DrogaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Droga
Droga
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,80  43,84 
Droga
Droga
Droga
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
29,90  22,43 
Szczegóły
Droga
Droga
Droga
E-book
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Droga

Tytuł oryginału: THE ROAD

Opieka redakcyjna: BARBARA GÓRSKA

Redakcja: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, KRZYSZTOF LISOWSKI, LIDIA TIMOFIEJCZYK, MARIA WOLAŃCZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Copyright © 2006 by M-71, Ltd. All rights reserved

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2008

© Copyright for the Polish translation by Robert Sudół

Wydanie trzecie

ISBN 978-83-08-04686-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Książkę tę dedykuję

Johnowi Francisowi McCarthy’emu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Obudził się zimną nocą w lesie, wyciągnął rękę i dotknął śpiącego obok dziecka. Noce ciemniejsze od ciemności, każdy nowy dzień bardziej szary od poprzedniego. Jakby to był atak jakiejś lodowatej jaskry, zacierającej obraz świata. Jego dłoń wznosiła się i opadała łagodnie wraz z każdym bezcennym oddechem. Odgarnął foliową plandekę, podźwignął się w cuchnącym ubraniu i kocach, po czym spojrzał na wschód w poszukiwaniu jakiegokolwiek światła, ale żadnego nie było. We śnie, z którego właśnie się ocknął, dziecko zaprowadziło go za rękę do pieczary. Światło lampy zatańczyło na mokrej polewie naciekowej. Byli niczym pielgrzymi z podań, połknięci przez jakąś granitową bestię, zagubieni w jej wnętrznościach. W głębokich żłobinach kapała i szemrała woda, bez ustanku wybijając w ciszy minuty i godziny ziemskiego czasu, dni i lata. Wreszcie stanęli w wielkiej kamiennej sali, gdzie leżało pradawne czarne jezioro. A na przeciwległym brzegu czekał stwór, który podniósł znad marmitu paszczę ociekającą wodą i łypnął ku światłu martwymi mlecznymi ślepiami, podobnymi do jaj pająków. Zakołysał łbem nad taflą, jak gdyby chciał wchłonąć woń tego, czego nie mógł zobaczyć. Przycupnął tam, blady, nagi, półprzezroczysty, rzucający na skały cień swych alabastrowych kości. Flaków i bijącego serca. Mózgu, który pulsował w matowym szklanym kloszu. Zabujał łbem na boki, stęknął grubym głosem, a potem odwrócił się i pomknął bezszelestnie susami w mrok.

O pierwszym brzasku wstał i zostawiwszy śpiącego chłopca, wyszedł na drogę, gdzie przysiadł i zaczął obserwować teren na południu. Jałowa, cicha, zapomniana przez Boga kraina. Sądził, że jest październik, ale pewności nie miał. Od lat nie prowadził kalendarza. Zmierzali na południe. Tutaj nie przetrwaliby kolejnej zimy.

Gdy rozwidniło się na tyle, że mógł użyć lornetki, zlustrował dolinę leżącą poniżej. Świat zacierał się w półmroku. Nad asfaltem przetaczały się rozrzedzone kłęby miałkiego popiołu. Obserwował uważnie wszystko, co było widoczne. Odcinki szosy w oddali, pośród uschniętych drzew. Wypatrywał jakichkolwiek kolorów. Ruchu. Smug dymu. Opuścił lornetkę, ściągnął z twarzy bawełnianą maskę i wierzchem dłoni wytarł nos, a potem znów zaczął obserwować okolicę. Później po prostu siedział, trzymając w ręku lornetkę, patrząc, jak popielaty dzień gęstnieje nad ziemią. Wiedział tylko, że dziecko to jego racja bytu. Powiedział: Jeśli nie jest słowem Bożym, to Bóg nigdy nie przemówił.

Gdy wrócił, chłopiec wciąż spał. Zdjął z niego niebieską plandekę, złożył ją, wyniósł na dwór i spakował do wózka sklepowego, następnie wziął talerze, parę ciasteczek z mąki kukurydzianej i syrop w plastikowej butelce. Rozpostarł na ziemi małą folię, która służyła im za stół, rozstawił wszystko, a potem wyjął rewolwer zza paska i położył go na folii, w końcu usiadł i patrzył na śpiące dziecko. Ściągnęło w nocy maskę, która zagrzebała się w koce. Przyglądał się chłopcu, zerkając raz po raz na drogę między drzewami. To nie była bezpieczna kryjówka. Teraz, za dnia, mogli zostać wypatrzeni z szosy. Chłopiec obrócił się w kocach. A potem otworzył oczy. Cześć, tatusiu, powiedział.

Jestem przy tobie.

