Dzień Kolumba

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dzień Kolumba
Dzień Kolumba
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,85  55,88 
Dzień Kolumba
Dzień Kolumba
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
34,95  25,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Gwiezdny lotniskowiec Thuranów przywiózł ją w kawałkach i na miejscu ją tylko złożyli – poinformował nas porucznik stojący przed nami.

– Sir? – spytałem. – Kim są ci Thuranie?

– Thuranie to patroni Kristangów. – Widząc w oczach moich, Placka Kukurydzianego i wszystkich innych zupełne niezrozumienie, wystąpił z kolejki, żeby z nami pogadać. Po naszywce widać było, że jest z 3 Dywizji Piechoty. – Niczego wam nie powiedzieli?

– Sir, jestem z północnego Maine, Internet dotarł tam dopiero tydzień przed atakiem Ruharów. – Sądząc z jego miny, wyraźnie nie doceniał mojego poczucia humoru. – Nigdy nie słyszałem o Thuranach, sir.

Pokręcił palcem w powietrzu.

– Ta stacja, winda, to wszystko technologia Thuranów. Kristangowie nie mają na swoich okrętach nawet sztucznej grawitacji.

– Sir? – Twarz Jessego zaczęła robić się zielona, gdy to usłyszał. Wszyscy wokół wyraźnie czuli się niepewnie na myśl o nieważkości. – Nie byliśmy szkoleni do działania bez grawitacji.

– Dlatego stoicie w kolejce, żeby dostać leki zapobiegające chorobie kosmicznej. Nie chcemy, żebyście wyrzygiwali wnętrzności na transportowcu Kristangów.

– Nie lecimy na okręcie Thuranów? – spytałem. Mdliło mnie na samą myśl i żałowałem tego drugiego cheeseburgera. Kolejka przesunęła się do przodu i szuraliśmy stopami po pokładzie.

– Lotniskowce Thuranów rzadko zapuszczają się do studni grawitacyjnych. Zwykle trzymają się za Obłokami Oorta układów gwiezdnych. – Widząc znów niezrozumienie w oczach kolegów, poczułem zadowolenie z siebie, bo wiedziałem, co to Obłok Oorta. Porucznik uściś­lił: – Czyli w naszym systemie daleko za orbitą Plutona, gdzie czasoprzestrzeń jest płaska i łatwiej im formować pola skoku. Okręty Kristangów potrafią skakać tylko na niewielkie odległości, sześć do ośmiu godzin świetlnych, czyli jak stąd do Neptuna. Robią kilka małych skoków do miejsca, gdzie parkuje lotniskowiec Thuranów. Lotniskowiec jest duży, z długą osią i stanowiskami, do których przyczepiają się mniejsze jednostki. Lotniskowiec dysponuje zaawansowanym napędem skokowym, dużo lepszym niż to, co mają Kristangowie, więc Thuranie przenoszą okręty Kristangów między układami gwiezdnymi. Wywiad uważa, że okręty Kristangów tak naprawdę nie potrafią podróżować między gwiazdami. Z ich krótkimi skokami i koniecznością ładowania silników między nimi, zwykle poruszają się z prędkością mniejszą niż światło. Dotarcie do najbliższej gwiazdy zajęłoby im ponad cztery lata. Wygląda na to, że Thuranie potrafią poruszać się z prędkością trzysta razy przewyższającą prędkość światła, w skokach na odległość około roku świetlnego.

Nie podobały mi się obliczenia, które krążyły mi gorączkowo po głowie. Trzystukrotność prędkości światła brzmiała oszałamiająco, ale oznaczało to, że jeśli lecieliśmy na planetę znajdującą się, na przykład, ledwie sto lat świetlnych stąd, i tak spędzimy cztery miesiące w podróży! Cztery miesiące. Na obcym okręcie, w nieważkości. A sto lat świetlnych brzmi może imponująco, tylko że Galaktyka jest wielka. Jakoś udało mi się zapamiętać ze szkoły, że Ziemia znajduje się dwadzieścia siedem tysięcy lat świetlnych od jej centrum, a całość dysku ma jakieś sto tysięcy lat świetlnych średnicy. Nie myślałem o tym wszystkim, kiedy wcześniej tak mi się spieszyło, by odlecieć z Ziemi i walczyć z Ruharami.

– Sir – spytałem powoli – gdzie my lecimy?

