Drugie Odkrycie Ludzkości/Norstrilia

Tekst
Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

drugie odkrycie ludzkości

Na próżno żyją skanerzy

O damie, co Duszą żeglowała

Gra w szczurosmoka

Wypalenie mózgu

Zbrodnia i chwała komandora Suzdala

Jaki był złoty, jeju, jeju!

Umarła pani z Miasta Prostaczków

Pod Starą Ziemią

Matki Hitton kotecki puhate

Bulwar Alfa Ralfa

Ballada o zgubionej Ka-Mell

Planeta zwana Shayol

norstrilia

Wprowadzenie i prolog

U bram Ogrodu Śmierci

Proces

Gniew Honseka

Stare, podniszczone skarby w dziurze

Kłótnia przy stole

Pałac Gubernatora Nocy

Oko na wróbla

Pieniądze BID-ne i WROG-ie

Pułapki, fortuny i kibice

Niedalekie ustronie

Gościnność i usidlenie

Polecimy wysoko tam

Dociekanie i uciekanie

Droga do Kotmistrza

Dom Towarowy Spełnionych Pragnień

„Noc i niebo, co nieznane”

Kasę każdy chętnie złupi

Tostig Amaral

Ptaki, głęboko pod ziemią

Jego własny ołtarz

Rady, narady, obrady i porady

Chronologia świata instrumentalności

Noty wydawnicze

Notka biograficzna


Tytuł oryginału: The Rediscovery of Man. Norstrilia

Copyright © 1993, 1975 by Cordwainer Smith

Copyright for the Polish translation © 2015 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Vanrad

Redaktor serii: Andrzej Miszkurka

ISBN 978-83-7480-569-8

Wydanie I

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60

e-mail kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

drugie odkrycie ludzkości

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Na próżno żyją skanerzy

Tutaj ludzkość wydobywa się wreszcie z mrocznej epoki, opisanej dokładniej w opowiadaniach The Queen of the Afternoon oraz Mark Elf – tam dowiadujemy się, że Bestie to zmutowane inteligentne zwierzęta, a „menszenjegry” to dawne niemieckie maszyny bojowe – od słowa Menschenjäger, „łowca ludzi”. Kiedy Smith pisał to opowiadanie, w roku 1945, koło domu miał opuszczony sklep pod nazwą Little Cranch. Nie miał pojęcia, co znaczy owo „Cranch”, ale i tak tego słowa użył. „Pradawna dama”, której potomkiem jest Vomact, to jedna z sióstr VomAcht wspomnianych w historiach z Wieków Ciemnych – ale nie wiemy która.

Martel był wściekły. Mimo to nie przykręcił sobie poziomu złości. Przebiegł przez pokój na pamięć, nie patrząc. Ale kiedy zobaczył, jak stół uderza w podłogę, a po minie Luci poznał, że zrobił to z głośnym łomotem, spojrzał w dół, żeby sprawdzić, czy nie ma złamanej nogi. Nie miał. Jako skaner do szpiku kości musiał sam siebie przeskanować. Było to odruchowe i automatyczne. Na liście inwentarzowej miał nogi, brzuch, skrzynkę z przyrządami, dłonie, ramiona, twarz i plecy – w lustrze. Dopiero wtedy wrócił do złości. Mówił głosem, choć wiedział, że żona go nie cierpi – był dla niej za hałaśliwy – i woli, żeby pisał.

– Mówię ci, muszę się skranczować. Muszę i już. To tylko mój problem, nie?

Gdy Luci odpowiedziała, czytając z ruchu jej ust, zrozumiał tylko niektóre słowa:

– Skarbie... jesteś moim mężem... prawo cię kochać... niebezpiecznie... niebezpiecznie... robić... czekaj...

Spojrzał jej w oczy, ale odezwał się głosem, znów denerwując ją tym rykiem:

– Jeszcze raz ci mówię. Chcę się skranczować.

Widząc jej minę, poczuł skruchę i trochę złagodniał.

– Rozumiesz, co to dla mnie znaczy? Wydostać się z tego potwornego więzienia we własnej głowie? Znowu stać się człowiekiem, słyszeć twój głos, czuć zapach dymu? W ogóle czuć – czuć stopy na ziemi, czuć powiew powietrza na twarzy? Nie rozumiesz, co to dla mnie znaczy?

Jej pełna obawy mina i rozszerzone oczy znów wywołały irytację. Odczytał z jej ust tylko parę słów:

– ...kocham... dla własnego dobra... nie myśl, że nie chcę... znów człowiekiem... dla własnego dobra... za dużo... mówił... mówili...

