Cień Jedwabnego szlaku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W jego czuj­nych, nie­spo­koj­nych oczach do­strze­głem nie­po­kój, przy­najm­niej tak mi się wy­da­wa­ło.

– Mimo to uwa­żam, że oni byli dziel­ni.

Przez chwi­lę de­li­kat­nie sku­bał kur­cza­ka, nie­kie­dy ocie­ra­jąc rę­ka­wem ką­ci­ki ust. Po­tem stwier­dził z na­głą pa­ra­dok­sal­ną la­ko­nicz­no­ścią swo­je­go na­ro­du:

– Boję się śmier­ci. I osa­mot­nie­nia. Kie­dy za­my­kam oczy, ogar­nia mnie chłód. My­ślę so­bie: taka wła­śnie jest śmierć. Czerń, gdzie nie ma do­ty­ku ani sma­ku. My­ślę, że wie­lu mło­dych lu­dzi boi się śmier­ci. Sta­rzy mogą wspo­mi­nać bo­ga­te ży­cie i się nie boją…

Oni mie­li wszyst­ko za­pew­nio­ne, po­my­śla­łem.

– …Ale my, mło­dzi, czu­je­my się nie­speł­nie­ni, bo­imy się. Moi przy­ja­cie­le cho­dzą cza­sem do świą­ty­ni bud­dyj­skiej, ale tyl­ko dla­te­go, że cze­goś chcą. Ja w to nie wie­rzę. Dla nas po śmier­ci nie ma nic.

º º º

Do­li­ny rzek Wei He i Hu­ang He, w któ­rych leży mia­sto Xi’an, to sta­ro­daw­ne ser­ce Chin. Na pół­no­cy pła­sko­wyż na­no­szo­ne­go przez wiatr iłu wzno­si się ku Mon­go­lii We­wnętrz­nej; wil­got­ny kli­mat na po­łu­dniu spra­wia, że na wzgó­rzach upra­wia się ta­ra­so­wo ryż i her­ba­tę. W ła­god­nej niec­ce po­środ­ku, obec­nie po­ro­śnię­tej psze­ni­cą i ba­weł­ną, ce­sarz ty­ran Qin Shi Hu­ang­di za­ło­żył w 221 roku przed na­szą erą pierw­szą sto­li­cę zjed­no­czo­nych Chin, gdzie po­cho­wa­no go w gro­bow­cu strze­żo­nym przez ar­mię te­ra­ko­to­wych nie­wol­ni­ków, od­kry­tą po­nad dwa ty­sią­ce lat póź­niej. Za jego pa­no­wa­nia daw­ne pań­stwa feu­dal­ne zo­sta­ły bru­tal­nie sca­lo­ne: zu­ni­fi­ko­wa­no pi­smo, pra­wo, na­wet hi­sto­rię. Ce­sarz wy­bu­do­wał Wiel­ki Mur dzię­ki pra­cy mi­lio­nów po­bo­ro­wych i wie­śnia­ków, któ­rzy umie­ra­li z wy­czer­pa­nia i za­mu­ro­wy­wa­no ich w mu­rze jako wy­peł­niacz. Kro­ni­ki wszyst­kich dy­na­stii prócz ce­sar­skiej wy­da­no na pa­stwę pło­mie­ni, a nie­po­kor­nych uczo­nych grze­ba­no żyw­cem. Nie prze­trwa­ło nic, co nie na­le­ża­ło do ce­sa­rza. W ten spo­sób zro­dził się roz­po­zna­wal­ny kraj, w któ­rym róż­no­rod­ność sta­no­wi­ła mo­ral­ne wy­kro­cze­nie.

Te­ra­ko­to­wa ar­mia nadal ma­sze­ru­je tam, gdzie ją zna­le­zio­no, w pod­ziem­nym lo­chu po­ło­żo­nym dwa­dzie­ścia czte­ry ki­lo­me­try na wschód od Xi’anu. Lęk przed wi­ru­sem SARS, któ­ry w kwiet­niu tego roku roz­prze­strze­nił się na pół­noc, wstrzy­mał ruch tu­ry­stycz­ny, dla­te­go oprócz mnie w zim­nym tu­ne­lu nie było pra­wie ni­ko­go. Żad­ne zdję­cie nie jest w sta­nie przy­go­to­wać cię na wi­dok tych nie­ziem­skich le­gio­nów. Ma­sze­ru­ją pod zie­mią set­ka­mi, w ko­lum­nach po je­de­na­stu żoł­nie­rzy. Wy­ko­na­ni w ja­skra­wych bar­wach cy­no­bru i zie­le­ni, mie­li nie­gdyś ró­żo­wą skó­rę i lśnią­ce czar­ne zbro­je, ale wy­bla­kli na ko­lor wid­mo­we­go beżu. Ich gru­be, luź­ne sza­ty zwi­sa­ją na wklę­słych pier­siach, wło­sy mają zwią­za­ne w koki lub ozdob­nie ze­bra­ne za gło­wą. Ra­mio­na za­sła­nia­ją wy­sa­dza­ne ćwie­ka­mi zbro­je z pły­tek. Za­miast two­rzyć ma­chi­nę wo­jen­ną zło­żo­ną z lu­dzi o ka­mien­nych ser­cach, ja­kich do­ma­gał­by się de­spo­ta, za­sty­gli w ocze­ki­wa­niu, czu­wa­jąc w bez­ład­nym szy­ku. Trud­no zna­leźć dwóch jed­na­ko­wych wo­jow­ni­ków. Oto sto­ją we­te­ra­ni o su­mia­stych wą­sach i spa­dzi­stych ra­mio­nach, chu­dzi re­kru­ci i wo­ja­cy o wy­glą­dzie uczo­nych z rzad­ką bród­ką. W sła­bym świe­tle na ich twa­rzach ma­lu­je się wy­raz ocze­ki­wa­nia, na­wet nie­po­ko­ju, jak­by spo­dzie­wa­li się nie­przy­ja­ciel­skie­go na­tar­cia.

