Wróć do mnieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Wróć do mnie
Wróć do mnie
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Seria

THE ARROWOOD BROTHERS

Wróć do mnie

Zawalcz o mnie

On jest dla mnie

Zostań dla mnie


Tytuł oryginału: Come Back for Me

Projekt okładki: Sommer Stein, Perfect Pear Creative

Redakcja: Sylwia Kozak-Śmiech

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

Fotografia wykorzystana na okładce

© Brian Kaminski

© 2020. COME BACK FOR ME by Corinne Michaels

All right reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2021

© for the Polish translation by Dorota Stadnik

ISBN 978-83-287-1599-8

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

Dla Melissy Saneholtz z podziękowaniem za wieloletnią przyjaźń, śmiech i miłość.

Melisso, jeśli chcesz, uznaj to za powód numer 2099485.

Spis treści

1 Connor

2 Connor

3 Ellie

4 Connor

5 Ellie

6 Connor

7 Ellie

8 Ellie

9 Connor

10 Ellie

11 Connor

12 Ellie

13 Ellie

14 Connor

15 Ellie

16 Connor

17 Ellie

18 Ellie

19 Connor

20 Ellie

21 Ellie

22 Connor

23 Ellie

24 Connor

25 Ellie

26 Connor

27 Ellie

28 Ellie

29 Connor

30 Connor

31 Connor

32 Ellie

33 Ellie

34 Connor

35 Ellie

36 Ellie

37 Ellie

38 Ellie

39 Connor

EPILOG Ellie

Od autorki

Podziękowania

1

Arrowood, obudź się! – Ktoś wali mnie pięścią w ramię. Zrywam się z miejsca jak oparzony. Omiatam wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu źródła zagrożenia, ale widzę tylko mojego kumpla Liama na siedzeniu obok. – Stary, gadasz przez sen.

Pocieram twarz dłonią, by otrząsnąć się ze snu.

– Nie mam pojęcia, co mi się śniło.

– Kobieta.

Świetnie. Bóg jeden wie, co mówiłem.

– Wątpię.

– Stary, gadałeś jak nakręcony. – Liam zaczyna naśladować kobiecy głos. – Och, Connor, jakiś ty sexy. Och, tak, tak, właśnie tak. – Potem jego głos wraca do normalnej wysokości. – Coś mi się wydaje, że ona była bardzo ożywiona.

Dokładnie wiem, o kim śniłem. O aniele. O piękności z ciemnymi włosami i najbardziej niebieskimi oczami, jakie w życiu widziałem. Mimo że spędziłem z nią tylko jedną noc, i to osiem lat temu, nadal doskonale ją pamiętam.

Pamiętam, jak się uśmiechnęła i skinęła na mnie palcem, bym za nią poszedł. Pamiętam, jak zrobiłem to bezwiednie. Zupełnie, jakby ktoś zesłał mi ją z nieba, by mnie ocaliła. Tamtej nocy, gdy mój ojciec się spił jak świnia i rzucił na mnie z pięściami, gdy wyjeżdżałem z domu na obóz dla rekrutów, obiecując sobie solennie, że nigdy tu nie wrócę.

Była doskonała, a ja nawet nie znam jej imienia.

Wymierzam Liamowi kuksańca. Nie mam zamiaru zdradzić się ani słowem.

– Dzięki Bogu jesteś żonaty. Żadna kobieta nie będzie na tyle głupia, żeby na ciebie polecieć. Fatalnie się prezentujesz, poza tym jesteś dupkiem.

Liam szczerzy zęby w uśmiechu. Nie wątpię, że myśli o swojej żonie. Niektórzy goście mają wszystko. Liam Dempsey należy do tej grupy szczęśliwców. Ma piękną żonę, do której może wracać, dzieci, przyjaciół, a na dodatek miał wspaniałe, wręcz idealne dzieciństwo.

Generalnie jego życie jest przeciwieństwem mojego.

Jedyne, co w moim życiu ma jakąkolwiek wartość, to moi bracia.

– O czym ty gadasz? Nie bez powodu nazywają mnie Adonisem, a ciebie Strzałą. Ja jestem jak marzenie.

– Znowu to samo. Nazywają mnie Strzałą z powodu nazwiska, dupku.

Liam chichocze i wzrusza ramionami.

– Może, ale moje przezwisko oddaje moją świetlistą osobowość.

Chociaż kompletny z niego idiota, będzie mi go brakowało. Będę tęsknił za wszystkimi kumplami. Żałuję, że to był mój ostatni przydział i że nie będę już częścią sił specjalnych marynarki wojennej. Uwielbiałem służbę w SEAL.

