Cień Jedwabnego szlaku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Je­dwab nie wę­dro­wał sa­mot­nie. Ka­ra­wa­ny wy­ru­sza­ją­ce z Chang’anu – li­czą­ce nie­kie­dy ty­siąc wiel­błą­dów – wio­zły że­la­zo i brąz, wy­ro­by z laki i ce­ra­mi­kę, na­to­miast te po­wra­ca­ją­ce z za­cho­du przy­wo­zi­ły ar­te­fak­ty ze szkła, zło­ta i sre­bra, in­dyj­skie przy­pra­wy i klej­no­ty, weł­nia­ne i lnia­ne tka­ni­ny, cza­sem nie­wol­ni­ków oraz za­dzi­wia­ją­cy wy­na­la­zek: krze­sła. Roz­po­czę­ła się tak­że skrom­na, ale brze­mien­na w skut­ki wy­mia­na owo­ców i kwia­tów. Z Chin wie­zio­no na za­chód po­ma­rań­cze i mo­re­le, mor­wy, brzo­skwi­nie i ra­bar­bar, a prócz nich pierw­sze róże, ka­me­lie, pi­wo­nie, aza­lie, chry­zan­te­my. Z Per­sji i Azji Środ­ko­wej przy­wę­dro­wa­ły i za­ko­rze­ni­ły się w Chi­nach: wi­no­rośl, fi­go­wiec, len, gra­na­to­wiec, ja­śmin, dak­ty­lo­wiec, oliw­ka oraz cała masa wa­rzyw i ziół.

W spo­koj­nych cza­sach, kie­dy wiel­kie im­pe­rium Han roz­la­ło się na te­re­nie Azji Środ­ko­wej w stro­nę sta­ro­żyt­ne­go Rzy­mu albo gdy w im­pe­rium Mon­go­łów za­pa­no­wał nie­ocze­ki­wa­ny po­kój, Je­dwab­ny Szlak kwitł. Na­wet wte­dy jed­nak ka­ra­wa­ny nie prze­jeż­dża­ły ca­łej tra­sy. Rzy­mia­nie nie spa­ce­ro­wa­li bul­wa­ra­mi Chang’anu, chiń­scy kup­cy nie wpra­wia­li w zdu­mie­nie miesz­kań­ców Pa­la­ty­nu. To­wa­ry wy­mie­nia­no w nie­koń­czą­cej się szta­fe­cie i sta­wa­ły się co­raz droż­sze, ob­le­ka­jąc się aurą eg­zo­ty­ki.

Obok rzeź­bio­nych wiel­błą­dów na wy­sep­ce dro­go­wej cór­ka Hu Ji za­py­ta­ła na­gle:

– Jak dłu­go trwa two­ja po­dróż?

W cie­niu rzeź­bio­nych po­ga­nia­czy wiel­błą­dów – Sog­diań­czy­ków z Azji Środ­ko­wej, któ­rzy na pięć­set lat zdo­mi­no­wa­li han­del na Je­dwab­nym Szla­ku – wszel­ka współ­cze­sna po­dróż bla­kła. Moja od­po­wiedź – osiem mie­się­cy – nic by nie zna­czy­ła dla tych lu­dzi. Oni cza­sem po­dró­żo­wa­li ca­ły­mi la­ta­mi. Cza­sem bez koń­ca. Ich ko­ści le­ża­ły w pia­chu. Na gla­zu­ro­wa­nych gli­nia­nych na­czy­niach po­sta­cie Sog­diań­czy­ków – naj­czę­ściej przed­sta­wio­nych w kra­sno­lud­ko­wych cza­pach – wy­glą­da­ją tro­chę ko­micz­nie. Wy­łu­pia­ste oczy i kar­to­flo­wa­te nosy upo­dab­nia­ją ich do chiń­skich ka­ry­ka­tur. Mimo to moc­no trzy­ma­ją krnąbr­ne zwie­rzę­ta, a czu­by ich bu­tów są pod­wi­nię­te w górę tyl­ko po to, by zmniej­szyć tar­cie pia­sku. Moż­li­wość śmier­ci – z rąk ban­dy­tów, w bu­rzy pia­sko­wej bądź po­wo­dzi – mie­li wkal­ku­lo­wa­ną jako ry­zy­ko, twar­do na­li­czo­ną jako pro­cen­ty. W po­rów­na­niu z tym czy­ha­ją­ce na mnie nie­bez­pie­czeń­stwa – na przy­kład afgań­skie miny – wy­da­wa­ły się śmie­chu war­te. Tej nocy, przed za­śnię­ciem, dla za­ba­wy wy­obra­zi­łem so­bie jed­ne­go z tych po­si­wia­łych przed­się­bior­ców.

On: Po co je­dziesz?

Ja [na­boż­nie]: Po zro­zu­mie­nie. Żeby ode­gnać lęk. A ty, po co je­cha­łeś?

On: Żeby wy­mie­niać in­dy­go i sól z He­tia­nu. Cze­mu zro­zu­mie­nie mia­ło­by ode­gnać twój lęk, idio­to?

Ja [za­nie­po­ko­jo­ny]: To praw­da, mo­gło­by go tyl­ko wzmoc­nić.

On: Czy w ta­kim ra­zie się bo­isz?

Ja: Boję się, że nic się nie wy­da­rzy, że nie prze­ży­ję ni­cze­go. Tego wła­śnie boi się współ­cze­sny po­dróż­nik (wy­bacz mi). Pust­ki. Wte­dy czło­wiek sły­szy tyl­ko sie­bie.

On: „Nic się nie wy­da­rzy”. Ofia­ro­wa­łem za to Bud­dzie dwa fun­ty ka­dzi­dła. Co do cie­bie, i tak to usły­szysz. Znam pew­ne­go cza­row­ni­ka z Bu­cha­ry, któ­ry sprze­da­je lu­stra z brą­zu. Mówi, że na świe­cie je­steś tyl­ko ty. Resz­ta jest złu­dze­niem. Je­steś tyl­ko ty. Ni­ko­go wię­cej. To dla­te­go wy­ru­szasz sa­mot­nie? Tyl­ko piel­grzy­mi i sza­leń­cy po­dró­żu­ją sa­mot­nie. Kim je­steś? [Mil­cze­nie]. Po­wi­nie­neś wziąć so­bie kon­ku­bi­nę. [Szar­pie się za bro­dę]. Z ja­kie­go kra­ju po­cho­dzisz?