Rycząc na nią, uświadomił sobie, że jego głos musi brzmieć wyjątkowo paskudnie. I że jego dźwięk boli ją nie mniej niż same słowa:

– Myślisz, że chciałem, żebyś wychodziła za skanera? Nie mówiłem ci, że upadamy prawie tak nisko, jak habermani? Jesteśmy martwi, mówię ci, martwi. Musimy być martwi, żeby wykonywać swoje zadania. Jak inaczej wypuścić się w Przestrzeń? Wyobrażasz sobie, co to jest? Naga Przestrzeń? Ostrzegałem. Ale wyszłaś za mnie. Tak, wyszłaś za człowieka. Więc teraz pozwól mi być człowiekiem. Niech usłyszę twój głos, niech poczuję ciepło życia, niech się stanę człowiekiem. Pozwól mi!

Widział po smutnej minie, że ją przekonał. Więcej nie użył głosu. Uniósł za to zawieszoną na piersi tabliczkę. Zaczął pisać na niej, spiczastym paznokciem palca wskazującego prawej dłoni – mówiącym paznokciem skanera – szybkim, wyraźnym pismem:

Daj drut krancz.

Wyciągnęła z kieszeni fartucha długi pozłacany drut. Pozwoliła, by sfera jego pola opadła na dywan. Szybko, zręcznie, posłusznie, jak przystało na żonę skanera, owinęła mu drutem głowę, potem, spiralą, szyję i pierś. Ominęła zestaw przyrządów na piersi. Ominęła nawet odchodzące od nich promieniście blizny – stygmaty ludzi, którzy zapuszczają się w Przestrzeń. Mechanicznie uniósł stopę, żeby mogła przeciągnąć drut pod nogami. Naprężyła go. Wetknęła małą wtyczkę na końcu w gniazdo wysokiego napięcia tuż obok monitora czynności serca. Pomogła mu usiąść, ułożyła mu ręce, wsunęła głowę w zagłówek na szczycie fotela. Następnie odwróciła się twarzą do niego, żeby mógł widzieć, co mówi. Minę miała spokojną.

Klękła, podniosła sferę na drugim końcu drutu, spokojnie wstała, zwrócona plecami do niego. Przeskanował ją – nie dostrzegł w jej postawie niczego oprócz bólu, który uszedłby uwagi każdego, ale nie skanera. Odezwała się: widział, jak poruszają się jej mięśnie piersiowe. Dotarło do niej, że stoi tyłem – odwróciła się, żeby mógł czytać z ust.

 

– Jak? Gotowy?

Uśmiechnął się z aprobatą.

Znów odwróciła się plecami. (Nie była w stanie patrzeć na niego pod wpływem drutu). Cisnęła drucianą sferę w powietrze. Zawisła w polu siłowym. I nagle się rozjarzyła. I to było wszystko. Wszystko... nie licząc nagłego żaru i wizgu wrażeń powracających do zmysłów. Wracały, przelewając się falą przez próg bólu.

Gdy się obudził, pod wpływem drutu, wcale nie poczuł się jak po kranczowaniu. Choć było to drugie kranczowanie w tym tygodniu, czuł się dobrze. Leżał w fotelu. Uszy syciły się dźwiękiem powietrza muskającego sprzęty w pokoju. Z sąsiedniego słyszał oddech Luci, wieszającej drut, żeby ostygł. Czuł tysiąc jeden zapachów, obecnych w każdym mieszkaniu – ostrą świeżość dezynfektora, kwaśno-słodką aurę nawilżacza, aromat kolacji, którą dopiero co zjedli, zapachy ubrań, mebli, samych ludzi. Wszystko to było niesamowicie przyjemne. Odśpiewał zwrotkę czy dwie swojej ulubionej piosenki:

Wypijmy za habermana, daleko w kosmosie!

W kosmosie wysoko, daleko w kosmosie!

Usłyszał, że Luci zachichotała w sąsiednim pokoju. Rozkoszował się szmerem jej sukienki, gdy biegła do drzwi.

Rzuciła mu krzywy uśmieszek.

– Niezły masz ten głos. Naprawdę dobrze się czujesz?