Wszyst­kie drew­nia­ne przed­mio­ty – cała broń – roz­pa­dły się w proch. Dło­nie lan­sje­rów de­li­kat­nie chwy­ta­ją pust­kę. Po strza­łach i lan­cach, ha­la­bar­dach i ku­szach zo­sta­ły tyl­ko odłam­ki brą­zu. Nie­za­przę­żo­ne ko­nie sto­ją przy ry­dwa­nach, któ­re znik­nę­ły, wy­cią­gnię­te dło­nie woź­ni­ców chwy­ta­ją po­wie­trze.

Spa­ce­ru­jąc chod­ni­kiem nad wo­jow­ni­ka­mi, wy­obra­żasz so­bie, że ten licz­ny, świet­nie uzbro­jo­ny od­dział, zło­żo­ny z eli­tar­nej zbroj­nej pie­cho­ty oraz idą­cych na pew­ną śmierć po­bo­ro­wych, jest prze­ja­wem sa­mo­wy­star­czal­no­ści ce­sar­stwa, kra­ju, za jaki Chi­ny chcia­ły ucho­dzić. Ja jed­nak już ma­rzy­łem o dro­dze na za­chód, a gło­wę wy­peł­nia­ły mi za­wi­łe przy­pły­wy i od­pły­wy. Za koń­mi z te­ra­ko­ty na zie­mi wid­nia­ły śla­dy kół, któ­re zni­kły, po­nie­waż w cen­trum ar­mii ce­sar­skiej to­czy­ły się ry­dwa­ny wo­jen­ne ze skó­rza­ną uprzę­żą, wio­zą­ce ary­sto­kra­tycz­nych łucz­ni­ków i zbroj­nych lan­sje­rów. Mimo to ry­dwan nie był chiń­skim wy­na­laz­kiem. Przez dwa ty­siąc­le­cia przed 221 ro­kiem przed na­szą erą te wy­na­le­zio­ne ty­siąc lat wcze­śniej chy­że po­jaz­dy prze­ci­na­ły ste­py Me­zo­po­ta­mii i po­łu­dnio­wej Ro­sji i Je­dwab­nym Szla­kiem do­tar­ły do Chin. Moż­li­we, że me­ta­lur­gia brą­zu, któ­ra ukształ­to­wa­ła tę nie­ist­nie­ją­cą już broń, rów­nież zro­dzi­ła się na ste­pach, a przod­ko­wie koni – cze­ka­ją­cych w po­go­to­wiu przy nie­obec­nych ry­dwa­nach w mu­ze­al­nym pyle – przy­by­li szla­kiem z za­cho­du.

Z sza­co­wa­nych sze­ściu ty­się­cy wo­jow­ni­ków od­ko­pa­no nie­speł­na sied­miu­set. Wie­lu nadal leży pod da­cha­mi, któ­re za­wa­li­ły się pod ko­niec dy­na­stii Qin w 206 roku przed na­szą erą: bez­gło­we tor­sy i odła­ma­ne koń­czy­ny po­krył na­gro­ma­dzo­ny pył. W in­nym dole, pod za­wa­lo­ny­mi bel­ka­mi spo­czy­wa oko­ło dzie­wię­ciu­set wo­jow­ni­ków i dzie­więć­dzie­się­ciu ry­dwa­nów, plu­to­ny łucz­ni­ków klę­ka­ją, by od­dać strzał. Za­krzy­wio­ne pal­ce uj­mu­ją broń, któ­ra znik­nę­ła, ale od­ci­śnię­ty w stward­nia­łym ile do­sko­na­ły kształt daw­no spróch­nia­łej ku­szy każe my­śleć o śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie. Ku­sza, wy­na­le­zio­na w Chi­nach w IV wie­ku przed na­szą erą, po­wę­dro­wa­ła Je­dwab­nym Szla­kiem na za­chód, uzbro­iła ar­mie kró­lów nor­mandz­kich i Ka­pe­tyn­gów, by wresz­cie spo­tkać swo­je prze­zna­cze­nie w star­ciu z an­giel­ski­mi łucz­ni­ka­mi pod Crécy.