– Na szczęście jesteś takim zadufkiem, że zobaczę twój blask, gdziekolwiek wyląduję.

– Wiesz już, gdzie to będzie i co będziesz porabiał? – pyta Liam.

Odchylam się na niewygodnym siedzeniu C-5 i wypuszczam z płuc powietrze.

– Nie mam pojęcia – przyznaję.

– Dobrze widzieć, że jesteś u szczytu swoich życiowych możliwości. Musisz się ogarnąć, Arrowood. Wtedy życie będzie mniej gówniane.

Liam był moim dowódcą w dwóch ostatnich misjach i jest dla mnie niczym starszy brat, ale w tej chwili nie mam ochoty na wysłuchiwanie kazań. Mam trzech starszych braci, którzy mnie pouczają.

Chociaż wydaje mi się, że właśnie tym są komandosi z SEAL. Braćmi. Takimi, którzy zrobią dla drugiego wszystko, między innymi pomogą przejść przez wielką zmianę, nawet jeśli trwa ona dość długo. Trzy lata temu pełniłem służbę w punkcie kontrolnym. Jakiś samochód próbował nas staranować i zmiażdżył mi nogę. Miałem kilka operacji, wszystkie udane, ale leczenie nie przebiega, jak należy. Na tej zmianie przypadły mi lekkie obowiązki, głównie administracyjne. Nienawidzę papierkowej roboty. Chciałem być z moimi towarzyszami broni, zadbać o ich bezpieczeństwo. Wtedy lekarz poinformował mnie, że zostanę zwolniony z przyczyn zdrowotnych.

Nie nadaję się już do służby w SEAL.

A skoro nie mogę być dłużej komandosem, nie chcę mieć więcej nic wspólnego z marynarką wojenną.

– Mam plany.

– Jakie? – pyta Liam.

– Na przykład skopanie ci tyłka.

– Spróbuj, młodzieńcze, ale nie postawiłbym na to żadnych pieniędzy…

– Gdyby moja noga była w pełni…

Liam kręci głową.

– I tak bym cię zabił. Ale żarty na bok. Nie możesz podpisać papierów za dwa tygodnie, nie wiedząc, co dalej.

Mój najstarszy brat Declan zawracał mi tyłek tym samym argumentem, gdy zadzwoniłem do niego miesiąc temu. Dec kieruje wielką korporacją w Nowym Jorku. Powiedział, że szuka nowego szefa ochrony. Wolałbym raczej wsadzić chorą nogę do maszynki do mięsa, niż dla niego pracować. Dec jest w gorącej wodzie kąpany, przekonany o własnej wszechwiedzy i płaci grosze. Po ośmiu latach podobnego losu chciałbym awansować do grupy ludzi lepiej sytuowanych.

W jednym miał rację. Skromne oszczędności nie wystarczą na długo. Będę musiał znaleźć jakąś pracę.

 

– Coś wymyślę – mówię.

– Dlaczego nie wrócisz na farmę?

Mrużę oczy i staram się zapanować nad złością, jaką budzi we mnie sama wzmianka o tym miejscu.

– Bo jedynym powodem, dla którego moja noga znowu postanie na farmie, będzie pochowanie mieszkającego tam człowieka.

Bracia Arrowood przysięgli troszczyć się o siebie nawzajem i chronić, i robiliśmy to dotąd, aż mogłem się stamtąd wyrwać. Dwa tygodnie po zakończeniu szkoły widziałem tę farmę w Pensylwanii ostatni raz. Wolę mieszkać na ulicy, niż tam wrócić.

Liam unosi ręce.

– Dobra, stary, nie patrz na mnie, jakbyś chciał mnie wypatroszyć. Rozumiem. Nie wracasz do domu. Martwię się o ciebie i tyle. Widziałem wielu gości, którzy odchodzili ze służby i nie radzili sobie w cywilu. Nawet jeśli psioczymy na swój los, to innego nie umiemy sobie wyobrazić.

Liam ma rację. Ja też takich widziałem, sam również nie byłem gotowy na rzeczywistość poza armią. Z uśmiechem odsłużyłbym dwadzieścia lat, ponieważ marynarka uratowała mi życie. Gdybym się nie zaciągnął, skończyłbym w więzieniu. Kiedy wytypowali mnie na szkolenie do komandosów marynarki wojennej, wiedziałem, że nie chcę służyć nigdzie indziej. Decyzja o odejściu ze służby nie należała do mnie.

– W tej chwili nie bardzo wiem, gdzie mógłbym być.

– Mój kumpel Jackson ma firmę, która przyjmuje złamanych komandosów. Na pewno znajdzie miejsce dla następnego.

– Ja ci dam złamanego. – Pokazuję mu środkowy palec.