Mimo obfitości wrażeń zmysłowych nadal skanował. Zrobił błyskawiczną inwentaryzację, kwintesencję swoich umiejętności zawodowych. Wzrok przeskoczył po informacjach na przyrządach. Żadne wskazanie nie wychodziło poza skalę, poza napięciem nerwów, na pograniczu Niebezpieczeństwa. Tak się zawsze robiło przy kranczowaniu. Kiedy jedziesz na drucie, nerwomierz zawsze coś pokazuje. Któregoś dnia przeskoczy na Przeciążenie, a potem na Zgon. Tak kończą habermani. Ale nie można mieć wszystkiego. Ludzie, którzy latają wysoko, płacą cenę za podbój kosmosu.

No, ale powinien się przejmować! Był skanerem. I to dobrym. I dobrze o tym wiedział. Jeśli sam się nie przeskanuje, kto to za niego zrobi? To kranczowanie nie było zbyt niebezpieczne. Owszem, trochę, ale nie zanadto.

Luci wyciągnęła rękę i pogładziła go po włosach, jakby czytała mu w myślach, zamiast po prostu ich słuchać.

– Ale wiesz, że nie powinieneś! Nie powinieneś!

– Ale i tak to zrobiłem! – Wyszczerzył się do niej.

Wciąż z wymuszoną pogodą dodała:

– Daj spokój, skarbie. Zajmijmy się lepiej przyjemnymi rzeczami. Lodówka jest pełna. Same twoje ulubione przysmaki. I mam dwie nowe płyty z zapachami. Już je wypróbowałam, nawet mnie się podobały. A znasz mnie...

– Które?

– Co które, skarbie?

Wyszedł, kuśtykając, z pokoju. Po drodze przesunął ręką po jej ramionach. (Nie potrafił wrócić do odczuwania podłogi pod stopami, powietrza na twarzy, bez jednoczesnego oszołomienia i niezdarności. Tak jakby kranczowanie było rzeczywistością, a stan habermana złym snem. Ale on był habermanem i skanerem).

– Wiesz, o co mi chodzi, Luci... te zapachy... który na płycie ci się podobał?

– Nooo... – zaczęła ostrożnie. – Były te kotleciki jagnięce, to było bardzo dziwne...

Przerwał jej:

– Koty-leciki, co to?

– Poczekaj, zaraz powąchasz, potem będziesz zgadywał. Mogę ci powiedzieć, że to zapach, co ma setki, grube setki lat. Dowiedzieli się o nim ze starych książek.

– Kot-lecik, to zwierzę jakieś?

– Nie powiem. Będziesz musiał poczekać.

Zaśmiała się, pomagając mu usiąść. Rozłożyła przed nim talerzyki do degustacji. Chciał najpierw powtórzyć kolację, skosztować wszystkich pyszności, które wcześniej jadł, tym razem delektując się smakiem, żywymi ustami i językiem.

Gdy Luci znalazła drut grający i rzuciła jego sferę w pole siłowe, przypomniał jej o tych nowych zapachach. Wyjęła długie szklane płyty i wstawiła pierwszą z nich do odtwarzacza.

– Wąchaj!

Po pokoju rozszedł się osobliwy, przerażający, ekscytujący zapach. Pachniał jak nic na świecie, ani nic z Przestrzeni. Mimo to był znajomy. Ślina napłynęła mu do ust. Serce zabiło trochę żywiej, przeskanował wskaźnik. (Tak, oczywiście, że szybszy). Ale co to za zapach? Z udawanym niepokojem chwycił ją za dłonie, spojrzał jej w oczy i zawył:

– Powiedz, skarbie! Powiedz, bo cię zjem!

– No właśnie!

– Co „no właśnie”?

– Dobrze mówisz. Powinieneś to właśnie czuć, że chcesz mnie zjeść. To mięso.

– Mięso? Kto to?

– To nie jest „ktoś” – powiedziała, świadomie. – To Bestia. Bestia, którą ludzie kiedyś jedli, dawno temu. Jagnię, to była mała owca – widziałeś kiedyś owce w Dziczy, prawda? – a kotlecik to jego kawałek, o, stąd!

Wskazała własną pierś.

Martel nie słyszał jej. Wszystkie wskazania przeskoczyły na Alarm, niektóre na Niebezpieczeństwo. Walczył z szumem własnego umysłu, zmuszającego jego ciało do nadmiernej ekscytacji. Jakże łatwo jest być skanerem, gdy stoi się poza własnym ciałem, po habermanowemu, i patrzy się na nie tylko swoimi oczyma. Wtedy da się nim zarządzać, kierować nim na spokojnie, nawet wśród bolesnej pustki kosmosu. Ale mieć świadomość, że jest się tym ciałem, że to ono nad tobą panuje, że jego umysł może dźgnąć impulsem całe to mięso i wzbudzić w nim rozdygotaną panikę! To było straszne.