Wiem.

Godzinę później byli już w drodze. Mężczyzna pchał wózek; obaj nieśli plecaki. W plecakach znajdowało się najważniejsze wyposażenie. Na wypadek gdyby musieli porzucić wózek i ratować się ucieczką. Do rączki wózka przymocowane było chromowane lusterko od motocykla, za pomocą którego mężczyzna obserwował drogę z tyłu. Nasunął plecak wyżej na ramiona i rozejrzał się po jałowej okolicy. Droga była pusta. Niżej, w płytkiej dolinie, nieruchoma serpentyna szarej rzeki. Zastygła i wyrazista. Wzdłuż brzegu brzemię martwych trzcin i krzewów. Dobrze się czujesz?, spytał. Chłopiec skinął głową. Ruszyli dalej asfaltową szosą w szarym świetle, szurając nogami w popiele, jeden całym światem drugiego.

Starym betonowym mostem przekroczyli rzekę, a po kilku kilometrach dotarli do przydrożnej stacji benzynowej. Stanęli pośrodku szosy i się rozglądali. Chyba powinniśmy tam wejść, powiedział mężczyzna. Zajrzeć. Chwasty, przez które się przedarli, padły dokoła w kurz. Pokonali spękaną asfaltową zatoczkę i znaleźli zbiornik zaopatrujący dystrybutory. Pokrywa znikła, więc mężczyzna osunął się na kolana i powąchał rurę, ale słaba, zatęchła woń benzyny była tylko echem przeszłości. Wstał i spojrzał na budynek. Dystrybutory – o dziwo z wężami na swoim miejscu. Okna nietknięte. Drzwi do warsztatu były otwarte, więc wszedł. Przy jednej ścianie metalowa szafa z narzędziami. Przeszukał szuflady, lecz nie znalazł niczego, co mogłoby się przydać. Dobre półcalowe nasadki przelotowe. Grzechotka. Rozejrzał się po warsztacie. Metalowa beczka pełna śmieci. Wszedł do biura. Dokoła kurz i popiół. Chłopiec stał w drzwiach. Metalowe biurko, kasa. Jakieś stare podręczniki samochodowe, napuchłe i zawilgocone. Poplamione linoleum, pofałdowane pod nieszczelnym dachem. Mężczyzna zbliżył się do biurka i przystanął. Następnie wziął do ręki słuchawkę i wykręcił numer do ojcowskiego domu sprzed wielu lat. Chłopiec patrzył. Co robisz?, spytał.

Niecały kilometr dalej mężczyzna zatrzymał się i spojrzał do tyłu. Nie przemyśleliśmy tego, powiedział. Musimy wrócić. Zepchnął wózek z szosy i przechylił go na bok w miejscu, gdzie był niewidoczny z drogi. Zostawili plecaki i poszli na stację. W warsztacie wytoczył metalową beczkę ze śmieciami, przewrócił ją i wygarnął wszystkie plastikowe butelki po oleju. Następnie usiedli na podłodze i zaczęli opróżniać po kolei butelki z osadu, stawiając do góry dnem w rondlu, aż wreszcie zebrali prawie pół litra oleju silnikowego. Przelali go do butelki. Mężczyzna nałożył zakrętkę, szmatą wytarł butelkę i zważył ją w dłoni. Olej do małego lampidła, by oświetliło długie szare zmierzchy, długie szare brzaski. Będziesz mógł mi poczytać, powiedział chłopiec. Prawda, tatusiu?

Prawda, odparł.

Na przeciwległym krańcu doliny szosa biegła przez czarne pogorzelisko. Po obu stronach ciągnęły się zwęglone i ogołocone z gałęzi pnie. Przez drogę przetaczał się popiół, a obwisłe wąsy drutu rozpiętego między poczerniałymi słupami pojękiwały cicho na wietrze. Spalony dom na polanie, a dalej pas łąk, nagich i szarych, i nie dokończony czerwony nasyp, gdzie przerwano roboty drogowe. Jeszcze dalej billboardy reklamujące motele. Wszystko tak jak niegdyś, tyle że wyblakłe i zwietrzałe. Stanęli na szczycie wzgórza, żeby złapać oddech, wystawieni na zimno i wiatr. Spojrzał na chłopca. Nic mi nie jest, tatusiu. Mężczyzna położył mu rękę na ramieniu i kiwnięciem głowy wskazał otwartą krainę rozciągniętą poniżej. Wyjął z wózka lornetkę i zlustrował równinę, gdzie w szarym powietrzu majaczyły zarysy miasta przypominające szkic węglem na tle pustkowia. Nic nie przyciągało oka. Żadnego dymu. Mogę popatrzeć? Tak, oczywiście, że możesz. Chłopiec oparł się o wózek i wyregulował ostrość. Widzisz coś?, spytał mężczyzna. Nic. Chłopiec opuścił lornetkę. Pada. Tak, wiem.

