Drugie Odkrycie Ludzkości/Norstrilia

Tekst
Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jak haberman żyje i żyje?

– Haberman żyje i żyje kontrolowany przez przyrządy.

– Skąd biorą się habermani?

Martel słyszał, gdy odpowiadali, chaotyczną plątaninę ryczących głosów, niosących się echem po pokoju, skanerzy bowiem, sami będący habermanami, wydawali dźwięki, odpowiadając.

– Habermani to ludzka szumowina. Habermani to słabi, okrutni, naiwni i nieprzystosowani. Habermani to skazani na los gorszy od śmierci. Habermani mieszkają w swoim umyśle. Giną dla kosmosu, ale żyją dla kosmosu. Kierują statkami, które łączą Ziemie. Cierpią wielki ból, podczas gdy zwykli ludzie śpią zimnym, zimnym snem w ładowniach statków.

– O bracia i skanerzy, zapytuję was teraz: czyż my jesteśmy habermanami?

– Ciałem jesteśmy habermanami. Odcięto nam mózgi od ciała. Jesteśmy gotowi, aby wyprawić się w Przestrzeń. Wszyscyśmy przeszli przez maszynę Habermana.

– Czyli jesteśmy habermanami? – Oczy Vomacta rozbłysły, kiedy zadawał rytualne pytanie.

I znów chóralną odpowiedź zagłuszył słyszany tylko przez Martela ryk głosów:

– Jesteśmy habermanami i czymś więcej, czymś więcej. Jesteśmy wybrańcami, którzy stali się habermanami z własnej nieprzymuszonej woli. Jesteśmy agentami Instrumentalności Ludzkości.

– Co muszą Inni nam mówić?

– Muszą mówić: „Jesteś najdzielniejszym z dzielnych i najzręczniejszym ze zręcznych na świecie. Cała ludzkość winna jest szacunek skanerowi, który zapewnia jedność wszystkim Ziemiom ludzkości. Skanerzy to obrońcy habermanów i sędziowie Przestrzeni. Pozwalają człowiekowi żyć tam, gdzie desperacko pragnie umrzeć. Są najbardziej szanowani na całej Ziemi i nawet przywódcy Instrumentalności z przyjemnością składają im hołd!”.

Vomact stanął prosto.

– A jaki jest tajemny obowiązek skanerów?

– Zachować nasze prawo w tajemnicy i zniszczyć tych, którzy się o nim dowiedzieli.

– Jak się ich niszczy?

– Dwa razy na Przeciążenie, z powrotem, i Zgon.

– Jeśli habermani giną, jaki jest wtedy obowiązek?

Skanerzy w odpowiedzi zacisnęli usta. (Według kodeksu było to milczenie). Martel, który – dawno nauczony kodeksu – trochę nudził się tą recytacją, zauważył, że Chang oddycha zbyt ciężko; wyciągnął rękę i pokręcił regulatorem płuc. Chang podziękował mu wzrokiem. Vomact zauważył to i łypnął groźnie na nich obu. Martel rozluźnił się, próbując naśladować martwy bezruch. Jakże trudno to przychodziło po skranczowaniu!

– A jeśli zginą Inni, jaki jest wtedy obowiązek? – zapytał Vomact.

– Skanerzy meldują Instrumentalności. Skanerzy wszyscy razem ponoszą karę. Skanerzy wszyscy razem wyjaśniają sprawę.

– A jeśli kara będzie surowa?

– Nie wyleci żaden statek.

– A jeśli skanerowi nie odda się szacunku?

– Nie wyleci żaden statek.

– A jeśli skaner nie otrzyma należnej zapłaty?

– Nie wyleci żaden statek.

– A jeśli Inni oraz Instrumentalność nie pamiętają przez cały czas o swoich zobowiązaniach wobec skanerów?

– Nie wyleci żaden statek.

– I co będzie, o skanerzy, gdy nie wyleci żaden statek?

– Ziemie utracą kontakt. Dzicz urośnie w siłę i powróci. Wrócą Dawne Machiny i Bestie.

– Jaki jest pierwszy obowiązek skanera?

– Nie zasnąć w Przestrzeni.

– Jaki jest drugi obowiązek skanera?

– W zapomnieniu mieć imię strachu.

– Jaki jest trzeci obowiązek skanera?

– Używać drutu Eustace’a Crancha tylko ostrożnie i z umiarem. – Kilka par oczu zerknęło szybko na Martela, zanim odezwał się chór ust. – Kranczować się tylko w domu, tylko pomiędzy przyjaciółmi, tylko dla pamiętania, odpoczynku i płodzenia potomstwa.

– Jaka jest definicja skanera?