Nie możemy ciągnąć tych złośliwości, ponieważ zjawiają się oficerowie z informacją o podchodzeniu do lądowania i instrukcjami, jak ma wyglądać wyjście z samolotu.

Nasze powroty do domu trudno porównać ze zwykłymi powrotami. Są pełne emocji, balonów, fanfar, łez szczęścia i ekscytacji. Żony stroją się na tę okazję, ulizane dzieci wyglądają idealnie, chociaż wiadomo, że przez dziewięć ostatnich miesięcy ich życie wcale idealne nie było. Członkowie rodzin są tak spragnieni widoku swoich powracających bliskich, że dosłownie wchodzą sobie na plecy.

W tym wszystkim jesteśmy jeszcze my.

Nasze emocje są inne. Jesteśmy gotowi jechać do domu i zobaczyć ludzi, których kochamy, a jednocześnie wiemy, że będzie nam trudno. Kochanie człowieka, który szykuje się do ponownego wyjazdu, nie jest proste. Dlatego cieszę się, że miłość i małżeństwo nigdy nie zajmowały wysokiej pozycji na liście moich priorytetów życiowych.

Lubię myśleć, że miłość do mnie nie wiąże się z żadną ofiarą.

Dowódca czeka, aż uwaga wszystkich skupi się na nim.

– Patterson i Caldwell wysiadają pierwsi, ponieważ jeszcze nie widzieli swoich nowo narodzonych dzieci. Reszta opuszcza samolot w porządku alfabetycznym. Najpierw odmeldowujecie się u mnie, potem bierzecie rzeczy i meldujecie się w bazie dopiero za dwa tygodnie, zrozumiano?

– Tak jest – odpowiadamy chórem.

Dowódca opuszcza podkładkę z listą i patrzy na nas surowo.

– Nie każcie mi tłumaczyć się przed żoną, dlaczego muszę wyjeżdżać z domu, żeby wyciągać jakiegoś idiotę z kłopotów.

Kilku z nas wybucha śmiechem, ale nie on, ponieważ miał taką sytuację dwie zmiany wcześniej. Na szczęście to nie byłem ja.

Podwozie samolotu dotyka ziemi. Przysiągłbym, że w powietrzu czuć inną energię. Ponieważ mamy wychodzić z samolotu w kolejności alfabetycznej, jestem jednym z pierwszych, ale w naszej grupie są ojcowie małych dzieci. Zaczekam, aż wysiądą, wysłucham ochrzanu od komandora Hansena i ruszę w swoją stronę jak inni single.

Dowódca wywołuje moje nazwisko, ale nie ruszam się z miejsca. Hansen podnosi głos.

– Arrowood! – Piorunuje mnie wzrokiem, a ja wzruszam ramionami. – Jezu, za każdym razem robicie to samo, kretyni. Dobrze, będę wyczytywał wasze nazwiska dwukrotnie, a jeśli nie wstaniecie, wylądujecie na końcu kolejki. Idioci. Otaczają mnie idioci.

– Do zobaczenia za kilka tygodni – mówi Liam na dźwięk swojego nazwiska.

– Przecież muszę się pożegnać.

Liam trąca mnie w pierś.

– Nie wątpię.

Po wyczytaniu reszty nazwisk Hansen wraca do mojego. Nie wygląda na zadowolonego, ale za jego chmurną miną kryje się duma.

– Porządny z ciebie gość.

– Te dzieci czekają na ojców – mówię.

Hansen kiwa głową.

– To twoje papiery. Do zobaczenia za dwa tygodnie.

Kwituję te słowa skinieniem głowy, biorę papiery i idę do wyjścia. Na zewnątrz świeci słońce, powietrze jest świeże i czyste. Kiedy schodzę po schodkach, nie czuję na skórze ani pyłu, ani brudu lepiącego się do skóry.

– Siema, palancie. – Zamieram na chwilę, po czym odwracam się w stronę mojego brata, którego wcale nie miało tu być.

– Sean?

Podchodzi do mnie z otwartymi ramionami i szerokim uśmiechem na ustach.

– Dobrze widzieć cię w jednym kawałku – mówi.

Ściskamy się na powitanie i poklepujemy po plecach.

– Co ty tu robisz?

– Pomyślałem, że ktoś powinien cię zabrać do domu po ostatniej zmianie.

– Dobrze cię widzieć, bracie – mówię z uśmiechem.

– Ciebie też, mały.

Oczywiście jestem najmłodszy z braci, ale na pewno nie mały. Sean jest najniższy z nas, ma jednak największe serce. Czasem żałuję, że nie jestem bardziej do niego podobny.