Ja: Z An­glii…

On: An­glia nie ist­nie­je. [Mil­cze­nie]. Mó­wisz o ser­cu świa­ta, ale świat nie jest oso­bą, idio­to. Żad­na jego część nie jest waż­niej­sza niż inna. Na­wet na Sy­be­rii moż­na zna­leźć bursz­tyn. [Ła­god­niej]: Może za­cznij han­dlo­wać cyną. Na cy­nie moż­na za­ro­bić…

º º º

W sła­bo oświe­tlo­nej sali miej­skie­go mu­zeum, nie­mal nie­wi­docz­ny, wisi naj­star­szy ka­wa­łek pa­pie­ru na świe­cie. Jego po­wierzch­nia – ko­lo­ru kawy z mle­kiem – jest po­marsz­czo­na i po­kry­ta li­nia­mi jak rzeź­bio­na mapa, kra­wę­dzie są po­strzę­pio­ne. Pa­pier wy­ko­na­no w cza­sach pa­no­wa­nia ce­sa­rza Wudi, oko­ło set­ne­go roku przed na­szą erą, z włó­kien ko­no­pi i miej­sco­wych po­krzyw. Na pa­pie­rze nic nie na­pi­sa­no. Wy­glą­da tak, jak­by wiel­błąd otarł się o ścia­nę mu­zeum i zo­sta­wił ka­wa­łek skó­ry.

Kie­dy pa­trzysz na tego po­marsz­czo­ne­go pro­to­pla­stę, masz po­czu­cie za­chwia­nia cza­su. Do­pie­ro ty­siąc dwie­ście lat póź­niej umie­jęt­ność wy­ra­bia­nia pa­pie­ru do­tar­ła do Eu­ro­py. Tym­cza­sem w Chang’anie z pa­pie­ru wy­twa­rza­no odzież, zbro­je, chu­s­tecz­ki, la­taw­ce, pa­ski, pie­nią­dze. Za­czę­to wy­ra­biać prze­pięk­nie bar­wio­ny pa­pier we­li­no­wy (naj­więk­szym wzię­ciem cie­szył się pa­pier z Sali Czy­ste­go Ser­ca, pro­du­ko­wa­ny w zwo­jach dłu­gich na sie­dem­na­ście me­trów). Bi­blio­te­ka ce­sar­ska po­sia­da­ła dwie­ście ty­się­cy zwo­jów owi­nię­tych w pa­pier wy­sa­dza­ny krysz­ta­ła­mi gór­ski­mi i zdo­bio­ny miką; wszyst­kie zwo­je zo­sta­ły ska­ta­lo­go­wa­ne na ko­lo­ro­wych fisz­kach z ko­ści sło­nio­wej. Już w VI wie­ku pro­duk­cja świę­tych tek­stów tak się roz­po­wszech­ni­ła, że pe­wien wy­bit­ny man­da­ryn za­bro­nił ro­dzi­nie uży­wać ich jako pa­pie­ru to­a­le­to­we­go.

Do­pie­ro po 751 roku na­szej ery, kie­dy Ara­bo­wie po­ko­na­li Chiń­czy­ków pod Ta­łas, za­zdro­śnie strze­żo­na ta­jem­ni­ca wy­ro­bu pa­pie­ru po­wę­dro­wa­ła z wzię­ty­mi do nie­wo­li chiń­ski­mi rze­mieśl­ni­ka­mi na za­chód, do Sa­mar­kan­dy. Do Eu­ro­py mia­ła do­trzeć do­pie­ro trzy wie­ki póź­niej. W ci­chym mu­zeum ta pierw­sza kart­ka wy­glą­da zbyt szorst­ko, by dało się na niej pi­sać. W set­nym roku na­szej ery li­sty pi­sa­ne na ko­rze mor­wo­wej po­dró­żo­wa­ły już Je­dwab­nym Szla­kiem. Ar­che­olog Au­rel Ste­in, pro­wa­dząc ba­da­nia wie­ży straż­ni­czej na pu­sty­ni Lop, zna­lazł skrzy­nię nie­do­rę­czo­nej ko­re­spon­den­cji z li­sta­mi po sog­diań­sku z 313 roku na­szej ery. Li­sty te, naj­star­szy zna­ny za­pi­sa­ny pa­pier, na­pi­sa­no wę­glo­wym tu­szem. W jed­nym z nich skar­ży się za­nie­dby­wa­na żona: „Wo­la­ła­bym być żoną psa lub świ­ni niż two­ją!”. W in­nym czy­ta­my o bo­lącz­kach pań­stwa chiń­skie­go – o plą­dro­wa­niu miast, uciecz­ce ce­sa­rza – i wpły­wie tych wy­da­rzeń na han­del. Resz­ta li­stów, za­cho­wa­na we frag­men­tach, przy­po­mi­na schlud­ny bi­lans han­dlo­wy fir­my: „W Gu­zan­gu 2500 ryz pa­pie­ru cze­ka na za­ła­du­nek… Khar­stang był ci wi­nien 20 sta­te­rów sre­bra… Dał mi sre­bro, zwa­ży­łem je, ale było tyl­ko 4,5 sta­te­ra. Spy­ta­łem…”.

W re­stau­ra­cji z pie­roż­ka­mi, któ­rej czer­wo­ne lam­pio­ny wi­szą nie­da­le­ko miej­skiej basz­ty, Hu Ji i jego cór­ka nad czymś de­ba­tu­ją. Mają ta­kie same drob­ne usta i wą­skie nosy. Ona stu­diu­je dy­na­stię Song, jak jej oj­ciec stu­dio­wał Tang. Co pe­wien czas Ming­zhao wy­bu­cha śmie­chem, on zaś się uśmie­cha. Hu Ji pi­sze zbiór skom­pli­ko­wa­nych, pro­wo­ka­cyj­nych ese­jów, któ­re rzu­cą nowe świa­tło na daw­ne na­boż­ne te­ma­ty.