Przykryty plandeką wózek zostawili w wąwozie i ruszyli stromizną wśród ciemnych pni do miejsca, gdzie mężczyzna dostrzegł półkę skalną. Usiedli tam pod nawisem i patrzyli, jak przez dolinę gnają tafle szarego deszczu. Było bardzo zimno. Okutani w koce naciągnięte na kurtki, siedzieli przytuleni do siebie. Po chwili deszcz ustał – tylko krople kapały z drzew.

Gdy się przejaśniło, poszli do wózka, ściągnęli plandekę i wyjęli koce oraz inne przedmioty potrzebne im na noc. Wrócili na wzgórze i rozłożyli się obozem na suchej ziemi pod nawisem skalnym. Mężczyzna przytulił chłopca, żeby go ogrzać. Zawinięci w koce, patrzyli na bezimienny zmrok, który wkrótce miał ich spowić ciemnością. Pod naporem nocy szare zarysy miasta znikły jak przywidzenie, więc mężczyzna zapalił małą lampę i ustawił ją poza zasięgiem wiatru. Potem wyszli na drogę. Wziął chłopca za rękę i dotarli na szczyt wzgórza, gdzie wznosiła się szosa i skąd mieli rozległy widok na ciemniejącą krainę na południu. Wystawieni na wiatr, okutani w koce, wypatrywali najmniejszego blasku ognia lub lampy. Nic. Ich lampa, ustawiona pod skałami na zboczu, wydawała się ledwie kroplą światła; po chwili wrócili. Było za mokro, żeby rozpalić ognisko. Zjedli lichy zimny posiłek i ułożyli się do snu, stawiając lampę między sobą. Mężczyzna wyjął książeczkę, ale chłopiec był zbyt zmęczony, żeby słuchać. Możemy zostawić lampę zapaloną, dopóki nie usnę?, spytał. Oczywiście, że możemy.

 

Długo nie mógł zasnąć. Po chwili odwrócił się i spojrzał na mężczyznę. W nikłym świetle buzia prążkowana na czarno strużkami deszczu jak twarz Tespisa z dawnego świata. Mogę cię o coś spytać?

Tak, oczywiście.

Umrzemy?

Kiedyś tak. Ale nie teraz.

Idziemy na południe?

Tak.

Więc będzie nam ciepło.

Tak.

Dobrze.

Co dobrze?

Nic, po prostu dobrze.

Śpij już.

Dobrze.

Zdmuchnę lampę, dobrze?

Tak. Dobrze.

A potem w ciemności: Mogę o coś spytać?

Tak. Oczywiście, że możesz.

Co byś zrobił, gdybym umarł?

Gdybyś umarł, to też chciałbym umrzeć.

Żebyśmy byli razem?

Tak. Żebyśmy byli razem.

Dobrze.

Leżał zasłuchany w wodę kapiącą z drzew. Skała macierzysta, to. Zimno i cisza. Popioły umarłego świata niesione tu i tam przez posępny, ziemski wiatr. Niesione, rozdmuchiwane, niesione dalej. Wszystko oderwane od swego podłoża. Zawieszone w popielatym powietrzu. Podtrzymywane przez tchnienie, drżące i krótkotrwałe. Ach, gdyby moje serce było z kamienia.

Obudził się przed świtem i obserwował szary brzask. Powolny i mętny. Podniósł się, gdy chłopiec jeszcze spał, włożył buty i okutany w koc ruszył między drzewa. Zszedł w wąwóz krasowy – tam ukucnął i długo kaszlał. A potem ukląkł w popiele. Podniósł twarz do jaśniejącego dnia. Jesteś tam?, wyszeptał. Czy wreszcie cię zobaczę? Czy masz szyję, żebym mógł cię udusić? Czy masz serce? Bądź przeklęty na wieki, czy masz duszę? O Boże, szeptał, o Boże.

Nazajutrz w południe przeszli przez miasto. Rewolwer miał pod ręką, na zwiniętej plandece przykrywającej wózek. Chłopca trzymał przy sobie. Miasto było w większości spalone. Żadnych oznak życia. Samochody na ulicach oblepione popiołem, wszystko pokryte popiołem i kurzem. Skamieniałe ślady w wyschniętym błocie. W niszy drzwi trup wysuszony na wiór. Krzywiący się na widok dnia. Mężczyzna przyciągnął chłopca do siebie. Pamiętaj, że to, co wpuszczasz do głowy, pozostaje w niej na zawsze, powiedział. Warto, byś się nad tym zastanowił.