– To nie tajemnica. Lecimy na planetę, na której Kristangowie urządzili nam bazę szkoleniową. Nazywamy ją Obozem Alfa.

– Jak daleko stąd? – spytał Placek Kukurydziany i znacząco spojrzał mi w oczy. Też musiał coś sobie policzyć.

– Kristangowie nam nie mówią, ale ludzie, którzy tam byli, zrobili zdjęcia nocnego nieba. Na podstawie pozycji gwiazd nasi astronomowie ustalili, że mieści się tysiąc dwieście dwadzieścia trzy lata świetlne od Ziemi.

Wtedy właśnie otworzyły się drzwi i wezwano porucznika.

O Boże. Tysiąc dwieście lat świetlnych na pokładzie okrętu podróżującego z prędkością trzysta razy większą niż światło. Oznaczało to cztery lata na pokładzie okrętu Kristangów, przyczepionego do lotniskowca gwiezdnego Thuranów! Słyszałem, jakie problemy mieli astronauci przebywający w nieważkości na międzynarodowej stacji kosmicznej. Pogorszył im się wzrok, kości stały się kruche, po kilku miesiącach mieli atrofię mięśni. Na co się komu zdadzą ludzcy żołnierze po czterech latach w nieważkości? Byłem w szoku. W tamtej chwili nie przyszło mi nawet do głowy, że porucznik powiedział, że ludzie odwiedzili już Obóz Alfa i wrócili.

– Cztery lata, cholera! Dobrze liczę, tysiąc dwieście lat świetlnych stąd, trzysta rocznie? – głos Jessego wyrażał szok, który poczuliśmy wszyscy. – Może nas zamrożą, uśpią na całą drogę? Tak było w „Avatarze”, oglądałeś?

Rozległ się głośny szmer rozmów żołnierzy, oszołomionych tym, co powiedział porucznik. Wtedy nadszedł mój czas na spotkanie z lekarką, ubraną w cywilny strój i biały fartuch. Wyglądała na znudzoną.

– Muszę zdjąć koszulę, ma’am?

Miałem nadzieję, że chociaż spodni nie będę musiał ściągać. Czułem się dostatecznie zawstydzony, stojąc w samych bokserkach przed lekarzem mężczyzną, a z kobietą byłoby jeszcze gorzej. Znaczy się nie chciałem, żeby mój mały przyjaciel ucieszył się na jej widok, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Ale może jeszcze gorzej by było, gdyby nie stanął na baczność. Lekarka była ładna, a ja byłem zdrowym mężczyzną, więc czułem, że z szacunku do niej powinienem chociaż w połowie…

– Nie, proszę niczego nie zdejmować. Unieść brodę.

Przyłożyła do mojego lewego ucha coś, co wyglądało jak plastikowy pistolet, i nacisnęła spust. Ledwie cokolwiek poczułem. To samo przy prawym. Odłożyła pistolet na bok, przyjrzała się monitorowi komputera, wcisnęła coś na nim parę razy i powiedziała:

– Wygląda dobrze. Dostał pan zastrzyk z nanomaszyn Kristangów, które wkrótce przejdą do pańskiego ucha wewnętrznego i będą zapobiegać chorobie kosmicznej. Po jakimś czasie się rozłożą bez efektów ubocznych. Jeśli straci pan poczucie równowagi, proszę skontaktować się z personelem medycznym na pokładzie okrętu.

– Czy wie pani, jak długo będziemy…

– Odprawa odbędzie się na pokładzie okrętu.

Otworzyły się drzwi naprzeciwko tych, przez które wszedłem, i odebrałem to jako sygnał do wyjścia. Grawitacja działała jak należy, ale na myśl o tym, że wstrzyknięto mi miniaturowe maszyny, kręciło mi się w głowie. Mikroskopijne obce roboty krążyły w mojej krwi. Upiorne.

*

Gdy cała nasza grupa przeszła już procedurę medyczną, wartownicy skierowali nas do transportowca. Na stacji nie mieliśmy czasu na zwiedzanie, zresztą nie było co zwiedzać. Ściany korytarzy miały kolor błękitu, z napisami w kilku ludzkich językach. Okręt Kristangów był dużo ciekawszy, z mnóstwem paneli dostępowych, rozwidlających się korytarzy, rur i przewodów wzdłuż sufitów. W ścianach i podłogach znajdowały się uchwyty, zapewne na czas, kiedy okręt znajdzie się w stanie nieważkości. Nie widzieliśmy żadnego Kristanga. Naszą grupę przejął jakiś marine i skierował mężczyzn do jednego przedziału, a kobiety do drugiego. W tym, do którego trafiłem, znajdowały się rzędy trzypiętrowych łóżek. Każde z nich przymocowano do ramienia, które mogło nimi manewrować, kiedy okręt będzie przyśpieszał. Marine powiedział, że znajdujemy się w wielofunkcyjnej kapsule Kristangów, obecnie skonfigurowanej do transportu wojska.