Ten obieg przed­mio­tów wprost roi się od zna­ków za­py­ta­nia. Chiń­skie wy­na­laz­ki wę­dru­ją­ce sta­ro­żyt­nym szla­kiem – druk i proch strzel­ni­czy, ślu­zy, prze­kład­nie pa­so­we, ze­gar me­cha­nicz­ny, ko­ło­wro­tek oraz uprząż kon­na, któ­ra prze­obra­zi­ła upra­wę roli – kwi­tły za Wiel­kim Mu­rem przez stu­le­cia, za­nim jak fe­niks po­ja­wi­ły się na Za­cho­dzie. Po­nad ty­siąc lat wę­dro­wa­ła wie­dza o in­nych ge­nial­nych wy­na­laz­kach, ta­kich jak mo­sty zwo­dzo­ne na że­la­znych łań­cu­chach czy tech­ni­ka głę­bo­kie­go wier­ce­nia (w II wie­ku przed na­szą erą za po­mo­cą od­wier­tów Chiń­czy­cy wy­do­by­wa­li so­lan­kę i gaz z głę­bo­ko­ści sied­miu­set me­trów).

Ob­raz Chin jako za­mknię­te­go ce­sar­stwa roz­pa­dał się na mo­ich oczach. Wy­do­by­ty z gro­bow­ca te­ra­ko­to­wy po­sła­niec stał w go­to­wo­ści, a za nim koń w uprzę­ży i z sio­dłem, ale bez strze­mion. Cięż­kie strze­mię naj­wy­raź­niej wy­na­leź­li Chiń­czy­cy do­pie­ro w IV wie­ku na­szej ery. Póź­niej po­wę­dro­wa­ło ono na za­chód, sta­bi­li­zu­jąc jeźdź­ca pod­czas bi­twy i po­zwa­la­jąc do­siąść ko­nia ry­ce­rzo­wi w cięż­kiej, kosz­tow­nej zbroi. Z tym pro­stym wy­na­laz­kiem nie­któ­rzy wią­żą na­ro­dzi­ny ca­łej epo­ki feu­dal­nej w Eu­ro­pie; sie­dem wie­ków póź­niej ta sama epo­ka do­bie­gła kre­su, kie­dy zam­ki ule­gły in­ne­mu chiń­skie­mu wy­na­laz­ko­wi, pro­cho­wi strzel­ni­cze­mu. Moż­na so­bie wy­obra­zić, że na­ro­dzi­ny i śmierć eu­ro­pej­skie­go śre­dnio­wie­cza przy­by­ły Je­dwab­nym Szla­kiem ze wscho­du.

Po­dob­ne my­śli to­wa­rzy­szy­ły mi w mrocz­nych lo­chach ce­sa­rza Qin. On sam spo­czy­wa pół­to­ra ki­lo­me­tra da­lej pod stu­me­tro­wym kop­cem, gdzie przed laty spa­ce­ro­wa­łem sa­mot­nie. Te­raz ko­piec od­kry­ły chiń­skie biu­ra tu­ry­stycz­ne. Scho­dy na szczyt pro­wa­dzą po­śród jo­deł i na­giet­ków. Na szczy­cie opa­dła mnie chma­ra sprze­daw­ców pa­mią­tek, a or­kie­stra w stro­jach z cza­sów dy­na­stii Qin – bęb­ny, pisz­czał­ki i rogi – wkra­cza­ła co pe­wien czas, żeby zmą­cić ci­szę.

Pod mo­imi sto­pa­mi strasz­li­wy ce­sarz spo­czy­wa nadal – je­śli współ­cze­sne kro­ni­ki są do­kład­ne – w roz­le­głej i mi­ster­nej ko­pii swe­go im­pe­rium, oto­czo­ny rze­ka­mi rtę­ci wpra­wia­ny­mi w ruch przez nie­wi­dzial­ny me­cha­nizm, ze ska­za­ny­mi na śmierć żo­na­mi u boku. Po­dob­no w ostat­nich la­tach pa­no­wa­nia ce­sa­rza nad mau­zo­leum pra­co­wa­ło sie­dem­set ty­się­cy ro­bot­ni­ków, a po ukoń­cze­niu prac tych, któ­rzy za dużo wie­dzie­li, za­mu­ro­wa­no przy ka­mien­nych bra­mach. W ko­mo­rze gro­bo­wej, wśród gór wy­ry­tych w mie­dzi i miast z ka­mie­ni szla­chet­nych ce­sarz pły­wa w trum­nie w kształ­cie ło­dzi po rtę­cio­wej rze­ce, któ­ra wpa­da do rtę­cio­we­go mo­rza pod noc­nym nie­bem upstrzo­nym per­ło­wy­mi gwiaz­da­mi.