– Mogę pociąć cię w plasterki w dziesięć sekund, chcesz się ze mną spróbować?

Sean klepie mnie w ramię.

– Nie dzisiaj. Przyjechałem w innej sprawie.

– Tak?

– Uhm. Musimy jechać na spotkanie z Declanem i Jacobem…

Czuję nagły niepokój. Nie mamy w zwyczaju urządzać zjazdów rodzinnych. Prawdę mówiąc, ostatni raz spotkaliśmy się w komplecie w dniu, kiedy ukończyłem obóz dla rekrutów. Między mną a najstarszym bratem są cztery lata różnicy. Moja biedna matka urodziła czterech synów rok po roku i przez siedem następnych lat wychowywała czterech chłopców, którzy dali jej popalić. Trzymaliśmy się razem i byliśmy najlepszymi kumplami w rozrabianiu.

Teraz jesteśmy rozrzuceni po świecie, widujemy się rzadko, a jeśli już, to we dwóch, góra trzech.

– Gdzie?

Sean zaciska zęby i wzdycha ciężko.

– Do Sugarloaf. Ojciec nie żyje. Czas jechać do domu.

2

To już koniec – mówi Declan, wpatrując się w dół, w którym spoczywa trumna. Cmentarz jest stary, są na nim stare nagrobki noszące ślady ognia, który roznieciliśmy dla upamiętnienia Guya Fawkesa jak kompletni idioci.

Wokół panuje cisza. W powietrzu unosi się woń charakterystyczna dla terenów rolniczych. Mieszanina nawozów naturalnych, nieco dymu i mnóstwo żalu. Myślałem, że po śmierci ojca poczuję się lepiej, ale przepełnia mnie tylko złość.

– Niezupełnie – przypomina nam Sean. – Nadal musimy zdecydować, co z farmą i ziemią.

– Spalić – rzucam bez sentymentu. Powrót w te strony sprawia mi ból. Mimo że ojciec nie żyje, mam wrażenie, jakby mnie obserwował i osądzał, gotów w każdej chwili unieść pięści do ciosu. Na dodatek czuję, że tajemnice, jakie mieliśmy z jego powodu, nadal ściskają mnie za gardło.

– Connor ma rację. Chociaż wolałbym, żeby stary był w środku, kiedy podłożymy ogień – dodaje Jacob.

Zgadzam się z nim. Nasz ojciec był kiedyś dobrym człowiekiem. Kochał swoich synów, żonę, farmę i dawał z siebie wszystko. Kiedy umarła mama, straciliśmy oboje rodziców.

Zniknął gdzieś dobry, zabawny, ciężko pracujący mężczyzna, który uczył mnie jazdy na rowerze i łowienia ryb. Jego miejsce zajął pijak, ciosami pięści wyrażający swoją wściekłość.

A bywał naprawdę wściekły.

Na wszystkich. Na wszystko. Przeważnie na moich braci i na mnie, bo przypominaliśmy ukochaną kobietę, którą Bóg odebrał mu za wcześnie. Jakby synowie nie cierpieli z powodu straty najlepszej matki na świecie.

Dec potrząsa głową.

– To jedyne, co nam ten drań zostawił. Farma jest warta miliony. Poza tym są tam rozsypane prochy mamy. Musimy jak zawsze cierpliwie poczekać, a potem to sprzedamy. Chyba że któryś z was zechce tu zostać?

– Za nic. – Nie chcę mieć z tym miejscem nic wspólnego. Chcę wyrzucić je ze swojego życia, żebym nigdy więcej nie musiał wracać do Sugarloaf.

Wszyscy wydają z siebie pomruk aprobaty.

– W tym tygodniu musimy spotkać się z prawnikiem. A potem sprzedamy to w diabły.

Nie wątpię, że Dec już pociągnął za odpowiednie sznurki, by wyrwać nas stąd najszybciej, jak to możli­we. On też chce uniknąć wielu rzeczy w tym mieście, co bę­­dzie niemożliwe, jeśli zostaniemy tu dłużej niż jeden dzień.

We czterech wsiadamy do samochodu Seana i ruszamy w stronę domu, ale przed bramą wjazdową auto staje.

Drewniane słupy ze znakiem nad głowami i naszym nazwiskiem wypalonym w drewnie są stare, ale nadal mocno się trzymają. Staram się nie przypominać sobie głosu mamy, ale wspomnienie jest tak żywe i przychodzi tak szybko, że znowu mam osiem lat.

– Jak brzmi jedna prawda o strzale?

Wydaję z siebie jęk, a mama unosi brew w oczekiwaniu na odpowiedź.

– Mamo, w domu jest nowe Nintendo, a ja chcę grać.