Mieliśmy szczęście, jak nam powiedział, że łóżka zbudowano dla Kristangów, którzy byli przeciętnie nieco więksi niż ludzie. Wzruszyłem ramionami, znalazłem pustą koję i rzuciłem na nią worek, a następnie przymocowałem go paskiem, który zapewne do tego właśnie służył. Łóżko nie było złe. Ponad dwa metry długości, metr dwadzieścia pod łóżkiem wyżej. Luksus. Ktoś już zaczął grać w karty i Jesse podszedł do graczy, podczas gdy ja położyłem się na koi i zacząłem czytać książkę na tablecie. Nieco niepokoiłem się już o tablet, bo zostało ćwierć ładunku baterii, a nie widziałem nigdzie gniazdka. Wyglądało na to, że głupio zrobiłem, biorąc go ze sobą w kosmos.

W drzwiach stanął jakiś sierżant, który odchrząknął, żeby przyciągnąć naszą uwagę. Rozbawiło mnie, że ma na sobie taką samą przestarzałą górę od munduru jak ja.

– Jestem sierżant sztabowy Raynor. Dowodzę tym przedziałem i dwoma po obu waszych stronach. Za dwie godziny okręt wyjdzie z doku i zacznie opuszczać orbitę Ziemi. Dziesięć minut przed odlotem macie być przypięci do łóżek. Jeśli nie wiecie jak, starszy kapral Edwards wam pokaże. Po opuszczeniu stacji ustanie działanie sztucznej grawitacji, więc dopilnujcie, żeby nic nie zostawiać luzem, bo odleci. Okręt przyspieszy na jakąś godzinę. Przyspieszenie wynosić będzie około trzydziestu procent normalnego ciążenia, nie jak w rakietach NASA. Następnie wykonamy skok przez nadprzestrzeń. Będziecie mogli opuścić koje, gdy Kristangowie dadzą sygnał, w ciągu jakichś dziewięćdziesięciu minut. Następnie będziecie ­mogli swobodnie się poruszać, ale pamiętajcie, że będziemy w nieważkości. Nie chcę tu żadnych wygłupów! Gdy okręt znajdzie się w odpowiedniej odległości od Ziemi, wykonamy serię skoków nadprzestrzennych i będziecie musieli znowu być przypięci. Nasz ostateczny cel to planeta, na której Kristangowie zbudowali bazę szkoleniową. Jeśli macie pytania, dostaniecie szansę na ich zadanie później.

Jeśli miałem być przykuty do łóżka przez ponad godzinę, postanowiłem najpierw skoczyć do łazienki. Wyszedłem i spytałem wartownika, gdzie ją znajdę. Wskazał z krzywym uśmiechem na dalszą część korytarza.

Toalety wyglądały interesująco. Nie było pisuarów. Dało się normalnie usiąść, ale zaprojektowano je do nieważkości, były tam pasy do przypięcia się, a muszla szczelnie obejmowała tyłek. Była też elastyczna rura z wymiennymi końcówkami. W kabinie wisiały tabliczki z instrukcjami w kilku ziemskich językach i nie było to tak skomplikowane, jak brzmi. Wszystkim zajął się komputer pokładowy. Punkt dla technologii. Kristangowie najwyraźniej używali koedukacyjnych toalet, więc wchodziliśmy na zmianę – pięć kobiet, pięciu mężczyzn. Cholera, kobiety siedzą tam w nieskończoność. Ale było ich mniej niż mężczyzn, więc nie stanowiło to aż tak wielkiego problemu. W drodze powrotnej spotkałem kapitana stojącego na korytarzu i czytającego coś na tablecie. Zasalutowałem mu i zatrzymałem się, żeby z nim porozmawiać.

 

– Przepraszam, sir, jak się tu ładuje tablet?

