Cień Jedwabnego szlaku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

rozdział_trzeci_ Mantra

Po­ciąg wy­je­chał z Xi’anu na za­chód, śla­dem daw­nych ka­ra­wan wzdłuż rze­ki Wei He. Wio­ski z ce­gieł i da­chó­wek mie­sza­ły się z kwia­ta­mi brzo­skwiń i fio­le­to­wo­ró­żo­wy­mi kwia­ta­mi pau­low­ni albo sta­ły wśród kon­cen­trycz­nych li­nii grzą­dek wa­rzyw­nych przy­kry­tych pla­sti­kiem, przez co po­ło­wa pól wy­glą­da­ła jak ośnie­żo­na. Całą la­bi­ryn­to­wą oko­li­cę ufor­mo­wa­ły pia­ski od wie­ków na­wie­wa­ne na po­łu­dnie przez wiatr z Mon­go­lii. Przez wie­le go­dzin krę­ci­li­śmy po pła­sko­wy­żu, mi­ja­jąc licz­ne tu­ne­le. Ta­ra­sy psze­ni­cy i rze­pa­ku spły­wa­ły fa­la­mi w wą­wo­zy lub prze­wie­sza­ły się nad nami jak pół­ki ja­snej zie­le­ni.

Prze­je­cha­nie sied­miu­set dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów za­ję­ło nam pięt­na­ście go­dzin. W prze­zna­czo­nych dla bie­do­ty wa­go­nach z twar­dy­mi sie­dze­nia­mi sie­dzie­li wie­śnia­cy wci­śnię­ci mię­dzy ster­ty ba­ga­ży, drze­ma­li z gło­wą na ra­mie­niu są­sia­da, żuli pro­wiant, po­pi­ja­li zie­lo­ną her­ba­tę ze sło­ików. Przed laty w przej­ściach mię­dzy sie­dze­nia­mi były ka­łu­że śli­ny i nie­do­pał­ków, w któ­rych le­że­li po­dróż­ni, ale te­raz wi­dzia­łem tam tyl­ko śmie­ci i to­boł­ki chło­pów oraz ko­mi­wo­ja­że­rów. Usta­ły krzy­ki, plu­cie, pa­le­nie, na­wet ga­pie­nie się na cu­dzo­ziem­ca. Po­śród stu­den­tów i ro­dzin na wa­ka­cjach pulch­ne nie­mow­la­ki, re­zul­tat po­li­ty­ki jed­ne­go dziec­ka, sie­dzia­ły ma­je­sta­tycz­nie, ga­wo­rzy­ły i si­ka­ły do pod­sta­wia­nych noc­ni­ków.

Kie­dy skrę­ci­li­śmy na pół­noc ko­ry­ta­rzem Gan­su i ru­szy­li­śmy w kie­run­ku Sin­kian­gu, w kra­jo­bra­zie do­strzec moż­na było za­po­wiedź pust­ki Azji Środ­ko­wej. Z bli­ska wio­ski wy­da­wa­ły się roz­pa­da­ją­ce; miej­sce ce­gla­nych ścian za­ję­ła utwar­dzo­na gli­na. Osa­dy wy­glą­da­ły na nie­mal opusz­czo­ne. Zmar­li le­że­li pod kop­ca­mi na po­lach. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się albo nie­ukoń­czo­ne, albo w sta­nie roz­kła­du. Pól było co­raz mniej, wzgó­rza po­kry­wał pył. Ję­zo­ry wzgórz wpy­cha­ły się schod­ko­wo w ka­nio­ny, w koń­cu po­ciąg za­czął krą­żyć wo­kół zig­gu­ra­tów. Nie­kie­dy uka­zy­wa­ły się wio­ski w gro­tach, pod ta­ra­sa­mi, na któ­rych ro­sły wcze­sna psze­ni­ca i nie­licz­ne drze­wa. Z cza­sem wszyst­ko – wio­ski, ka­nio­ny, pola – prze­szło w mo­no­chro­ma­tycz­ny brąz na­no­szo­ne­go przez wiatr les­su. Ukształ­to­wa­nie te­re­nu przy­po­mi­na­ło pla­stycz­ne cia­sto. Rze­ka pod nami, a ra­czej płyn­ny ił w ko­lo­rze mlecz­nej cze­ko­la­dy, kłę­bi­ła się mię­dzy skal­ny­mi zbo­cza­mi, któ­re deszcz po­ciął głę­bo­ki­mi żle­ba­mi. Całą tę dra­ma­tycz­ną sce­ne­rię szyb­ko spo­wi­ła ciem­ność i po­ciąg za­mie­nił się w węża mi­go­czą­ce­go w pu­st­ce.

W Lan­zhou, ze­sztyw­nia­ły z nie­wy­spa­nia, wy­sia­dłem z po­cią­gu i zna­la­złem się w Chi­nach, ja­kie pa­mię­ta­łem. Szyb­ko oto­czył mnie tłu­mek śnia­dych, po­dej­rza­nie wy­glą­da­ją­cych męż­czyzn – ty­pów, przed któ­ry­mi ostrze­gał mnie Hu­ang – a prze­chod­nie wy­glą­da­li su­ro­wiej i bied­niej. Nie wi­dzia­łem in­nych cu­dzo­ziem­ców. Oto sze­dłem naj­bar­dziej za­nie­czysz­czo­ny­mi uli­ca­mi Chin. Lan­zhou było prze­my­sło­wym kosz­mar­kiem, wy­bu­do­wa­nym po ko­mu­ni­stycz­nym zwy­cię­stwie, aby tchnąć oży­wie­nie go­spo­dar­cze w pół­noc­no-za­chod­nią część kra­ju. Obec­nie trzy mi­lio­ny miesz­kań­ców za­miesz­ki­wa­ło ma­ją­ce dwa­dzie­ścia czte­ry ki­lo­me­try na­brze­że Hu­ang He, po­śród ra­fi­ne­rii, za­kła­dów tek­styl­nych i che­micz­nych, u pod­nó­ża po­czer­nia­łych od ko­pal­ni gór. Dłuż­sze uli­ce zni­ka­ły w smo­gu jak w prze­pa­ści. Sa­mo­cho­dy zu­ży­wa­ły pa­li­wo po trzy­dzie­ści pen­sów za litr. Wszy­scy dła­wi­li się i kasz­le­li.

