztę fasolki, odsunęła tacę na bok. – Te chomiki wystraszyły moją babcię niemal na śmierć. Nienawidzę ich za to. Dlatego tu jestem. Nie chcę, żeby moja babcia albo ktokolwiek inny kiedykolwiek tak się bał.

– Tak, kiedyś zdarzało mi się w bezchmurne noce spoglądać na niebo i zastanawiać się, czy jesteśmy sami we wszechświecie. Teraz, po Dniu Kolumba, spoglądam na niebo i jeśli gwiazdy migoczą, przez chwilę myślę, że to okręty wroga skaczące na orbitę.

– Tak! Właśnie tak! – Uderzyła otwartą dłonią w stół. – Przez chomiki nikt już nie może spoglądać na niebo bez strachu. Za to właśnie nienawidzę tych skurwysynów.

– Skradli naszą niewinność, tak? – wymamrotałem z ustami pełnymi ziemniaków.

– Tak, coś w tym stylu. Nie twoją czy moją, bo widzieliśmy niejedno w Nigerii. Ale większość ludzi, żyjących z dnia na dzień, już nigdy nie pomyśli, że są bezpieczni. – Na chwilę odwróciła wzrok. – Teraz wiem, że mamy całą Galaktykę pełną wrogów.

Rozmawialiśmy o tym, jak idiotyczne było to, że mieliśmy ruszyć do walki z praktycznie takim samym sprzętem, jakiego armia używa od dekad, i wymieniliśmy się plotkami co do naszej pierwszej misji. Żadne z nas nie wiedziało, gdzie nas wyślą Kristangowie. Oboje zastanawialiśmy się z niepokojem, co się dzieje w domu. Wreszcie skończyłem obiad, a ona zjadła jabłko. Jej rodzina była w dużo gorszej sytuacji niż moja. Oboje rodzice stracili pracę i przesiedlono ich wraz z młodszym synem i babcią do wschodniego Teksasu, gdzie ojciec pracował na farmie, a matka w przedszkolu. Stanowiło to dla nich sporą zmianę. Matka Shauny była wcześniej agentką nieruchomości, a ojciec przedstawicielem handlowym firmy informatycznej, ale kiedy miejsca pracy trafił szlag, gdy gospodarka się załamała, ich mieszkanie w Phoenix stało się nie do życia bez prądu.

Mój ojciec stracił robotę w papierni, ale przez pierwsze kilka miesięcy jakoś sobie dawał radę, wykonując różne dorywcze prace – ścinając drzewa, spawając i naprawiając samochody. Moja matka wciąż miała stabilną pracę jako nauczycielka, zwłaszcza zważywszy na to, ile rodzin wyjechało na wieś z pozbawionych prądu miast. Pod koniec grudnia ktoś wpadł na pomysł, że papiernia, w której wcześniej pracował mój ojciec, a która dysponowała zakładową elektrownią kogeneracyjną spalającą trociny, mogłaby generować prąd dla całej okolicy. Mój tata wrócił wtedy do pracy w starym miejscu, ale problem polegał na tym, że brakowało drewna, bo nie wystarczyło oleju napędowego dla wożących je ciężarówek. Wielkie Lasy Północne drewna mają pod dostatkiem, lecz nie było jak go przewozić. Ledwie wystarczyło paliwa do pociągów. Rozwiązaniem było przywiezienie starych parowozów z kolejki turystycznej w New Hampshire, i to razem z facetami, którzy nadal potrafili je obsługiwać, aby jeździły zasilane drewnem zamiast węglem czy olejem. Stara dobra amerykańska pomysłowość. Teraz parowozy woziły drewno do papierni robiącej za elektrownię. Odbudowywano całą strukturę energetyczną kraju jako „inteligentną sieć”, którą powinniśmy byli dysponować dekady temu. Mnóstwo małych elektrowni zamiast jednej wielkiej dla całego regionu.

Kristangowie niewiele pomagali w odbudowie, poza obszarami przemysłowymi potrzebnymi do produkcji sprzętu wojskowego. Nasi nowi sojusznicy z pogardą spoglądali na to, że wciąż polegamy na paliwach kopalnych, i postawili kilka reaktorów fuzyjnych dla własnych potrzeb. Chociaż wyjaśnili ich działanie naszym naukowcom, zbudowanie własnych urządzeń wymagało dekad.