– W każdym przedziale znajdują się płytki magnetyczne. Wystarczy położyć na nich tablet i się naładuje. Automatycznie wykrywają, ile energii potrzebuje dane urządzenie, więc go nie przepalą. Urządzenia Thuranów są sprytne.

– Kim są Thuranie, sir?

Kapitan pokręcił głową.

– Thuranie to bardzo zaawansowana rasa, dowodzą koalicją, do której należą Kristangowie. Słyszałem, że wyglądają trochę jak kosmici ze starych filmów: niscy i chudzi, z wielkimi łysymi głowami.

Teraz byłem zdezorientowany.

– Kristangowie tu nie rządzą?

– Jeśli chodzi o nas, ludzi, to tak. Wszystko związane z Ziemią podlega pod Kristangów. Thuranie to patroni Kristangów, jeśli można to tak nazwać. W każdym razie trzeba tylko wiedzieć, że podróż między gwiazdami na okręcie Kristangów to powolny proces, więc przyczepiają się do większych jednostek Thuranów na dłuższe skoki. I zanim ktokolwiek spyta, to nie, nie widziałem nigdy Thuranina, zostajemy na pokładzie okrętów Kristangów.

– To brzmi skomplikowanie, sir.

Skinął głową ze współczuciem.

– Pomyślcie o tym w ten sposób: Thuranie to gracze z pierwszej ligi, a Kristangowie to mocny lokalny klub sportowy. A my jesteśmy półprofesjonalną drużyną, która chce awansować do rozgrywek ligowych. Ale najpierw musimy dowieść swojej wartości. Wracaj do przedziału, żołnierzu. Niedługo ruszamy z orbity. Odprawa będzie później.

*

Po godzinie łagodnego przyspieszenia i dziesięciu minutach tego, co, jak zgadywałem, było przygotowaniem, nasz transportowiec w końcu skoczył. Nic nie widziałem, przypięty do łóżka. Czułem się, jakby przez ułamek sekundy cała moja skóra była naelektryzowana, po czym wróciliśmy do stanu nieważkości. Pilnowałem zegarka i czas między pierwszym a drugim skokiem wyniósł osiem godzin i dwadzieścia jeden minut. Później dowiedziałem się, że okręty Kristangów zasilane są przez reaktory fuzyjne, a silniki skokowe potrzebują około ośmiu godzin, by zgromadzić dość mocy. To opóźnienie między skokami potrafi być sporym problemem dla atakującej floty: nacierające okręty, które właśnie skoczyły na pole bitwy, zwykle nie mogą od razu uciekać w razie kłopotów, podczas gdy broniąca się jednostka z naładowanymi silnikami może natychmiast przenieść się w inne miejsce w razie poważnego zagrożenia. Jednak w prawdziwej bitwie przerwa między skokami nie jest aż tak istotną kwestią. Okręty zawsze zachowują rezerwę energii, wystarczającą na krótkie skoki awaryjne. Nie da się skakać w nadprzestrzeni w pobliżu dużych pól grawitacyjnych, takich jak planety. Pole skoku może się zniekształcić i rozerwać okręt na strzępy. Atakujące siły muszą więc wyjść z nadprzestrzeni z dala od planety i podróżować przez normalną przestrzeń, by dolecieć na orbitę. Gdy dolecą dość blisko planety, by użyć broni, znajdą się na tyle głęboko w polu grawitacyjnym, że nawet okręty z w pełni naładowanymi silnikami nie mogą bezpiecznie skakać. Broniące się jednostki, które nie wiedzą, gdzie napastnik może wyjść z nadprzestrzeni, zwykle trzymają się blisko planet, a następnie obierają kurs przechwytujący. Jeśli to brzmi jak gra z masą zasad do zapamiętania, to tak właśnie jest. Na szczęście dla nas, ludzi, nie musimy o tym myśleć. Nie mamy okrętów, a Kristangowie żadnych nam nie dają. Jesteśmy piechotą, walczymy na ziemi. Kristangowie nas transportują, a my zajmujemy się walką. Tak przynajmniej wszyscy wtedy myśleliśmy.

Między skokami okręt był pod przyspieszeniem przez jakieś dwie godziny i mieliśmy nieco czasu na ruch. Wszyscy eksperymentowali z poruszaniem się w nieważkości. Po paru minutach stwierdziłem, że powinni dać nam hełmy. Sierżant Raynor przyszedł nakrzyczeć na nas za głupotę, ale cóż, doświadczenie to najlepsza nauka.