Dwa­dzie­ścia lat temu za­przy­jaź­nił się tu ze mną pe­wien mło­dy na­uczy­ciel, któ­re­go chcia­łem te­raz od­wie­dzić. W tam­tych cza­sach Mo­ulie­go prze­peł­niał doj­mu­ją­cy smu­tek. Uro­dził się w ro­dzi­nie wie­śnia­ków na skra­ju Mon­go­lii We­wnętrz­nej, a w mło­do­ści, w cza­sach re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej, kie­dy mi­lio­ny przed­sta­wi­cie­li bur­żu­azji wy­pę­dzo­no na wieś, zwią­zał się z cór­ką wy­gna­ne­go urzęd­ni­ka.

Mówi się, że Chiń­czy­cy nie ko­cha­ją. Ba­da­cze hie­rar­chii ro­dzin­nych pi­szą, że je­dy­na au­ten­tycz­na czu­łość wy­stę­pu­je mię­dzy mat­ką i sy­nem. Inni twier­dzą, że w ję­zy­ku chiń­skim nie ma na­wet sło­wa mi­łość. Ani ogól­ne­go ai, ani do­bro­dusz­ne­go ren rze­czy­wi­ście nie moż­na prze­tłu­ma­czyć jako bez­wa­run­ko­wą na­mięt­ność.

Mimo to Mo­uli, w swej wie­śnia­czej igno­ran­cji, za­ko­chał się moc­no i gwał­tow­nie. Bla­da cór­ka urzęd­ni­ka, cho­ra na ser­ce, po­ja­wi­ła się w po­nu­rej wio­sce jak czy­sty duch. Ła­god­nie od­wza­jem­ni­ła jego uczu­cie. Po re­wo­lu­cji ro­dzi­ce za­bra­li ją, za­pła­ka­ną, z po­wro­tem na wschód, ale nikt nie za­jął jej miej­sca w spo­koj­nym ser­cu Mo­ulie­go. Ko­chan­ków roz­dzie­li­ła sta­tycz­ność ów­cze­sne­go spo­łe­czeń­stwa chiń­skie­go. Dziew­czy­na zo­sta­ła na­uczy­ciel­ką w Tang­sha­nie, a Mo­uli do­stał się do szko­ły ję­zy­ko­wej i za­czął piąć się w górę.

Po na­szym pierw­szym spo­tka­niu Mo­uli na­pi­sał do mnie słod­ko-gorz­ki list. W wie­ku trzy­dzie­stu trzech lat po­sta­no­wił ugiąć się pod pre­sją ro­dzi­ny i się oże­nić. Kie­dy zo­ba­czy­łem go rok póź­niej, prze­ko­na­łem się, że mło­da żona, ru­mia­na dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia pie­lę­gniar­ka, nie wi­dzi poza nim świa­ta. Mo­uli jed­nak trak­to­wał ją jak słu­żą­cą, ubo­le­wał nad jej wiej­ską pro­sto­tą i, jak wy­znał, cza­sa­mi bez­na­dziej­nie tę­sk­nił za tam­tą.

Wszyst­ko to dzia­ło się daw­no temu, a dziś, kie­dy do­tar­łem do jego uczel­ni, nie mia­łem po­ję­cia, co za­sta­nę. Cze­kał na mnie przy bra­mie. Za­nim go po­zna­łem, uj­rza­łem przy­sa­dzi­ste­go, ob­ce­go Chiń­czy­ka o kę­dzie­rza­wych wło­sach, gru­bych brwiach i ustach w ty­pie pół­noc­nym. Po chwi­li jed­nak, ku mo­je­mu prze­lot­ne­mu zdu­mie­niu, krę­pa po­stać zla­ła się z mło­dym czło­wie­kiem, ja­kie­go pa­mię­ta­łem, i oto uśmie­chał się do mnie Mo­uli.

Na­sza daw­na przy­jaźń od­ży­ła. Cie­płą wy­mo­wę nadal ce­cho­wa­ła we­so­ła iro­nia, któ­rą pa­mię­ta­łem, wy­ra­ża­na ścią­gnię­ciem ust i po­sęp­ny­mi chwi­la­mi mil­cze­nia. Mo­ulie­mu to­wa­rzy­szy­ła te­raz sub­tel­na aura au­to­ry­te­tu – zo­stał pro­dzie­ka­nem wy­dzia­łu – a wło­sy przy­pró­szy­ła si­wi­zna.

– Chodź­my do mnie – po­wie­dział.

Ostat­nio wi­dzia­łem go w wą­skim po­ko­ju, pra­wie w ca­ło­ści za­ję­tym przez su­ro­we łoże mał­żeń­skie, nad któ­rym wciąż wi­siał sym­bol po­dwój­ne­go szczę­ścia. Te­raz Mo­uli zaj­mo­wał czte­ro­po­ko­jo­we miesz­ka­nie, gdzie jego żona po­wi­ta­ła mnie nie­śmia­ło. W sa­lo­nie stał te­le­wi­zor, na ścia­nach wi­sia­ły zwo­je z ka­li­gra­fią i opra­wio­ne an­giel­skie pej­za­że.

Żo­nie nadal to­wa­rzy­szył ciem­ny blask, któ­rym Mo­uli kie­dyś gar­dził. Re­gu­lar­ne rysy sze­ro­kiej twa­rzy przy­po­mi­na­ły ma­skę, choć była na swój spo­sób atrak­cyj­na, z peł­ny­mi usta­mi, ła­god­ny­mi ocza­mi i lśnią­cy­mi wło­sa­mi ścią­gnię­ty­mi do tyłu. Daw­na po­sta­wa nie­wol­ni­cy znik­nę­ła. Żona Mo­ulie­go stu­dio­wa­ła pra­wo. Ich na­sto­let­nia cór­ka, któ­ra była aku­rat w szko­le, chcia­ła wy­glą­dać jak mat­ka, za­śmiał się Mo­uli i lek­ce­wa­żą­co prze­su­nął dło­nią po swej wiej­skiej twa­rzy. Za­nim wy­szedł z domu, żona ka­za­ła mu wło­żyć ka­mi­zel­kę – gru­by swe­ter prze­tarł się na łok­ciach – a w ich oczach do­strze­ga­ło się coś na kształt cie­pła. Daw­niej na­wet na nią nie spoj­rzał.