Tak więc po śmier­ci usta­no­wił ce­sarz sa­mo­wy­star­czal­ne lu­strza­ne kró­le­stwo, nad któ­rym spra­wo­wał ab­so­lut­ną kon­tro­lę. Mia­sta z klej­no­tów mia­ły ist­nieć na wie­ki, od­bi­ja­jąc echem trwa­łość nie­bios. We­wnętrz­ne bra­my i przej­ścia, w któ­rych ukry­to na­ła­do­wa­ne ku­sze, za­mknę­ły gra­ni­ce jego po­śmiert­ne­go pań­stwa. Ce­sarz od­gro­dził się mu­ra­mi od prze­szło­ści i przy­szło­ści. Po­dob­nie jak Hu­ang­di, praw­do­po­dob­nie był z po­cho­dze­nia bar­ba­rzyń­cą, ale Chi­ny no­szą jego imię. Lam­py za­si­la­ne fo­czym tłusz­czem oświe­tla­ją­ce jego gro­bo­wiec mia­ły pło­nąć wiecz­nie.

º º º

Hu­ang zna­lazł mnie przed ho­te­lem i od tam­tej pory nie­ustan­nie się tam po­ja­wiał. Za­sta­na­wia­łem się, cze­go chce. Jego bez­dź­więcz­ną an­gielsz­czy­znę prze­ry­wa­ły wy­bu­chy man­da­ryń­skie­go; wło­sy wy­ra­sta­ły mu tak ni­sko nad czo­łem, że nie­mal sty­ka­ły się z brwia­mi. Hu­ang za­pro­sił mnie do sie­bie, że­bym po­znał jego ro­dzi­nę, ale wca­le jej tam nie za­sta­łem. Ja­kaś in­ten­syw­na, ją­trzą­ca ener­gia nie da­wa­ła mu spo­ko­ju.

 

Sie­dząc na twar­dym jak ka­mień obi­ciu krze­sła w swo­im trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, po­dzie­lił się ze mną ob­se­sją, w któ­rej prze­ja­wia­ła się daw­na am­bi­cja jego na­ro­du.

– Nie chcę, żeby moje ży­cie po­zo­sta­wa­ło wciąż na tym sa­mym po­zio­mie. Mam wiel­kie ma­rze­nie. Chcę, żeby moje ży­cie prze­bie­ga­ło tak! I tak! – Dło­nią po­ka­zy­wał wzno­szą­ce się scho­dy. – Na każ­dym stop­niu chcę za­tknąć fla­gę! W górę, w górę z ni­cze­go, aż do śmier­ci.

Stac­ca­to gło­su Hu­an­ga roz­brzmie­wa­ło w miesz­ka­niu, gdzie jego ko­bie­ty zo­sta­wi­ły po so­bie woń sma­żo­ne­go ole­ju i kil­ka roz­rzu­co­nych la­lek.

– Mój oj­ciec ma­wiał, że wszyst­ko ma swój po­rzą­dek: naj­pierw wy­kształ­ce­nie… po­tem pra­ca, po­tem ro­dzi­na, po­tem przy­ja­cie­le. Ale na pierw­szym miej­scu jest wy­kształ­ce­nie! Je­steś jak drze­wo, mó­wił. Pi­cie, pa­le­nie, ha­zard to ga­łę­zie, któ­re na­le­ży ob­ciąć. Obe­tnij je, a wy­ro­śniesz wy­so­ko. – Hu­ang wy­pro­sto­wał się dum­nie, choć miał za­le­d­wie metr sześć­dzie­siąt wzro­stu.

– Te­raz czy­ha na nas wie­le nie­bez­pie­czeństw. Na­sze spo­łe­czeń­stwo zmie­ni­ło się w bar­dzo krót­kim cza­sie. Lu­dzie uza­leż­nia­ją się od ha­zar­du. Sta­rzy prze­gry­wa­ją tyl­ko kil­ka ju­anów (po­tocz­nie kuai), ale mło­dzi tra­cą wszyst­ko. Wszę­dzie wy­ra­sta­ją sa­lo­ny ma­sa­żu, na­zy­wa­ne sa­lo­na­mi pięk­no­ści. To zwy­kłe bur­de­le. – Po jego wiej­skiej twa­rzy prze­biegł gry­mas i znik­nął. – To przez współ­cze­sny Za­chód, przez szyb­kie zmia­ny.

– Tak – wy­mam­ro­ta­łem, czu­jąc się od­po­wie­dzial­ny. W po­przed­nim po­ko­le­niu taka sy­tu­acja była nie do po­my­śle­nia. Te­raz co noc w moim po­ko­ju ho­te­lo­wym dzwo­nił te­le­fon i szcze­bio­tli­wy ko­bie­cy głos ofe­ro­wał amo, ma­saż.

– Oj­ciec prze­strze­gał mnie przed tym. Ob­ser­wo­wał mo­ich przy­ja­ciół. Je­śli sza­no­wa­li ro­dzi­ców, oj­ciec ich apro­bo­wał. Je­śli nie sza­no­wa­li, mó­wił, że są jak wil­ki, wy­rzą­dza­ją szko­dę du­cho­wi i po­wi­nie­nem ze­rwać z nimi sto­sun­ki. Przez nich two­je ser­ce za­cho­ru­je, mó­wił.

Hu­ang miał ob­se­sję na punk­cie ojca, prze­śla­do­wa­ne­go pod­czas re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej za po­sia­da­nie ksią­żek.