– Więc mi odpowiedz, Connor. Jedna prawda o strzale?

Odkładałem pieniądze na grę od ostatnich urodzin, ale i tak mi nie wystarczyło, więc musiałem resztę pożyczyć od Jacoba. A on, wredny brat, w zamian za pożyczkę kazał mi przez pół roku wykonywać za niego domowe obowiązki. Nie miałem wyjścia i teraz mam nowego Mario. Chcę wreszcie pograć. Nie obchodzi mnie żadna strzała.

Mama zatrzymuje auto i krzyżuje ramiona. Kocham ją najbardziej na świecie.

– Czemu musimy to powtarzać za każdym razem? – pytam.

– Bo to ważne. W życiu rodzina jest bardzo ważna. Bez niej nie mamy nic. Kiedy przekraczamy ten próg, jesteśmy w domu. Jesteśmy z tymi, którzy nas kochają, i tu, mój kochany synku, zawsze będzie twoje miejsce.

Moja mama jest najlepszą osobą, jaką znam, i chociaż nie mogę się już doczekać, aż dorwę się do swojego Nintendo – a strasznie chce mi się grać – jeszcze bardziej zależy mi na uszczęśliwieniu mamy. Lubię ją uszczęśliwiać.

– Nie wypuścisz strzały, póki nie napniesz łuku – burczę, zły, że właśnie to każe mi recytować.

– Właśnie – uśmiecha się mama. – A dlaczego to takie ważne?

– Mamooo… – jęczę, ponieważ gra mnie wzywa.

– Nie jęcz – napomina mnie. – Dlaczego to ważne?

– Bo jeśli nie napniesz łuku, nigdy nie ruszysz naprzód, a przeznaczeniem strzały jest polecieć przed siebie.

Jej oczy przepełnia miłość i szczęście, gdy spogląda na mnie.

– Właśnie, a twoim przeznaczeniem jest odnieść sukces. A teraz chodźmy do domu i przekonajmy się, czy twoi bracia nie zdemolowali go do cna.

– A ja pogram w grę.

Mama wybucha śmiechem.

– Tak, ale najpierw domowe obowiązki.

– Nie mogę – przyznaje Sean, patrząc na nieutwardzony podjazd.

Jeden po drugim moi bracia opuszczali to miejsce i wracali na zmianę, póki i ja nie dorosłem do wyjazdu. Chronili mnie w sposób, którego wtedy nie umiałem docenić. Jacob opóźnił o rok pójście do college’u, by upewnić się, że Sean umie grać w piłkę, a ja nie zostaję często z tatą sam. Sean zabierał mnie na mecze, by wyciągać mnie z domu po wyjeździe Jacoba. Declan poszedł do college’u, ale spędzał lato na farmie, by bronić mnie przed pięściami taty, kiedy to tylko możliwe.

Mam wrażenie, że teraz właśnie Declan czuje się najbardziej nieswojo, ale to on ma z nas najsilniejszą wolę.

– Jak brzmi jedna prawda o strzale? – pyta przez ściśnięte gardło, a ja zamykam oczy.

Mama. Co by teraz o nas pomyślała? Zrozumiałaby, dlaczego wszyscy stąd wyjechaliśmy? Czy widziała piek­ło, jakie zgotował nam ojciec, i kim staliśmy się z jego powodu?

– Usunięcie połowy lotki sprawi, że strzała skręci i zmieni kurs, dlatego tak ważne jest trzymanie się razem – odpowiada Jacob.

– Mama byłaby zawiedziona – mówi Declan. – Ani kobiet, ani dzieci, nic tylko praca.

– Mamy siebie – wtrącam. – Zawsze tak było, a ona właśnie tego by chciała.

Declan patrzy przez okno.

– Chciałaby, żebyśmy mieli więcej…

– Uhm, trudno mieć więcej, kiedy dorastało się w takich warunkach jak my.

Głos Jacoba jest cichy i przepełniony smutkiem.

– Zawarliśmy pakt. Żadnych małżeństw, żadnych dzieci, żadnego używania pięści w złości. Zrozumiałaby. Chciałaby, żebyśmy się wspierali i nie stali tym, kim on się stał.

 

Może tak. Bóg nam świadkiem, że taką mieliśmy nadzieję. Chcę wierzyć, że jeśli mama patrzy na nas z góry, widziała to wszystko i rozumiała, dlaczego jej synowie dokonali takiego wyboru. Miałem ją najkrócej z nas wszystkich, ale sądzę, że uszanowałaby naszą chęć chronienia innych.

Skoro spłodził nas taki mężczyzna, z pewnością nosiliśmy w sobie skłonności, jakie sam ujawnił po śmierci mamy.