Ale czasem przecież coś zapominamy, prawda?

Tak. Zapominamy to, co chcemy pamiętać, a pamiętamy to, o czym chcielibyśmy zapomnieć.

W odległości półtora kilometra od farmy wuja znajdowało się jezioro, na które zwykle wybierali się jesienią po drewno na opał. Siedział na tyle łodzi, przesuwając dłonią w zimnej wodzie, a wuj pochylał się nad wiosłami. Stopy starego człowieka w czarnych dziecięcych butach ustawione na podpórkach. Słomiany kapelusz. Fajka z kaczana kukurydzy w zębach, niteczka śliny zwisająca z główki. Wuj odwrócił się, by spojrzeć na odległy brzeg, przyciskając wiosła do piersi, wyjmując fajkę z ust, by otrzeć podbródek wierzchem dłoni. Na brzegu rosły brzozy, które wydawały się białe jak kości na tle ciemnych iglaków w głębi. Na samym skraju jeziora gąszcz poskręcanych pniaków, szarych i zbutwiałych – pozostałość po drzewach wywróconych lata wcześniej przez huragan. Korony drzew dawno pocięto piłami i zabrano na opał. Wuj obrócił łódź i wciągnął wiosła – dryfowali nad piaszczystą płycizną, dopóki pawęż nie zaszurała o dno. W przejrzystej wodzie kołysał się brzuchem do góry martwy okoń. Żółte liście. Buty zostawili na nagrzanych pomalowanych deskach, wciągnęli łódź na brzeg i zarzucili kotwicę. Była nią puszka po słoninie zalana betonem, ze śrubą oczkową w środku. Ruszyli brzegiem, wuj wpatrując się w pnie drzew, pykając z fajki, niosąc na ramieniu zwój konopnego sznura. Wreszcie wybrał pień, więc przewrócili go, szarpiąc za korzenie, i dowlekli do wody. Spodnie podwinęli do kolan, ale i tak się zamoczyły. Przywiązali koniec sznura do kołka na tyle łodzi i powiosłowali z powrotem przez jezioro, ciągnąc pomału pień za sobą. Nastał już wieczór. Powolny, miarowy mozół i skrzypienie dulek. Ciemna szklana tafla jeziora i światła w oknach na brzegu. Gdzieś tam grało radio. Milczeli obaj. To był idealny dzień jego dzieciństwa. Dzień, który nadał ton późniejszym dniom.

W następnych dniach i tygodniach ciągnęli na południe. Samotni, uparci. Surowa górzysta kraina. Domy obłożone aluminium. Czasami zza kęp odrastających drzew ukazywały się odcinki leżącej niżej autostrady międzystanowej. Zimno, coraz zimniej. Stanęli na górskiej przełęczy i patrzyli na wielką otchłań na południu, gdzie jak okiem sięgnąć ciągnęła się spalona kraina, z łach popiołu sterczały poczerniałe sylwetki skał, a kłęby pyłu wzbijały się i przetaczały w dal przez pustkowie. Szlak matowego słońca poruszającego się niewidzialnie za zasłoną pomroki.

Całymi dniami przemierzali spieczoną ziemię. Chłopiec znalazł kredki, więc dorysował kły na swojej masce i szedł dalej bez słowa skargi. Jedno z przednich kółek wózka się zwichrowało. Co z tym zrobić? Nic. Świat spalony na popiół, nie ma jak rozniecić ognia, noce dłuższe, ciemniejsze i zimniejsze niż wszystko, czego dotąd doświadczyli. Od tego zimna pękały kamienie. Życie uchodziło z człowieka. Tulił trzęsącego się chłopca i liczył w mroku każdy słaby oddech.

Obudził się na dźwięk odległego grzmotu i usiadł. Dokoła jarzyło się słabe światło, drżące, pozbawione źródła, załamujące się w deszczu nawiewanej sadzy. Naciągnął plandekę na siebie i chłopca i leżał długo, nasłuchując. Jeśli przemokną, nie będą mogli wysuszyć się przy ogniu. Jeśli przemokną, najprawdopodobniej umrą.

Nocami budził się w ciemności, która była oślepiająca i nieprzenikniona. W ciemności tak wielkiej, że uszy bolały od nasłuchiwania. Musiał często wstawać. Żadnych odgłosów oprócz wiatru wśród poczerniałych nagich drzew. Podniósł się i dreptał w miejscu, w zimnym autystycznym mroku, z rękoma wyciągniętymi na boki dla zachowania równowagi, a w jego czaszce roiły się obliczenia błędnika przedsionkowego. Stara kronika. Żeby utrzymać pion. Bez upadku, tylko postępująca pochyłość. Pomaszerował w nicość, licząc kroki z myślą o powrocie. Oczy zamknięte, ręce wystawione. Utrzymać pion w stosunku do czego? Czegoś bezimiennego w nocy, skały macierzystej albo żyły rudnej. Wobec czego on i gwiazdy są wspólnym satelitą. Jak wielkie wahadło w rotundzie, przez cały długi dzień odznaczające ruchy wszechświata, o którym można powiedzieć, że ono niczego nie wie, a jednak wiedzieć musi.