– Wy­ła­ma­li mu ręce ze sta­wów, za­ło­ży­li na gło­wę bła­zeń­ską czap­kę i ka­za­li w niej cho­dzić. – Z ust Hu­an­ga wy­rwał się drżą­cy chiń­ski śmiech. – Te­raz oj­ciec wró­cił do domu. Jest na eme­ry­tu­rze; osiadł w swo­jej ro­dzin­nej wsi.

– W tej wio­sce, gdzie go prze­śla­do­wa­li?

– Tak. Ale on wró­cił do drzew, do pły­ną­cej wody, do ga­ze­ty.

Owszem, oj­ciec wró­cił na wieś, ale zo­sta­wił syna, w któ­rym pło­nę­ło żar­li­we pra­gnie­nie sa­mo­do­sko­na­le­nia. Jak za cza­sów Mao Hu­ang zgło­sił się nie­daw­no na ochot­ni­ka i po­ma­gał rol­ni­kom, zbie­ra­jąc wa­rzy­wa do umo­co­wa­ne­go na ple­cach wor­ka.

– To na nic! – Hu­ang prze­rzu­cił przez ra­mię nie­wi­dzial­ne głów­ki ka­pu­sty. – Po dwóch dniach czu­łem się jak ka­le­ka – skrzy­wił się. – Wkrót­ce po­tem oj­ciec po­pro­sił mnie, że­bym wstą­pił do or­ga­ni­za­cji do­bro­czyn­nej. W gó­rach żyją lu­dzie, któ­rzy nie mają nic. Ra­zem z żoną i cór­ką ru­szy­li­śmy w góry; dzie­więć go­dzin w górę i w dół, do wio­ski, któ­rą wi­dzie­li­śmy w te­le­wi­zji. Spo­tka­li­śmy tam czło­wie­ka z czwór­ką dzie­ci, po­roz­ma­wia­łem z nim, po­wie­dzia­łem, żeby się nie bał. Nie miał pie­nię­dzy, jego sy­no­wie nie mo­gli cho­dzić do szko­ły. Da­łem mu pie­nią­dze na pierw­szy rok szko­ły jego naj­star­sze­go syna. To była wiel­ka lek­cja dla mnie, mo­jej żony i cór­ki. Po­pro­si­łem cór­kę, żeby po­roz­ma­wia­ła z dzieć­mi tego wie­śnia­ka, a ona wy­buch­nę­ła pła­czem na wi­dok ich nę­dzy…

Na twa­rzy Hu­an­ga ma­lo­wa­ły się prze­sa­dzo­ne, te­atral­ne emo­cje. Do­pie­ro póź­niej za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy ta opo­wieść była praw­dzi­wa, czy może oglą­dał ją w te­le­wi­zji i ma­rzył o urze­czy­wist­nie­niu ide­ału ojca.

– Nie wiem, co rząd mógł­by zro­bić dla wie­śnia­ków – mó­wił Hu­ang. – Po­li­ty­ka mnie nie in­te­re­su­je. Nie chcę się do niej zbli­żać. – Jed­nym ru­chem dło­ni zmiótł na bok wszyst­kie kło­po­ty świa­ta. – Pra­cu­ję w urzę­dzie miej­skim jako księ­go­wy. Po pro­stu sie­dzę przy kom­pu­te­rze. Ale mam już trzy­dzie­ści sześć lat i mu­szę zmie­nić swo­je ży­cie. Ma­rzy mi się wy­jazd za gra­ni­cę. – Jego twarz roz­ja­śnił spię­ty, eu­fo­rycz­ny uśmiech i już tam po­zo­stał. – W ze­szłym roku po­mo­głem pew­ne­mu bra­zy­lij­skie­mu tu­ry­ście. Jest praw­ni­kiem i moim je­dy­nym za­gra­nicz­nym przy­ja­cie­lem. Te­raz mam jesz­cze cie­bie. – Na­gle ogar­nę­ła mnie oba­wa, że oto roz­po­czy­na się sub­tel­na gra za­leż­no­ści, dłu­gów i próśb. Hu­ang rzekł jed­nak: – Chcę wy­je­chać do Bra­zy­lii. W cią­gu dnia po­dej­mę pra­cę gdzie­kol­wiek, ale wie­czo­ra­mi za­mie­rzam uczyć chiń­skie­go. Za dar­mo! Pie­nią­dze oczy­wi­ście są waż­ne, ale nie naj­waż­niej­sze. Naj­pierw przy­ja­cie­le. Przy­ja­cie­le będą dla mnie waż­niej­si. – To była wy­pa­czo­na wer­sja oj­cow­skiej rady. – Po roku będę miał może pię­ciu uczniów chiń­skie­go, no­wych przy­ja­ciół. Tu­taj!… Tu!… I tu! – Hu­ang sa­dził ich wo­kół sie­bie w po­wie­trzu jak na­sio­na. – Po pew­nym cza­sie je­den z przy­ja­ciół po­wie może: Pa­nie Hu­ang, mam dla pana do­brą wia­do­mość. Mój oj­ciec czy mój wu­jek pra­cu­je w fir­mie, któ­ra po­trze­bu­je…

Hu­ang pla­no­wał więc naj­bar­dziej po­żą­da­ne obec­nie po­su­nię­cie: prze­no­si­ny z ad­mi­ni­stra­cji do biz­ne­su. Wy­rósł w no­wych Chi­nach Deng Xia­opin­ga, kra­ju ob­fi­tych bo­gactw, któ­ry stał się are­ną wzra­sta­ją­cej mo­bil­no­ści spo­łecz­nej.

