Dzień KolumbaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3. Obóz Alfa

Do Obozu Alfa nie było windy kosmicznej, więc polecieliśmy na powierzchnię promem Kristangów. Tylko, jak się dowiedziałem, formalnie rzecz biorąc, nie był to prom ani lądownik czy wahadłowiec, jak nazywali go inni. Armia nazywała go pojazdem orbita–ziemia albo POZ-em. W praktyce nazywaliśmy je albo lądownikami, albo pozerami. Pozery potrafiły same latać na orbitę bez modułów rakietowych, a niektóre z większych modeli latały nawet między planetami, jeśli ktoś miał naprawdę sporo czasu i dogadywał się dobrze z towarzyszami podróży, nawet w ścisku. Kristangowie i inne gatunki dysponowali pojazdami, które czasami nazywali lądownikami desantowymi, ale używano ich do większych inwazji, do przewożenia znacznych sił i sprzętu na powierzchnię, lecz tylko w jedną stronę. Technicznie rzecz biorąc, były czymś w rodzaju szybowców. Potrafiły przetrwać wejście w atmosferę, nieco manewrować przed lądowaniem i wylądować pionowo, ale to wszystko. Były jednorazowego użytku, podczas gdy pozery potrafiły podróżować wielokrotnie w obie strony. To rozróżnienie nie miało dla mnie wielkiego znaczenia, jako że i tak byłem tylko pasażerem, ale dobrze wiedzieć, jak prowadzili działania nasi starsi partnerzy. Czułem się dzięki temu jak członek drużyny, a nie tylko trybik w maszynie.

Pojazd, do którego się wcisnąłem, mieścił dwieście dwadzieścia osób ze sprzętem i był wielkości boeinga 747. Większość z tego zajmowały silniki i zbiorniki paliwa. Podróż w dół była pełna turbulencji. Gdy wlecieliśmy w atmosferę, czułem się, jakbym miał na piersi worek betonu. A potem zrobiło się gorzej. Cieszyłem się, gdy w końcu wyrównaliśmy lot i przez chwilę lecieliśmy jak samolot. Wszyscy wydali z siebie radosny okrzyk. Samo lądowanie przebiegło spokojnie. Zdałem sobie sprawę, że jesteśmy na miejscu, dopiero gdy ucichł silnik.

Lądowałem na obcej planecie. Kto by pomyślał…

– Poruczniku – odezwał się ktoś – czy wie pan, kto był pierwszym człowiekiem, który postawił nogę na obcej planecie?

– Pewnie generał Meers – stwierdził ktoś za mną. ­Meers dowodził SEONZ.

– Nie – pokręcił głową Gonzalez. – To była kobieta, kapitan brytyjskiej armii, z międzynarodowego zespołu rozpoznawczego. Zgodnie z planem pierwszy miał iść chiński pułkownik, ale Brytyjka siedziała przy drzwiach i gdy wylądowali, pilot Kristangów kazał im szybko wysiadać. Kristangowie nie uważali pierwszego lądowania ludzi na innej planecie za coś istotnego, chcieli się ich szybko pozbyć z pokładu, żeby polecieć po kolejną grupę.

Cholera. Miałem nadzieję, że pierwszy był Amerykanin. No cóż, nadal mieliśmy Neila Armstronga, który poleciał na Księżyc dzięki starej dobrej amerykańskiej technice. Brytyjka była tylko pasażerką w kosmicznym autobusie.

Mój własny pierwszy krok sprawił, że nieco najadłem się wstydu. Przyzwyczaiłem się do grawitacji lotniskowca gwiezdnego Thuranów, a potem znowu do nieważkości, zaś ciążenie w Obozie Alfa wynosiło sto siedem procent ziemskiego. Nieprzyzwyczajony do tego, że nagle ważę więcej, chwiejnie zszedłem po rampie. Porucznik Gonzalez nie żartował sobie z upału. Gdy opuściliśmy lądownik, zalała mnie nagła fala gorąca. I wilgoci. Żadnego tam mniej odczuwalnego upału, bo jest sucho. Było też tak jasno, że musiałem osłaniać i mrużyć oczy, aby przejść sto metrów do miejsca, gdzie zaparkowano wozy transportowe. Wszystko śmierdziało spalenizną, jak po pożarze. W atmosferze rzekomo było tylko nieco mniej tlenu niż na Ziemi, ale i tak czułem się, jakby oddychanie na niewiele się zdawało. Może wylądowaliśmy na dużej wysokości? Niemal dotarłem do transportera i stałem w kolejce do wejścia na pokład, ale kobieta za mną zachwiała się i zaczęła upadać. Rzuciłem się na pomoc, chociaż w głowie kręciło mi się od gorąca, jakbym wstał zbyt gwałtownie na plaży. Protestowała i próbowała mnie odepchnąć, ale wyraźnie nogi się pod nią uginały.