– Wierna myśl pośród śmierci.

– Jakie jest motto skanera?

– Przytomny, choć otoczony ciszą.

– Jakie jest dzieło skanera?

– Pracuje nawet w najdalszej Przestrzeni, lojalny nawet w studni Ziemi.

– Po czym poznaje się skanera?

– Znamy samych siebie. Martwi jesteśmy, choć żyjemy. Rozmawiamy tabliczką i paznokciem.

– A co to za kodeks?

– Kodeks to pradawna i dobrotliwa mądrość skanerów, spisana w skrócie, abyśmy o niej pamiętali i aby nasza lojalność wobec siebie nawzajem dodawała nam otuchy.

Dalej litania szła tak: „Kodeks swój szanujemy. Czy jest jakieś zadanie dla skanerów?”. Vomact jednak powiedział co innego. Dwukrotnie:

– Najwyższy alarm. Najwyższy alarm.

Odpowiedzieli gestem: Obecni i gotowi!

Powiedział, a wszyscy wytężyli wzrok, by odczytać z jego warg:

– Niektórzy znają zapewne dokonania Adama Stone’a?

Martel zobaczył poruszające się usta, sylabizujące:

– Czerwona Asteroida. Inna, która żyje na skraju Przestrzeni.

– Adam Stone przyszedł do Instrumentalności, twierdząc, że odniósł kolejny sukces. Twierdzi, że dowiedział się, jak stłumić ból kosmosu. Twierdzi, że kosmos można uczynić bezpiecznym dla zwykłych ludzi, w pełnej przytomności. Twierdzi, że nie będzie już potrzeba skanerów.

W całej sali rozbłysły światełka na pasach – to skanerzy prosili o głos. Vomact kiwnął głową jednemu ze starszych.

– Głos ma skaner Smith.

Smith powoli wszedł w światło, patrząc na własne stopy. Odwrócił się do reszty, żeby widzieli jego twarz. Powiedział:

– Ja twierdzę, że to kłamstwo. Że Stone to kłamca. Instrumentalność nie może dać się oszukać. – Zawahał się. Po czym w odpowiedzi na jakieś pytanie, którego większość nie dostrzegła, dodał: – Powołuję się na tajny obowiązek skanerów. – Uniósł prawą rękę w geście alarmu. – Mówię, że Stone musi umrzeć.

Martel, cały czas na drucie, wzdrygnął się, słysząc buczenie, jęki, krzyki, pokwikiwania, stękania i sapania wydawane przez skanerów, którzy zapomnieli się podekscytowani i usiłowali sprawić, by ich martwe ciała przemówiły do głuchych uszu Innych. W całej sali wściekle zamigotały lampki na pasach. Zaczęli przepychać się ku mównicy, tłoczyć na niej, domagając się uwagi, póki Parizianski – jako największy – nie porozpychał innych na boki i nie odwrócił się twarzą do grupy.

– Bracia skanerzy, zwróćcie na mnie swoje oczy.

Ludzie na dole wciąż się wiercili, potrącając się nawzajem odrętwiałymi ciałami. W końcu przed Parizianskiego wszedł Vomact, stanął twarzą do reszty i powiedział:

– Skanerzy, zachowujcie się jak skanerzy! Zwróćcie na niego swoje oczy.

Parizianski nie był zbyt dobrym mówcą. Za szybko poruszał ustami. Machał rękami, co odwracało uwagę od ust. Mimo to Martel był w stanie wychwycić większość sensu:

– ...nie można tego zrobić. Stone’owi mogło się udać. Jeśli mu się udało, oznacza to koniec skanerów. A także habermanów. Żaden z nas nie będzie musiał się trudzić w Przestrzeni. Nie trzeba będzie traktować się drutem, żeby na parę godzin lub dni wrócić do człowieczeństwa. Wszyscy będą Innymi. Nikt nie będzie się już nigdy musiał kranczować. Ludzie będą mogli pozostać ludźmi. Habermanów można będzie zabić humanitarnie i stosownie, jak się zabijało w dawnych czasach, zamiast sztucznie utrzymywać przy życiu. Nie będą musieli walczyć w Przestrzeni! Nie będzie już tego wielkiego cierpienia – pomyślcie tylko! Żadnego... bólu... Przestrzeni! Skąd wiadomo, że ten Stone kłamie...

Światła zaczęły błyskać mu prosto w oczy. (Największa obelga wobec skanera).