Spróbował sobie przypomnieć czasy przed wejściem do habermaszyny, zanim zoperowano go do latania w Przestrzeń. Czy zawsze czuł takie fale emocji przechodzące z umysłu do ciała, z ciała z powrotem do umysłu, tak dezorientujące, że nie dawało się skanować? Ale przecież wtedy nie był skanerem.

Wiedział, co to było. Puls dudnił w uszach, a on wiedział. Ten zapach dotarł do niego podczas koszmarnego lotu, przebił się, gdy statek płonął na orbicie Wenus, a habermani walczyli gołymi rękami z kruszącym się metalem. Skanował wówczas. Wszyscy wskazywali Niebezpieczeństwo. Wszyscy wokół. Ich piersiowe wskazania przeskoczyły na Przeciążenie, potem na Zgon – a on przechodził od jednego do drugiego, odsuwając z drogi nieważkie trupy, i skanował każdego po kolei, unieruchamiał połamane nogi, czego nie zauważyli, przestawiał zawór snu u tych, których wskazania były niebezpiecznie blisko przeciążenia. Wciąż usiłowali pracować, przeklinali go za to, że skanuje, walczyli, by wykonać zadanie i zachować wszystkich przy życiu wśród bolesnego kosmosu – wtedy właśnie poczuł ten zapach. Przebił się po zmodyfikowanych nerwach, przez habermańskie blokady, przez wszystkie bezpieczniki dyscypliny fizycznej i umysłowej. W najgorszej, najtragiczniejszej godzinie poczuł zapach. Pamiętał to jak nieudane kranczowanie, skojarzone z wściekłością i koszmarną sytuacją dookoła. Na moment nawet przerwał pracę, żeby się przeskanować, w obawie, że zaraz odczuje pierwsze skutki, że emocje przebiją habermańskie blokady i dotrą do niego bólem Przestrzeni. Dał jednak radę. Jego własne przyrządy zostały w pozycji Niebezpieczeństwo, nawet nie zbliżyły się do Przeciążenia. Wykonał zadanie, został odznaczony. Zapomniał nawet o płonącym statku.

O wszystkim, oprócz tego zapachu.

A tu znów poczuł go w całej okazałości – zapach mięsa i ognia...

Luci spojrzała nań z żoniną troską. Myślała, oczywiście, że za długo się kranczował i zaraz wróci do habermana. Próbowała być pogodna.

– Skarbie, lepiej byś odpoczął.

Szepnął do niej:

– Wy-łącz-ten-za-pach.

Nie pytała o nic. Wyłączyła odtwarzacz. Wstała nawet i pokręciła pokojowym sterownikiem, póki łagodny wietrzyk nie powiał od podłogi i nie usunął zapachów przez sufit.

Wstał, zmęczony i sztywny. (Wskazania były w normie, nie licząc serca, które biło szybko, i nerwów, wciąż na progu Niebezpieczeństwa).

Odezwał się smutno:

– Przepraszam, Luci. Chyba nie trzeba mi było się kranczować. Nie drugi raz z rzędu. Ale wiesz, kochanie, ja muszę czasem wyjść z habermana. Pobyć trochę z tobą. Jak inaczej to zrobić? Jak mam być człowiekiem, skoro nie słyszę własnego głosu, nawet własnego życia nie czuję, jak przelatuje mi przez żyły? Ja cię kocham. Chciałbym być blisko ciebie, to w ogóle możliwe?

Jej dumna i zdyscyplinowana odpowiedź była niemal odruchowa.

– Przecież jesteś skanerem.

– Wiem, że jestem skanerem. I co z tego?

Zaczęła recytować, jakby po raz tysięczny powtarzała sobie tę historię dla dodania otuchy:

– Jesteś najdzielniejszym z dzielnych i najzręczniejszym ze zręcznych na świecie. Cała ludzkość winna jest szacunek skanerowi, który zapewnia jedność wszystkim Ziemiom ludzkości. Skanerzy to obrońcy habermanów i sędziowie Przestrzeni. Pozwalają człowiekowi żyć tam, gdzie desperacko pragnie umrzeć. Są najbardziej szanowani na całej Ziemi i nawet przywódcy Instrumentalności z przyjemnością składają im hołd!

Sprzeciwił się z uporem i smutkiem:

– Luci, ja już to sto razy słyszałem. Ale czy nas wynagrodzą...