– Mamy opo­wie­ści po­cho­dzą­ce z za­mierz­chłych cza­sów. – Za­ma­wia pie­roż­ki, jak­by to były wspo­mnie­nia. – Za­mie­rzam je za­kwe­stio­no­wać, opi­sać w nowy spo­sób, któ­ry poda w wąt­pli­wość zna­ne in­ter­pre­ta­cje.

Jed­na z ta­kich opo­wie­ści po­cho­dzi z cza­sów dy­na­stii Tang. Pro­fe­sor opo­wia­da, jak do­wód­ca ob­lę­żo­ne­go gar­ni­zo­nu stwier­dził, że jego od­dział zło­żo­ny z sze­ściu­set żoł­nie­rzy jest bli­ski śmier­ci gło­do­wej. Za­miast się pod­dać, naj­pierw za­bił żonę i na­kar­mił nią żoł­nie­rzy, po­tem ko­lej­no za­bi­jał naj­słab­szych lu­dzi i kar­mił nimi sil­niej­szych. W koń­cu od­dział zmniej­szył się do set­ki. Gar­ni­zon padł trzy dni przed na­dej­ściem od­sie­czy.

– Tę opo­wieść za­wsze przy­ta­cza­no jako wspa­nia­ły przy­kład ide­al­nej służ­by pań­stwu! Ja opi­sa­łem ją w in­nym du­chu. Jak po­win­ni­śmy ją oce­niać? – Pro­fe­sor marsz­czy z ża­lem brwi. – Wi­dzisz, w Chi­nach nie ma tra­dy­cji sza­cun­ku dla ludz­kie­go ży­cia. To po pro­stu w na­szej hi­sto­rii nie ist­nie­je. – Uniósł dło­nie z ko­lan i za­ci­snął na pier­si. Są bar­dziej szorst­kie, niż po­win­ny być dło­nie uczo­ne­go; przy­po­mi­nam so­bie o la­tach spę­dzo­nych w ko­pal­ni. – Na tym po­le­ga nasz pro­blem: na nie­ludz­ko­ści.

Mu­skam dło­nią jego ra­mię. Jego współ­czu­cie nie­ocze­ki­wa­nie mnie po­ru­sza, aż poj­mu­ję, że złe prze­czu­cia co do tego su­ro­we­go kra­ju nig­dy mnie nie opu­ści­ły. Wiem, że jest to po­zo­sta­łość po re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej.

– Wła­śnie dla­te­go mo­gło dojść do ma­sa­kry na pla­cu Tian’an­men – mówi ci­cho Hu Ji.

– Czy mo­gła­by się po­wtó­rzyć? – py­tam nie­ocze­ki­wa­nie dla sa­me­go sie­bie.

– Chy­ba nie – od­po­wia­da po chwi­li. – Za bar­dzo otwo­rzy­li­śmy się na świat. Zna­leź­li­śmy się pod nad­zo­rem.

Czy to je­dy­ny po­wód? Mam wąt­pli­wo­ści. Czy w ta­kim ra­zie nic tak na­praw­dę się nie zmie­ni­ło? Roz­glą­dam się po re­stau­ra­cji. Dwa­dzie­ścia lat temu lo­kal wy­peł­nia­li­by na­dę­ci biu­ro­kra­ci w wy­pra­so­wa­nych gar­ni­tu­rach, z koł­nie­rzy­ka­mi za­pię­ty­mi pod szy­ją. Te­raz wi­dzę ro­dzi­ny, ko­le­gów z pra­cy, flir­tu­ją­cych na­sto­lat­ków. Przez chwi­lę, pod wpły­wem nie­po­ko­ju, wy­obra­żam so­bie, że wszyst­ko jest jak daw­niej, a ci lu­dzie w czar­nych lub sza­rych gar­ni­tu­rach prze­bra­li się tyl­ko w inne uni­for­my.

 

– Na­sza kul­tu­ra na­praw­dę za­czy­na się zmie­niać – mówi jed­nak ci­cho Hu Ji, pa­trząc na cór­kę.

Pro­fe­sor wi­dzi te zmia­ny we wła­snej cór­ce. Ming­zhao od­po­wia­da na moje nie­wy­po­wie­dzia­ne py­ta­nie:

– Nie wiem, co lu­dzie z mo­je­go po­ko­le­nia ro­bi­li­by pod­czas re­wo­lu­cji. My­ślę jed­nak, że są bar­dziej sa­mo­lub­ni. Mają su­mie­nie. Sami mu­szą de­cy­do­wać o so­bie.

Ming­zhao pa­trzy na mnie nie­win­nie. Mimo dwu­dzie­stu ośmiu lat wy­glą­da jak dziec­ko. W pierw­szej chwi­li jej nie ro­zu­miem; zrów­na­nie sa­mo­lub­no­ści z su­mie­niem brzmi oso­bli­wie. Dziew­czy­na su­ge­ru­je, że po re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej – kie­dy mo­ral­no­ścią roz­po­rzą­dza­li nie­mal mi­stycz­ni przy­wód­cy – lina ra­tun­ko­wa łą­czą­ca cno­tę z wła­dzą zo­sta­ła ze­rwa­na. Od­po­wie­dzial­no­ści nie moż­na już było prze­no­sić w górę, ale spo­czę­ła w za­ka­mar­kach świa­do­mo­ści, cze­mu to­wa­rzy­szy­ło po­czu­cie winy. Ze słów Ming­zhao moż­na wy­czy­tać zgon ca­łe­go kon­fu­cjań­skie­go ładu, któ­ry każ­dą oso­bę umiesz­czał w nie­zmien­nej hie­rar­chii pod nie­bio­sa­mi. Od­wza­jem­nia­jąc jej uśmiech, wy­obra­żam so­bie gi­gan­tycz­ne tąp­nię­cie pod po­wierzch­nią chiń­skie­go spo­łe­czeń­stwa. Oto po­nad­cza­so­wa re­zy­gna­cja z in­dy­wi­du­al­no­ści na rzecz gru­py roz­pa­da się na ży­cie jed­no­stek.