Gdy wyjechałem, z prądem nadal bywało różnie. Większość mocy nowej elektrowni w Milliconack szła w okolice Bangor. Moi rodzice ogrzewali dom piecami na drewno, nie potrzebowali klimatyzacji, a ogród, który rozbudowaliśmy przez zimę, powinien zapewnić dość plonów, by wyżywić moją rodzinę i mieszkających u nich ludzi, nawet z nadwyżką, którą można sprzedać. Mieli teraz dwie krowy i kury nioski. Kiedy wyjeżdżałem, moja mama targowała się o parę prosiąt. Podobnie było na całym świecie – ludzie znajdujący się wyżej na drabinie społecznej przed atakiem Ruharów teraz byli czasami w gorszym położeniu niż ci, którzy dawniej ledwie wiązali koniec z końcem. Jeśli ktoś był rolnikiem przed Dniem Kolumba, to jego życie nie zmieniło się diametralnie, poza brakami paliwa, jako że wszyscy wciąż potrzebowali jedzenia, więc popyt nie malał. Jak to napisali w Biblii, „ostatni będą pierwszymi”. Nikt nie spodziewał się, że inwazja kosmitów spełni biblijne przepowiednie.

– Zapierdalam, jak tylko mogę, żeby zakwalifikować się do czynnej walki na froncie. Początkowo prawie mi się udało, ale upadłam na torze przeszkód i naderwałam sobie więzadło. Trafiłam więc do logistyki. Ale chcę walczyć, Joe!

Jako ktoś, kto służył w piechocie i widział w życiu niejedną walkę, chciałem ostrzec ją przed nadmiernym entuzjazmem. Ale to nie była moja sprawa, więc trzymałem gębę na kłódkę. Skończyliśmy posiłek, podeszło do nas kilka osób z jej drużyny, żeby z nią pogadać, i w końcu sobie poszła. Jeśli to miała być nasza pierwsza randka, nie poszła najlepiej.

*

Pierwsze manewry wojskowe w Obozie Alfa otrzymały nazwę Operacja Waleczna Tarcza. Nazwy kodowe operacji w idealnych warunkach wybierane byłyby losowo, żeby wróg nie poznał intencji. Operacja Pustynna Burza fajnie się nazywała, ale Irakijczykom było dość łatwo zorientować się, że chodziło w niej o ofensywę na pustyni. Nie żeby miało to wtedy aż takie znaczenie. Problem z przypadkowymi słowami był jednak taki, że otrzymywało się głupio czy żałośnie brzmiące nazwy, jak Płomienny Króliczek czy Kulawa Sprawiedliwość. W rzeczywistości więc wymyślali je, albo przynajmniej zatwierdzali, ludzie z działu PR SEONZ. Nazwa Waleczna Tarcza miała być zapewne inspirująca dla żołnierzy, ale myślałem tylko o tym, że mieliśmy walecznie zginąć. Jak w starym powiedzeniu, że żołnierz ma wracać z tarczą albo na tarczy.

Chciałbym móc powiedzieć, że podczas pierwszych manewrów wymyśliłem jakąś niesamowicie genialną taktykę, na którą nikt inny nie wpadł, a dzięki której osiąg­nęliśmy zwycięstwo. Mógłbym to powiedzieć i byłaby to świetna historia, prawda? Może coś takiego opowiem kiedyś wnukom, kiedy będą narzekać, że dziadek jest starym prykiem. Albo jak się kiedyś upiję i uznam, że pomoże mi to w podrywie. Prawda jest niestety taka, że wraz z całą resztą dwóch plutonów naszej kompanii zostałem uznany za martwego w wyniku bombardowania orbitalnego mniej niż godzinę po rozpoczęciu gry. Przemykaliśmy się przez wąski kanion, od osłony do osłony, kiedy zabrzęczał mój zFon i piskliwym głosem ogłosił, że nie żyję. A następnie całkiem przestał działać. Cholera. Dwa plutony piechoty były warte bombardowania elektromagnetycznego? Kompania rozdzieliła się, żeby nie stanowić smacznego kąska, ale i tak się nie udało.