– Słuchaj… – Sprawdziłem nazwisko na naszywce nad lewą kieszenią. – Słuchaj, Miller, w armii siła – powtórzyłem slogan rekrutacyjny. – Nie zostawiamy swoich, nie w walce i na pewno nie w tym upale. Łapiesz?

Gniewnie skinęła głową i oparła się o mnie, dysząc ciężko, aż w końcu była w stanie ustać o własnych siłach. Widać było, że fakt, iż chociaż przez chwilę potrzebowała pomocy, zranił jej dumę.

– Dzięki… – spojrzała na moją naszywkę – Bishop. Cholera, gorąco tu. Jestem z Seattle.

– Ha! Ja północne Maine. Nie masz pojęcia, co to mróz. – Pozwoliła mi trzymać się przez chwilę za ramiona, aż nogi przestały się pod nią trząść. Trzy metry dalej kolana jakiegoś faceta też nagle się ugięły i wylądował twarzą na ziemi. Miller uspokoiła się i wdrapała sztywno na tył samochodu. Gdy paka była pełna, pojechaliśmy w stronę obozowiska, które ustawiano na skarpie. Rozejrzałem się, próbując chłonąć pierwsze chwile na obcym świecie. Nie było jednak czym się nacieszyć. Okolica była sucha, pylista, a powietrze nadal śmierdziało spalenizną, więc zapach nie pochodził z dysz lądownika. Wśród skał widziałem kępki roślinności wyglądające jak rodzaj mięsistych porostów. Zapewne przechowywały wodę, jak kaktusy. Spoglądaliśmy po sobie z krzywym uśmiechem. Obóz Alfa był naszą pierwszą obcą planetą. I okazał się do dupy.

Wolny czas miałem, tylko siedząc w furgonetce, bo gdy dojechaliśmy do obozu, zapędzono nas do roboty przy rozbijaniu namiotów. Upał nie wydawał się taki zły, jak się przyzwyczailiśmy, ale dodatkowa grawitacja mocno przeszkadzała, a zapach spalenizny wciąż wypełniał mi nos. Sierżant sztabowy przydzielił mnie, Placka i pięciu innych do rozkładania sporej konstrukcji medycznej, zbudowanej z prefabrykowanych, izolowanych paneli ściennych. Było to trudne zadanie.

– Zacznijmy od tej bocznej ściany – zaproponowałem, uznawszy, że im szybciej skończymy, tym szybciej dostaniemy żarcie.

Wtedy usłyszeliśmy stłumiony dźwięk brzmiący jak bardzo długi, wysoki pierd, po czym zaczęło się zawodzenie.

– Czy to dudy? Co, do cholery? – odezwał się Jesse.

– Tak, po drugiej stronie stacjonuje brytyjski batalion. – Wskazałem kciukiem za plecy, gdzie widziałem Brytoli rozstawiających obozowisko.

– I grają na dudach? Serio? Myślałem, że to irlandzki instrument.

Garibaldi roześmiał się.

– Szkocki, nie irlandzki, przygłupie. Gdzieś ty się chował?

Valdez wtrącił:

– Hej, znacie ten kawał o Szkocie? Siedzi w barze, topi smutki w whisky.

– Wszyscy mocno trzymają? – spytałem. – Podnoście nogami, nie plecami.

Placek Kukurydziany parsknął.

– Cholera, Bish, gadasz jak moja matka. Spokojnie.

– No więc mówi do barmana… – Valdez stękał z wysiłku. – Mówi: zbudujesz trzydzieści domów, ale gdy idziesz ulicą, czy ludzie mówią: „O, idzie MacDougal, budowniczy domów”? Otóż nie.

Unieśliśmy ścianę i kazałem wszystkim stanąć pod nią, żeby wziąć ją na barki. Większa od ziemskiej grawitacja dawała się we znaki.

– Potem mówi: uratujesz pięcioro dzieci z płonącego budynku, ale gdy idziesz ulicą, czy ludzie mówią: „O, idzie MacDougal, ratownik”? Otóż nie.

– Valdez, zamknij się na chwilę. Dobra, podnosić! – powiedziałem, starając się, żeby w moim głosie rozbrzmiewał autorytet.

Unieśliśmy ściankę na barki i wygrywaliśmy bitwę z grawitacją, gdy Valdez zrobił wdech.

– A wtedy MacDougal mówi: „Ale przeleć no tylko jedną owcę…”.