Te my­śli nadal wpra­wia­ją w oszo­ło­mie­nie, gdy ostat­nie pie­roż­ki zni­ka­ją w na­szych ustach. Roz­luź­nio­ny Hu Ji wzdy­cha nad kie­lisz­kiem wina ry­żo­we­go. Opo­wia­da, że w mło­do­ści pra­co­wał jako se­kre­tarz pi­sa­rza Shen Con­gwe­na, któ­ry za­milkł w cza­sach ko­mu­ni­zmu. Od­no­szę wra­że­nie, że ła­god­ność i li­be­ra­lizm tego sta­re­go czło­wie­ka prze­trwa­ły w oso­bie pro­fe­so­ra.

– To nie­praw­da, że hun­wej­bi­ni nie czu­li winy – mówi Ming­zhao. – Mój na­uczy­ciel zo­stał bru­tal­nie po­bi­ty, a je­den z jego daw­nych uczniów do dziś nie może spoj­rzeć mu w oczy. Po trzy­dzie­stu sied­miu la­tach wciąż nie jest w sta­nie.

– By­li­śmy bar­dzo mło­dzi – mówi Hu Ji, od­sta­wia­jąc kie­li­szek. – To było jak go­rącz­ka.

W jego sło­wach po­brzmie­wa mi­mo­wol­na na­ga­na pod ad­re­sem cu­dzo­ziem­ca. Jak on może to po­jąć? Nie zro­zu­mie tego in­te­lek­tu­al­nie, nie mó­wiąc już o ser­cu. Spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym przy­sze­dłem na świat, jest nie­ludz­kie z in­nych po­wo­dów.

Za­nim ogar­nie nas po­nu­ry na­strój, Ming­zhao, któ­ra lubi ta­kie za­ba­wy, pyta mnie we­so­ło:

– W ja­kiej epo­ce chciał­byś żyć?

– To za­le­ży, czy był­bym bo­ga­ty, czy bied­ny – śmie­ję się. – A ty?

– Za­le­ży, czy by­ła­bym męż­czy­zną, czy ko­bie­tą.

To samo py­ta­nie za­da­je­my jej ojcu, pew­ni, że chciał­by żyć w cza­sach Tang. On jed­nak uśmie­cha się i mówi nie­śmia­ło:

– W przy­szło­ści.

Je­dwab prze­le­wa się chłod­no przez moje dło­nie. Na­sy­co­ne ko­lo­ry są nie­znacz­nie nie­na­tu­ral­ne. Ko­bie­ta żąda czter­dzie­stu pię­ciu ju­anów (rów­no­war­tość pię­ciu do­la­rów) za nie­ca­łe 0,1 m² (sto­pę kwa­dra­to­wą). Mówi, że ma­te­riał po­cho­dzi z daw­nych ośrod­ków wy­ro­bu je­dwa­biu w Hang­zhou i Su­zhou na wscho­dzie, a ja wy­obra­żam so­bie, że wzo­ry nie zmie­ni­ły się od cza­sów dy­na­stii Song. Ki­pią smo­ka­mi i fe­nik­sa­mi albo po­kry­wa­ją tka­ni­nę zło­tą sia­tecz­ką kwia­tów.

Trud­no so­bie wy­obra­zić, kto miał­by to no­sić. Je­dwab tchnie luk­su­sem daw­ne­go wy­szu­ka­ne­go rze­mio­sła. Jest nie­zwy­kle od­por­ny, wchła­nia barw­ni­ki, jest pra­wie nie­znisz­czal­ny. Kie­dy czło­wiek go nosi, nie jest mu ani za zim­no, ani za go­rą­co. Gdy cała za­war­tość gro­bow­ców z cza­sów dy­na­stii Han sprzed dwóch ty­się­cy lat roz­pa­dła się w proch, je­dwab­ne dary i ca­łu­ny prze­trwa­ły, czę­sto zre­du­ko­wa­ne do bez­barw­nych pa­se­mek, ale nie­kie­dy zdu­mie­wa­ją­co ko­lo­ro­we. W cza­sach Han wszyst­kie ko­bie­ty zaj­mo­wa­ły się pro­duk­cją je­dwa­biu, a cały dwór ce­sar­ski mi­go­tał hie­rar­chią skom­pli­ko­wa­nych stop­ni: je­dwab­nych jed­no­roż­ców, pawi, pi­wo­nii i koni. Ocie­ka­ją­cych je­dwa­biem ce­sa­rzy Tang por­tre­to­wa­no w na­tu­ral­nej wiel­ko­ści na je­dwa­biu albo ja­dą­cych w po­wo­zach z je­dwab­ny­mi za­sło­na­mi, nad któ­ry­mi po­wie­wa­ły je­dwab­ne pro­por­ce.

Chiń­czy­cy od­kry­li zdu­mie­wa­ją­cą wy­trzy­ma­łość je­dwa­biu na roz­cią­ga­nie. Z nici je­dwab­nej wy­twa­rza­no cię­ci­wy łu­ków, stru­ny lut­ni czy żył­ki węd­kar­skie. W wo­dosz­czel­nych je­dwab­nych tor­bach prze­wo­żo­no pły­ny, po­ja­wi­ły się la­kie­ro­wa­ne czar­ki z je­dwa­biu. Obok ko­ści i drew­na je­dwab stał się pierw­szym ma­te­ria­łem, na któ­rym pi­sa­no. Uświę­cał edyk­ty ce­sar­skie, a pod­czas ry­tu­al­nych ce­re­mo­nii na je­dwa­biu prze­ka­zy­wa­no wia­do­mo­ści dla zmar­łych. Jesz­cze dłu­go po wy­na­le­zie­niu pa­pie­ru księ­gi wró­żeb­ne i ma­gicz­ne spi­sy­wa­no na je­dwa­biu, po­dob­nie jak imio­na wszyst­kich du­chów przod­ków.