Jedną z popisujących się osób był Jeff Murdock. Przybył do naszego plutonu w Nigerii, w połowie mojej tamtejszej misji. Nie znałem go zbyt dobrze, ale czuł się w nieważkości jak ryba w wodzie. Robił fikołki, od których byłoby mi niedobrze, odpychał się od ścian i leciał gdzie chciał, pływając w powietrzu. Zwisał z łóżka głową w dół, trzymając się w miejscu nogami.

– Ale ekstra! Nie mogę się doczekać biotechnologii Kristangów. Będę superżołnierzem!

Pozostali nie byli tak pełni entuzjazmu, patrząc, jak facet lata wokół niczym wielka wiewiórka.

– Murdock, nie potrzebujesz zaawansowanej technologii kosmitów, żeby być żołnierzem. Potrzebujesz cholernego cudu – śmiał się Garcia.

– Ta, stary, potrzeba ci mózgu, lepiej pogadaj o tym z Czarnoksiężnikiem z Krainy Oz – dodał Thomson.

– Hej, pierdolcie się! – odwarknął Murdock. Przeleciał przez pomieszczenie i z gracją wylądował na przeciwleg­łej ścianie. – Zobaczycie jeszcze.

*

Zaprowadzono nas do tamtejszego odpowiednika mesy czy jak ją tam zwać na okręcie kosmitów. Doświadczenia z nieważkością w naszym przedziale pomogły, kiedy musieliśmy przelecieć przez korytarze okrętu. Mesa mieściła około setki ludzi, miała stoły i krzesła przytwierdzone na stałe do podłogi, zaopatrzone w pasy bezpieczeństwa. Na obiad były gotowe racje żywnościowe: ludzie nie ­mogli jeść pokarmu Kristangów, a Kristangowie nie chcieli, żebyśmy plątali się w nieważkości po ich kuchni. Gotowe zestawy przypominały mi o biwakach w dzieciństwie i nie były takie złe, ale dość się już ich najadłem w Nigerii, więc spożywałem posiłek z ponurą miną, wymieniając się zawartością z pozostałymi.

Placek Kukurydziany był wyjątkowo głodny. Szybko pożarł swoją rację i wyżebrał ode mnie paczkę krakersów. W połowie przerwy na posiłek do pomieszczenia wleciał major, zręcznie dotarł do przeciwległej ściany i przypiął do niej stopy. W jego wykonaniu wyglądało to wszystko na bardzo łatwe.

– Wszystkim smakuje obiad astronautów? – Rozległy się śmiechy. – Rozumiem, że krążą różne głupie plotki, więc zaczniemy od początku. Po pierwsze, nie będziemy lecieć w nieważkości przez całą drogę. Okręt Kristangów zadokuje przy lotniskowcu gwiezdnym Thuranów na resztę drogi. Platformy lotniskowca mają sztuczną grawitację, więc po zadokowaniu będziemy dysponować ciążeniem wynoszącym osiemdziesiąt pięć procent, standardowym dla Thuranów. Po drugie, ta podróż nie zajmie czterech lat i nie będziecie zamrożeni. Więc będziecie musieli słuchać chrapania kolegów. – Znów wywołało to śmiech. – Lotniskowiec Thuranów skoczy do sztucznego tunelu czasoprzestrzennego i przeleci na drugą stronę, mieszczącą się setki lat świetlnych stąd. Lotniskowiec podróżuje między tunelami i większość drogi pokonuje przez nie. Ziemię i cel dzieli siedemnaście dni. Naszym pierwszym celem jest planeta, którą nazywamy Obozem Alfa. To baza szkoleniowa, w której otrzymacie nową broń i inny sprzęt, tam też poznacie zasady walki. Kristangom zależy, żebyśmy ściśle trzymali się reguł, więc lepiej uważajcie. Nie będziemy sprawiać kłopotów naszym nowym sojusznikom. Co do Obozu Alfa, byłem tam już i powiem, że to doskonałe miejsce, by skupić się na misji szkoleniowej.

Zgromadzony tłum jęknął znacząco. Wszyscy rozumieliśmy, że w żargonie armii oznacza to straszną dziurę, gdzie nie ma do roboty nic innego. Spojrzałem na Jessego i obaj wzruszyliśmy ramionami. Bywało gorzej, a nie lecieliśmy przecież w kosmos na rejs turystyczny. Major nie poprosił o pytania i opuścił mesę, gdy tylko skończył mówić. Czułem się dużo lepiej, wiedząc, że nie utknąłem na całe lata w nieważkości.