Po dwóch dniach pokonali spopieloną krainę. Dalej droga biegła granią górskiego pasma, a po obu stronach rzedł jałowy las. Śnieg pada, powiedział chłopiec. Mężczyzna spojrzał na niebo. Ku ziemi przedzierał się pojedynczy szary płatek. Chłopiec złapał go w dłoń i patrzył, jak niknie niczym ostatnia hostia chrześcijaństwa.

Wędrowali pod plandeką. Znikąd padały wirujące szare płatki. Na poboczu szara breja. Czarna woda wypływająca spod zasp namokłego popiołu. Żadnych ognisk na odległych graniach. Pomyślał, że krwawe kulty najpewniej pożarły siebie nawzajem. Nikt nie wędrował tą drogą. Ani śladu rozbójników, maruderów. Po chwili dotarli do przydrożnego warsztatu samochodowego, stanęli w otwartych drzwiach i patrzyli na szary śnieg z deszczem zacinający z wyżyn.

Zebrali kilka starych pudeł i rozpalili ogień na podłodze. Znalazł narzędzia, opróżnił wózek i zabrał się do naprawiania koła. Wyciągnął sworzeń, ręczną wiertarką przewiercił tulejkę i wpasował kawałek rurki przycięty piłką do metalu. Następnie skręcił wszystko razem, postawił wózek i wypróbował go. Jeździł całkiem dobrze. Chłopiec obserwował wszystko na siedząco.

Rankiem ruszyli w dalszą drogę. Bezludna okolica. Skóra z dzika przybita do wrót stodoły. Wyleniała. Kłak zamiast ogona. W środku u krokwi wisiały trzy trupy, wyschłe i zakurzone wśród smug bladego światła. Może coś tutaj znajdziemy, powiedział chłopiec. Kukurydzę albo coś innego. Idziemy, odparł mężczyzna.

Najbardziej martwił się o buty. O buty i jedzenie. Zawsze jedzenie. W kącie starej wędzarni pokrytej gontem znaleźli szynkę wiszącą wysoko na rożnie. Wyglądała jak coś wydobytego z grobowca, tak była wyschnięta i pomarszczona. Wbił nóż. Pod spodem ciemnoczerwone, słone mięso. Pożywne i smaczne. Wieczorem upiekli szynkę na ogniu, grube plastry, które poddusili potem w puszce z fasolą. Później, już w nocy, obudził się, sądząc, że słyszy bębny dudniące pośród ciemnych niskich wzgórz. Ale potem wiatr zmienił kierunek i zapadła cisza.

W snach jego blada panna młoda wychodziła ku niemu spod baldachimu zielonych liści. Sutki oblepione gliną, żebra pomalowane na biało. Miała na sobie suknię z gazy, ciemne włosy upięła grzebieniami z kości słoniowej, grzebieniami z perłowej masy. Jej uśmiech, spuszczone oczy... Rankiem znowu padał śnieg. Nad głową małe paciorki z szarego lodu nanizane na przewodach świetlnych.

To wszystko budziło jego nieufność. Powiedział, że dla człowieka znajdującego się w niebezpieczeństwie właściwymi snami są sny o niebezpieczeństwie, a cała reszta to gnuśność i śmierć. Sypiał mało i kiepsko. Śnił o przechadzce po ukwieconym lesie, gdzie przed nimi, przed nim i chłopcem, przefruwały ptaki, a niebo miało boleśnie błękitny kolor, ale nauczył się budzić z tych syrenich światów. Leżał w ciemności, z przemijającym w ustach osobliwym smakiem brzoskwini z fantomowego gaju. Pomyślał, że jeśli pożyje dość długo, cały świat ulegnie ostatecznie zatracie. Tak jak konający świat, do którego wkraczają ociemniali ludzie – wszystko w nim powoli wyparowuje z pamięci.

Ze snów na jawie, tych na drodze, nie było przebudzenia. Brnął dalej. Pamiętał ją całą oprócz zapachu. Siedział z nią w operze, nachylając się do przodu, wsłuchując w muzykę. Pozłacane ślimacznice, kinkiety i fałdy wysokich, strzelistych kurtyn po obu stronach sceny. Trzymała jego rękę na swoim kolanie, a pod cienką tkaniną letniej sukni wyczuwał koronkę pończoch. Zatrzymać ten kadr. A teraz sprowadź swoją ciemność i zimno i niech cię szlag.