Vomact po raz kolejny skorzystał ze swojej władzy. Wszedł przed Parizianskiego i powiedział coś do niego, czego nie widziała reszta. Parizianski zszedł z mównicy. Znów odezwał się Vomact:

– Wydaje mi się, że część skanerów nie zgadza się z naszym bratem Parizianskim. Postanawiam, abyśmy nie korzystali z mównicy, póki nie zakończą się prywatne dyskusje. Za piętnaście minut wznowimy obrady.

Martel rozejrzał się za Vomactem, gdy ten dołączył do grupy na dole. Znalazłszy go, pośpiesznie zaczął pisać na tabliczce, czekając na okazję, by podsunąć ją przełożonemu pod oczy. Napisał:

Skranczowany pozwolenie wyjść czekać na rozkazy.

Dziwne rzeczy działy się z nim pod drutem. Większość spotkań, na których bywał, wydawała mu się poważna, dumna i ceremonialna, rozświetlająca otuchą mroczną pustkę stanu habermana. Kiedy nie był skranczowany, prawie nie uświadamiał sobie własnego ciała – tak jak marmurowe popiersie nie zauważa własnego marmurowego cokołu. Wiele razy tak stał z nimi. Wiele razy stał z nimi, bez wysiłku spędzając godziny, podczas gdy przed jego osamotnionymi oczyma odbywał się długi, wlokący się bez końca rytuał. Czuł wtedy, że skanerzy, choć są bractwem potępionych, mają jednocześnie świadomość, z jak szczytnych pobudek dali się okaleczyć, by pełnić swoje obowiązki.

Tym razem było zupełnie inaczej. Skranczowany, zanurzony w pełni wrażeń smakowo-słuchowo-węchowo-czuciowych, reagował w przybliżeniu jak normalny człowiek. Widział w swoich kolegach i współpracownikach grupę pozbawionych ludzkich uczuć okrutnych duchów, odprawiających bezsensowny obrzęd prowadzący do nieuniknionego potępienia. Przecież kiedy jesteś habermanem, jest ci kompletnie wszystko jedno? Po co całe to gadanie o habermanach i skanerach? Habermani są przestępcami lub heretykami, skanerzy zaś dżentelmenami-ochotnikami, ale znajdują się w takiej samej sytuacji, z wyjątkiem tego, że skanerów uznano za godnych krótkotrwałego powrotu do człowieczeństwa pod drutem Crancha, podczas gdy habermanów, gdy statek stał w porcie, po prostu odłączano – tkwili tak w zawieszeniu aż do następnego alarmu lub problemu, gdy budzono ich, żeby odsłużyli kolejny ułamek swojego wyroku. Rzadko widziało się habermana na ulicy, zwykle był to ktoś wyróżniony za specjalne zasługi lub odwagę, mogący w nagrodę patrzeć na ludzkość z potwornego więzienia swojego zmechanizowanego ciała. Ale czy jakiś skaner litował się kiedyś nad habermanem? Czy jakiś skaner oddał kiedyś habermanowi szacunek, nie licząc zdawkowego salutu na służbie? Czy skanerzy jako cech i jako społeczność kiedykolwiek zrobili coś dla habermanów, z wyjątkiem mordowania ich jednym ruchem nadgarstka, gdy tylko któryś, zbyt długo stojący ramię w ramię ze skanerami, nauczył się ich zawodowych sztuczek i zaczął żyć własnym życiem, uwalniając się od narzucanego przez skanerów przymusu? Skąd Inni, zwykli ludzie, mogliby wiedzieć, co dzieje się wewnątrz statków? Inni spali sobie w swoich walcach, miłosiernie nieprzytomni, budzący się dopiero na docelowej Ziemi. Co mogli Inni wiedzieć o ludziach, którzy musieli na tym statku pozostawać przy życiu?

 

Jakie mieli pojęcie o Przestrzeni? Który z nich mógłby stanąć oko w oko ze żrącą urodą gwiazd w otwartym kosmosie? Co wiedzieli o wielkim bólu, który zaczynał się łagodnie, w szpiku kostnym, niczym delikatne ćmienie, a kończył mdłościami i zmęczeniem odczuwanym przez wszystkie komórki nerwowe, mózgowe, czuciowe całego ciała – tak że samo życie stawało się potworną żądzą ciszy i śmierci?

Był skanerem. Oczywiście, był skanerem. Był skanerem od chwili, gdy, jeszcze całkowicie normalny, stanął w słońcu przed wiceszefem Instrumentalności i przysiągł: „Ofiarowuję ludzkości swój honor i swoje życie. Z własnej woli poświęcam się dla jej dobra. Przyjmując ten niebezpieczny i groźny zaszczyt, zrzekam się wszelkich praw bez wyjątku na rzecz czcigodnych lordów Instrumentalności i szacownego bractwa skanerów”.