Declan patrzy na Seana, brata, który był zdecydowanie najbliżej z mamą. Nigdy nie wybaczył sobie tego, co zaszło w noc jej śmierci.

– Jedź, bracie. Czas iść do przodu.

Sean wali ręką w kierownicę, uruchamia silnik i powoli rusza drogą do piekła.

Milczymy. Nie jestem w stanie zebrać myśli na tyle, by wydusić z siebie choćby słowo. Wszędzie otaczają mnie wspomnienia.

Ogrodzenie wzdłuż podjazdu, na którym siadałem z braćmi, marząc o ucieczce. Widzę drzewo po lewej stronie posiadłości. Wspinaliśmy się na nie po drabinie zrobionej z kawałków drewna, by chronić się między gałęziami i udawać, że jesteśmy bezpieczni.

Tata nie mógł nas stamtąd ściągnąć.

Był zawsze zbyt pijany, by wejść wyżej niż dwa szczeble.

Po prawej jest pole, na którym ćwiczyliśmy strzelanie z łuku, wyobrażając sobie, że każdy z nas jest Robin Hoodem lub innym dzielnym człowiekiem czyniącym dobro.

Słyszę, jak kłócimy się wszyscy, kto strzelał najlepiej, chociaż i tak wiedzieliśmy, że najlepszy jest Sean. Skurczybyk zawsze miał celną rękę i celne oko.

Moim oczom ukazuje się dom.

– Jakbyśmy wpadli w pętlę czasu – zauważa Dec. – Nic tu się nie zmieniło.

Ma rację. Dom wygląda tak samo jak wtedy, kiedy go opuszczałem. Ma dwie kondygnacje, wokół niego biegnie weranda, na której stoi huśtawka. Biała farba spłowiała i odpada płatami. Przy jednym z okien brakuje czarnych okiennic, przy innym wiszą na jednym zawiasie. Chociaż konstrukcja pozostała ta sama, nie taki dom nasza czwórka pamięta.

Odchrząkuję.

– Tylko że teraz to ruina – mówię.

– Nie sądzę, żeby stary zrobił cokolwiek po naszym wyjeździe – dodaje jeden z moich braci.

Nie ma mowy, żebyśmy sprzedali ten dom w korzystnej cenie. Chociaż sam dom nigdy nie stanowił o wartości tego miejsca. Najcenniejsza była ziemia. Ponad trzysta akrów najlepszych pastwisk w Pensylwanii. Przepływa tędy rwący potok, trawa dla krów jest wyśmienita, a widoki są malownicze.

– Niby jak miałby zająć się obejściem? – prycha Declan. – Przecież nie miał przy sobie czterech wołów roboczych, które wyręczyłyby go we wszystkim, gdy on leżał nawalony jak stodoła.

Kiwam głową, czując wzbierającą złość. Mógł chociaż zatroszczyć się o farmę.

– Co ze zwierzętami? – pyta Sean.

– Będziemy musieli zrobić inwentaryzację dobytku i zorientować się, w co właściwie wdeptujemy – mówię.

Moi bracia kiwają głowami. Rozdzielamy zadania. Czas sprawdzić, co jeszcze zniszczył nasz ojciec.


Ale bajzel, powtarzam w myślach. To koszmar. Ojciec nie dbał o nic prócz urządzeń mleczarskich, które musiały być sprawne i działać, jeśli chciał zarobić na kupno gorzały.

Ziemia leżała odłogiem. Nie do wiary. Coś, co mogło mieć wartość dziesięciu milionów plus spadek w postaci domu, jest teraz warte może połowę tej kwoty. Doprowadzenie posiadłości do stanu, w którym dostaniemy za nią sensowne pieniądze, wymaga mnóstwa wysiłku.

Idę przez pole na lewo w stronę potoku, do miejsca, w którym kiedyś się schowałem. Kiedy pierwszy raz ojciec upił się i wpadł we wściekłość, miałem dziesięć lat. Declan przyjął ciosy na siebie. Nam kazał uciekać i gdzieś się schować.

Nie bardzo rozumiałem, co się dzieje, prócz tego, że brat, którego kocham, krzyczy, żebym uciekał.

Więc uciekłem.

Popędziłem przed siebie. Biegłem jak w transie, nie wiedziałem, czy kiedykolwiek się zatrzymam. Biegłem, aż zabrakło mi tchu. Zatrzymałem się dopiero tam, gdzie – jak mi się wydawało – nikt mnie nie znajdzie, ponieważ w oczach Declana zobaczyłem coś, czego nigdy dotąd nie widziałem – strach.