– „Skanerzy nie pracują tylko dla pieniędzy. To najpotężniejsi strażnicy ludzkości”. Nie pamiętasz tego?

– Ale, Luci... nasze życie... co masz z tego, że jesteś żoną skanera? Po co za mnie wyszłaś? Jestem człowiekiem tylko wtedy, gdy się skranczuję. Przez resztę czasu – no, sama wiesz. Jak maszyna. Człowiek zamieniony w maszynę. Człowiek, którego zabili i utrzymują przy życiu, żeby służył. Nie rozumiesz, czego mi w życiu brakuje?

– Oczywiście, skarbie, oczywiście...

Mówił dalej:

– Myślisz może, że nie pamiętam dzieciństwa? Że nie kojarzę już, jak to jest być człowiekiem, a nie habermanem? Chodzić, czuć pod stopami ziemię? Czuć piękny, czysty ból, a nie co minutę patrzeć na przyrządy, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyję? Po czym ja poznam, że umarłem? Zastanawiałaś się nad tym, Luci?

Zignorowała irracjonalność tego wybuchu. Odezwała się uspokajająco:

– Kochanie, usiądź sobie, strasznie zdenerwowany jesteś. Zrobię ci może jakiegoś drinka.

Odruchowo się przeskanował.

– Wcale nie jestem! Posłuchaj mnie. Jak to według ciebie jest w Przestrzeni, wśród załogi unieruchomionej do lotu? Jak myślisz, jak się czuję, kiedy obserwuję, jak śpią? Myślisz, że to takie fajne, skanować i skanować, miesiąc za miesiącem, cały czas czując, jak na wszystkie części ciała napiera mi ból Przestrzeni, próbując przebić się przez habermanowe blokady? Jak myślisz, czy lubię budzić tych ludzi, kiedy jest konieczność, wiedząc, że mnie za to znienawidzą? Widziałaś kiedyś, jak walczą habermani, potężni mocarze, którzy walczą i nie czują bólu, walczą, póki nie dopadnie ich Przeciążenie? Zastanawiałaś się nad tym, Luci? – I triumfalnie dodał: – Nie możesz mi mieć za złe, że ledwo dwa razy na miesiąc biorę drut i z powrotem staję się człowiekiem.

– Niczego nie mam ci za złe. Cieszmy się, że jesteś na drucie. Wykorzystajmy tę chwilę. Usiądź, zrobię ci drinka.

Usiadł i ukrył twarz w dłoniach, a ona robiła mu drinka z naturalnych soków w butelkach z dodatkiem nieszkodliwych alkaloidów. Patrzył na nią niespokojnie. Było mu jej szkoda, że wyszła za skanera; a potem pomyślał, że to niesprawiedliwe; rozeźlił się sam na siebie, że się nad nią lituje.

Gdy odwracała się, żeby podać mu drinka, oboje lekko podskoczyli, zadzwonił bowiem telefon. Nie powinien dzwonić. Wyłączyli go. Zadzwonił po raz kolejny. To był obwód alarmowy. Martel, wyprzedzając Luci, podszedł do telefonu i spojrzał. Ze środka popatrzył na niego Vomact.

Tradycja skanerów pozwalała mu zachowywać się obcesowo, nawet wobec przełożonych, w pewnych określonych sytuacjach. To była jedna z nich.

Zanim Vomact zdążył się odezwać, Martel wypowiedział do telefonu trzy słowa, nie dbając o to, czy starszy pan potrafi czytać z ust, czy nie.

– Skranczowany. I zajęty.

Przerwał połączenie i wrócił do Luci.

Telefon zadzwonił po raz drugi.

Luci delikatnie zaproponowała:

– Skarbie, może ja się dowiem, o co chodzi? Proszę, weź sobie drinka i usiądź.

– Zostaw – odparł jej mąż. – Nikt nie ma prawa dzwonić, kiedy jestem skranczowany. I on o tym wie. Powinien to wiedzieć.

Telefon zadzwonił ponownie. Wściekły Martel wstał i podszedł do ekranu. Włączył go z powrotem. Na ekranie był Vomact. Zanim Martel zdążył się odezwać, Vomact uniósł swój mówiący paznokieć i przytknął do monitora serca. Martel wrócił do dyscypliny.

– Skaner Martel melduje się obecny i gotowy, sir.

 

Usta poruszyły się z namaszczeniem:

– Najwyższy alarm.

– Sir, ale ja jestem na drucie.

– Najwyższy alarm.

– Sir, nie rozumie pan? – Zaczął mówić powoli, żeby mieć pewność, że Vomact rozumie: – Jestem... na... drucie... Niezdatny... do... lotu!