Je­dwab stał się też nie­zwy­kle cen­nym pod­ło­żem ma­lar­skim. Daw­ne wiel­kie ce­sar­skie zbio­ry je­dwab­nych zwo­jów nie prze­trwa­ły – zbun­to­wa­ni żoł­nie­rze zro­bi­li z nich na­mio­ty i ple­ca­ki – po­zo­sta­ły je­dy­nie ko­pie i frag­men­ty. Ma­lar­stwo kra­jo­bra­zo­we sta­ło się sztu­ką nie­mal mi­stycz­ną. Na su­ro­wy je­dwab prze­no­szo­no bez­kres nie­ba lub nie­wi­dzial­ne­go oce­anu, góry i lu­dzi, nie­kie­dy tyl­ko za­zna­czo­nych pę­dzel­kiem z so­bo­lo­wej sier­ści albo my­sich wą­sów. Świe­tli­sta pust­ka je­dwa­biu sta­ła się żywą obec­no­ścią. Tao­iści twier­dzi­li, że wszyst­kie przed­mio­ty trwa­łe cze­ka uni­ce­stwie­nie. Je­dwab­na pust­ka była bar­dziej rze­czy­wi­sta niż one: była czy­stym du­chem.

Przede wszyst­kim jed­nak przez po­nad ty­siąc lat je­dwa­biem opła­ca­no i prze­ku­py­wa­no no­ma­dów, sza­le­ją­cych za Wiel­kim Mu­rem. Czę­sto je­dwab sta­wał się wa­lu­tą. Rów­nie trwa­ły jak mo­ne­ty, był środ­kiem płat­ni­czym, po­dat­kiem, da­ni­ną. W I wie­ku przed na­szą erą Hu­no­wie wy­mie­nia­li swo­je ko­nie za pięk­ny je­dwab. W Rzy­mie, na dru­gim krań­cu Je­dwab­ne­go Szla­ku, za­czął fa­scy­no­wać bo­ga­czy i pod­ko­py­wać go­spo­dar­kę. Wie­le lat póź­niej Wi­zy­go­ci Ala­ry­ka I, któ­rzy ob­le­ga­li zmę­czo­ne mia­sto, dali się prze­bła­gać oku­pem zło­żo­nym z czte­rech ty­się­cy chiń­skich wy­ro­bów z je­dwa­biu.

º º º

Feng miał wy­dat­ny nos, na­la­ne po­licz­ki i łu­ko­wa­te krza­cza­ste brwi. Jak po­wie­dział, jego arab­scy przod­ko­wie przy­by­li Je­dwab­nym Szla­kiem sie­dem­set lat temu, a je­den z nich był ge­ne­ra­łem pierw­sze­go ce­sa­rza dy­na­stii Ming. Lud Hui, z któ­re­go po­cho­dził, stał się przy­stoj­niej­szy bar­dziej dzię­ki krwi arab­skiej i per­skiej niż chiń­skiej, śmiał się Feng. W jego więd­ną­cych dzią­słach czer­ni­ły się pień­ki zę­bów, poza tym cier­piał na nad­wa­gę.

Kup­cy przy­by­li Je­dwab­nym Szla­kiem już w VII wie­ku, kie­dy ich is­lam był jesz­cze mło­dy, albo prze­nik­nę­li tu przez por­ty nad Mo­rzem Po­łu­dnio­wo­chiń­skim. Z cza­sem, w wy­ni­ku mie­sza­nych mał­żeństw, upodob­ni­li się do ota­cza­ją­cych ich lu­dzi. Może tyl­ko po­wta­rza­ją­ca się cy­klicz­nie hi­sto­ria ko­lej­nych dła­wio­nych bun­tów, a tak­że chiń­ska ety­kiet­ka „Hui” prze­ko­na­ły ich, że są od­ręb­nym na­ro­dem. Obec­nie w Xi’anie żyje ich sześć­dzie­siąt ty­się­cy, nadal są za­pa­lo­ny­mi kup­ca­mi, a do roz­mo­wy wtrą­ca­ją arab­skie sło­wa.

O zmierz­chu spa­ce­ru­jesz uli­ca­mi po ich dziel­ni­cy, wy­czu­wa­jąc od­mien­ne ży­cie. Lu­dzie cho­dzą w wy­so­kich, bia­łych na­kry­ciach gło­wy po­dob­nych do czap ku­char­skich; nie­któ­rzy są bro­da­ci. W ulicz­kach pod zie­lo­ny­mi ko­pu­ła­mi me­cze­tu urzę­du­ją sprze­daw­cy ke­ba­bów, męż­czyź­ni wy­ra­bia­ją pię­cio­me­tro­wy ma­ka­ron, na stra­ga­nach rzeź­ni­ków wisi ja­gnię­ci­na i wo­ło­wi­na ha­lal.

W głów­nym me­cze­cie ma­riaż Chin z is­la­mem przy­po­mi­na wy­szu­ka­ny te­atr. Idąc przez po­łą­czo­ne dzie­dziń­ce, na przy­kład w pa­ła­cu Ming, mi­jasz ste­le, na któ­rych wy­ry­to na­pi­sy po arab­sku lub man­da­ryń­sku, i mi­na­ret wy­ra­sta­ją­cy z kry­tej por­ce­la­ną pa­go­dy. Gdzie­nieg­dzie zwi­ja­ją się i drze­mią ka­mien­ne smo­ki i żół­wie, nie­świa­do­me mu­zuł­mań­skie­go za­ka­zu two­rze­nia wi­ze­run­ków. Da­chy prze­krzy­wia­ją się i ko­ły­szą nad barw­ny­mi kro­kwia­mi, chiń­skie pta­ki i kwia­ty na nad­pro­żach ota­cza­ją in­skryp­cje ko­ra­nicz­ne. Ka­za­nie ima­ma dud­ni z gło­śni­ków oświe­tlo­nej ja­rze­niów­ka­mi sali mo­dli­tew­nej. Głos jest żar­li­wy, nad­mier­nie wzmoc­nio­ny, więc trud­no mi wy­chwy­cić choć­by jed­no sło­wo.

Obok mo­jej dez­orien­ta­cji wy­ra­sta pod­nie­ce­nie: oto rze­czy ule­ga­ją prze­mia­nie, ludy mie­sza­ją się z sobą i wza­jem­nie się prze­kształ­ca­ją. Oto rze­czy­wi­stość ku­piec­ka: wszyst­ko jest w ru­chu, zmie­nia się jak w ka­lej­do­sko­pie. Czy­stość kul­tu­ro­wa, na­wet czy­stość kul­tu­ry chiń­skiej, sta­je się złu­dze­niem. Ten me­czet-hy­bry­da jest obiet­ni­cą albo ostrze­że­niem. Daw­no temu zro­dził go Je­dwab­ny Szlak. Te­raz poj­mu­ję, że nic, co na­po­tkam na swej dro­dze, nie bę­dzie sta­łe, jed­no­rod­ne. Po­dą­żać dro­gą to po­dą­żać za róż­no­rod­no­ścią w stru­mie­niu splą­ta­nych gło­sów, prze­krzy­ku­ją­cych się w tu­ma­nach pyłu.