Przysiągł.

Wszedł do maszyny Habermana.

Pamiętał, jakie piekło przeszedł. Nie było aż tak straszne, choć wydawało się, że trwało sto milionów lat, cały czas bez snu. Nauczył się czuć oczyma. Nauczył się widzieć mimo wbudowanych za oczy grubych osłon, mających izolować je od reszty ciała. Nauczył się obserwować własną skórę. Cały czas pamiętał, jak zauważył wilgoć na koszuli, spojrzał w skanerskie lusterko i dopiero wtedy zauważył, że zrobił sobie dziurę w boku, zbyt długo opierając się o drgającą maszynę. (Teraz już by mu się coś takiego nie zdarzyło – za dobry był w odczytywaniu własnych wskaźników). Przypomniał sobie, jak wyszedł pierwszy raz w kosmos, jak wielki ból atakował go, mimo że praktycznie pozbawiono go dotyku, smaku, czucia i słuchu. Pamiętał, jak zabijał habermanów, a innych utrzymywał przy życiu, jak miesiącami stał u boku wybitnego skanera-pilota i obaj przez ten czas nie zmrużyli oka. Pamiętał, jak zszedł na ląd na Ziemi 4, pamiętał, że wcale nie sprawiło mu to przyjemności i że właśnie wtedy uświadomił sobie, że nagrody nie będzie.

Stał pomiędzy innymi skanerami. Drażniła go niezborność, kiedy się poruszali, i całkowity bezruch, gdy tego nie robili. Drażniły go dziwaczne zapachy wydzielane przez niekontrolowane ciała. Drażniły go jęki, stękania i pokwikiwania, które wydawali w swej głuchocie. Nienawidził ich i siebie.

Jak Luci była w stanie to znosić? Gdy zabiegał o jej względy, wskaźnik na piersi miesiącami pokazywał Niebezpieczeństwo, całkowicie nielegalnie stale nosił przy sobie drut do kranczowania i wchodził z jednego kranczu w drugi, nie przejmując się, że wszystkie wskazówki zbliżają się groźnie do Przeciążenia. Rozkochał ją w sobie, nie zastanowiwszy się, co będzie, kiedy powie „Tak”. A powiedziała.

„A potem żyli długo i szczęśliwie”. Tak to było w starych książkach, ale jak miało się im udać w życiu? Przez cały zeszły rok był pod drutem ledwo osiemnaście dni – lecz ona i tak go kochała. Cały czas go kochała. Wiedział o tym. Drżała o niego przez długie miesiące, gdy był w Przestrzeni. Starała się, żeby dom coś dla niego znaczył nawet kiedy jest habermanem, przyrządzała pyszne jedzenie nawet kiedy nie był go w stanie smakować, była miła, kiedy nie potrafił całować – ani być całowanym, bo ciało habermana znaczyło nie więcej niż mebel. Cierpliwa była Luci.

A teraz ten Adam Stone! (Pozwolił, by napis na tabliczce zniknął. Jakżeby mógł teraz wyjść?).

Adam Stone, niech go Bóg błogosławi.

Mimo woli ulitował się odrobinę nad sobą. Przenikliwe wezwanie do służby już nie poniesie go przez dwieście czy więcej lat według czasu Innych, a dwa miliony prywatnych wieczności według własnej rachuby. Będzie mógł się rozluźnić, zrelaksować. Zapomnieć o otwartym kosmosie, niech go sobie Inni sami pilnują. Będzie mógł się kranczować – na ile starczy mu odwagi. Będzie mógł być prawie normalny – prawie – przez rok, pięć lat czy krócej. Ale przynajmniej będzie mógł zostać z Luci. Może wyprawią się razem w Dzicz, tam gdzie w ciemnych zakamarkach nadal czają się Bestie i Dawne Machiny. Może umrze podekscytowany polowaniem, rzucając oszczepami w przedwiecznego menszenjegra zrywającego się ze swego legowiska, albo ciskając rozżarzonymi kulami w Bezlitosnych, wciąż wędrujących po Dziczy. Będzie mieć do przeżycia całe życie, zakończone normalną śmiercią, a nie jednym drgnieniem wskazówki pośród ciszy i bólu Przestrzeni!

Nerwowo chodził w kółko. Uszy miał nastrojone na normalną mowę, żeby nie śledzić ruchów ust swoich braci. Wyglądało jednak na to, że dochodzą do jakiejś decyzji. Vomact wchodził na podium. Martel rozejrzał się za Changiem i stanął obok niego. Chang zaszeptał:

– Niespokojny jesteś jak woda w powietrzu! O co chodzi? Krancz ci ustępuje?