Vomact powtórzył:

– Najwyższy alarm. Zgłosić się do Centralnej Łącznicy.

– Ale proszę pana, nigdy dotąd nie...

– Tak jest, Martel. Nigdy dotąd nie było takiego alarmu. Zgłoś się do Łącznicy. – I z nieznacznym złagodzeniem tonu dodał: – Nie ma potrzeby się dekranczować. Idź tak, jak stoisz.

Tym razem to Vomact się rozłączył. Ekran zszarzał.

Martel odwrócił się do Luci. Złość uleciała, głos uspokoił się. Podeszła do niego. Pocałowała go i zmierzwiła mu włosy. Była w stanie powiedzieć tylko:

– Jakże mi przykro.

Widząc jego rozczarowanie, ucałowała go jeszcze raz.

– Uważaj na siebie, kochanie. Poczekam na ciebie.

Przeskanował się i włożył przezroczystą latającą pelerynę. Przy oknie zawahał się i pomachał jeszcze do niej.

– Powodzenia! – zawołała.

On zaś, gdy owiewało go powietrze, powiedział do siebie:

– Pierwszy raz czuję lot, pierwszy raz od... jedenastu lat. Jezu, jak to łatwo latać, kiedy człowiek czuje, że żyje!

Centralna Łącznica jarzyła się, biała i ascetyczna, daleko przed nim. Martel rozejrzał się. Nie było widać poblasku statków przylatujących z Przestrzeni, ani migotliwych płomieni niekontrolowanego kosmicznego ognia. Wszędzie spokój, jak przystało na noc wolną od służby.

A Vomact mimo to go wezwał. Ogłosił alarm wyższy od kosmicznego. Nie było czegoś takiego. Ale Vomact i tak go ogłosił.

Kiedy dotarł na miejsce, zastał tam mniej więcej połowę wszystkich skanerów – czyli dwudziestu paru. Uniósł mówiący palec. Większość obecnych stała parami zwrócona do siebie i rozmawiała, czytając sobie z ust. Paru starszych i niecierpliwych bazgrało po tabliczkach i podsuwało je sobie na przemian pod nos. Wszystkie twarze miały tępy, martwy, rozluźniony, habermański wyraz. Martel, wchodząc do sali, wiedział, że większość pozostałych śmieje się w grubo izolowanej intymności własnych umysłów, myśląc sobie to, czego nie dałoby się wyjaśnić normalnymi słowami. Od dawna nie zdarzyło się, by skaner przyszedł na spotkanie skranczowany.

Vomacta jeszcze nie było. Zapewne, pomyślał Martel, wciąż wisi na telefonie i obdzwania innych. Światełko telefonu błyskało i gasło; dzwonił dzwonek. Dziwnie się poczuł, gdy dotarło do niego, że ze wszystkich obecnych tylko on słyszy ten głośny dzwonek. Zrozumiał, dlaczego zwykli ludzie nie lubili przebywać w towarzystwie grupek habermanów lub skanerów. Rozejrzał się za jakimś towarzystwem.

Wypatrzył swojego kumpla Changa, który właśnie z ożywieniem wyjaśniał jakiemuś staremu i zgryźliwemu skanerowi, że nie wie, czemu Vomact dzwonił. Rozglądał się dalej i dostrzegł Parizianskiego. Podszedł do niego, lawirując między innymi ze zręcznością pokazującą, że czuje własne stopy od środka i nie musi na nie patrzeć. Paru innych spojrzało nań martwymi twarzami i spróbowało się uśmiechnąć. Nie panowali jednak do końca nad własnymi mięśniami i ich twarze wykrzywiały się w paskudne maski. (Skanerzy przeważnie pilnowali się, żeby nie robić min twarzami, których nie kontrolują. Martel dodał do siebie: Przysięgam, nigdy już nie będę się uśmiechać nieskranczowany).

Parizianski pokazał mu mówiący palec. Stanąwszy z Martelem twarzą w twarz, odezwał się:

– Pokazujesz się tu skranczowany?

Nie słyszał własnego głosu, słowa zabrzmiały więc jak skrzekot starego i zepsutego telefonu. Martel podskoczył, choć tamten nie miał nic złego na myśli. Nikt nie był bardziej dobroduszny od tego potężnego Polaka.

– Vomact zadzwonił. Powiedział: „Najwyższy alarm”.

– Powiedziałeś mu, że jedziesz na drucie?

– Tak.

– I mimo to kazał ci przyjść?