º º º

Hu­ang wciąż śnił swój wiel­ki sen, miał też chy­ba na­dzie­ję, że sta­nę się jego czę­ścią. Pew­nej nocy, gdy wra­ca­łem do ho­te­lu, chwy­cił mnie kon­spi­ra­cyj­nie za ra­mię. Oznaj­mił, że zna czło­wie­ka, któ­ry zbie­ra róż­ne rze­czy. Ro­zu­miesz, r z e c z y.

– On zna lu­dzi ze wsi, rol­ni­ków. A oni znaj­du­ją gro­by. Opusz­cza­ją się na li­nach, z lam­pą i w nocy wy­do­by­wa­ją róż­ne rze­czy. Na dzień za­kry­wa­ją otwór.

– W jaki spo­sób ten czło­wiek je zdo­by­wa?

– Za­trzy­mu­je się w wio­sce na parę dni i do­py­tu­je się, kto ma sta­re przed­mio­ty. Po­tem idzie do ta­kiej oso­by. W nie­któ­rych wio­skach lu­dzie bar­dzo się wzbo­ga­ci­li.

Zna­jąc nę­dzę tych wie­śnia­ków, mó­wię bez­ce­lo­wo:

– Oni nisz­czą hi­sto­rię.

Hu­ang milk­nie.

– Poza tym to musi być nie­bez­piecz­ne.

– Po­wie­trze w gro­bach jest bar­dzo nie­do­bre. Nie­któ­rzy od tego umar­li.

Tej nocy w śle­pej ulicz­ce Hu­ang za­wo­łał w stro­nę za­sło­nię­te­go okna. Ko­bie­ca syl­wet­ka po­ja­wi­ła się i zni­kła. Za­pa­dła ci­sza. Hu­ang wy­ja­śnił, że prze­myt­nik jest ru­cho­mym ce­lem. Sklep wy­naj­mu­je tyl­ko na kil­ka mie­się­cy, po­dob­nie jak dom.

– Nie mu­sisz ku­po­wać. Tyl­ko po­patrz. Tyl­ko po­patrz.

Drzwi uchy­li­ły się, uka­za­ła się zie­mi­sta, so­wia twarz; ge­stem ka­za­no nam wejść. Bra­ma z bla­chy fa­li­stej za­brzę­cza­ła i za­trza­snę­ła się za nami. W pół­mro­ku do­strze­głem, że to był bar­dzo mło­dy czło­wiek. Świa­tło od­bi­ja­ło się w oku­la­rach w cien­kiej opraw­ce. Ta­kich jak on zmiaż­dżo­no na pla­cu Tian’an­men. W skle­pie pra­wie nic nie było: kil­ka waz z epo­ki Qing, nie­co współ­cze­snych ma­lo­wa­nych zwo­jów, ty­po­we ko­nie i pej­za­że. Przy­kryw­ka.

– To pana in­te­re­su­je? – Wska­zał na ja­skra­we olej­ne ob­ra­zy miej­sco­we­go ma­la­rza.

– Nie, to nie. – Za­sta­na­wia­łem się, co też Hu­ang opo­wia­dał mu o mnie.

Mło­dy czło­wiek na­chy­lił się nad ladą, maj­stro­wał przy skrzyn­kach, usły­sza­łem szczęk zam­ka. So­wie oczy bły­snę­ły w moją stro­nę. Ostroż­nie od­wi­nął coś z ma­te­ria­łu i bez sło­wa po­sta­wił. Przede mną stał te­ra­ko­to­wy wo­jow­nik z cza­sów dy­na­stii Han w nie­bie­skim ka­fta­nie z czer­wo­ny­mi rę­ka­wa­mi, bar­dzo wy­bla­kły­mi. Rysy twa­rzy się za­tar­ły, zo­stał tyl­ko frag­ment nosa; pra­wa dłoń za­ci­ska­ła się na nie­ist­nie­ją­cej bro­ni. Iden­tycz­ne eks­po­na­ty wi­dzia­łem tego ran­ka w mu­zeum. Może zbyt iden­tycz­ne.

– Dwa ty­sią­ce do­la­rów – po­wie­dział prze­myt­nik.

Nie­pew­nie ob­sze­dłem rzeź­bę do­oko­ła. Wo­jow­nik był in­te­re­su­ją­co brzyd­ki. Prze­myt­nik krą­żył ra­zem ze mną, jak­by w oba­wie, że mógł­bym po­rwać fi­gur­kę. Może jed­nak był star­szy, niż są­dzi­łem; to­wa­rzy­szy­ła mu aura chłod­ne­go, pe­dan­tycz­ne­go au­to­ry­te­tu. Ko­lej­no za­czął od­wi­jać inne przed­mio­ty z cza­sów Han: żół­te­go smo­ka zwi­nię­te­go na tar­czy – naj­wy­raź­niej po­zo­sta­łość z ja­kiejś bu­dow­li; małą ka­dziel­ni­cę, wspar­tą na fi­gur­kach krę­pych zwie­rząt; frag­men­ty zie­lo­nej ce­ra­mi­ki.

Po­nie­waż prze­myt­nik mil­czał, pa­pla­ni­na Hu­an­ga uci­chła. Bez sło­wa pa­trzy­li­śmy na przed­mio­ty sprzed dwóch ty­się­cy lat. Nie mia­łem po­wo­du wąt­pić w ich au­ten­tycz­ność, bo w tej oko­li­cy wprost ro­iło się od sta­rych cmen­ta­rzy, któ­rych po­li­cja nie była w sta­nie ochro­nić. Prze­myt­nik otrze­pał smo­ka z ku­rzu z nie­mal nie­uchwyt­ną czu­ło­ścią. Po­dob­nie jak on nie wie­rzy­łem, że te ar­te­fak­ty mogą się przy­dać zmar­łym; pa­trzy­łem na nie jak na od­dzie­lo­ne od sie­bie przed­mio­ty. Do­brze wie­dzia­łem, że po za­bra­niu ich z gro­bów utra­ci­ły war­tość na­uko­wą.