Protokół kazał nam czekać na miejscu na sygnał, który mógł nadejść dopiero kolejnego dnia, zależnie od tego, jak szła reszta manewrów. Słońce pojawiło się nad horyzontem i robiło się już gorąco. Nasi oficerowie uznali, że możemy nieco pooszukiwać i wrócić wzdłuż kanionu, aby schronić się pod wiszącą skałą. Tam właśnie spędziłem resztę dnia, całą noc i połowę kolejnego poranka. Kończyła nam się woda, a od bazy dzieliło nas sześć godzin, bo na miejsce przywiózł nas myszołów przed rozpoczęciem manewrów. Ktoś w dowództwie się nad nami wreszcie zlitował i przysłał samochody. Nie miały klimatyzacji, ale i tak docenialiśmy, że nie musimy wracać na piechotę.

*

Manewry nauczyły nas jednego: kluczem do przetrwania na powierzchni planety w tej wojnie, w sytuacji gdy wróg ma przewagę na orbicie, jest to samo, co w sytuacjach, gdy wróg może użyć taktycznej broni atomowej. Należy unikać koncentrowania sił i osłaniać się na tyle, na ile to możliwe. W sytuacji potencjalnej wojny atomowej nie podsuwa się wrogowi celu, który może być na tyle kuszący, by uderzyć w niego atomówką, na przykład sił wielkości batalionu, dużych składów amunicji, lotnisk, ważnych mostów i tak dalej. Kristangowie nie używali atomówek przeciwko celom lądowym. Można by pomyśleć, że to dobrze, ale tak naprawdę czyniło sytuację groźniejszą. Decyzja, by użyć broni atomowej, wymaga sporego namysłu dowództwa nad eskalacją nuklearną konfliktu, której nie można po prostu przerwać. Tego dżina nie schowa się z powrotem do butelki. Użycie dział elektromagnetycznych, przyspieszających pociski do znacznego procenta prędkości światła i mających podobną niszczycielską energię, co taktyczne atomówki, jest tak proste, że to praktycznie pewnik w wojnie międzygwiezdnej. Dla nas, szwejów na powierzchni planety, oznaczało to, że pytanie brzmiało raczej „kiedy” niż „czy”.

W czasie naszej gry niebieskie siły SEONZ zostały zmiażdżone przez symulowane czerwone siły Ruharów. Kristangowie ponoć byli bardzo zadowoleni z wyniku. Nie z tego, że tysiące żołnierzy SEONZ „zginęły”, ale że wytrzymały dość długo, aby opóźnić zajęcie powierzchni przez Ruharów. Rozproszone siły SEONZ wykorzystywały taktykę partyzancką do ataków na czerwonych po wylądowaniu. Nasze zespoły z zingerami „zestrzeliły” całkiem sporo lądowników desantowych. A do czasu, gdy Kristangowie wstrzymali manewry, niebieskim zostało mniej niż sto jednostek powietrznych. Jeśli myślicie, że to źle, to Kristangowie spodziewali się, że stracimy wszystkie pojazdy latające w ciągu pierwszych dwunastu godzin.

 

Dwa dni po manewrach mój zespół ogniowy oglądał mecz koszykówki: nasz batalion kontra Brytole, zajadając się hot dogami i popcornem. Usiadł obok nas porucznik armii w kombinezonie lotniczym.

– Hej, jest pan pilotem, sir? – spytałem głupio.

– Aha – odparł między kęsami hot doga. – Kiedyś latałem apaczem, teraz kurczakiem.

– Jak wam poszło w czasie manewrów? – zapytałem. Nasłuchałem się sporo od ludzi na ziemi, ale nie od naszych lotników. Nie pomyślałem nawet, że mógł właśnie skończyć dłuższy lot i chciał się odprężyć, obejrzeć mecz, zamiast opowiadać mi tę samą historię, którą opowiadał setki razy. Ale nie było czym się martwić, bo chyba żaden pilot nigdy nie męczył się gadaniem o lataniu.

– Poszło w porządku – powiedział po chwili, patrząc na grę. – Zestrzeliłem dodo i sępa.