Stoję tu teraz, nad brzegiem potoku, i spoglądam na platformę na drzewie, na której spędziłem wiele dni i nocy, uciekając przed piekłem w domu.

Co za bajzel.

To ostatnie miejsce, w jakim mam ochotę być, ale nie muszę przed niczym się chować. Nie jestem już przestraszonym chłopcem, a w domu nie kryją się potwory. Mimo to czuję ściskanie w żołądku.

Cisza dzwoni mi w uszach, gdy stoję zasłuchany w szum potoku, który zwykł kołysać mnie do snu. Ta ziemia jest piękna. Nie sposób nie podziwiać bujnej zieleni i różowej poświaty zachodzącego słońca rozświetlającego chmury tak, że przypominają watę cukrową.

Zamykam oczy. Podnoszę twarz ku niebu. Wsłuchuję się we własny oddech.

Nagle jakiś rumor z góry alarmuje moje zmysły.

Rozglądam się, usiłując zlokalizować źródło hałasu.

Wtedy słyszę pociąganie nosem.

– Halo?! – wołam, odwracając się w stronę drzewa i platformy zawieszonej wysoko między gałęziami.

Słyszę szuranie, odgłos stóp przesuwających się po drewnie. Ktoś tam jest. Na pewno dziecko, ponieważ dorosły nie ukryłby się na platformie. Ktokolwiek to jest, nie odpowiada.

– Halo, wiem, że tam jesteś – mówię łagodniej, starając się go nie wystraszyć. – Nie musisz się bać.

Znowu słyszę ruch, a potem okrzyk ewidentnie spowodowany bólem.

Nie czekam. Wspinam się na drzewo, korzystając z drewnianych stopni, które pomogli mi zrobić bracia, bym zawsze mógł tu wejść.

– Wchodzę na górę – uprzedzam. – Nie bój się. – Nie chcę, by ten, kto siedzi na drzewie, spadł, uciekając przede mną.

Docieram na platformę. Widzę w kącie skuloną dziewczynkę. Ma szeroko otwarte, przerażone oczy. Nie wygląda na starszą, niż byłem ja, gdy znalazłem się tu pierwszy raz, ale ponieważ niewiele mam do czynienia z dziećmi, trudno mi ocenić jej wiek. Wiem za to wszystko o lęku i łzach. W tym miejscu wyglądałem podobnie.

– Nie zrobię ci krzywdy. Coś ci się stało? Słyszałem, że płaczesz.

Dziewczynka kiwa głową.

– Coś cię boli?

Łza spływa jej po policzku. Dziewczynka znowu kiwa głową, łapiąc się za ramię.

– Ręka? – pytam, wiedząc, że właśnie o to chodzi. Kiedy mała milczy, przypominam sobie własne emocje, gdy chowałem się na drzewie obolały i samotny. – Jestem Connor. Kiedyś tu mieszkałem. To było moje ulubione miejsce na całej farmie. Jak masz na imię?

Wargi jej drżą. Widzę, że walczy ze sobą, nie wiedząc, czy odpowiadać czy nie. Ostatecznie zaciska usta i obrzuca mnie uważnym spojrzeniem zielonych oczu, dając do zrozumienia, że nie zamierza ze mną rozmawiać.

Robię następny krok po drabinie i opieram się na platformie.

– W porządku, nie musisz mi mówić, jak się nazywasz.

Zostanę tu, ile będzie trzeba, żeby sprowadzić ją na dół.

Dziewczynka prostuje się, brązowe włosy opadają jej na twarz. Pociąga nosem i odgarnia je z buzi.

– Jesteś obcy – odzywa się w końcu.

– Tak. Masz rację, że nie chcesz rozmawiać z obcymi. Czy będzie ci łatwiej, jeśli powiem, że byłem kimś w rodzaju policjanta w marynarce wojennej?

Dziewczynka mruży oczy i taksuje mnie spojrzeniem.

– Policjanci noszą mundury.

Uśmiecham się szeroko. Bystre dziecko.

– Masz rację. Ale teraz nie pracuję, bo jestem na farmie. Powiesz mi, co ci się stało w rękę?

– Upadłam.

– Jak się tu wspięłaś?

Dziewczynka porusza się nieznacznie.

– Nie chciałam, żeby mnie znaleźli.

Czuję ucisk w żołądku. Przychodzą mi do głowy tysiące odpowiedzi, dlaczego ta mała chowa się tu z bolącą ręką, zamiast biec do domu po pomoc. Muszę panować nad sobą i pamiętać, że nie każdy ma gówniane życie rodzinne. To może być cokolwiek.

– Dlaczego nie?

Przygryza dolną wargę.