Uformował szczecinę z dwóch znalezionych szczotek, drutem przywiązał ją do wózka, żeby zmiatała sprzed kółek gałęzie na drodze, wsadził chłopca do koszyka i stanął na tylnej listwie, jakby powoził zaprzęgiem psów, po czym zaczęli zjeżdżać ze wzgórza, wzorem bobsleistów balansując ciałem na zakrętach. Po raz pierwszy od dawna zobaczył uśmiech na twarzy chłopca.

Na szczycie wzgórza był zakręt i odnoga. Stary szlak biegnący przez las. Zeszli z szosy, usiedli na ławce i patrzyli na dolinę, gdzie pofałdowana ziemia nikła w ziarnistej mgle. W dali jezioro. Zimne, szare, ociężałe, w niecce ogołoconych wiejskich okolic.

Co to, tatusiu?

Tama.

Do czego służy?

Dzięki niej powstało jezioro. Zanim zbudowali tę tamę, była tam zwykła rzeka. Mając tamę, płynącą wodę można było wykorzystać do uruchomienia wielkich wiatraków zwanych turbinami, które wytwarzały prąd elektryczny.

Żeby było światło?

Tak, żeby było światło.

Możemy tam zejść i popatrzeć?

To chyba za daleko.

Czy tama będzie długo stała?

Sądzę, że tak. Jest z betonu. Pewnie przetrwa setki lat. Może nawet tysiące.

Myślisz, że w jeziorze są ryby?

Nie. W jeziorze nie ma niczego.

W odległej przeszłości gdzieś niedaleko tego miejsca obserwował sokoła pikującego na tle niebieskiego zbocza wysokiej góry, który kilem swej piersi uderzył w żurawia w samym środku klucza i porwał go nad rzekę, patykowatego, pokaleczonego – w nieruchomym jesiennym powietrzu smuga wyrwanych, zmiętoszonych piór.

Ziarniste powietrze. Którego smak nigdy nie nikł w ustach. Stali w deszczu jak zwierzęta gospodarskie. A potem ruszyli, kryjąc się pod plandeką przed jednostajną mżawką. Mokre i zmarznięte stopy, niszczejące buty. Na zboczach stare zboże, zgniłe i przygniecione do ziemi. Nagie drzewa na grani, surowe i czarne w deszczu.

A sny pełne kolorów. Czy śmierć może przyzywać inaczej? Po przebudzeniu zimnym świtem wszystko błyskawicznie obracało się w popiół. Niczym dawne malowidła ścienne w grobowcach wystawione nagle na światło dnia.

 

Minęła zła pogoda i zimno i wreszcie dotarli do doliny rzecznej na nizinie, z wciąż widocznymi pokawałkowanymi polami, na których wszystko obumarło do korzeni w wyjałowionej glebie. Maszerowali szosą. Wysokie domy z oblicówką. Blacha walcowana na dachach. Długa stodoła na polu, na jej spadzistym dachu reklama z wyblakłymi trzymetrowymi literami. Odwiedźcie Rock City.

Przydrożne żywopłoty przemienione w rzędy czarnych, poskręcanych cierni. Żadnych oznak życia. Zostawił chłopca na drodze, z rewolwerem w dłoni, a sam ruszył po starych schodkach z wapienia na ganek wiejskiego domu i osłaniając oczy ręką, zajrzał w okna. Wszedł do środka przez kuchnię. Śmieci na podłodze, stare gazety. Porcelana w kredensie, filiżanki wiszące na haczykach. Ruszył przedpokojem i zatrzymał się w drzwiach do salonu. W kącie zabytkowa fisharmonia. Telewizor. Liche tapicerowane meble, w tym ręcznie zbita z czereśniowego drewna szafa na ubrania. Skierował się na piętro i obszedł sypialnie. Wszystko pokrywał popiół. Pokój dziecięcy z pluszowym pieskiem na parapecie, wyglądającym przez okno do ogrodu. Przeszukał szafy. Ogołocił łóżka, wziął dwa dobre koce z wełny i zszedł na dół. W spiżarni stały trzy słoiki piklowanych pomidorów. Zdmuchnął kurz z pokrywek, przyjrzał się słoikom. Ktoś na pewno był tutaj wcześniej, lecz ich nie zabrał, i on w końcu też nie, wyszedł tylko z kocami zarzuconymi na ramię i ruszyli obaj w dalszą drogę.