– Tak.

– Czyli tu nie chodzi o kosmos? Przecież w kosmos nie pójdziesz? Jesteś jak zwykły człowiek?

– No właśnie.

– To po co nas wszystkich wezwał?

Z jakiegoś przedhabermanowego nawyku uniósł pytająco ręce. Dłonią uderzył w plecy starszego faceta za sobą. Odgłos rozniósł się po całej sali, ale usłyszał go tylko Martel. Odruchowo przeskanował Parizianskiego i starszego faceta, a oni przeskanowali jego. Dopiero wtedy starszy zapytał, czemu to zrobił. Gdy Martel wyjaśnił, że jedzie na drucie, starszy mężczyzna od razu odszedł, żeby przekazać wszystkim nowinę, że na spotkaniu w Łącznicy jest skranczowany skaner.

Nawet ta drobna sensacja nie była w stanie odwrócić uwagi większości skanerów od zaniepokojenia najwyższym alarmem. Jeden, młody, który ledwo rok temu skanował swój pierwszy lot, dramatycznie wszedł pomiędzy Parizianskiego i Martela. Teatralnym gestem uniósł swoją tabliczkę:

Vmct zwariowal?

Starsi pokręcili głowami. Martel, pamiętając, że młody człowiek jeszcze niedawno był habermanem, złagodził powagę zaprzeczenia życzliwym uśmiechem. Odezwał się normalnym głosem:

– Vomact to najwyższy rangą skaner. Jestem przekonany, że nie mógłby zwariować. Na pewno zobaczyłby to na swoich przyrządach.

Musiał powtórzyć odpowiedź, powoli, wyraźniej układając usta – dopiero wtedy tamten zrozumiał. Młody usiłował zmusić twarz do uśmiechu, ale tylko wykrzywił ją w komiczną maskę. Wziął jednak tabliczkę i naskrobał:

Racja.

Chang odłączył się od swojego kumpla i podszedł do nich. Twarz pół-Chińczyka promieniała pośród ciepłego wieczoru. (Dziwne, pomyślał Martel, że nie ma więcej Chińczyków-skanerów. Albo zresztą może nie takie dziwne, jak sobie przypomnieć, że nawet swojego procenta habermanów nie są w stanie dostarczyć. Za bardzo lubią dobrze żyć. Ale ci, którzy już skanują, są naprawdę dobrzy). Chang zobaczył, że Martel jest skranczowany, i odezwał się głosem:

– Tworzysz precedens. A jak Luci, pewnie zła była, że idziesz?

– Dobrze to zniosła. Wiesz, Chang, to dziwne.

– Co?

– Jestem skranczowany i wszystko słyszę. Twój głos brzmi dobrze. Jak się nauczyłeś mówić jak... normalny człowiek?

– Ćwiczyłem na ścieżkach dźwiękowych z filmów. Zabawne, że zauważyłeś. Zdaje się, że jestem jedynym skanerem na Ziemi czy pomiędzy Ziemiami, który byłby w stanie udawać zwykłego człowieka. Lustra i ścieżki dźwiękowe. Nauczyłem się to grać.

– Ale ty nie...

– Nie. Nie czuję, nie mam smaku, słuchu i węchu tak jak wszyscy inni. Samo gadanie jest mi na nic. Ale za to pozytywnie działa na innych ludzi wokół.

– Dla Luci to odmieniłoby całe życie.

Chang kiwnął mądrze głową.

– Mój ojciec na to nalegał. Mówił: „Ty może jesteś dumny, że jesteś skanerem. A mnie jest przykro, że nie jesteś człowiekiem. Trzeba ukrywać swoje wady”. Więc próbowałem. Chciałem staremu opowiedzieć o kosmosie i o tym, co tam robimy, ale nie wyszło. Powiedział: „Konfucjusz zadowalał się samolotami, to mnie też wystarczą”. Stary pozer! Tak bardzo chce być Chińczykiem, a starochińskiego ani w ząb nie przeczyta. Ale bystry jest naprawdę nieprzeciętnie i jak na kogoś, kto dobiega dwusetki, dobrze się porusza.

Martel uśmiechnął się na samą myśl.

– Samolotem?

Chang odpowiedział uśmiechem. Niesamowicie panował nad mięśniami twarzy; ktoś postronny nawet nie wpadłby na to, że Chang jest habermanem i ma nad oczyma, policzkami i wargami zimną, świadomą kontrolę. Był wyrazisty i żywy. Poczuł ukłucie zazdrości, spojrzawszy w martwe, zamarłe twarze Parizianskiego i reszty. Wiedział, że sam wygląda dobrze, bo czemu miałoby być inaczej? Był skranczowany. Odwrócił się do Parizianskiego i powiedział:

– Słyszałeś, co Chang mówił o swoim ojcu? Stary używa samolotu.