*

Po czwartym skoku kazano nam pozostać na kojach, jako że transportowiec miał zacząć manewr dokowania do okrętu Thuranów. Usłyszeliśmy metaliczny brzęk i poczuliśmy wibracje. Powoli wracała grawitacja, ku zadowoleniu wszystkich. Zwłaszcza że ogłoszono, iż na kolację dostaniemy ciepły posiłek, jako że kuchnia miała już ciążenie. Był to gulasz wołowy, w którym więcej było ziemniaków i warzyw niż wołowiny, ale oznaczało to, że nie będziemy musieli żywić się tylko żelaznymi racjami przez kolejne trzy tygodnie. A krakersy były ciepłe i świeże. Dobre jedzenie jest kluczowe dla morale.

Lotniskowiec Thuranów, czy też statek matka, jak go tam zwać, odbył następnie serię skoków, których rachubę w końcu zgubiłem, bo część z nich miała miejsce, gdy spałem. Niektórzy z pozostałych próbowali po amatorsku zliczać manewry okrętu: skoki, czas między skokami, długość i poziom przyspieszenia. Osobiście zgubiłem się po drugim kroku i uznałem, że mamy od tego odpowiednich ludzi. Głośniki obudziły nas pewnej nocy około trzeciej, zapowiadając, że zbliżamy się do tunelu czasoprzestrzennego. Żałowałem, że nie ostrzegli nas wcześniej, bo pęcherz wysyłał mi już wiadome sygnały. Myśl o tym, że wlecimy do tunelu w czasoprzestrzeni, zostaniemy rozłożeni na atomy i złożeni ponownie, czy co tam miało się dziać, nieco mnie przerażała. Leżałem sztywno na łóżku, czekając na nieznane, gdy usłyszałem komunikat:

– Przejście przez tunel zakończone. Normalne manewry kosmiczne wznowione.

Cholera. Nie dość, że niepotrzebnie się martwiłem, to nawet nie zauważyłem, kiedy to się stało. Potem były kolejne skoki, więcej czekania na skoki i mnóstwo nudy. Ćwiczyliśmy na zmiany z użyciem sprzętu przywiezionego z Ziemi. Lubiłem biegać, ale nie na ruchomych bieżniach, bo to straszna nuda. Nawet współzawodnictwo z facetem na bieżni obok nie pomagało po pierwszych paru dniach. Graliśmy w gry na tabletach, ćwiczyliśmy, czytaliśmy książki i oglądaliśmy filmy. Zapewne podobnie czuli się żołnierze w czasie drugiej wojny światowej, płynący przez Atlantyk czy Pacyfik w powolnych okrętach transportowych. Tylko że oni mogli wyjść na pokład, zaczerpnąć świeżego powietrza i zobaczyć słońce czy horyzont.

Mieliśmy niezłe żarcie i dość przestrzeni na okręcie, ale nie mieliśmy żadnych widoków za oknem. Ani nawet okien. Nie mieliśmy też kontaktu z Ziemią. W Nigerii mogłem korzystać z Internetu, wysyłać e-maile i prowadzić rozmowy wideo z rodziną czy kumplami, przynajmniej czasami. Tutaj nie mieliśmy żadnego kontaktu z domem. Jak się okazało, nawet technologicznie zaawansowani Thuranie nie dysponowali komunikacją nadświetlną, poza wyposażonymi w napędy skokowe dronami przenoszącymi informacje. Były trochę jak kosmiczne gołębie pocztowe.

Po jakimś czasie czułem się jak turysta trzeciej klasy na kiepskim rejsie turystycznym, a nie żołnierz. Po paru kolejnych skokach, których już nawet nie liczyłem, dostaliśmy się na obrzeża jakiegoś układu gwiezdnego. Okręt Kristangów znów znalazł się w stanie nieważkości, odłączył się od lotniskowca i cztery razy skoczył. W końcu wlecieliśmy na orbitę wokół celu podróży. Podsumowując, moja pierwsza wyprawa międzygwiezdna oznaczała głównie przesiadywanie w przedziale bez okien. Nie polecam nikomu takich wakacji.