Przeskanował Martela, ten zrobił to samo, wskaźniki jednak nie sugerowały, by krancz miał się kończyć.

Rozbłysło silne światło, wzywające wszystkich do stanięcia na baczność. Ponownie ustawili się w szyku. Vomact wsunął chudą, starą twarz w snop światła i przemówił:

– Skanerzy i bracia, wzywam do oddania głosu. – Przy czym stał w postawie oznaczającej: Jestem najstarszym rangą i przejmuję dowodzenie.

Na znak protestu zapaliło się jedno światełko.

Był to stary Henderson. Wszedł na mównicę, powiedział coś do Vomacta, który kiwnął głową z aprobatą, po czym odwrócił się twarzą do wszystkich i powtórzył pytanie:

– A kto wypowie się w imieniu skanerów w kosmosie?

Nie odpowiedziało żadne światełko ani ręka.

Henderson i Vomact zwrócili się twarzami do siebie i naradzali przez chwilę. Potem Henderson ponownie odwrócił się do reszty.

– Uznaję władzę najstarszego rangą. Nie uznaję natomiast decyzji tego spotkania. Skanerów jest sześćdziesięciu ośmiu, z czego obecnych tutaj jest tylko czterdziestu siedmiu. Z tego jeden skranczowany i niepełnosprawny. Proponuję zatem, aby najstarszy rangą uznał się przewodniczącym tylko nadzwyczajnego spotkania bractwa, a nie pełnoprawnego zgromadzenia. Czy czcigodni skanerzy rozumieją i zgadzają się ze mną?

Dłonie uniosły się na znak zgody.

Chang zaszeptał Martelowi do ucha:

– Strasznie mi wielka różnica. Kto tu odróżnia spotkanie od zgromadzenia?

Martel zgodził się ze słowami, ale jeszcze bardziej zaimponowało mu, że Chang, choć haberman, był w stanie aż tak panować nad własnym głosem.

Vomact objął przewodnictwo:

– Głosujemy nad kwestią Adama Stone’a. Na początek załóżmy, że mu się nie udało, a jego przechwałki to kłamstwo. Wiemy o tym z naszej praktyki, jako skanerzy. Ból Przestrzeni to tylko jedna część skanowania – (Ale kluczowa część, podstawa wszystkiego, pomyślał Martel) – możemy być więc pewni, że Stone nie rozwiąże najważniejszego: problemu kosmicznej dyscypliny.

– Znowu ta nuda – szepnął Chang, niesłyszany przez nikogo poza Martelem.

– To dzięki kosmicznej dyscyplinie naszego bractwa otwarty kosmos jest wolny od wojen i sporów. Sześćdziesięciu ośmiu zdyscyplinowanych ludzi kontroluje cały otwarty kosmos. Nasza przysięga i nasz stan habermana uwalnia nas od wszelkich doczesnych emocji. Jeśli zatem Adam Stone opanował ból kosmosu, wskutek czego Inni będą mogli zniszczyć nasze bractwo i sprowadzić w Przestrzeń nękające Ziemie problemy i zniszczenie, twierdzę, że Adam Stone postępuje źle. Jeśli Adam Stone odnosi sukces, na próżno żyli skanerzy! Po drugie, jeśli nawet Adam Stone nie opanował bólu kosmosu, narobi nam wielkich kłopotów na wszystkich Ziemiach. Instrumentalność i wicelordowie mogą przestać nam zapewniać wystarczająco dużo habermanów, byśmy mogli obsługiwać wszystkie statki ludzkości. Rozejdą się niewiarygodne opowieści, ochotników będzie mniej, a co najgorsze, na skutek rozsiewanych nonsensownych herezji także dyscyplina w samym bractwie może się rozluźnić. Zatem sukces Adama Stone’a grozi zniszczeniem bractwa. Adam Stone musi umrzeć. Poddaję pod głosowanie śmierć Adama Stone’a.

I uczynił gest: Szanownych skanerów prosi się o oddanie głosu.

Martel nerwowo sięgnął do światełka. Chang, przewidujący, miał już je w pogotowiu: jasny snop światła oznaczający sprzeciw celował wprost w sufit. Martel włączył własne i również wycelował promień do góry na znak niezgody. Potem rozejrzał się. Na czterdziestu siedmiu obecnych widział może pięć lub sześć świateł.

Zapaliły się dwa kolejne. Vomact stał prosto niczym zamarznięty trup. Błyskały mu tylko oczy, gdy przeskakiwał wzrokiem po grupie, wypatrując świateł. Jeszcze parę. W końcu Vomact przybrał postawę kończącą głosowanie.

Szanownych skanerów prosi się o policzenie głosów.