– Serio? To prawdziwy as z pana! – Uniosłem dłoń i ucieszyłem się, gdy przybił mi piątkę.

– Dziękuję, żołnierzu. Oczywiście rozwaliła mnie rakieta z krążownika Ruharów dwie minuty później. Ale i tak cieszyłem się, że pożyłem dłużej, niż się spodziewałem.

– Zestrzelił pan sępa? – spytał Ski. – To ich śmigłowiec bojowy?

– Coś w tym stylu. Dodo właśnie zostawił na ziemi transport wojska. Sześć innych leciało w szyku w eskorcie sępów z powrotem na orbitę, kiedy zaatakowaliśmy z dwóch stron. To był prawdziwy kocioł, rozwaliliśmy wszystkie dodo, oczywiście symulowane, i straciliśmy połowę naszych. Tego ostatniego sępa musiałem gonić na wysokość dwudziestu jeden kilometrów, a to maksymalna wysokość dla kurczaka. Nie przewidziano ich do walki poza atmosferą. Ledwie byłem w stanie sterować. Sęp znajdował się daleko nade mną, leciał z przyspieszeniem dwóch g, podczas gdy ja traciłem kontrolę nad sprzętem. Wystrzeliłem ostatnie cztery rakiety i mój działonowy przywalił w sępa promieniem cząstek. Jest niby tylko obronny, ale zajął systemy defensywne tamtego na tyle długo, żeby jedna z rakiet się przebiła. – Lotnik znów zaczął przyglądać się meczowi. – Ich aktywne maskowanie nie działa tak dobrze poza atmosferą. Nie powiedzieli nam tego, ale sam to odkryłem. – Wziął garść kukurydzy i zaczął jeść powoli, w zamyśleniu. – Wiecie, niebo na tamtej wysokości nie jest błękitne, ale prawie czarne i widać, że planeta na dole jest okrągła. A krążownik Ruharów, który mnie dorwał? Widziałem go. Nie jako symulacyjnego ducha. To był prawdziwy okręt, wiszący na niebie. Ciarki mnie przeszły. Obraz na wyświetlaczu pokazywał okręt Ruharów nałożony na prawdziwy okręt Kristangów. Gdy wyłączyłem HUD, widziałem prawdziwy krążownik. Okręt kosmiczny wiszący na niskiej orbicie. Był to wspaniały widok, póki nie przywalił laserem w moją gondolę. Zacząłem koziołkować. Ledwie udało mi się utrzymać kurs, kiedy dostałem rakietą. Oczywiście symulowaną, ale czułem się, jakby była prawdziwa. Autopilot przejął sterowanie i pokierował mnie w dół, na wysokość dziewięciu kilometrów.

– Cholera – mruknął Ski. – Myślałem, że to my na dole mieliśmy ciężko.

– Mieliście. Tam, na niebie jesteśmy bardziej odsłonięci, ale mamy przeciwśrodki na rakiety. Zabawne, że jesteśmy prawie jak w czasie drugiej wojny światowej, zanim w walce w powietrzu pojawiły się naprowadzane pociski. Maskowanie i przeciwśrodki oznaczają, że nie tak łatwo namierzyć wroga. Trafia się może piętnaście, dwadzieścia razy na sto. Kristangowie dokładnie nam nie podają. Zgadujemy, że dwadzieścia w oparciu o taktykę, jakiej nas uczą. – Zaśmiał się. – Zabawne, wysłali mnie tu, bo uznali, że pilot śmigłowca lepiej nada się do pilotowania kurczaka czy myszołowa. I jasne, gdy się po prostu unoszą w powietrzu, to tak. Ale kurczak może latać z prędkością naddźwiękową i wznosić się wyżej niż nasze odrzutowce. Nie byłem na to gotowy, poprzednio leciałem samolotem dawno temu, podczas szkolenia. Mój kurczak jest zwrotniejszy niż F-22, zwykle lata się nim jak odrzutowcem, nie śmigłowcem. Myszołów bardziej przypomina ospreya, nie lata naddźwiękowo. – Pokręcił głową. – Techniki, których nauczyliśmy się na Ziemi, tutaj nie działają. Muszę przypominać sobie, żeby nie martwić się przeciążeniem śmigieł i nie pilnować wirnika ogonowego przy lądowaniu, bo go nie mam.