Na obrzeżach miasta natknęli się na supermarket. Kilka starych samochodów na zaśmieconym parkingu. Zostawili wózek i weszli w zasłane odpadkami alejki. W dziale z warzywami znaleźli na dnie koszy kilka starych fasolek szparagowych i bardzo stare wyschnięte morele, przypominające własną karykaturę. Chłopiec trzymał się za plecami mężczyzny. Wyszli na dwór przez tylne drzwi. W zaułku za supermarketem stało parę wózków sklepowych, wszystkie okropnie pordzewiałe. Wrócili do środka, żeby poszukać innego wózka, ale żadnego nie znaleźli. Przy drzwiach zobaczyli dwa automaty z napojami, wywrócone i otwarte za pomocą łomu. Wszędzie w popiele leżały monety. Usiadł i wsunął rękę w mechanizmy wypatroszonych automatów i za drugim razem jego palce zacisnęły się na zimnym metalowym pojemniku. Wyciągnął rękę i spojrzał na puszkę coca-coli.

Co to jest, tatusiu?

Poczęstunek. Dla ciebie.

Ale co to jest?

Masz. Siadaj.

Zdjął chłopcu plecak, położył go na podłodze, wcisnął paznokieć kciuka pod aluminiowe ucho i otworzył puszkę. Przysunął nos do uwolnionego gazu, a potem podał napój chłopcu. Pij.

Chłopiec wziął puszkę. Pieni się, powiedział.

No pij.

Spojrzał na ojca, przystawił puszkę do ust i łyknął. Namyślał się chwilę. Dobre, rzekł.

Tak, dobre.

Masz trochę, tatusiu.

Chcę, żebyś ty to wypił.

Chociaż trochę.

Mężczyzna wziął puszkę, spróbował i oddał ją chłopcu. Ty wypij, powiedział. Posiedźmy tutaj.

To dlatego, że już nigdy więcej drugiej takiej nie wypiję?

Nigdy to bardzo długo.

Dobrze, powiedział chłopiec.

Nazajutrz o zmierzchu dotarli do miasta. Na tle odległej ciemności długie betonowe ślimaki autostrady międzystanowej wyglądały jak ruiny olbrzymiego lunaparku. Rewolwer trzymał na brzuchu za paskiem, a kurtkę miał rozpiętą. Wszędzie zasuszone trupy. Mięso popękane na kościach, ścięgna wyschnięte na rzemienie, podobne do naprężonych, rozpiętych drutów. Skurczeni i pomarszczeni jak mumie z bagien, twarze z ugotowanej folii, pożółkłe sztachety zębów. Każdy bosy niczym pielgrzym surowej zakonnej reguły, bo dawno skradziono im buty.

Szli dalej. Nieustannie zerkał w tylne lusterko. Jedynym ruchem na ulicach było rozwiewanie popiołu. Wysokim betonowym mostem przeszli rzekę. Poniżej była przystań. Małe łódki rekreacyjne zatopione do połowy w szarej wodzie. W dole rzeki wysokie kominy niewyraźne w deszczu sadzy.

Następnego dnia, kilka kilometrów na południe od miasta, natknęli się przy zakręcie drogi na zagubiony wśród zeschłych cierni stary dom z kominami, szczytami i kamiennym murem. Mężczyzna przystanął. Potem wepchnął wózek na podjazd.

Co to za miejsce, tatusiu?

Tutaj się wychowałem.

Chłopiec patrzył na dom. Z niższych części ścian oderwano na opał prawie całą oblicówkę, odsłaniając umocowania i izolację. Na betonowym tarasie leżała zardzewiała moskitiera z tylnego ganku.

Wchodzimy?

Czemu nie?

Ja się boję.

Nie chcesz zobaczyć, gdzie kiedyś mieszkałem?

Nie.

Wszystko będzie dobrze.

A jak tam ktoś jest?

Nie wydaje mi się.

A jak jest?

Mężczyzna patrzył na spadzisty dach, pod którym znajdował się jego pokój. Spojrzał na chłopca. Chcesz tu zaczekać?

Nie. Zawsze o to pytasz.

Przepraszam.

No wiem, ale zawsze pytasz.