– Tatuś nie pozwolił mi wychodzić z domu, a ja nie chciałam, żeby się złościł. – Wyciera nos przedramieniem. Kolejna łza spływa jej po twarzy. – Przyszłam tu, żeby poczekać, aż mamusia wróci do domu.

Kiwam głową ze zrozumieniem.

– Twój tata na pewno się martwi. Powinnaś wrócić do domu, żeby ktoś obejrzał ci rękę.

– Będzie bardzo zły. – Wargi dziewczynki drżą.

Biedne dziecko jest przerażone. Albo boi się ojca, albo tego, że okazała się nieposłuszna. Tego nie wiem. Nie wiem, kim jest, nie znam jej ojca, ale na pewno nie może tu zostać ranna i przestraszona. Prędzej czy później spadnie z tego drzewa.

– A jeśli nie powiem mu, gdzie cię znalazłem, jeśli nie zapyta?

W jej oczach pojawia się ciekawość.

– Będziesz kłamać?

– Nie, ale przyjaciele umieją dotrzymać tajemnicy, a my jesteśmy teraz przyjaciółmi, prawda?

– Chyba tak.

– W takim razie, przyjaciółko, wiesz, że mam na imię Connor, ale ja ciągle nie znam twojego imienia.

Mała wydyma wargi.

– Hadley.

– Miło cię poznać, Hadley. Mogę pomóc ci zejść, skoro boli cię ręka?

Hadley kiwa energicznie głową.

Instruuję ją, jak ma podejść bliżej, a potem obejmuje mnie mocno za szyję, gdy schodzę po szczeblach, starając się jak najmniej trącać gałęzie. W końcu stawiam ją na ziemi i kucam przed nią.

Stoimy oko w oko. Hadley patrzy na mnie jak na wybawcę, czym ściska mnie za serce.

– Jak ręka? – pytam.

– Boli – odpowiada cicho lekko drżącym z bólu głosem, przyciskając rękę mocno do siebie.

– Mogę obejrzeć?

Hadley jest drobna. Chociaż nie wiem, ile ma lat, możliwe, że jest po prostu duża jak na swój wiek.

– Możesz.

Oglądam jej rękę. Widzę stłuczenie i opuchliznę, ale nic nie wskazuje na złamanie.

– Nie wygląda źle, ale i tak muszę zabrać cię do domu. Trzeba się upewnić, że nie złamałaś ręki. Gdzie mieszkasz?

Hadley wskazuje drugi brzeg potoku, gdzie leży farma Walcottów.

– Nazywasz się Walcott?

– Uhm.

Uśmiecham się. Dobrze wiedzieć, że nie sprzedali swojej farmy. Walcottowie byli dobrymi ludźmi. Moja mama i pani Walcott się przyjaźniły. Po śmierci mamy Jeanie przynosiła nam jedzenie i dbała, byśmy od czasu do czasu mieli domowe ciasto. Kochałem ją i było mi smutno, kiedy umarła. Tim umarł miesiąc po niej i tata powiedział, że to przez złamane serce. Żałowałem, że tata za mało kochał mamę, by umrzeć razem z nią. Szkoda, że nie miałem tyle szczęścia.

Nie wiedziałem, czy ktoś kupił tę farmę, czy została komuś przekazana. Walcottowie nie mieli własnych dzieci, a wygląda na to, że farma nadal jest w rękach rodziny.

– Odprowadzę cię do domu i dopilnuję, żeby nic ci się nie stało. Chcesz iść pieszo czy mam cię odwieźć?

Widzę jej obawę, ale za żadne skarby nie puszczę tej małej samej, skoro jest ranna.

– Możemy iść.

– Dobrze. – Wstaję, wyciągam do niej dłoń i uśmiecham się, kiedy bierze mnie za rękę. Ten gest mówi mi, że zasłużyłem na odrobinę zaufania.

Idziemy w kierunku jej domu w milczeniu. Nagle czuję, że Hadley zaczyna drżeć. Zbyt dobrze pamiętam, jak sam nie chciałem wracać do domu ze strachu przed gniewem rodziców. Wiele razy oberwałem drewnianą łyżką, kiedy mama kazała mi wrócić do domu przed zmrokiem, a ja wędrowałem po polach tak podobnych do siebie, że w końcu się gubiłem i jeden z braci musiał mnie szukać.

– Od kiedy tu mieszkasz? – pytam, chcąc odciągnąć jej uwagę od zbliżającej się nieuchronnej kary.

– Od początku.

– A ile masz lat?

– Siedem.

Musiała się wprowadzić zaraz po moim wyjeździe.

– Mieszkasz z rodzicami?

– Tatuś prowadzi farmę z mamusią. Mamusia jest nauczycielką.