Trzech starszych weszło na podium z Vomactem. Rozejrzeli się po sali.

(Martel pomyślał: przeklęte upiory decydują w głosowaniu o życiu prawdziwego człowieka! Żywego człowieka! Nie mają prawa. Powiem Instrumentalności! Wiedział jednak, że tego nie zrobi. Potem pomyślał o Luci, o tym jak wiele skorzystałaby na triumfie Adama Stone’a – gdy sobie to uświadomił, absurd głosowania stał się dlań aż nieznośny).

Wszyscy trzej skrutatorzy unieśli dłonie, jednomyślnie wyrażając gestem tę samą liczbę.

Piętnastu przeciw.

Vomact odprawił ich uprzejmym ukłonem. Odwrócił się do sali i znów stanął w postawie oznaczającej: Jestem najstarszym rangą i przejmuję dowodzenie.

Zachwycony własną odwagą Martel zapalił światełko na pasie. Wiedział, że za coś takiego dowolny z sąsiadów może wyciągnąć rękę i przestawić mu regulator serca na Przeciążenie. Poczuł jak dłoń Changa łapie go za latającą pelerynę. Usunął się jednak i wbiegł, szybciej niż jakikolwiek skaner, na podium. A biegnąc, zastanawiał się, jak właściwie do nich przemówić. Apelowanie do zdrowego rozsądku nie miało już sensu. Już nie. Musiało to być prawo.

Wskoczył na mównicę obok Vomacta i przybrał postawę: Bracia, naruszenie prawa!

Naruszył dobry obyczaj, bo przemówił, jeszcze stojąc w postawie:

– Na zwykłym spotkaniu prawo nie pozwala zatwierdzać wyroku śmierci zwykłą większością! Potrzeba do tego dwóch trzecich głosów na zgromadzeniu.

Poczuł, jak Vomact rzuca się na niego od tyłu, poczuł, że spada z podium, uderza o podłogę, czując ból w kolanach i wrażliwych na dotyk dłoniach. Pomogli mu wstać. Przeskanowali go. Jakiś skaner, którego prawie nie znał, chwycił za jego regulatory i uspokoił go.

Martel natychmiast poczuł się spokojniejszy, zdystansowany i sam się za to znienawidził.

Spojrzał na mównicę. Vomact cały czas stał w postawie nakazującej Spokój!

Skanerzy wyrównali szeregi. Dwóch stojących obok Martela wzięło go za ramiona. Krzyknął na nich, ale odwrócili twarze i odcięli się tym samym od wszelkiej komunikacji.

Vomact odezwał się ponownie, gdy zobaczył, że zapadła cisza.

– Jeden ze skanerów stawił się tu skranczowany. Szanowni skanerzy, przepraszam za to. To nie jest wina wybitnego skanera i drogiego przyjaciela Martela. Taki otrzymał rozkaz. Powiedziałem mu, że ma się nie rozkranczowywywać. Liczyłem, że uniknie w ten sposób jednego niepotrzebnego habermana. Wszyscy wiemy, jak szczęśliwy jest Martel w swoim małżeństwie, i wszyscy życzymy mu powodzenia w tym odważnym eksperymencie. Lubię go. Szanuję jego osąd. Chciałem, żeby przyszedł. Wszyscyśmy tego chcieli. Jest jednak skranczowany. Nie jest w odpowiednim stanie, by zajmować się wzniosłymi sprawami skanerów. Proponuję zatem wyjście, które będzie pod każdym względem sprawiedliwe. Proponuję, abyśmy wykluczyli Martela z narad za naruszenie reguł. To wykroczenie byłoby niewybaczalne, gdyby nie był skranczowany. Jednocześnie, oddając mu sprawiedliwość, proponuję, abyśmy zajęli się kwestiami, które nasz cenny choć zdyskwalifikowany brat w tak niestosowny sposób podniósł.

Pokazał gest: Szanownych skanerów prosi się o oddanie głosu.

Martel próbował sięgnąć do swojej lampki na pasie; silne, martwe ręce przytrzymały go jednak. Na próżno się szamotał. Zabłysło jedno samotne światełko. Bez wątpienia Chang.

 

Vomact znów wsunął twarz w snop światła.

– Mając zgodę wielce szanownych obecnych tutaj skanerów na tę ogólną decyzję, postuluję teraz, aby niniejsze spotkanie ukonstytuowało się jako zgromadzenie oraz aby to zgromadzenie uczyniło mnie odpowiedzialnym za wszelkie czyny, które z mocy decyzji zgromadzenia podejmiemy, i rozliczyło mnie z nich na następnym walnym zgromadzeniu, ale nie przed jakąkolwiek inną władzą oprócz zamkniętego i tajnego kręgu skanerów.