Na­gle ogar­nę­ły mnie nie­do­bre prze­czu­cia.

– Czy co­kol­wiek wiesz o Bra­zy­lii? – spy­ta­łem.

– Leży w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej. Mają tam pro­ble­my go­spo­dar­cze. Wie­lu lu­dzi nie ma pra­cy. Ale nie­któ­re fir­my ra­dzą so­bie le­piej niż tu, w Chi­nach. Na­wią­żę z nimi kon­tak­ty… – Zno­wu za­czął sa­dzić w po­wie­trzu na­sio­na. – Kon­takt… kon­takt… kon­takt! Znaj­dę fir­mę z dużą pro­duk­cją. Może pro­du­ku­ją coś ta­kie­go. – Wziął ze sto­łu bla­sza­ny dzwo­nek. – Wy­ślę go do przy­ja­ciół w Chi­nach, a oni znaj­dą fir­mę, któ­ra wy­pro­du­ku­je go ta­niej. Po­tem od­sprze­da­my go fir­mie w Bra­zy­lii. To, to wła­śnie! – Ude­rza w dzwo­nek, któ­ry nie dzia­ła. Na­stęp­nie prze­cho­dzi do in­nych przed­się­wzięć, in­nych pla­nów. W mia­rę jak żon­glu­je pro­cen­ta­mi i hi­po­te­tycz­ny­mi trans­ak­cja­mi, moje oba­wy o jego los się roz­wie­wa­ją, za­czy­nam za to nie­po­ko­ić się o Bra­zy­lij­czy­ków. Wy­obra­żam so­bie, jak Hu­ang pod­bi­ja świat. W jego pulch­nych dło­niach miej­sce dzwon­ka zaj­mu­je por­ce­la­no­wy spodek, do któ­re­go do­łą­cza dzba­nu­szek z octem. Przed­mio­ty po­ru­sza­ją się po sto­le, przy­no­szą zysk w pa­pie­rach war­to­ścio­wych, w port­fe­lu in­we­sty­cyj­nym (stra­ci­łem ra­chu­bę). Hu­ang mówi z szyb­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Kal­ku­lu­je w chłod­ny, wy­ra­cho­wa­ny spo­sób. An­giel­ski prze­cho­dzi w man­da­ryń­ski. Jego oczy, utkwio­ne w mo­jej twa­rzy, mi­go­czą nie­win­ną chy­tro­ścią. – …Fir­ma uży­je oczy­wi­ście wła­snej na­zwy pro­duk­tu, ale ja­kość bę­dzie ta sama! Po­tem…

Nie ro­zu­mia­łem już nic z tego, co mó­wił, w żad­nym ję­zy­ku, ale zgu­bi­łem się w nar­ko­lep­tycz­nym gąsz­czu liczb, skąd wy­ło­ni­łem się jak­by po wie­lo­go­dzin­nym tran­sie, a wte­dy usły­sza­łem:

– Ale nie zo­sta­nę w Bra­zy­lii, bo ten kraj nie ma do­brej go­spo­dar­ki. Po­ja­dę do in­ne­go kra­ju…

º º º

Xi’an był kie­dyś naj­więk­szym mia­stem świa­ta. Po 618 roku na­szej ery przez trzy stu­le­cia, pod kró­lew­ską na­zwą Chang’an, Wiecz­ny Po­kój, ucie­le­śnia­ło roz­kwit i upa­dek nie­zrów­na­nej dy­na­stii Tang. W ob­rę­bie mu­rów obron­nych dłu­go­ści trzy­dzie­stu pię­ciu ki­lo­me­trów miesz­ka­ły bli­sko dwa mi­lio­ny lu­dzi, a ko­lej­ne mury za­my­ka­ły ich w we­wnętrz­nym la­bi­ryn­cie do­mów roz­miesz­czo­nych na roz­le­głej sza­chow­ni­cy ulic. Pięt­na­sto­ki­lo­me­tro­we mury dzi­siej­sze­go Xi’anu sto­ją w miej­scu mu­rów daw­ne­go Chang’anu. Z jed­nej stro­ny mia­sto za­sy­sa­ło da­ni­ny ka­na­ła­mi, się­ga­ją­cy­mi Mo­rza Po­łu­dnio­wo­chiń­skie­go; z dru­giej wzno­si­ło się jak gwiaz­da prze­wod­nia, na wschod­nim krań­cu Je­dwab­ne­go Szla­ku, gdzie im­pe­rium Tang roz­cią­ga­ło się aż do Pa­mi­ru.