Ra­zem szli­śmy przez te­ren uni­wer­sy­te­tu, ale za­pa­mię­ta­ne prze­ze mnie po­nu­re bu­dyn­ki znik­nę­ły. Licz­ba przyj­mo­wa­nych stu­den­tów po­tro­iła się, a przy bo­iskach i par­ku wy­ro­sły nowe blo­ki. Wy­da­wa­ło się, że Mo­ulie­mu, z jego gru­by­mi dłoń­mi i to­por­nym cia­łem, brze­mię pro­ste­go po­cho­dze­nia lub hi­sto­rii cią­ży bar­dziej niż lu­dziom wo­kół nas.

– Stu­den­ci są dzi­siaj zu­peł­nie inni. Na­wet za­da­ją py­ta­nia pod­czas za­jęć! My­śmy nig­dy tego nie ro­bi­li. – Mi­ja­ją­cy nas stu­den­ci uśmie­cha­li się z sza­cun­kiem: pa­łą­ko­wa­ci, dłu­go­wło­si mło­dzień­cy i dziew­czę­ta o ła­god­nych twa­rzach. Mie­li na so­bie stro­je spor­to­we, cza­sem trzy­ma­li się za ręce. – Poza tym wszy­scy zna­ją stan­dar­do­wy chiń­ski – cią­gnął Mo­uli. – To wiel­ka zmia­na. Na­uczy­li się go z te­le­wi­zji i in­ter­ne­tu. W wie­lu re­gio­nach, na przy­kład w mo­jej wsi, uży­wa­ło się zu­peł­nie in­nych dia­lek­tów. Pa­mię­tam, że kie­dy trzy­dzie­ści lat temu przy­jeż­dża­li tam przed­sta­wi­cie­le władz, nie ro­zu­mie­li­śmy ani sło­wa z tego, co mó­wi­li.

Ga­bi­net Mo­ulie­go, dwu­krot­nie więk­szy od daw­ne­go po­ko­iku z łóż­kiem, mógł się po­szczy­cić fo­te­la­mi, wiel­kim biur­kiem i dwo­ma kom­pu­te­ra­mi. Je­dy­nie be­to­no­wa pod­ło­ga przy­po­mi­na­ła, że je­ste­śmy w Chi­nach. W ką­cie sta­ła umy­wal­ka, z okna roz­cią­gał się wi­dok na Hu­ang He pły­ną­cą przez przed­mie­ścia. Mo­uli zaj­mo­wał tę prze­strzeń z pew­ną dumą, dało się też wy­czuć at­mos­fe­rę tym­cza­so­wo­ści. Sta­no­wi­sko dzie­ka­na wa­ko­wa­ło od trzech lat, po­nie­waż za­blo­ko­wał je uczel­nia­ny se­kre­tarz par­tii. Mimo to ko­le­dzy Mo­ulie­go już mó­wi­li o nim „nasz dzie­kan”, a młod­si wy­kła­dow­cy uwiel­bia­li go, jak przy­pusz­czam, za wro­dzo­ny brak uni­żo­no­ści.

Jego obec­na ob­se­sja zdra­dza­ła jed­nak głę­bo­ki kon­ser­wa­tyzm. Mo­uli, na­uczy­ciel an­giel­skie­go, naj­bar­dziej oba­wiał się roz­prze­strze­nia­nia się an­gielsz­czy­zny. Na wszyst­kich wy­dzia­łach, mó­wił, na­wet na Ma­te­ma­ty­ce i Hi­sto­rii Chin, zna­jo­mość an­giel­skie­go sta­ła się obo­wiąz­ko­wa dla wy­kła­dow­ców. To samo dzia­ło się w ca­łym kra­ju.

 

– Rów­nie do­brze mo­że­my hur­tem za­ak­cep­to­wać całą Ame­ry­kę, z pre­zy­den­tem i se­na­to­ra­mi! Niech tu przy­ja­dą! I co by dla nas zro­bi­li? Nic. Po­nie­waż na­sze umy­sły są inne, ukształ­to­wa­ne przez inny ję­zyk. To się nie zmie­ni. – Mo­uli wy­glą­dał przez okno ga­bi­ne­tu. – Chi­ny są jed­nym wiel­kim pla­cem prze­bu­do­wy! – Nad rze­ką wy­ra­sta­ły bia­łe domy, nad każ­dym z nich gó­ro­wał dźwig. – Oto, na czym po­le­ga pro­blem – cią­gnął Mo­uli. – Chiń­skie­go ży­cia nie moż­na prze­ło­żyć na an­giel­ski. Ni­cze­go nie da się prze­tłu­ma­czyć. Ani kul­tu­ry, ani po­li­ty­ki, ani na­wet co­dzien­nych spraw. Sło­wa nie pa­su­ją. Bra­ku­je po­jęć. – Mo­uli wła­śnie pi­sał o tym sąż­ni­sty ar­ty­kuł do ga­ze­ty uni­wer­sy­tec­kiej „Je­dwab­ny Szlak”, któ­ry przy­spo­rzy mu wie­lu wro­gów. – Fun­da­men­tem ję­zy­ka jest myśl. Jak mamy my­śleć po an­giel­sku?

Słu­cha­jąc go, ze zdu­mie­niem wspo­mi­na­łem uni­wer­sy­tet, po któ­rym spa­ce­ro­wa­łem dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej. Wte­dy uczel­nia wciąż chwia­ła się po cio­sach za­da­nych przez re­wo­lu­cję kul­tu­ral­ną, kie­dy wy­kła­dow­ców prze­śla­do­wa­no za po­sia­da­nie an­giel­skiej po­wie­ści, ta­śmy z za­chod­nią mu­zy­ką, li­stu z za­gra­ni­cy. Co się sta­ło z tym sta­rym pro­fe­so­rem, ska­za­nym za po­sia­da­nie Bi­blii na dzie­sięć lat pra­cy na sta­no­wi­sku śmie­cia­rza?