Nie wytrzymaliśmy. Ścianka spadła na ziemię, a ludzie tarzali się ze śmiechu. Próbowałem warczeć rozkazy, ale śmiałem się tak bardzo, że z nosa poleciały mi smarki, i gdy ludzie to zobaczyli, znowu wybuchnęli śmiechem.

Porucznik Gonzalez spojrzał na nas z ukosa i jakiś sierżant zaczął iść w naszym kierunku. Cóż, wyglądało na to, że oficjalnie nie nadawałem się do dowodzenia. Armia popełniła błąd, czyniąc mnie odpowiedzialnym choćby za rozkładanie namiotów. Kazałem swoim ludziom wziąć się w garść i próbowaliśmy znowu unieść ściankę, ale za każdym razem, gdy podnosiliśmy ją choćby o kilkanaście centymetrów, Valdez zaczynał śmiać się z własnego dowcipu i znowu rozśmieszał pozostałych. W końcu wysłałem go po wodę, zawołałem kilku kolejnych ludzi i udało nam się postawić ścianę tam, gdzie trzeba.

– Jedną owcę – roześmiał się Placek Kukurydziany i sam też nie mogłem się powstrzymać.

*

Gdy rozłożyliśmy już konstrukcję, Jesse i ja w końcu spotkaliśmy dwie kolejne osoby z naszego starego oddziału – sierżanta Grega Kocha i szeregowego Dave’a Czajkę. Nazywaliśmy Kocha sierżantem. Miał ksywę, ale trzeba było być przynajmniej równym mu stopniem, żeby jej używać, o ile nie chciało się podpaść dwumetrowemu, ogolonemu na łyso czarnemu facetowi z Georgii. Nie polecam. Dave’a nazywaliśmy Ski, bo był z polskiego miasteczka z okolic Milwaukee. I chociaż jego nazwisko nie kończyło się na „-ski”, to uznaliśmy, że powinno. Sam był sobie winien, że nie dorobił się porządnej ksywki przed dołączeniem do naszego oddziału. Cholera, dobrze było znowu widzieć starą ekipę! Zaufałbym całej tej trójce, nawet gdyby zależało od tego moje życie. I tak w końcu było.

W Nigerii bywało naprawdę nieciekawie, a wyszliśmy z tego jedynie z bliznami i kiepskimi wspomnieniami. Zanim wyjechałem z domu, z rzadka wymienialiśmy się mailami, ale od tamtego czasu nie miałem z nimi kontaktu. Placek i ja nie wiedzieliśmy, czy któryś z nich opuścił Ziemię. Okazało się, że lecieli innym okrętem Kristangów i dotarli do Obozu Alfa parę godzin przed nami. Koch przydzielił nas do jednego namiotu, który musieliśmy rozłożyć, i dowiedział się, gdzie można dostać żarcie. Mieliśmy wszystko, czego nam trzeba.

Sierżant Koch poszedł wypełniać jakieś ważne obowiązki sierżanta, a jadłodajnia miała zacząć wydawać kolację dopiero za trzy godziny, więc Jesse wyciągnął przekąski z plecaka.

 

– Co tam masz? – zapytał Ski.

Placek mrugnął.

– Hm, zobaczmy! Mam tu prawdziwą ucztę z batonów!

– Ucztę, naprawdę? – spytałem sceptycznie.

– O tak! Prawdziwą wyżerkę, jak Boga kocham! – wymawiał to zabawnie, z przesadzonym południowym akcentem.

– Przestań pieprzyć, bo robię się głodny – zaprotestował Ski. – Jakie masz tam smaki?

– No cóż, karton cynamonowy, żwir z rodzynkami i mój ulubiony: oryginalne trociny.

Cholera. Dostałem żwir z rodzynkami. Rodzynki były twardsze i trudniejsze do przeżucia niż żwir.

*

Kolejnego ranka zaprowadzono nas po śniadaniu na strzelnicę. Było zimno, termometr na zewnątrz namiotu pokazywał blisko zera. Wszyscy byliśmy podekscytowani. Spodziewaliśmy się dostać wreszcie jakieś niesamowite zabawki Kristangów. I może ubranie, które automatycznie ogrzewało się i chłodziło. Czułem się nagi bez karabinu. Przed nami stał starszy sierżant marines z fryzurą na jeża tak ostro przyciętą, że wyglądała, jakby można się było na niej skaleczyć. Miał na sobie mundurowe spodnie i buty, ale na górze nosił czerwoną bluzę.

– Jestem starszy sierżant Cragen z Korpusu Marines Stanów Zjednoczonych. – Cragen poczekał, aż ucichną okrzyki „oo-rah” i „semper fi”. – Cieszę się, że mamy wśród nas kilku porządnych strzelców. Ale skoro reszta z was jest z armii, postaram się mówić powoli, żebyście wszystko zrozumieli. – Pozostali marines roześmiali się. – Słuchajcie, ludzie!