 

Po pew­nym cza­sie prze­myt­nik zno­wu po­szpe­rał w sza­fie i ostroż­nie wy­jął z tek­tu­ro­we­go pu­dła fi­gur­kę. Wy­czu­łem, że to jest jego praw­dzi­wy skarb. War­tość fi­gur­ki, bar­dziej niż wszel­kie sło­wa, zdra­dza­ły sta­ran­ność, z jaką ją od­wi­jał, oraz na­pię­cie na jego twa­rzy.

– Dy­na­stia Tang – oświad­czył.

Przede mną sta­ła trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wa fi­gur­ka straż­ni­ka świą­tyn­ne­go. Gło­wę za­dzie­rał w górę w lwim ryku, na­usz­ni­ki czap­ki fru­wa­ły obok gło­wy, jed­ną pięść uniósł z wście­kło­ścią. Fi­gur­ka wciąż była po­kry­ta zie­mią. Prze­myt­nik chciał za nią sześć ty­się­cy do­la­rów.

Cena była oczy­wi­ście ko­smicz­na. Taka mia­ła być. Po­trzą­sną­łem gło­wą.

– Ta fi­gur­ka po­cho­dzi z gro­bu ce­sa­rza – po­wie­dział prze­myt­nik.

– Któ­ry to był ce­sarz? – spy­ta­łem z nie­do­wie­rza­niem.

– Taj-cung – pa­dła na­tych­mia­sto­wa od­po­wiedź. A za­tem wy­obra­żał so­bie, że straż­nik świą­tyn­ny po­cho­dzi z po­cząt­ku VII wie­ku, ale nie mia­łem po­ję­cia, czy to praw­da. – W No­wym Jor­ku moż­na ją sprze­dać za trzy­sta ty­się­cy do­la­rów.

– Nie mogę jej wy­wieźć – po­wie­dzia­łem.

– Ro­zu­miem. – Prze­myt­nik za­ci­snął war­gi. – Te jest naj­trud­niej wy­wieźć. Ale je­śli ma pan zna­jo­me­go w am­ba­sa­dzie albo kon­tak­ty biz­ne­so­we w Hong­kon­gu… prze­wio­zą ją panu, do­kąd pan ze­chce. Żad­nych py­tań.

– Żad­nych py­tań – za­wtó­ro­wał Hu­ang.

Obo­jęt­nie pa­trzy­łem na fi­gur­kę. Hu­ang otwo­rzył sze­ro­ko oczy.

– Po po­wro­cie do kra­ju mógł­byś za­ro­bić mnó­stwo pie­nię­dzy.

Po­tem prze­myt­nik, jak­by do­pie­ro przy­szło mu to do gło­wy, wy­jął coś z pa­pie­ro­we­go za­wi­niąt­ka i po­ło­żył na la­dzie.

– Dy­na­stia Tang. Tyl­ko czte­ry ty­sią­ce do­la­rów.

Za­sko­czo­ny pa­trzy­łem na przed­miot. W brud­nym po­kąt­nym skle­pi­ku, spo­wi­ta w żół­te świa­tło i ci­szę, pa­trzy­ła na mnie pięk­na gło­wa Gu­any­in, bo­gi­ni mi­ło­sier­dzia, nie­mal na­tu­ral­nej wiel­ko­ści. Spod mi­ster­nie uło­żo­nych wło­sów i ozdo­bio­ne­go kwia­ta­mi na­kry­cia gło­wy wy­glą­da­ła twarz wy­ra­ża­ją­ca abs­trak­cyj­ny spo­kój. Głę­bo­ki, po­dwój­ny łuk brwi nad pół­przy­mknię­ty­mi ocza­mi nada­wał jej geo­me­trycz­ną su­ro­wość. De­li­kat­ny nos i usta nie za­bu­rza­ły ca­łe­go ka­mien­ne­go dia­gra­mu. Bo­gi­ni wy­rzeź­bio­na z miej­sco­we­go bia­łe­go gra­ni­tu wy­glą­da­ła, jak­by spa­ła.

Prze­myt­nik wy­czuł moje na­głe za­in­te­re­so­wa­nie.

– Mogę skon­tak­to­wać pana z kimś w Hong­kon­gu…

Nie­zde­cy­do­wa­ny pa­trzy­łem na rzeź­bio­ną twarz. Wła­śnie w cza­sach dy­na­stii Tang w Chi­nach wą­sa­ty in­dyj­ski bo­dhi­sat­twa, któ­ry wpro­wa­dzał du­sze do raju, zmie­nił płeć i stał się bo­gi­nią Gu­any­in. Moż­li­we, że te ła­god­ne an­dro­gi­nicz­ne rysy uwiecz­nia­ły ów przej­ścio­wy okres. Gło­wa, je­śli au­ten­tycz­na, była nie­mal bez­cen­na. Nie mo­głem się jed­nak upew­nić, nie mia­łem jak jej ura­to­wać. Spoj­rza­łem na prze­myt­ni­ka. Chcia­łem nim gar­dzić, ale jego twarz mia­ła nie­prze­nik­nio­ny, abs­trak­cyj­ny wy­raz. Pod szo­pą chło­pię­cych wło­sów lśni­ło czo­ło na­ukow­ca, gład­kie jak jaj­ko. A gdy­bym tak go za­de­nun­cjo­wał, czy ska­za­li­by go na śmierć? Ży­cie za rzeź­bę.