Ary­sto­kra­cja Chang’anu prze­trwa­ła na wil­got­nych ma­lo­wi­dłach ścien­nych w gro­bow­cach, któ­ry­mi upstrzo­na jest do­li­na Wei He. Na pod­ziem­nych ścia­nach ko­bie­ty spa­ce­ru­ją w wy­de­kol­to­wa­nych gor­se­tach i je­dwab­nych suk­niach, ga­wę­dzą lub ba­wią się z oswo­jo­ny­mi cy­ka­da­mi. Ba­jecz­ne pta­ki wy­fru­wa­ją na mo­ment z tyn­ku. Po­ni­żej wło­sów upię­tych w kształt ko­ron lub ko­cich uszu wid­nie­ją drob­ne ustecz­ka i jasz­czur­cze oczy ko­biet po­dob­nych do wy­twor­nych dzie­ci. Męż­czyź­ni gra­ją w polo, grę przy­wie­zio­ną z Per­sji, szar­żu­jąc na nie­waż­kich ko­niach. W tych mrocz­nych lo­chach ży­cie ary­sto­kra­tów zo­sta­je od­two­rzo­ne w próż­ni – ko­lo­ry zbla­kły do rdza­we­go i sza­re­go – a jed­nak wciąż jest uro­czo do­kład­ne. Kie­dy ści­ga­ją zwie­rzy­nę, lam­par­ty uży­wa­ne do po­lo­wań sie­dzą za nimi na sio­dłach, po­dob­nie jak je­den so­kół czy dwa, pod­czas gdy dwa jucz­ne wiel­błą­dy wlo­ką się w tyle ze wzgar­dą.

Lu­dzie ci żyli w sły­ną­cym z wy­ra­fi­no­wa­nia i prze­py­chu mie­ście, zbu­do­wa­nym na pla­nie, któ­ry od­zwier­cie­dlał ko­smicz­ny po­rzą­dek. Wio­sną bul­wa­ry to­nę­ły w śnie­ży­cy płat­ków mo­re­li i brzo­skwiń, ko­bie­ty szy­bo­wa­ły w po­wie­trzu na huś­taw­kach. To oni, ko­ne­se­rzy pi­wo­nii i kur­ty­zan, wzno­si­li do ust wy­peł­nio­ne wi­nem bursz­ty­no­we kie­li­chy, któ­re dziś moż­na oglą­dać w miej­skim mu­zeum. Mu­ze­al­ne ga­blo­ty nadal lśnią ich próż­no­ścią: zło­ty­mi spin­ka­mi do wło­sów, lu­ster­ka­mi w kształ­cie płat­ków, srebr­ny­mi ka­dziel­ni­ca­mi do szaf.

Pod tym po­lo­rem oczy­wi­ście tęt­ni­ła wła­dza: po­tę­ga han­dlu. Na Za­chod­nim Ba­za­rze, gdzie koń­czył się Je­dwab­ny Szlak, dzia­ła­ło dwie­ście gil­dii ku­piec­kich o nie­sły­cha­nym za­się­gu. Gil­die za­trud­nia­ły przed­sta­wi­cie­li nie­mal wszyst­kich na­ro­dów za­miesz­ku­ją­cych zie­mie od Ara­bii po Ja­po­nię: Per­sów, Tur­ków, Sog­dyj­czy­ków z cen­tral­nej Azji, Hin­du­sów, miesz­kań­ców Bak­trii, Ży­dów, Sy­ryj­czy­ków. Nie­kie­dy całe za­stę­py dwo­rzan – w tym straż­ni­ków – dy­na­stii Tang skła­da­ły się z cu­dzo­ziem­ców. Li­chwia­rza­mi – cza­sa­mi tak bez­li­to­sny­mi, że lu­dzie za­sta­wia­li nie­wol­ni­ków i przed­mio­ty li­tur­gicz­ne – byli Uj­gu­rzy z za­cho­du. Je­dwab­nym Szla­kiem przy­wę­dro­wa­ły też mu­zy­ka i tań­ce z Tur­kie­sta­nu – przez wie­le lat pa­no­wa­ła moda na strasz­li­we, wi­ru­ją­ce fla­men­co – przy­by­li akro­ba­ci, żon­gle­rzy, ar­ty­ści na tra­pe­zie. W za­jaz­dach przy Bra­mie Wio­sen­nej Ja­sno­ści ja­sno­wło­se dziew­czę­ta z Azji Środ­ko­wej śpie­wa­ły do mu­zy­ki fle­tów i ma­mi­ły po­etów zie­lo­ny­mi ocza­mi.

Cho­ciaż ce­sar­ski nad­zór nad cu­dzo­ziem­ski­mi kup­ca­mi nadal był su­ro­wy i dro­bia­zgo­wy, w po­wie­trzu da­wa­ło się wy­czuć nowe po­dmu­chy to­le­ran­cji. Na je­dwa­biach i por­ce­la­nie z tego okre­su skrzy­dla­te ko­nie i pa­wie – per­skie mo­ty­wy de­ko­ra­cyj­ne – fru­wa­ją obok chiń­skich smo­ków. Ża­den po­chó­wek nie mógł się obyć bez fi­gu­rek ry­czą­cych wiel­błą­dów pro­wa­dzo­nych przez gno­micz­ne­go bar­ba­rzyń­cę w czap­ce fry­gij­skiej. W bar­dziej luk­su­so­wych do­mach pu­blicz­nych da­wa­no sa­ty­rycz­ne przed­sta­wie­nia lal­ko­we, w któ­rych wy­śmie­wa­no się z lu­dzi o du­żych no­sach w szpi­cza­stych cza­pach na gło­wach. Moda nie po­zo­sta­wa­ła w tyle. Opoń­cza, do­tych­cza­so­wy strój dam dwo­ru, znik­nę­ła; na po­cząt­ku VIII wie­ku ko­bie­ty jeź­dzi­ły kon­no ubra­ne jak lu­dzie ze ste­pów, w bu­tach, tu­rec­kich na­kry­ciach gło­wy albo wręcz z go­ły­mi gło­wa­mi.