Na stole przed Cragenem stało szare pudło. Dotknął przycisku na jednym z boków i pudło cicho się otworzyło. Wszyscy wyciągali szyje, w końcu mieliśmy wreszcie zobaczyć superzaawansowaną broń, z której będziemy zabijać chomiki. Zrozumiałe więc było, że rozległy się jęki rozczarowania, gdy sierżant Cragen wyciągnął z pudła coś, co wyglądało jak standardowy karabin M4.

– O, ja pierdolę.

– Jaja sobie robicie?

– Co za gówno.

– M-kurwa-cztery?

– Whiskey Tango Foxtrot?! – co oznaczało oczywiście „what the fuck?”.

– Mamy przejebane – szepnął Ski do mnie i Placka. Jesse po prostu splunął na spaloną ziemię.

To były co łagodniejsze z komentarzy. Cragen poczekał, aż głosy oburzenia nieco ucichną, zamiast zbesztać nas za brak dyscypliny.

– Powitajcie to, co my, ludzie, nazywamy M4B1. Kristangowie nie ufają nam na tyle, żeby dać nam coś mocniejszego, ale na razie nic takiego nie potrzebujemy do najbliższych misji. M4 Bravo strzela amunicją podobną do standardowych kul pięć pięćdziesiąt sześć. Różnica jest taka… – Podniósł pocisk ze stołu i wskazał na jego czubek. – To jest ładunek wybuchowy. Kristangowie zapewniają, że ta amunicja spenetruje pancerze żołnierzy Ruharów, jeśli wybierzecie opcję wybuchową, bo to ładunek kumulacyjny, taki jakich używają nasze czołgi. Można też dezaktywować ładunek, co zrobicie zależnie od zasad danej misji. Tryb strzału wybieracie tym. – Wskazał na przycisk z tyłu kolby, w miejscu wygodnym zarówno dla praworęcznych, jak i leworęcznych. – Przesuwacie w górę tę pokrywę, żeby odsłonić przycisk. To po to, żebyście nie aktywowali opcji wybuchowej niechcący. Po wystrzeleniu dziewięciu pocisków, albo pojedynczych, albo w seriach po trzy, trzeba znów go wcisnąć, żeby aktywować tryb wybuchowy.

Cragen dokładnie omówił działanie M4 Bravo, ale większości z nas ekscytacja minęła. Gdzie pociski samonaprowadzające, lasery, modyfikacje genetyczne, które miały zrobić z nas superżołnierzy? Gdzie bioniczne oczy, mechy, które pozwalały skakać na dziesięć metrów i biec sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę? Gdzie te wszystkie fajne zabawki z filmów? Co za gówno! Ruharowie mogli nawalać w nas z orbity z maserów, dział elektromagnetycznych i inteligentnych rakiet, a my mieliśmy karabiny z epoki wojny w Wietnamie, tyle że z dodatkowymi fajerwerkami?

Straszne gówno.

*

Kilka godzin później na strzelnicy dostałem karabin do rąk. Trzymało się go dokładnie tak samo jak mojego starego dobrego M4, którego zostawiłem w Fort Drum, kiedy pojechałem do domu na przepustkę. Nigdy nie wróciłem do Drum, więc mógł tam nadal być. Kristangowie dostarczyli nam zestawy do przerabiania zwykłych M4 i amunicję z wybuchowymi końcówkami. Dowiedzieliśmy się później, że spora część naszej amunicji pochodziła z Ziemi i była zwyczajna, bo Kristangowie dysponowali ograniczonymi zasobami swojej. Tylko połowę standardowego zapasu amunicji, którą dostał każdy oddział, stanowiły nowe pociski. Nasi sojusznicy uznali, że nie potrzebujemy aż tyle specjalnych kulek na misjach, na które nas wysyłają. Czułem się nieco urażony. Wszelkie naprawdę poważne bitwy rozgrywali dorośli, a my siedzieliśmy wciąż przy stoliku dla dzieci.

Dostałem M4B1 z dwoma magazynkami wybuchowej amunicji. Na strzelnicy ćwiczyłem wciskanie i odciskanie przycisku wybierającego tryb strzału. Tryb wybuchowy robił wrażenie i wszyscy krzyczeli radośnie, gdy widzieli, jak rozwala metalowe cele. Nasze zwykłe kule odbijały się od nich, zostawiając tylko niewielkie ślady. Jedną z zalet amunicji Kristangów było to, że każdy nabój był dokładnie taki sam, nawet na mikroskopowym poziomie. Nawet bardziej niż nasza amunicja snajperska. Strzelało się nimi gładko, bez ryzyka uszkodzenia lufy. Wciąż musieliśmy jednak umieć rozmontować i zmontować broń. Z zawiązanymi oczami. I czyścić ją. Wyjąłem jedną z kulek Kristangów z magazynka i przyjrzałem jej się uważnie. Poza tym, że była innego koloru i idealnie gładka, wyglądała jak standardowa amunicja NATO.