Tym razem już zamaszyście i triumfująco przybrał postawę Głosowanie.

Zapaliło się tylko parę świateł. Wyraźnie o wiele mniej niż wynosząca jedną czwartą mniejszość.

Vomact zaraz przemówił ponownie. Światło błyszczało na wysokim spokojnym czole, na martwych kościach policzkowych. Szczupłe policzki i podbródek były na wpół skryte w cieniu, choć dolny reflektor podświetlał i podkreślał usta, nawet w spoczynku mające okrutny wyraz. (Podobno Vomact był potomkiem pewnej przedwiecznej damy, która w jakiś niewytłumaczalny i nielegalny sposób przez jedną noc przeżyła setki lat. Jej nazwisko, lady Vomact, stało się legendą; lecz jej krew i archaiczna żądza władzy przetrwały w niemym, władczym ciele potomka. Martel mógł uwierzyć w stare bajdy, wpatrując się w mównicę i zastanawiając, jaka to nieodgadniona mutacja sprawiła, że ród Vomactów stał się grasującymi pomiędzy ludźmi drapieżnikami). Bezgłośnie, choć dobitnie poruszając wargami, Vomact zaapelował:

– Wysokie zgromadzenie z przyjemnością potwierdza wyrok śmierci wydany na heretyka i wroga, Adama Stone’a. – I znów postawa wzywająca do głosowania.

I znów w samotnym proteście rozbłysło tylko światełko Changa.

Wtedy Vomact przedstawił ostatni ze swoich postulatów:

– Wnoszę o mianowanie najwyższego rangą z obecnych nadzorującym wykonanie wyroku. Wnoszę, by miał prawo mianować wykonawców, jednego lub więcej, którzy wprowadzą w życie wolę i władzę skanerów. Proszę, abym był odpowiedzialny za sam czyn, nie zaś za środki. Czyn jest szlachetny, ma na celu ochronę ludzkości i honoru skanerów; środki zaś muszą być stosowne do celu i nic poza tym. Kto potrafi zabić Innego, do tego na czujnej i zatłoczonej Ziemi? To nie jest takie proste, jak odłączenie śpiącego w cylindrze podróżnika, ani podkręcenie habermanowi kroplówki. Kiedy ludzie umierają na Ziemi, nie dzieje się to jak w kosmosie. Umierają niechętnie. Zabijanie na Ziemi nie wygląda jak wasze codzienne zajęcia, o bracia skanerzy. Musicie mi pozwolić, abym mógł dowolnie i samodzielnie wybrać agenta, który tego dokona. W przeciwnym wypadku współdzielona wiedza może stać się wspólną winą; jeśli jednak tylko ja będę o tym wiedział, tylko ja będę mógł nas zdradzić, a wy będziecie wiedzieli, kogo podejrzewać, jeśli Instrumentalność przyjdzie do nas z pytaniami.

(A co z zabójcą, którego wybierzesz? – pomyślał Martel. On też będzie wiedział, chyba że po wszystkim uciszysz go na zawsze).

Vomact przybrał postawę: Szanownych skanerów prosi się o oddanie głosu.

I ponownie tylko jedno światełko zapłonęło na znak protestu. Chang.

Martel wyobraził sobie, że widzi na martwej twarzy Vomacta okrutny uśmiech radości – uśmiech człowieka, który wie, że ma słuszność, a w tej słuszności utwierdziło go jeszcze wojownicze gremium.

Spróbował po raz kolejny się uwolnić.

Martwe dłonie nie puszczały. Były zaciśnięte jak imadła, dopóki wzrok właścicieli ich nie rozewrze – jak inaczej dawaliby sobie radę z pilotowaniem całymi miesiącami?

Martel krzyknął wtedy:

– Szanowni skanerzy, to jest morderstwo przez sąd!

Nikt go nie usłyszał. Był skranczowany i samotny. Mimo to krzyknął raz jeszcze:

– Narażacie bractwo na szwank!

Nic się nie wydarzyło.

Echo głosu poniosło się z jednego końca sali w drugi. Nie odwróciła się żadna głowa. Nie popatrzyły nań żadne oczy.