Z orbity byliśmy już w stanie zobaczyć planetę, nie wyglądała zbyt zachęcająco. Ziemia z orbity jest niebieska, zielona, brązowa tam, gdzie są pustynie i stepy, i biała na biegunach. Ten glob był cały brązowo-czerwony. Nawet miejsca z wodą nie miały koloru ładnego błękitu. Jedyny biegun, który widziałem, miał ledwie brudnobiaławą warstwę wyglądającą jak resztki śniegu przy drodze w kwietniu.

Kolejne grupy udawały się do mesy na odprawę. Porucznik Gonzalez stanął na krześle i poczekał, aż wszyscy usiądą.

– Witajcie w Obozie Alfa. Kristangowie nie chcieli podać nam swojej nazwy dla tej planety, więc tak ją określamy.

Ktoś z przodu zapytał:

– Ale wiemy, gdzie jesteśmy, panie poruczniku? Znaczy się ktoś to ustalił?

– Tak – uśmiechnął się Gonzalez. – Nasi ludzie wysłani tu jako pierwsi zrobili zdjęcia nocnego nieba i astronomowie na Ziemi wyliczyli, skąd musiano je zrobić. Kristangowie chyba celowo bawili się z nami, trzymając w tajemnicy coś, co wiedzieli, że w końcu ustalimy. Nadal znajdujemy się w Ramieniu Oriona, około tysiąca dwustu dwudziestu trzech lat świetlnych od Ziemi. Na tyle daleko, że nie widać stąd bez teleskopu naszego Słońca. Zresztą ponoć jest niezbyt wyróżniającą się gwiazdą.

Milczał przez chwilę, zanim podjął:

– Czy wszyscy wyjrzeli przez okno i zobaczyli, gdzie odbędziemy szkolenie? Obóz Alfa to nie miejsce, do którego wyjechalibyście na wakacje. To miejsce, gdzie szkoli się żołnierzy i robi się z nich armię, której będą się bali Ruharowie. Kristangowie wyznaczyli tę planetę na bazę szkoleniową dla ludzi z trzech powodów. Po pierwsze, nikt inny jej nie chciał. Jest sucha, słyszałem, że w dzień temperatura sięga czterdziestu pięciu stopni, a w nocy spada do minus trzydziestu. A to i tak w tej przyjaznej części, gdzie mieści się baza. Światło słoneczne jest blado­błękitne i bez odpowiedniej ochrony spali wam skórę. Po drugie, przez to, że to tak paskudne miejsce, jest idealne na szkolenie. Nie każda planeta będzie jak Ziemia, tu trzeba nauczyć się używać sprzętu dostarczanego przez Kristangów i przetrwać w trudnych warunkach. Jeśli nie potraficie być gotowi do walki tutaj, to was nie potrzebujemy. Po trzecie, Kristangowie wybrali to miejsce, bo uważają, że nie wiedzą o nim Ruharowie. Jeszcze.

 

– Sir – odezwał się ktoś – czemu ta planeta jest cała brązowa i wygląda jak spalona?

– Tutejsze słońce to gwiazda zmienna. Co jakiś czas ma czkawkę i zwiększa intensywność. Wtedy przypala cały układ, po czym się uspokaja.

Czkawka? Niezły eufemizm. Niepewnie spoglądaliśmy po sobie, rozległy się szepty.

– Nie musicie się tym martwić. Kristangowie znają cykl gwiazdy i zapewniają, że nie rozpali się przez kolejne dziesięć do pięćdziesięciu tysięcy lat – dodał pospiesznie Gonzalez. To brzmiało, jakby Kristangowie nie mieli pojęcia, kiedy gwiazda wybuchnie. – W broszurach macie wszelkie potrzebne informacje o planecie, więc wspomnę tylko o najważniejszych kwestiach. Istnieje tam życie. Największe zwierzę to owad o długości około ośmiu centymetrów. Ma ostre szczypce i jest jadowity, ale jad nie jest dla ludzi śmiertelny i powoduje najwyżej lekką wysypkę. Większość w ogóle nie wykazuje reakcji alergicznej. Niebezpieczny jest tam tylko klimat, który jest na zmianę bardzo gorący i bardzo zimny, oraz nasza własna głupota. Zachowujcie zdrowy rozsądek i pamiętajcie, że przylecieliście na szkolenie. Przeczytajcie zasady, napisano je tak, żebyście pozostali żywi i gotowi do walki. Rozdzielimy was na jednostki, gdy wylądujemy. Na razie trzymajcie się instrukcji.