Naj­moc­niej utkwił mi w pa­mię­ci ła­god­ny Yu, pro­fe­sor li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej, zma­sa­kro­wa­ny za zbrod­nie, któ­rych nie po­peł­nił. Przed laty przy­wio­złem roz­kła­da­ną bia­łą la­skę dla pro­fe­so­ra i jego cór­ki. Obo­je tra­ci­li wzrok: ona po prze­by­tej w dzie­ciń­stwie cho­ro­bie no­wo­two­ro­wej, on z po­wo­du od­war­stwie­nia siat­kó­wek, skut­ku po­bi­cia pod­czas re­wo­lu­cji. Że­gna­jąc się ze mną, pro­fe­sor wró­żył swe­mu na­ro­do­wi lep­szą przy­szłość, zro­dzo­ną z wy­czer­pa­nia i ozdro­wie­nia. Te­raz ta przy­szłość na­de­szła, sze­rząc się po kra­ju z nie­prze­wi­dy­wal­ną siłą. Już wte­dy pro­fe­sor był bar­dzo sła­by. Że­gnał się ze mną pod wy­ka­li­gra­fo­wa­nym wier­szem Li Bai, któ­ry uwiel­biał, ale nie był w sta­nie go prze­czy­tać. Te­raz nie spy­ta­łem, co się sta­ło z Yu.

Spójrz, jak wody Hu­ang He Pły­ną z Nie­ba. To­czą się do mo­rza I nig­dy nie wra­ca­ją…

Tej nocy zja­dłem z Mo­ulim ko­la­cję w dość ele­ganc­kiej re­stau­ra­cji. Otu­chy do­da­wał wi­dok to­wa­rzy­sza w pół­pry­wat­nej roli, marsz­czą­ce­go twarz w żar­to­bli­wym po­ro­zu­mie­niu, ma­cha­ją­ce­go dziar­sko pa­łecz­ka­mi. Daw­no temu, kie­dy o nim pi­sa­łem, dla bez­pie­czeń­stwa prze­nio­słem go do in­ne­go mia­sta. Te­raz już nic mu nie gro­zi­ło. Kie­ro­wał bie­sia­dą jak do­bro­dusz­ny król, czę­sto­wał sma­ko­ły­ka­mi, wzno­sił to­a­sty. Sie­dzą­ca obok mnie jego żona mia­ła na so­bie twa­rzo­wą zie­lo­ną ma­ry­nar­kę i bła­zeń­skie pan­to­fle. Nadal cza­sem zer­ka­ła na męża jak z ja­kie­goś nie­wy­po­wie­dzia­ne­go wy­gna­nia, ale już nie ku­si­ło mnie, by py­tać go o prze­szłość, o bla­dą na­uczy­ciel­kę z Tang­sha­nu, czy wciąż tam miesz­ka i czy w ogó­le o niej sły­szał. Mo­uli był te­raz szczę­śli­wy, a wspo­mnie­nia nie za­wsze mia­ły do­bry wpływ. Prze­był dro­gę od na­mięt­no­ści do sta­bi­li­za­cji, po­dob­nie jak całe Chi­ny.

Po mo­jej dru­giej stro­nie Mo­uli po­sa­dził mło­dą na­uczy­ciel­kę, jak­by chciał zi­lu­stro­wać po­wszech­ne w Chi­nach po­czu­cie wy­ko­rze­nie­nia. Nie­mal eu­ro­pej­ska z wy­glą­du, mia­ła dłu­gie ta­pi­ro­wa­ne wło­sy i chi­rur­gicz­nie za­okrą­glo­ne oczy. Jej ro­dzi­na miesz­ka­ła w od­le­głym mie­ście. Ry­żo­we wino za­ru­mie­ni­ło jej twarz. Pod­czas ko­la­cji skła­da­ła mi nie­dwu­znacz­ne pro­po­zy­cje. Naj­wy­raź­niej kie­dy tra­dy­cyj­na re­zer­wa zni­ka­ła, nie zo­sta­wa­ło nic. Ko­bie­ta wo­dzi­ła pal­ca­mi po mo­ich ra­mio­nach, że­brach.

– Je­dziesz do Jin­chan­gu? Uwiel­biam po­dró­że… Trud­no jest zna­leźć przy­zwo­ite­go fa­ce­ta… Może po­je­cha­ła­bym z tobą? Za­bierz mnie do Jin­chan­gu! – Mó­wi­ła po­waż­nie, wpa­dła w na­strój łza­wej po­uf­no­ści. – Wiesz, wo­la­ła­bym być dziec­kiem. Po­tem spra­wy za bar­dzo się kom­pli­ku­ją. Nie chcę wy­bie­rać. Chcę wró­cić… za­bierz mnie z sobą!

– Ja już ko­goś mam.

– Ale ona jest da­le­ko. Co ro­bisz po ko­la­cji? Mo­gli­by­śmy gdzieś pójść…

W koń­cu wsta­li­śmy od sto­łu z tą chiń­ską rap­tow­no­ścią, z jaką koń­czą się bie­sia­dy. Kie­dy ści­ska­li­śmy się na po­że­gna­nie, Mo­uli i jego żona wrę­czy­li mi pre­zent: ko­szu­lę fir­my Eter­nal New Fa­shion, jak gło­si­ła met­ka, uszy­tą z „naj­wyż­szej ja­ko­ści eu­ro­pej­skie­go ma­te­ria­łu; od­po­wia­da­ją­cą współ­cze­snym tren­dom w mo­dzie”.

Wte­dy, czu­jąc wstrząs daw­no mi­nio­nych cza­sów, przy­po­mnia­łem so­bie, jak przed laty, za­nim ru­szy­łem na pół­noc, Mo­uli z żoną ku­pi­li mi sztyw­ną pi­ko­wa­ną kurt­kę, jed­ną z tych, któ­re no­szo­no we wcze­snych, nie­spo­koj­nych la­tach re­wo­lu­cji. Kurt­ka ogrze­wa­ła mnie pod­czas cięż­kiej po­dró­ży do koń­ca Wiel­kie­go Muru i do dziś jest sie­dli­skiem moli w moim lon­dyń­skim miesz­ka­niu ni­czym frag­ment chiń­skiej hi­sto­rii, pa­miąt­ka okrut­niej­szych, bar­dziej nie­spo­koj­nych cza­sów oraz smut­ku Mo­ulie­go.