Czekała nas bitwa bez żadnego supersprzętu, na jaki mieliśmy nadzieję, musiano nas podwozić na każdą planetę i nie powierzono nam żadnych ważnych zadań. Jakby Kristangowie tylko pobłażali naszej chęci udziału w walce. Taka była przyszłość.

Zupełnie inna, niż się spodziewałem.

*

Pierwszego popołudnia, kiedy przebywaliśmy na strzelnicy, po niebie przeleciała grupa pojazdów powietrznych, na tyle nisko i blisko nas, że dobrze im się przyjrzeliśmy. Krążyły godzinami, ćwicząc lądowania, starty i loty w szyku. Mówię powietrznych, nie kosmicznych, bo instruktorzy na strzelnicy powiedzieli nam, że przeznaczone są tylko do lotów atmosferycznych. Zdziwiło mnie, że były to pojazdy Ruharów, nie Kristangów. Gdziekolwiek mieliśmy się teraz udać, Kristangowie chcieli, aby nasi piloci byli w stanie korzystać ze sprzętu zabranego chomikom, zamiast transportować własny pośród gwiazd. Udostępniono nam dwa modele, które znaliśmy pod nazwami nadanymi im wśród ludzi: myszołów, który był transportowcem jak V-22 Osprey, i rodzaj śmigłowca szturmowego, który nazywaliśmy kurczakiem. Tak samo jak Ruharów nazywaliśmy chomikami, ich pojazdom też nadaliśmy niezbyt dumnie brzmiące imiona. Oba potrafiły startować pionowo, ale na końcach krótkich skrzydeł miały silniki odrzutowe, nie śmigła. Musieliśmy przyznać, że nieźle wyglądają. I byliśmy dumni, że wkrótce będą nimi latać ludzie. I to w walce. Mieliśmy nadzieję, że już niedługo.

*

Następnego dnia dostaliśmy kolejne lekko ulepszone zabawki, na które pozwolili nam Kristangowie. Najbardziej użyteczną z nich było osobiste radio taktyczne skaczące po częstotliwościach, nadające zaszyfrowane fragmenty i generujące szum tła tak, aby trudno było je namierzyć. Każdy dostał jedno, wielkości typowego ziemskiego smartfona, poza tym, że cienkie jak karta kredytowa, z ekranem dotykowym, którego nie dało się uszkodzić, chyba że za pomocą materiałów wybuchowych. W zestawie z radiem znalazły się słuchawki i mikrofony, które nosiliśmy pod hełmami.

Kamery w hełmach przekazywały obraz przez radio, więc dowódcy kompanii widzieli to, co żołnierze. Mog­liśmy też odpiąć radia od pasów i na ekranie oglądać widok z kamer pozostałych członków zespołu. I zamiast wyznaczonego radiooperatora w oddziale, który taszczył ze sobą ciężki sprzęt, każdy żołnierz mógł teraz komunikować się z każdym na całej planecie. Ekran dotykowy wyświetlał menu w dowolnym ziemskim języku, w którym tylko się do niego odezwałeś. Angielski, hiszpański, francuski, mandaryński, hindi i co tam jeszcze. Trzeba przyznać, że był to niezły gadżet. Ludzie specjalizujący się w obsłudze urządzeń komunikacyjnych stracili pracę, jako że nie wolno im było gmerać przy sprzęcie, którego i tak nie rozumieliśmy. Jak dla mnie, to było jak magia.

Armia chciała, żebyśmy nazywali te nowe radia taktyczne TakR. Jacyś żartownisie nazwali je „zFon”, bo Z było tak daleko za I w alfabecie, jak zFon za iPhone’em. Na pewno armia miała dla nich specjalny kod, jak radio taktyczne, wielofunkcyjne, produkcji Kristangów, zgodne ze standardem wojskowym, coś tam, coś tam. Mniejsza z tym. Najciekawszą funkcją takrów było to, że dało się ich używać jak translatorów, co było przydatne o tyle, że żaden z nas nie znał ani słowa po ruharsku. Mówiłem w łamanym hiszpańskim i w Nigerii poznałem nieco użytecznych fraz w językach hausa i yoruba, ale tak naprawdę nie mówiłem najlepiej nawet po angielsku. Moja mama wkurzała się, kiedy wysyłałem jej maile pełne błędów ortograficznych. W trybie tłumaczeniowym trzeba było włożyć słuchawkę do ucha i mówić wyraźnie do mikrofonu. Przy pierwszym użyciu trzeba było przeczytać kilka stron w ojczystym języku, żeby translator mógł poznać dobrze głos i akcent użytkownika. Udało mu się jakoś rozróżnić mój akcent z Maine od południowego Jessego. Całkiem imponujące. Odzywałeś się do mikrofonu, po czym twoje słowa tłumaczone były na dowolny wybrany język. Można było nawet wybrać dowolny słyszany w okolicy język i przetłumaczyć go na swój. Jakość dźwięku była lepsza, niż się spodziewałem, chociaż głos brzmiał dość mechanicznie. Zrobiło na mnie jednak spore wrażenie, że takr radził sobie nieźle ze slangiem, nawet wojskowym. Kiedy czegoś nie rozumiał, wydawał z siebie rodzaj brzęczenia.