Gdy znów dobierali się w pary, żeby rozmawiać, Martel uświadomił sobie, że skanerzy unikają go wzrokiem. Widział, że nikt nie ma ochoty oglądać tego, co mówi. Wiedział, że pod lodowatymi twarzami kolegów kryje się współczucie albo rozbawienie. Wiedział, że mają świadomość, że jest skranczowany – bezsensowny, normalny, ludzki – że chwilowo nie jest skanerem. Wiedział jednak, że tylko ktoś skranczowany może poczuć sercem, jakie oburzenie i jaki gniew wywoła wśród Innych to morderstwo z premedytacją. Wiedział, że bractwo naraża się na wielkie ryzyko, wiedział, że jedną z najstarszych zasad prawa jest monopol państwa na przemoc. Już w dawnych państwach, w czasach Wojen, zanim nastały Bestie, zanim ludzie zaczęli się wyprawiać w Przestrzeń – już starożytni znali tę zasadę. Tylko Państwo może zabijać. Państwa dawno zniknęły, pozostała jednak Instrumentalność, a Instrumentalność nie będzie pobłażać tym, którzy czynią jej wbrew na Ziemiach. Śmierć w kosmosie była esencją pracy skanerów: zresztą, jak Instrumentalność mogłaby pilnować przestrzegania swoich praw w miejscu, gdzie wszyscy ludzie, którzy się budzą, budzą się tylko po to, by umrzeć wśród wielkiego bólu? Mądrze uczyniła Instrumentalność, że zostawiła kosmos skanerom, mądrze uczyniłoby bractwo, nie mieszając się w sprawy Ziem. A teraz bractwo nagle chce zostać bandą zbrodniarzy, szajką przestępców okrutnych i głupich jak plemiona Bezlitosnych!

Martel wiedział to wszystko, bo był skranczowany. Gdyby był w stanie habermana, myślałby tylko umysłem, nie sercem, trzewiami i krwią. Skąd inni skanerzy mieliby wiedzieć?

Vomact po raz ostatni wszedł na mównicę. Zgromadzenie podjęło decyzję. Tak się stanie. Głosem dodał:

– Jako najstarszy rangą wśród was proszę o lojalność i milczenie.

Na te słowa dwaj skanerzy puścili Martela. Roztarł zdrętwiałe dłonie, poruszając palcami, żeby przywrócić krążenie w zmarzniętych opuszkach. Czując prawdziwą wolność, zaczął się zastanawiać, co można jeszcze zrobić. Przeskanował sam siebie: wciąż był skranczowany. Może jeszcze z dzień. Zresztą pójdzie nawet jako haberman, choć niewygodnie będzie rozmawiać palcem i tabliczką. Rozejrzał się za Changiem. Przyjaciel stał cierpliwie i nieruchomo na uboczu. Martel poruszał się powoli, żeby nie zwracać na siebie więcej uwagi niż trzeba. Stanął na wprost Changa, nadstawił twarz do światła i odezwał się:

– Co robimy? Chyba nie pozwolisz im zabić Adama Stone’a, prawda? Rozumiesz, co znaczy dla nas to jego osiągnięcie? Nie będzie już skanerów. Nie będzie habermanów. Nie będzie bólu w Przestrzeni. Mówię ci: gdyby inni też byli skranczowani, jak ja, patrzyliby na to wszystko po ludzku, a nie przez tę wąską, wariacką logikę, której się tu używa. Trzeba ich powstrzymać. Jak to zrobić? Co robimy? Co myśli Parizianski? Kogo wybrano?

– Na które pytanie mam odpowiedzieć?

Martel parsknął śmiechem. (Przyjemnie było się zaśmiać, nawet wtedy; można się było poczuć naprawdę człowiekiem).

– Pomożesz mi?

Wzrok Changa przeskakiwał po twarzy Martela, gdy odpowiadał:

– Nie. Nie. Nie.

– Nie pomożesz mi?

– Nie.

– Dlaczego, Chang? Dlaczego?

– Jestem skanerem. Zagłosowaliśmy. Zrobiłbyś dokładnie to samo, gdybyś nie był w tym niezwyczajnym stanie.

– Nie jestem w niezwyczajnym stanie. Jestem skranczowany. To znaczy tylko, że patrzę na świat tak samo jak Inni. Dostrzegam głupotę. Brak skrupułów. Egoizm. To morderstwo.

– Co „morderstwo”? A ty nie zabijałeś? Nie jesteś Innym, jesteś skanerem. Jeśli to zrobisz, będziesz żałował.

– To czemu głosowałeś przeciwko Vomactowi? Nie zdawałeś sobie sprawy, co odkrycie Stone’a oznacza dla nas wszystkich? Skanerzy będą żyli na próżno! I dzięki Bogu! Nie widzisz tego?

– Nie.

– Ale ze mną rozmawiasz, Chang. Jesteś moim przyjacielem.

– Rozmawiam. Jestem. Dlaczego pytasz?

– Więc co zrobisz?

– Nic, Martel. Nic.