Mój ho­tel był wy­chu­dłą po­zo­sta­ło­ścią z lat sześć­dzie­sią­tych, z par­kie­tem do nie­dziel­nych po­tań­có­wek, gdzie w sła­bym świe­tle pary tań­czy­ły wal­ca w takt rzew­nej mu­zy­ki. Mia­sto Lan­zhou oglą­da­ne z mo­je­go bal­ko­nu na dwu­dzie­stym pierw­szym pię­trze gi­nę­ło w żół­tym smo­gu, z któ­re­go wie­żow­ce i ko­mi­ny ster­cza­ły jak to­ną­ce stat­ki. Z dołu do­bie­ga­ły sła­be, za­gu­bio­ne od­gło­sy klak­so­nów. Słoń­ce ocią­ga­ło się w gó­rze jak mi­zer­na po­ma­rań­cza, a da­le­kie, po­kry­te bli­zna­mi góry wzdłuż Hu­ang He za­sła­nia­ły ho­ry­zont.

Ho­tel przy­cią­gał ro­bot­ni­ków, któ­rzy w ostat­nich cza­sach sta­li się mo­bil­ni, oraz drob­nych biz­nes­me­nów. Lo­kal­ne pro­sty­tut­ki były tak na­mol­ne, że za­cho­wa­łem się nie­zbyt kul­tu­ral­nie i wy­łą­czy­łem te­le­fon. Lob­by pil­no­wa­li po­li­cjan­ci, a na sto­le w moim po­ko­ju wid­nia­ła li­sta opłat za naj­róż­niej­sze szko­dy, od znisz­cze­nia po­dwój­ne­go łóż­ka po nad­tłu­cze­nie lu­stra. Ta dro­bia­zgo­wa li­sta za­mie­ni­ła wan­da­lizm w roz­ryw­kę. Pla­my na ta­pe­cie mo­gły cię kosz­to­wać pięć do­la­rów za nie­ca­łą 0,1 m² (sto­pę kwa­dra­to­wą), pla­my na dy­wa­nie dzie­sięć do­la­rów (usu­wal­ne) oraz pięć­dzie­siąt (po­waż­ne). Mi­mo­wol­nie wy­obra­zi­łem so­bie wiej­skie­go sło­nia w tym skła­dzie por­ce­la­ny, któ­ry krad­nie za­tycz­kę do wan­ny (pięć do­la­rów), nisz­czy ob­ra­zy (mo­głem go zro­zu­mieć; od trzech do ośmiu do­la­rów), po­tem tra­ci nad sobą pa­no­wa­nie i nisz­czy sto­jak na ba­ga­że (osiem­dzie­siąt do­la­rów), wy­ła­mu­je drzwi (sto dwa­dzie­ścia do­la­rów), roz­bi­ja musz­lę klo­ze­to­wą (dwie­ście do­la­rów), wresz­cie od­da­je się w ręce po­li­cji w lob­by.

Mój je­dy­ny gość – przy­god­ny zna­jo­my z An­glii – za­brał mnie do swe­go domu. Hong­ming miesz­kał w ko­śla­wym blo­ku z lat pięć­dzie­sią­tych. Wszę­dzie wi­dać było po­pę­ka­ne bia­łe ka­fel­ki i wy­ła­ma­ne ramy okien­ne; cuch­ną­ce scho­dy wiły się obok że­la­znych drzwi z ju­da­sza­mi. Hong­ming od dwu­dzie­stu lat był żo­na­ty, ale jego sze­ro­ka twarz za­cho­wa­ła chło­pię­cy wy­gląd. Po­nie­waż krę­cił fil­my do­ku­men­tal­ne, jego miesz­ka­nie zaj­mo­wa­ły ster­ty spe­cja­li­stycz­ne­go sprzę­tu. Oprócz od­twa­rza­cza DVD, lap­to­pa i fak­su na pół­kach uj­rza­łem ko­lek­cję ar­te­fak­tów la­ma­istycz­nych. Ka­li­gra­fo­wa­ne in­skryp­cje le­ża­ły obok ro­gów uży­wa­nych do ce­re­mo­nii. Były to pa­miąt­ki po za­uro­cze­niu Hong­min­ga Ty­be­tem. O tym, jak zresz­tą o wszyst­kim, mó­wił z nie­spo­koj­ną wy­lew­no­ścią, jak­by lada chwi­la mia­ła nim za­wład­nąć we­wnętrz­na anar­chia.

– Obej­rzysz mój film?

Hong­ming po­ka­zał mi swój film do­ku­men­tal­ny, świa­dec­two żar­li­wej fa­scy­na­cji Ty­be­tem. Film był pierw­szym z se­rii, któ­rą, miał na­dzie­ję, pew­ne­go dnia po­ka­że lo­kal­na te­le­wi­zja. Ka­me­ra Hong­min­ga z sym­pa­tią przy­glą­da­ła się ce­re­mo­niom ma­gicz­nym i zwy­cza­jom, po­świę­ca­jąc spo­ro uwa­gi mo­dli­twom na piasz­czy­stym brze­gu gór­nej Jang­cy i bi­blio­te­kom wy­ry­tym w ska­łach.

– Za­pro­szo­no mnie, że­bym po­ka­zał ten film na fe­sti­wa­lu w San­ta Bar­ba­ra – po­wie­dział. – Uda­ło mi się po­je­chać i ze zdu­mie­niem uj­rza­łem tam Da­laj­la­mę. Sie­dzia­łem obok nie­go. Nie mia­łem po­ję­cia, co po­wie. Pod­czas pro­jek­cji fil­mu nie śmia­łem na­wet na nie­go spoj­rzeć. Po­pa­trzy­łem na nie­go do­pie­ro na ko­niec. – Hong­ming przy­gryzł war­gę. – Da­laj­la­ma pła­kał.

Żona Hong­mi­na przy­nio­sła z kuch­ni pie­roż­ki i wino z Tian­shui. Wy­glą­da­ła jesz­cze mło­dziej niż on.