Może po to, żeby ura­to­wać sie­bie, a może prze­myt­ni­ka, za­czą­łem się skła­niać ku my­śli, że rzeź­ba jest fal­sy­fi­ka­tem. Prze­cież jest zbyt gład­ka, zbyt do­sko­na­ła. Gdzie jest cia­ło bo­gi­ni? Dla­cze­go ce­nił ją mniej niż straż­ni­ka z gro­bow­ca? Je­śli gło­wa była fał­szy­wa, kon­klu­do­wa­łem oszo­ło­mio­ny, sta­no­wi­ła przy­kład czy­ste­go ki­czu. Zno­wu spoj­rza­łem na nią sfru­stro­wa­ny. Pro­mie­nie­ją­ca pust­ką twarz bo­gi­ni była na­czy­niem na ludz­kie ma­rze­nia. De­li­kat­nie owi­ną­łem ją z po­wro­tem w pa­pier.

Ty­tu­łem uspra­wie­dli­wie­nia prze­myt­nik za­czął mó­wić o in­nych spra­wach: o ro­sną­cym bez­ro­bo­ciu w mia­stach, o cięż­kim ży­ciu wie­śnia­ków. Po chwi­li stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie, czu­jąc, że mnie tra­ci. Bla­sza­na bra­ma za­trza­snę­ła się z ło­sko­tem, a Hu­ang i ja zo­sta­li­śmy sami w ciem­nym za­uł­ku.

Na go­dzi­nę czy dwie usu­ną­łem gło­wę bo­gi­ni ze swych my­śli. Do­pie­ro póź­niej przez kil­ka dni drę­czy­ła mnie myśl, że gło­wa była au­ten­tycz­na i za­czy­na­łem śnić na ja­wie. Wy­obra­ża­łem so­bie, jak po la­tach idę przez sale z chiń­ski­mi zbio­ra­mi w Me­tro­po­li­tan Mu­seum albo w The Bri­tish Mu­seum i sta­ję przed ga­blo­tą z no­wy­mi na­byt­ka­mi. Tam, skru­szo­ny, roz­po­znał­bym twarz: „Gło­wa Awa­lo­ki­te­śwa­ry (Gu­any­in). Dy­na­stia Tang, VIII wiek na­szej ery. Po­cho­dze­nie nie­zna­ne”.

W ja­snym świe­tle re­stau­ra­cji oczy Hu­an­ga pło­nę­ły fru­stra­cją pod heł­mem czar­nych wło­sów. Wie­przo­wi­na w so­sie słod­ko-kwa­śnym le­ża­ła przed nim nie­tknię­ta, a sło­wa wy­strze­li­wa­ły z jego ust jak fa­jer­wer­ki. Wła­śnie zło­żył wy­mó­wie­nie z pra­cy.

Ka­ta­li­za­to­rem stał się e-mail od bra­zy­lij­skie­go praw­ni­ka, po któ­rym znie­cier­pli­wie­nie Hu­an­ga osią­gnę­ło apo­geum.

– Mój przy­ja­ciel z Bra­zy­lii na­pi­sał: „Pa­nie Hu­ang, może się pan za­trud­nić w bra­zy­lij­skiej fir­mie”. To zda­nie jest dla mnie bar­dzo waż­ne. Jak my­ślisz, co ono ozna­cza? „Może się pan za­trud­nić…” – Po­wtó­rzył tekst jak za­klę­cie, jak­by te sło­wa kry­ły w so­bie ta­jem­ni­cę. Jaki był ich praw­dzi­wy sens? „Może się pan za­trud­nić…”.

Po­now­nie za­czą­łem się o nie­go mar­twić. Co po­cznie? Nie znał ani sło­wa po por­tu­gal­sku. Co zro­bi tam­ten praw­nik, kie­dy pan Hu­ang za­pu­ka do jego drzwi?

– Mój oj­ciec bar­dzo się roz­gnie­wał – mó­wił Hu­ang. – Mia­łem bar­dzo do­brą pra­cę. Wie­lu lu­dzi chce ta­kiej pra­cy. Ale oj­ciec wie, że od­kąd do­ro­słem, mam wiel­kie ma­rze­nie. Po­wie­dzia­łem mu: dam so­bie radę, znam tro­chę an­giel­ski, mam in­te­li­gent­ne ser­ce. Mój oj­ciec zro­zu­mie.

– Mu­sisz się ro­zej­rzeć za chiń­ską fir­mą han­dlo­wą – ra­dzę. – Tak, że­byś mógł wy­ko­rzy­stać swój man­da­ryń­ski.

– Han­dlo­wą? Jak to się pi­sze? – Hu­ang wy­jął no­tes. – H…a…n…

– Ale co z two­ją żoną i cór­ką?

Hu­ang spusz­cza wzrok na ta­lerz.

– To jest mój duży pro­blem. – Dziu­bie wie­przo­wi­nę. – Kie­dy po­wie­dzia­łem o tym żo­nie, bar­dzo się roz­gnie­wa­ła. Przez cały ty­dzień: „Nie do­ty­kaj mnie! Nie od­zy­waj się do mnie!”. Ro­zu­miem jej my­śli. Po­tem wy­tłu­ma­czy­łem wszyst­ko jej mat­ce, któ­ra wie, że mam wiel­kie ser­ce i wiel­kie ma­rze­nie, wie, że roz­krę­cę do­bry biz­nes. W koń­cu moja żona mówi: „Do­brze, do­brze, ro­zu­miem cię”. – Mimo to Hu­ang po­zo­stał po­sęp­ny. – Wiesz, że na­sze ko­bie­ty są sil­ne, zbyt sil­ne. Po­wie­dział­bym, że w sie­dem­dzie­się­ciu pro­cen­tach są sil­niej­sze od męż­czyzn…

– Czy two­ja żona z tobą po­je­dzie?

– Przez pierw­szy rok będę sam. Kie­dy się ja­koś urzą­dzę, żona przy­je­dzie i znaj­dzie so­bie pra­cę. Moja cór­ka za­miesz­ka u mo­jej mat­ki, może u mat­ki żony. Tro­chę tu, tro­chę tam! Nie ma pro­ble­mu! Oni wszy­scy ją ko­cha­ją, wszy­scy ją chcą.

– Czy my­ślisz, że to dla niej do­bre? – W gło­wie kłę­bią mi się za­chod­nie kon­cep­cje wy­cho­wa­nia. – Tak wie­lu lu­dzi?

– Chy­ba nie­zbyt do­bre – skrzy­wił się Hu­ang. – Ale mu­szę to zro­bić. Póź­niej cór­ka do mnie przy­je­dzie.