Parizianski poruszył ustami, lecz te dźwięki nic nie znaczyły. Wziął tabliczkę i pokazał ją Martelowi i Changowi.

Bzz bzz ha ha. Dzielny stary.

W tym momencie Martel usłyszał kroki w korytarzu. Mimo woli spojrzał ku drzwiom. Inni też zwrócili się w tamtą stronę.

Wszedł Vomact.

Grupa stanęła na baczność w czterech równoległych szeregach. Przeskanowali się nawzajem. Liczne dłonie wyciągnęły się i pokręciły kontrolkami na swoich pulpitach piersiowych, regulując parametry biochemiczne, które zaczęły wychodzić poza normę. Jeden skaner pokazał złamany palec, który wykrył mu inny skaner. Zaczęli mu go opatrywać i unieruchamiać.

Vomact uniósł pastorał. Sześcian na czubku zalał czerwonym blaskiem całą salę, szeregi przegrupowały się, wszyscy skanerzy uczynili gest oznaczający: Obecni i gotowi!

Vomact odpowiedział postawą oznaczającą: Jestem najstarszym rangą i przejmuję dowodzenie.

Mówiące palce uniosły się w odpowiedzi: Zgadzamy się i słuchamy.

On zaś uniósł prawą rękę, opuścił przegub jakby był złamany, w dziwacznym geście oznaczającym: Czy są tu jacyś ludzie? Jacyś nieskrępowani habermani? Czy jest wolna droga dla skanerów?

Skranczowany Martel jako jedyny z obecnych usłyszał osobliwy szmer stóp, gdy wszyscy obracali się, nie zmieniając miejsca, patrzyli uważnie po sobie nawzajem i błyskali światełkami na pasach w ciemne zakamarki wielkiej sali. Gdy znów zwrócili się twarzami do Vomacta, ten uczynił kolejny gest.

Wolna droga. Słuchajcie i odpowiadajcie.

Martel zauważył, że tylko on się rozluźnił. Reszta nie wiedziała, co to „rozluźnienie” – mózgi mieli zamknięte we własnych czaszkach, połączone tylko z oczyma, a resztę ciała łączyły z umysłem tylko nerwy niezmysłowe i przyrządy na piersi. Uświadomił sobie, że, skranczowany, spodziewał się słyszeć głos Vomacta, najstarszy wśród skanerów mówił bowiem od pewnego czasu. Ale jego usta nie wydawały żadnego dźwięku. (Vomactowi nigdy nie chciało się bawić w dźwięki).

– ...a kiedy pierwsi ludzie, którzy poszli w kosmos, trafili na Księżyc, to co tam znaleźli?

– Nic – odpowiedział bezgłośny chór warg.

– Polecieli więc dalej, na Marsa i na Wenus. Statki wylatywały rok po roku, ale nie wracały, aż do Pierwszego Roku Kosmosu. Wtedy dopiero wrócił statek. Z pierwszym skutkiem. Zapytuję was, skanerzy, jaki był pierwszy skutek?

– Nikt nie wie. Nikt nie wie.

– I nikt się nigdy nie dowie. Za dużo jest zmiennych. A po czym poznajemy pierwszy skutek?

– Po wielkim bólu Przestrzeni – odpowiedział chór.

– I po czym jeszcze?

– Po potrzebie i pragnieniu śmierci.

Vomact:

– A kto powstrzymał pragnienie śmierci?

– Pierwszy skutek opanował Henry Haberman, w 83. Roku Kosmosu.

– Zapytuję was, skanerzy: co zrobił?

– Stworzył habermanów.

– Jak, o skanerzy, powstają habermani?

– Poprzez cięcia. Odcina się mózg od serca, płuc. Odcina się mózg od oczu, nosa. Odcina się mózg od ust, brzucha. Odcina się mózg od pragnienia, bólu. Odcina się mózg od świata. Wszystkiego oprócz oczu. Wszystkiego oprócz zawiadywania ciałem.

– Jak, o skanerzy, zawiaduje się ciałem?

– Poprzez osadzone w ciele czujniki, umieszczone na piersi przyrządy, znaki stworzone, by zawiadywać żywym ciałem, znaki, które ciało odbiera, by żyć.