Hong­ming po­wie­dział:

– Po­wie­dzia­łem Da­laj­la­mie, że po­wi­nien wró­cić do swe­go kra­ju. Od­parł: „Twoi lu­dzie nie chcą na to po­zwo­lić”. – Hong­ming na­lał wina. – Nie było nic wię­cej do po­wie­dze­nia.

Ty­bet le­żał w zwod­ni­czym po­bli­żu. Za­le­d­wie sto kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów na za­chód góry Qi­lian Shan osła­nia­ły la­ma­istycz­ny klasz­tor La­brang, do­kąd mia­łem na­dzie­ję po­je­chać, da­lej wzno­si­ły się ku ha­lom Qin­ghai, skąd pła­sko­wyż roz­cią­ga się nie­prze­rwa­nie na po­łu­dnio­wy za­chód do Lha­sy. Hong­ming miał do­stęp do zdjęć sa­te­li­tar­nych ca­łe­go re­gio­nu na pół­no­cy i spró­bo­wa­li­śmy prze­śle­dzić na nich moją tra­sę – z La­bran­gu do oazy Dun­hu­ang, po­tem da­lej na za­chód przez nie­po­ko­ją­cą żół­tą pust­kę, ty­siąc sześć­set ki­lo­me­trów do Ka­szga­ru.

– To nie­bez­piecz­na dro­ga – stwier­dził mój go­spo­darz.

Przez pe­wien czas roz­trzą­sa­li­śmy pro­ble­my mo­jej tra­sy, gdy na­gle Hong­ming stwier­dził fi­glar­nym to­nem:

– Po­wi­nie­neś umyć sto­py.

– Co ta­kie­go? – Moje sto­py le­ża­ły przede mną mało sub­tel­nie, za­ma­ry­no­wa­ne w gru­bych skar­pe­tach i bu­tach spor­to­wych. Od jak daw­na Hong­ming je zno­sił? Wie­dzia­łem, że nie­któ­rzy Chiń­czy­cy są nad­mier­nie wraż­li­wi na za­pa­chy. Z nie­chę­cią spoj­rza­łem na swo­je sto­py, któ­re mia­ły przed sobą je­de­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów. Może Uz­be­cy oka­żą się bar­dziej wy­ro­zu­mia­li, po­dob­nie jak Afgań­czy­cy, Irań­czy­cy…

– To ro­dzaj te­ra­pii – do­dał Hong­ming. – Tra­dy­cyj­ne chiń­skie my­cie stóp.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej sie­dzie­li­śmy w sa­lo­nie ma­sa­żu, gdzie dwie ład­ne dziew­czy­ny w zie­lo­nych bro­ka­to­wych ka­mi­zel­kach i bia­łych chust­kach ścią­gnę­ły nam buty. Nie­któ­re z tych sa­lo­nów nie są tym, za co się po­da­ją, ale ten był. Na­sze sto­py za­nu­rzo­no w ku­beł­kach z go­rą­cym wy­wa­rem zio­ło­wym, na­stęp­nie ugnie­cio­no i ubi­to na ró­żo­we pu­rée. We­dług chiń­skiej tra­dy­cji sto­pa jest mi­kro­ko­smo­sem cia­ła, ma wła­sne płu­ca, ser­ce, ner­ki. Kie­dy dziew­czy­na ugnia­ta­ła po­de­szwy mo­ich stóp pal­ca­mi jak sta­lo­we prę­ty, za­czą­łem w to wie­rzyć. Moje sto­py cier­pia­ły na mi­gre­ny i za­wa­ły.

– Za­gra­nicz­ne sto­py są ta­kie duże! – uśmiech­nę­ła się słod­ko ma­sa­żyst­ka.

Tym­cza­sem w umiesz­czo­nym w gó­rze te­le­wi­zo­rze Edward Cheung z Chi­na As­sets Ma­na­ge­ment roz­ma­wiał o per­spek­ty­wach in­we­sty­cji za­gra­nicz­nych z Bria­nem Chu z As­so­cia­ted Tra­ding De­part­ment. Uda­łem, że re­lak­su­ję się jak waż­ny biz­nes­men, ale dziew­czy­na za­czę­ła wy­ry­wać mi pal­ce ze sta­wów. Strze­la­ły jak pi­sto­let. Kie­dy spoj­rza­łem na Hong­min­ga, zo­ba­czy­łem, że wy­cią­gnął się w fo­te­lu z za­mknię­ty­mi ocza­mi i he­do­ni­stycz­nym uśmie­chem, a jego opraw­czy­ni za­bra­ła się do pra­cy.

– Je­steś szczę­śli­wy? – spy­tał. – Je­steś szczę­śli­wy, praw­da? – Po chwi­li do­dał: – Chciał­byś po­znać Ży­we­go Bud­dę?

– Tak – od­par­łem ma­chi­nal­nie, nie ma­jąc po­ję­cia, co to jest. Wie­dzia­łem tyl­ko, że to nie to.

Ma­sa­żyst­ka za­ję­ła się mo­imi pal­ca­mi. Za­po­mnia­łem, że mam ich aż tyle. Moje pal­ce u stóp do­zna­wa­ły wy­le­wów i uda­rów. Jesz­cze przez pe­wien czas dziew­czy­na moc­no ude­rza­ła mnie po łyd­kach i go­le­niach, ugnia­ta­ła pod­bi­cia stóp, nie­co się przy tym marsz­cząc. Po­tem, aku­rat gdy Brian Chu koń­czył przed­sta­wiać teo­rię re­zerw wy­mia­ny za­gra­nicz­nej, wszyst­ko się skoń­czy­ło. Dziew­czy­ny przez po­mył­kę – albo na pa­miąt­kę – za­trzy­ma­ły moje brud­ne skar­pe­ty, a ja, kuś­ty­ka­jąc, wy­sze­dłem z Hong­min­giem na drżą­ce od świa­teł mia­sto.