Zsunęli plecaki, zostawili je na tarasie, przedarli się przez śmiecie na ganku i weszli do kuchni. Chłopiec trzymał go za rękę. Prawie wszystko takie jak dawniej. Puste pomieszczenia. W ciasnym pokoiku przy jadalni ogołocone łóżko polowe i metalowy składany stolik. Ta sama żeliwna krata w małym kominku. Ze ścian znikła sosnowa boazeria i pozostały tylko pasy okładziny. Stał w miejscu. Kciukiem wymacał dziurki po pinezkach w pomalowanym drewnianym gzymsie, z którego przed czterdziestu laty zwisały pończochy. Tutaj świętowaliśmy Boże Narodzenie, gdy byłem dzieckiem. Odwrócił się i spojrzał na spustoszone podwórko. Plątanina zeschłego bzu. Zarys żywopłotu. W chłodne zimowe noce, gdy burza zrywała druty wysokiego napięcia, siadaliśmy przy tym kominku, ja z siostrami, żeby odrabiać lekcje. Chłopiec patrzył na niego. Patrzył na niewidzialne zjawy odbierające mu ojca. Powinniśmy już iść, tatusiu. Tak, odparł mężczyzna. Ale stał w miejscu.

Przeszli przez jadalnię, gdzie cegły w palenisku były tak żółte, jak w dniu, gdy je ułożono, bo matka nie mogła ścierpieć widoku sadzy. Podłoga wypaczona od deszczówki. W salonie stos kości małego poćwiartowanego zwierzęcia. Chyba kota. Przy drzwiach szklaneczka. Chłopiec ściskał mężczyznę za rękę. Weszli po schodach, skręcili i zagłębili się w korytarz. Na podłodze małe kupki mokrego tynku. Odsłonięte listwy sufitowe. Stanął w drzwiach swojego pokoju. Niewielka przestrzeń pod okapem. Tutaj spałem. Łóżeczko było pod tamtą ścianą. Żeby nocami liczonymi w tysiące śnić sny dziecięcej wyobraźni, światy tak piękne lub przerażające, jakie tylko mogą być, ale żaden niepodobny do tego, który ostatecznie nastał. Mężczyzna otworzył szafkę, spodziewając się chyba, że zobaczy swoje rzeczy z dzieciństwa. Przez dach wpadało do środka zimne światło. Szare jak jego serce.

Tatusiu, powinniśmy już iść. Możemy iść?

Tak, możemy.

Ja się boję.

Wiem. Przepraszam.

Bardzo się boję.

Już dobrze. Nie trzeba było tu przychodzić.

Trzy dni później u podnóża gór na wschodzie obudził się w ciemności, słysząc narastający odgłos. Leżał z rękoma ułożonymi po bokach. Ziemia drżała. Zbliżało się.

Tatusiu, odezwał się chłopiec. Tatusiu.

Ćśśś. Nic się nie dzieje.

Co to jest?

Nadchodziło, coraz głośniejsze. Wszystko dygotało. A potem przetoczyło się pod nimi jak wagony metra, pognało w noc i ucichło. Chłopiec tulił się do mężczyzny, płacząc, przyciskając głowę do jego piersi.

Ćśśś, już dobrze.

Bardzo się boję.

Wiem. Ale już dobrze. Już przeszło.

Co to było, tatusiu?

Trzęsienie ziemi. Ale już przeszło. Już dobrze. Ćśśś.

W pierwszych latach drogi zaludniali uchodźcy zakutani w warstwy ubrań. Łachmaniarze w maskach i goglach, siedzący na poboczach jak lotnicy po katastrofie. Ze stosami barachła na taczkach. Ciągnęli furmanki i wozy. Oczy rozbłysłe w czaszkach. Bezwyznaniowe ludzkie skorupy drepczące po szosach jak wysiedleńcy w kraju pustoszonym przez wojnę domową. Wreszcie odsłoniła się kruchość wszystkiego. Zadawnione problemy rozsądzone przez nicość i noc. Wraz z ostatnim egzemplarzem odchodzi cała kategoria rzeczy. Znika, gasi za sobą światło. Popatrz dokoła. Nigdy to bardzo długo. Lecz chłopiec wiedział to, co wiedział mężczyzna. Że nigdy to wcale.

Późnym popołudniem siedział w szarym świetle przy szarym oknie w opuszczonym domu i czytał stare gazety, a chłopiec spał. Osobliwe doniesienia. Niedzisiejsze troski. Kwiat wiesiołka zamyka się o ósmej. Patrzył na śpiącego chłopca. Potrafisz to zrobić, gdy nadejdzie pora? Potrafisz?

Przysiedli na drodze i zjedli zimny ryż i zimną fasolę, które ugotowali przed wieloma dniami. Zaczynały pleśnieć. Nie było miejsca, w którym mogliby rozpalić niewidoczny z oddali ogień. Spali w ciemności i zimnie, przywarci do siebie pod cuchnącą kołdrą. Mężczyzna tulił chłopca. Jaki wychudzony. Moje serce, powiedział. Moje serce. Zdawał sobie sprawę, że może być tak, jak mówiła. Że jeśli jest dobrym ojcem, tylko chłopiec stoi między nim a śmiercią.