Parę kilometrów od nas stacjonował francuski batalion i kilka z ich oddziałów kiedyś przyjechało w odwiedziny. Postanowiliśmy więc wypróbować translator w praktyce. Wyszło super. Oni mówili po żabojadzku, a ja słyszałem ich po angielsku. Dowiedziałem się, na przykład, że francuskie tosty nazywają się we Francji pain perdu. Co ma pewien sens, w końcu czy Francuzi nie nazywaliby ich po prostu tostami? Chociaż w takim razie czemu my mówiliśmy o amerykańskim serze, a nie po prostu serze? Ale mniejsza z tym. W każdym razie dziwnie było mówić i słyszeć, jak takr powtarza moje słowa po francusku, zwłaszcza że rzeczywiście mówił z francuskim akcentem. Dla obu stron było to przezabawne i mieliśmy sporo rozrywki z mówienia głupot i słuchania tłumaczenia. Pewnie nie o taki trening chodziło naszym oficerom, ale przyzwyczailiśmy się w ten sposób do nowego narzędzia.

Niektórzy mówili, że testowali translator na Chińczykach i Hindusach podczas wizyt w innych częściach bazy i wychodziło całkiem nieźle. Miałem wtedy nadzieję, że w polu będzie działać tak dobrze, jak podczas zabawy.

*

Kolejna nowa zabawka nas rozczarowała. Sierżant Cragen znów stał na platformie przed nami i tym razem wyjął z pudła grubą rurę.

– Przywitajcie się z rakietą FGM-148 Javelin Bravo.

Cholera. Javelin to ręczny przeciwpancerny pocisk kierowany, którego używałem w Nigerii. Miał pewne wady. Po pierwsze, „ręczny” było nieco naciągane. Ważył ponad dwadzieścia kilo. Cywile mogą uważać, że broń pozwalająca pojedynczemu żołnierzowi rozwalić czołg jest warta każdego kilograma, ale nie muszą dźwigać jej przez busz każdego dnia. A to dodatkowe dwadzieścia kilo oprócz karabinu, stu osiemdziesięciu nabojów, radia, manierki, racji żywnościowych i wszystkiego innego, co armia uważała za niezbędne. Javeliny przydzielano więc przynajmniej dwuosobowym zespołom. W czasie bitwy jeden robił za wypatrywacza, a drugi używał broni, żeby obaj mogli jak najszybciej stamtąd spieprzać. Strzelać i spierdzielać, jak mówiliśmy.

Cragen mówił dalej:

– Wszyscy znacie wady i zalety javelinów. Nasi sojusznicy pomogli nam z najważniejszą wadą: podczerwonym systemem celowania. Instrukcja mówi, że wymaga kilku sekund, zanim się rozgrzeje, ale wszyscy wiemy, że zależy to od warunków. Kristangowie dostarczyli nam sprzęt pozwalający ulepszyć układy celowania. Teraz można z nich korzystać w pół sekundy. I pozostają aktywne przez pół godziny. Po tym czasie trzeba je wyłączyć, ale dziesięć minut później znów można z nich korzystać. Pamiętajcie, że z każdym użyciem ten czas się wydłuża, wszystko jest w instrukcji. Ulepszyliśmy też system obrazowania, więc chociaż dawniej w gorący dzień broń miała problem z rozpoznaniem celu równie ciepłego co otoczenie, to nie stanowi już problemu. Poza tym gdy namierzycie jakiś cel, nadal pozostanie namierzony, nawet jeśli się poruszy.

Rozległy się powolne, ironiczne oklaski. Cragen spojrzał na nas z ukosa.

– Wiem, że spodziewaliście się laserów i granatów atomowych. Nie mamy tego, ale mamy to, co mamy. – Uniósł javelina bravo nad głowę. – I będziemy walczyć tak dobrze, jak tylko możemy.