Żywy Bud­da jest naj­wyż­szą for­mą la­ma­istycz­nej świę­to­ści. Nie dzie­dzi­czy on swo­je­go ty­tu­łu, ale wy­bie­ra się go za po­mo­cą wróżb, jest bo­wiem in­kar­na­cją wie­lu daw­nych Bud­dów, spad­ko­bier­cą czy­stej świę­to­ści. Da­laj­la­ma jest naj­więk­szym z tych wy­brań­ców, ale w Chi­nach i Ty­be­cie są inni. Po­nie­waż Pe­kin oba­wia się, że mogą wzma­gać ty­be­tań­ski na­cjo­na­lizm, ukry­wa się ich i ze­świec­cza.

 

Sie­dzi­bą Ży­we­go Bud­dy z Tian­shui jest małe miesz­ka­nie na te­re­nie strze­żo­ne­go Lu­do­we­go Uni­wer­sy­te­tu Mniej­szo­ści, gdzie na­ucza bud­dy­zmu. Tam, jak są­dzę, zo­stał bez­piecz­nie od­izo­lo­wa­ny przez wła­dze, tam też wita mnie z ocię­ża­łym spo­ko­jem i sa­dza na so­fie z obi­ciem w chiń­skie kwia­ty. Przede mną stoi misa z owo­ca­mi. Żywy Bud­da ema­nu­je krzep­ką mocą. Na kap­ciach ma na­pis Sport. Z by­czej szyi wy­ra­sta ogo­lo­na gło­wa, brwi ury­wa­ją się w po­ło­wie na­tu­ral­nych łu­ków, na­da­jąc jego twa­rzy wy­raz po­god­ne­go zdzi­wie­nia. W tle do­strze­gam lśnią­cy pu­kiel wło­sów jego cho­wa­ją­cej się żony, dwie na­sto­let­nie cór­ki sta­ją w drzwiach, żeby nam się przyj­rzeć. Jed­na jest śnia­da, żywa, dru­ga wy­so­ka i bo­le­śnie pięk­na. Żywy Bud­da uśmie­cha się do có­rek i zni­ka­ją. Jego oczy tyl­ko cza­sem od­ry­wa­ją się od mo­ich, jak­by gnę­bi­ły go ja­kaś myśl czy py­ta­nie.

Py­tam o to, jak wstą­pił na swo­ją trud­ną dro­gę, kto go wy­brał i dla­cze­go. Od­po­wia­da spo­koj­nie, mia­ro­wo, jak­by uro­dził się już w tym sta­nie i nig­dy nie za­szły żad­ne zmia­ny.

– Zwy­cza­jo­wo od­kry­wa­my Ży­we­go Bud­dę po śmier­ci po­przed­nie­go. Robi się to za po­mo­cą za­klęć, mo­dlitw oraz wzo­rów na je­zio­rze wró­żeb­nym koło Lha­sy. Mnie wy­brał na­uczy­ciel ostat­nie­go Pan­czen Lamy… – Po­tem do­da­je bez zmru­że­nia oka: – Za­twier­dził mnie chiń­ski rząd. – Te­raz ja od­ry­wam od nie­go wzrok. – Uro­dzi­łem się w tym sa­mym roku co po­przed­ni Bud­da, to waż­ne. Kie­dy gru­pa po­szu­ki­waw­cza do­tar­ła w na­sze stro­ny, by­łem ma­łym chłop­cem, miesz­ka­łem z ro­dzi­ca­mi. Są­siad po­dał po­szu­ki­wa­czom moją datę uro­dze­nia i za­bra­li mnie do świą­ty­ni w Tian­shui. Wy­bra­no mnie spo­śród ty­sią­ca.

– Co czu­łeś, kie­dy cię za­bra­li?

– By­łem dziec­kiem. Nic nie czu­łem.

Py­ta­ją­co pa­trzę mu w oczy. Czyż­by za­po­mniał? A może to ja za­po­mnia­łem. Przed laty, z gło­wą peł­ną slo­ga­nów psy­cho­lo­gicz­nych, ze zdu­mie­niem pa­trzy­łem, jak dzie­ci w sie­ro­ciń­cu w Pe­ki­nie ba­wią się bez śla­du za­chod­nich na­pięć.

– Co czu­li twoi ro­dzi­ce?

– Nie chcie­li, że­bym wy­jeż­dżał. Byli wie­śnia­ka­mi. Chcie­li, że­bym po­ma­gał w polu. – Żywy Bud­da pa­trzy na swo­je dło­nie. – Mimo to wy­je­cha­łem. W wie­ku sie­dem­na­stu lat mu­sia­łem wy­je­chać po­now­nie. Za­czę­ła się re­wo­lu­cja ko­mu­ni­stycz­na i mni­chów roz­pę­dza­no. Po­cząt­ko­wo stu­dio­wa­łem. W 1964 roku rząd ka­zał mi się oże­nić. Chcie­li, żeby mni­si żyli tak jak inni lu­dzie.

– Masz pięk­ną ro­dzi­nę.

– Dzię­ku­ję – uśmie­cha się ła­god­nie.

Do­brze wie­dzia­łem, że w Chi­nach bud­dyzm za­wsze sta­rał się uza­sad­nić swo­ją ra­cję bytu. Kon­fu­cja­nizm i ko­mu­nizm od­nio­sły suk­ces w tym spo­łe­czeń­stwie – opie­ra­jąc się na za­sa­dzie sy­now­skie­go po­słu­szeń­stwa albo pro­mu­jąc awans spo­łecz­ny – ale bud­dyzm wy­cza­ro­wał ideę oso­bi­ste­go zba­wie­nia. Ce­lem bud­dy­zmu było po­zby­cie się złu­dzeń, a spo­łe­czeń­stwo to złu­dze­nie.

– Mimo to rze­czy oso­bi­ste też są dla nas waż­ne. – Żywy Bud­da zer­ka na drzwi, za któ­ry­mi sto­ją cór­ki. – Osta­tecz­nie obec­ne re­la­cje ist­nie­ją tyl­ko w tym ży­ciu. Mu­si­my o nie dbać. W przy­szłym ży­ciu uro­dzę się jako dziec­ko in­nych ro­dzi­ców, a moje dzie­ci nie uro­dzą się mnie, może na­wet nie będą mnie zna­ły. Moja żona po­ślu­bi ko­goś in­ne­go. Po śmier­ci two­ja ro­dzi­na nie może ci to­wa­rzy­szyć.