– Sir – odezwał się Placek Kukurydziany – mamy tylko samoloty, tak? A wróg dysponuje lądownikami kosmicznymi. Naprawdę mamy z nimi szanse? – Wskazał na niebo.

– O tak. Rozumiem cię. Ale mamy. W walce powietrznej mamy nawet przewagę nad lądownikami. Są wielkie, ciężkie i niezbyt zwrotne w atmosferze. Przy maskowaniu i przeciwśrodkach pierwsza salwa nic nie zrobi, zmniejszasz dystans do wroga i manewrujesz w powietrzu z użyciem działek. Kluczem jest energia kinetyczna. Jeśli stracisz za dużo prędkości przy skręcie, jesteś martwy. Lądowniki przy maksymalnych prędkościach są szybsze od naszych jednostek powietrznych, osiągają prędkość ucieczki, ale nie przyspieszają tak szybko. Szybciej nabieramy prędkości.

Trochę jeszcze gadał o taktyce w walce powietrznej i cała nasza trójka była zafascynowana. W tamtej ­chwili wydawał się nam najfajniejszym gościem na świecie. Wstałem, żeby zdobyć dla niego jeszcze jednego hot doga, żeby nie przestał gadać. Mecz się skończył. Brytyjczycy wygrali dwoma punktami i przyszła grupa pilotów, do której nasz rozmówca dołączył.

– Cholera – odezwał się Ski. – Chciałbym być pilotem. Myślałem nawet o tym, bo jeden z moich wujków jest w klubie lotniczym. Kiedyś przeleciałem się z nim do Minneapolis na mecz, było super. Ale nie stać mnie było na lekcje latania.

– Fajna fucha – zgodziłem się.

– Taa, ale i tak zginął w grze – przypomniał Placek.

– No tak – odparł Ski. – Ale my też i gówno zrobiliśmy przed śmiercią. Wolę zginąć na niebie, robiąc coś sensownego, niż bezsensownie w bombardowaniu.

*

Zainspirowani meczem koszykówki, poszliśmy na inne boisko i znaleźliśmy grę, do której mogliśmy dołączyć. Ski całkiem nieźle rzucał, a ja skupiałem się na podawaniu mu piłki i przebijaniu się przez obronę. Dobrze było wyładować frustrację w czasie gry. Wszyscy byliśmy wkurzeni, że zginęliśmy, nic nie osiągając. Jasne, rozwalenie nas z orbity było realistycznym scenariuszem, ale czego mieliśmy się z tego nauczyć? I jak Kristangowie mieli ocenić nasze możliwości bojowe, jeśli wystarczył pechowy rzut kością jakiegoś ich komputera na orbicie? Gdyby te wyimaginowane kości potoczyły się inaczej, jacyś inni nieszczęśliwi dranie „zginęliby” zamiast nas.

Przypięty do pasa zFon zaczął wibrować w czasie gry. Nie sprawdzałem go, zanim nie zrobiliśmy przerwy, żeby napić się wody. Była to wiadomość od Shauny, chciała wiedzieć, czy jestem zajęty, a jeśli nie, to czy nie chcę się spotkać.

Czy chciałem?

A czy słońce wstaje na wschodzie? Znaczy się na Ziemi.

Oto prosty test na to, czy facet chce spotkać się z dziewczyną:

Krok pierwszy: czy ma puls?

Krok drugi: czy jest przytomny?

Nie ma trzeciego kroku.

Jak idiota, którym jestem, napisałem: „Czy chcesz mnie zaciągnąć do łóżka?” i dodałem mrugającą emotkę.

Na szczęście instynkt przetrwania kazał mi to usunąć, zanim wysłałem. Zamiast tego napisałem jak gdyby od niechcenia: „Jasne! Gramy w kosza, właśnie wygrywamy. Zaraz skończę”.

Dostałem opieprz od Placka i Skiego, bo wyraźnie nie myślałem już o grze. Wciąż wydawało mi się, że czuję wibracje zFona. I tak wygraliśmy.