 

Nie powiedział, że moglibyśmy walczyć lepiej z lepszą bronią. No cóż, armia zawsze mówi, że trzeba walczyć z tym, co się ma. Hooah.

*

Po nieco przygnębiającym i rozczarowującym tygodniu ćwiczeń w końcu dostaliśmy zaawansowane technologicznie zabawki. Pocisków przeciwczołgowych Javelin Bravo, podobnie jak oryginalnych javelinów, można było użyć także jako rakiet ziemia–powietrze krótkiego zasięgu przeciwko latającym nisko śmigłowcom. Kristangowie musieli uznać, że żadne z naszych rakiet MANPAD, czyli przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych, nie będą tu użyteczne. Używałem stingerów podczas ćwiczeń, nie w prawdziwej walce, i były to pociski nieźle sprawiające się przeciwko helikopterom, dronom, co wolniejszym samolotom, a nawet odrzutowcom przy odrobinie szczęścia, jeśli za szybko nie odleciały poza zasięg. Ale w przypadku naddźwiękowych lądowników potrafiących odlatywać pionowo na orbitę nie miały szans. Widziałem, że nawet nasze zdobyczne kurczaki Ruharów potrafiły lecieć prosto w górę z niesamowitą prędkością. Wszyscy zgadzali się, że potrzebujemy czegoś poważnego przeciwko celom powietrznym, bo inaczej każda walka skończy się, zanim się zacznie.

Rakiety MANPAD, które dostaliśmy od Kristangów, natychmiast nazwaliśmy zingerami. Ważyły około czternastu kilo, czyli podobnie jak stingery. Różnica polegała na tym, że system celowania zingerów był wbudowany w wyrzutnię, jednorazowego użytku. Zingery były naddźwiękowe, potrafiły wzlecieć na dwadzieścia pięć kilometrów i jeśli nie trafiły w jeden cel, mogły rozejrzeć się i obrać inny same albo sterowane przez zFona. Komunikowały się też w tym celu z innymi zingerami w okolicy. Rozkładały szeroko skrzydła tak, aby lecieć przez dwadzieścia minut nawet po wyczerpaniu paliwa. Dzięki temu mogliśmy wystrzelić je z wyprzedzeniem, po czym ulotnić się z miejsca ataku.

Zinger spotkał się z prawdziwie entuzjastycznym przyjęciem i mieliśmy okazję wypróbować go na dronach. Widok rozwalanych w powietrzu dronów był satysfakcjonujący.

Potem zrobiło się jednak trudniej. Początkowo drony były głupie, potrafiły tylko nieco manewrować, by unikać rakiet, dysponowały niewielkimi możliwościami obronnymi. Następnie ćwiczyliśmy na dronach symulujących takie pojazdy Ruharów jak kurczaki, myszołowy i lądowniki desantowe, które zwaliśmy sępami. Dysponowały laserami albo promieniami cząstek, które potrafiły zdezorientować lub po prostu usmażyć zingera, nawet robiącego manewry unikowe. Zingery musiały też radzić sobie z elektronicznymi zakłócaczami, nie tylko w podczerwieni czy mikrofalach. Jednostki powietrzne Ruharów dysponowały aktywnym maskowaniem, które sprawiało, że trudno je było zobaczyć, także w spektrum widzialnym. Nie stawały się wtedy niewidzialne, ale powietrze wokół nich falowało, rozmywając ich kształty. Wokół jednostki migały wielokolorowe światła, sprawiając, że trudno było stwierdzić, co jest czym.

Kristangowie nauczyli nas taktyki polegającej na wystrzeleniu kilku zingerów w jeden cel jednocześnie. W praktyce podnosiliśmy wyrzutnię, rozwijaliśmy ekran z jej boku, wyznaczaliśmy cel i strzelaliśmy w mniej niż minutę. Jeden dwuosobowy zespół mógł nieść i wystrzelić cztery zingery. Jedna osoba zajmowała się wystrzeliwaniem pocisków, a druga wypatrywaniem celów. Pamiętajcie, że dwa zingery ważyły prawie trzydzieści kilo i nadal trzeba było unieść też karabin, amunicję, manierkę, zFona, pancerz i wszystko inne. Oczywiście gdy ustawiasz się do drugiego strzału, wróg już cię szuka i zaczyna ostrzał, co skraca potencjalny czas życia, a więc i skuteczność bitewną.

To ostatnie nie jest jakimś żartem, który sam wymyśliłem. Napisano to w podręczniku użytkownika, który dostaliśmy od Kristangów. Naprawdę powinni popracować nad PR-em.