Bud­dyj­skie war­to­ści oczy­wi­ście nie oca­li­ły Ży­we­go Bud­dy.

– Okres re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej był dla mnie bar­dzo cięż­ki. Hun­wej­bi­ni nie­na­wi­dzi­li kon­cep­cji Ży­we­go Bud­dy. Czte­ry ty­sią­ce gwar­dzi­stów przy­szło po mnie. Po­bi­li mnie tak moc­no, że przez trzy mie­sią­ce le­ża­łem jak nie­ży­wy, wszyst­ko mia­łem po­ła­ma­ne. – Do­ty­ka swo­ich rąk i nóg. – Bi­jąc mnie, wo­ła­li: „Nie masz ra­cji! Nie masz ra­cji!”. A ja od­po­wia­da­łem: „Tak, tak, nie mam ra­cji, nie mam ra­cji!”. – Żywy Bud­da wy­bu­cha śmie­chem, ale nie jest to ty­po­we spię­te chiń­skie ją­ka­nie, ale po­nad­cza­so­we po­wi­ta­nie sza­leń­stwa świa­ta. – Przez cały czas wie­dzia­łem w głę­bi ser­ca, że po­dą­żam gdzieś in­dziej swo­ją wła­sną ścież­ką. Nic jed­nak nie po­wie­dzia­łem. Le­żąc na ple­cach, ukła­da­łem w gło­wie pod­ręcz­nik gra­ma­ty­ki ty­be­tań­skiej, któ­ry po la­tach na­pi­sa­łem. W ten spo­sób prze­trwa­łem.

Tego ro­dza­ju se­sje okru­cień­stwa po­tra­fi­ły być wy­jąt­ko­wo strasz­ne. W su­mie były to gru­po­we po­bi­cia, gol­go­ta szy­derstw i tor­tur, nie­kie­dy za­da­wa­nych przez są­sia­dów i daw­nych przy­ja­ciół. Prze­śla­do­wa­nia i gro­za eska­lo­wa­ły, wszyst­ko, co ofia­ra mó­wi­ła, prze­kli­na­no i od­rzu­ca­no, aż zni­ka­ły ostat­nie strzę­py po­czu­cia wła­snej war­to­ści. Wy­mu­szo­ne ze­zna­nia pro­wa­dzi­ły do li­kwi­da­cji jaź­ni. Wstyd po­py­chał wie­le osób do sa­mo­bój­stwa. Je­śli ofia­ra wy­rze­ka­ła się ro­dzi­ny, zni­kał ko­lej­ny re­kwi­zyt oso­bo­wo­ści. Z cza­sem, je­śli w ofie­rze za­cho­dzi­ła głęb­sza prze­mia­na, uda­wa­ny wstyd po­wo­li nisz­czył prze­ko­na­nie o wła­snej nie­win­no­ści, jak ma­ska wra­sta­ją­ca w twarz. W ta­kim sce­na­riu­szu ofia­ra pra­gnę­ła być win­na, bo w prze­ciw­nym ra­zie świat mu­siał być sza­lo­ny. Oplą­ty­wa­ło ją oso­bli­we po­czu­cie winy. Sta­wa­ła się swo­im wła­snym oskar­ży­cie­lem i swo­ją wła­sną zbrod­nią. Pra­ca do­bie­ga­ła koń­ca.

Mimo to se­sje okru­cień­stwa za­zwy­czaj prze­bie­ga­ły zbyt szyb­ko i rap­tow­nie, to­też wina była tyl­ko uda­wa­na. Wy­krzy­ki­wa­ne wy­zna­nia przy­po­mi­na­ły od­gry­wa­ne role te­atral­ne, prze­śla­dow­cy rów­nież gra­li we­dług sce­na­riu­sza na­pi­sa­ne­go przez pań­stwo. Mi­lio­ny lu­dzi stra­ci­ły ży­cie. Te­raz, bli­sko czter­dzie­ści lat póź­niej, tam­ta re­to­ry­ka wy­da­je się nic nie zna­czyć, jak przy­śpiew­ki. Czę­sto, jak w przy­pad­ku Ży­we­go Bud­dy, pew­na część isto­ty ofia­ry po­zo­sta­wa­ła nie­na­ru­szo­na.

– Po­tem wy­sła­no mnie na wieś, że­bym pra­co­wał wśród wie­śnia­ków w re­gio­nie, gdzie daw­niej by­łem Bud­dą. Spę­dzi­łem tam dwa­na­ście lat. – Żywy Bud­da mówi bez go­ry­czy czy uża­la­nia się nad sobą. – W koń­cu przy­sła­no mnie tu­taj, gdzie uczę re­li­gii ty­be­tań­skich stu­den­tów. Mam na­wet dom przy świą­ty­ni w Tian­shui, do­kąd czę­sto jeż­dżę na uro­czy­sto­ści. To pięk­ne miej­sce.

Przy­ro­da jest wiecz­na, mówi, jak­by zwra­cał się do kla­sy, dla­te­go mu­si­my o nią dbać. My przy­cho­dzi­my i od­cho­dzi­my, ale ona zo­sta­je. Czy jest te­raz szczę­śli­wy?

– Po re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej wszyst­ko jest szczę­ściem.

Młod­sza cór­ka uchy­li­ła drzwi, ale zdra­dził ją pie­sek, któ­ry wpadł do po­ko­ju i wy­biegł. Bud­da uśmie­cha się z po­bła­ża­niem.

– Owszem, mogę wy­ba­czyć tym mło­dym lu­dziom, po­nie­waż wte­dy całe Chi­ny ogar­nę­ło sza­leń­stwo. – Po­now­nie uśmie­cha się z nie­do­wie­rza­niem. – Od góry do dołu nikt nie umknął, ani wy­so­cy urzęd­ni­cy, ani człon­ko­wie par­tii, ani Żywy Bud­da, ani zwy­kli ro­bot­ni­cy. Całe Chi­ny osza­la­ły! Te­raz usu­wam ten okres z umy­słu. – Wyj­mu­je so­bie z czo­ła nie­wi­dzial­ne­go ro­ba­ka. – Po pro­stu o nim za­po­mi­nam.