W każdym razie dzięki zingerom po raz pierwszy czuliśmy się choć trochę odpowiednio wyposażeni na walkę, a nie tylko jak mięso armatnie. Mieliśmy z czego strzelać. Oczywiście nie mieliśmy jak walczyć z okrętami na orbicie, ale dało nam to nadzieję. Jeśli Kristangowie ufali nam dość, by dać swoje zabawki, to mieli dla nas w planach coś użytecznego.

*

Większość szkolenia w Obozie Alfa nie polegała na korzystaniu ze zmodyfikowanej broni. Zamiast tego mieliśmy powtórkę z podstaw dla żołnierzy takich jak ja, którzy kosili siano i pomagali cywilom od czasu ataku Ruharów. Praca w Gwardii Narodowej w Maine była żmudna i nie przygotowała mnie na walkę. Ostatnio strzelałem z karabinu w Nigerii, jeśli nie liczyć polowań. Nieco wyszedłem z wprawy. Spacery z ważącymi pięćdziesiąt kilo plecakami, walka wręcz i biegi z przeszkodami szybko mnie znów wdrożyły do sprawności i byłem za to wdzięczny. Wiedziałem, że Ruharowie nie obejdą się z nami łagodnie, więc lepiej było przelać morze potu i cierpieć zakwasy, niż zawieść w akcji.

Bieganie w upale wydawało się udręką, szczególnie w dodatkowej grawitacji. Przy połączeniu tych dwóch czynników, nogi trzęsły mi się z wyczerpania po kilku kilometrach. Placek Kukurydziany padł na kolana i zrzygał się trzy razy podczas pierwszego biegu na osiem kilometrów. Po tym wszystkim sierżant Koch uznał, że będziemy wstawać dużo wcześniej, żeby biegać, zanim zrobi się tak gorąco. W Obozie Alfa temperatura gwałtownie przeskakiwała między ekstremami. Gdy gwiazda rano wstawała nad horyzontem, szybko robiło się gorąco. Po zachodzie słońca temperatura nagle spadała. Trzeciego dnia wstaliśmy nad ranem, żeby pobiegać w chłodzie przed świtem. Doba na planecie trwała nieco ponad dwadzieścia osiem godzin. Dysponowaliśmy solidnymi siedmioma godzinami snu, nawet gdy wstawaliśmy wcześniej.

Poza dziennym upałem musieliśmy martwić się tylko większą od ziemskiej grawitacją. I śmierdzącym spalenizną żwirem. I miażdżącym rozczarowaniem, że lot pośród gwiazd nie sprawił, że staliśmy się nagle superżołnierzami. Musieliśmy nimi zostać po staremu, ciężką pracą, jak oznajmił sierżant Koch. Te słowa brzmiały inspirująco aż do trzeciego kilometra, kiedy wszyscy dostaliśmy zadyszki.

Nasz oddział nie wstawał wcześnie na ćwiczenia jako jedyny. Drugiego ranka biegów znajdowaliśmy się jakieś półtora kilometra od bazy, do której wracaliśmy, gdy okrążywszy wzgórze, zobaczyliśmy szóstkę ludzi po drugiej stronie, też wracających do obozu. Przyspieszyliśmy bez słowa. I oni też. Wkrótce biegliśmy sprintem. Wysunąłem się na prowadzenie – biegałem, odkąd byłem małym dzieckiem. Mama tak mnie wychowała. Druga grupa miała dwoje szybkich biegaczy, potem jednego. Przed nami ścieżki się zbiegały. Dotarłem do skrzyżowania tuż przed nim, ale zrównał się ze mną i biegliśmy tak szybko, jak mogliśmy, podczas gdy reszta nam kibicowała.

Tylko że to nie był on, lecz ona. Wiedziałem, że powinienem zgadnąć po kucyku podskakującym na karku. Cholera, nawet ją nieco znałem, była w batalionie wsparcia naszej brygady i miała na imię Shauna czy jakoś tak, ale ostatnio widziałem ją miesiąc przed wyjazdem z Nigerii do domu. Nie wiedziałem, że jest taka szybka. Wysunęła się na prowadzenie, najpierw o ledwie trzydzieści centymetrów, potem o pół metra i nie mogłem jej przegonić, nieważne, jak bardzo się starałem. Ona też wkładała w to resztki sił, biegła nierówno i tak samo nierówno oddychała. Gdy przebiegliśmy obok dwóch głazów stanowiących nieoficjalną krawędź bazy, padłem na kolana. Żeby wstać znowu, musiałem podeprzeć się rękami. Stanęła obok mnie z dłońmi na kolanach, dysząc.

– Cholera.

– Ja pierdolę. Chciałaś mnie zabić?

– Hej, to ty cisnąłeś.

Wyciągnąłem rękę.

– Joe Bishop.