Za­wią­zy­wa­ły się też głęb­sze re­la­cje. Od dwóch stu­le­ci w sto­li­cy roz­brzmie­wa­ły gon­gi świą­tyń i klasz­to­rów bud­dyj­skich. W 645 roku mnich piel­grzym Xu­an­zang wró­cił z In­dii z po­nad sze­ściu­set zwo­ja­mi, wszy­scy miesz­kań­cy sto­li­cy wy­le­gli, by go po­wi­tać, a on osiadł w pa­go­dzie, by za­jąć się ich tłu­ma­cze­niem. Pa­go­da stoi do dziś. Za­ra­tusz­tria­nizm, chrze­ści­jań­stwo, ma­ni­che­izm ak­cep­to­wa­no z do­bro­dusz­nym za­cie­ka­wie­niem, pod­czas gdy rdzen­ne re­li­gie chiń­skie, tao­izm i kon­fu­cja­nizm, cze­ka­ły do­pie­ro na swój czas.

W X wie­ku mia­sto peł­ne bla­sku i prze­py­chu le­ża­ło już w gru­zach. Wierz­by wzmac­nia­ją­ce brze­gi ka­na­łów ścię­to na ba­ry­ka­dy, z be­lek i ko­lumn po­sia­dło­ści skle­co­no tra­twy, na któ­rych miesz­kań­cy Chang’anu od­pły­nę­li w bez­piecz­niej­sze oko­li­ce na wscho­dzie.

 

Gdzieś na pół­noc­nych przed­mie­ściach roz­pa­da się w pył pa­łac ce­sar­ski Chang’an. Nie mogę go zna­leźć. Miesz­kań­cy tych przed­mieść to nie­daw­ni imi­gran­ci i bie­do­ta. Trud­no jest pu­kać do ich le­pia­nek i py­tać o pa­łac Wiel­kie­go Świa­tła. Tak czy in­a­czej, nie wie­dzą, gdzie jest.

Tyl­ko dzię­ki pro­fe­so­ro­wi Hu Ji, hi­sto­ry­ko­wi dy­na­stii Tang – przy­ja­cie­lo­wi przy­ja­cie­la – bra­ma za­ka­za­ne­go obiek­tu otwie­ra się z ło­sko­tem i wcho­dzi­my na te­ren pa­ła­cu. W od­da­li dy­mią przed­mie­ścia. Znaj­du­je­my się na po­bruż­dżo­nym zbo­czu, któ­re po jed­nej stro­nie scho­dzi ku roz­pa­da­ją­cym się cha­łu­pom i warsz­ta­tom. Gdy zwra­cam wzrok na dru­gą stro­nę, prze­bie­ga mnie dreszcz zdu­mie­nia na wi­dok ma­syw­nych ta­ra­sów gro­bow­ców, po­ły­sku­ją­cych w bia­ło-nie­bie­skim ka­mie­niu. Nie­daw­no od­re­stau­ro­wa­no fun­da­men­ty pa­ła­cu.

Hu Ji jest drob­nym, si­wym czło­wie­kiem. W dło­ni trzy­ma ma­te­ria­ło­wą tor­bę na za­ku­py i wy­glą­da bar­dziej kru­cho, niż su­ge­ro­wał­by jego wiek. Ostry wiatr sma­ga ta­ra­sy. Hu Ji przy­pro­wa­dził dwu­dzie­sto­ośmio­let­nią cór­kę Ming­zhao, któ­ra, po­dob­nie jak on, wy­glą­da jak z por­ce­la­ny. Je­ste­śmy sami. Hu Ji mówi, że kie­dy po­przed­nio od­wie­dził to miej­sce, fun­da­men­ty były ster­tą gru­zu. A te­raz coś ta­kie­go.

– To dziw­ne – mówi, a ja nie po­tra­fię do­ciec, co my­śli.

Dłu­go wspi­na­my się wśród tej ide­al­nej, ni­czym nie­za­kłó­co­nej geo­me­trii. Pod nami ję­czy skry­te w smo­gu mia­sto. Cór­ka Hu Ji uj­mu­je cza­sem ojca pod ra­mię, jak­by go po­cie­sza­ła. Pró­bu­ję wy­obra­zić so­bie, jak Syn Nie­bios kie­ro­wał pań­stwem z tego zry­te­go wzgó­rza, jak spo­glą­dał w dół na roz­płasz­czo­nych urzęd­ni­ków albo prze­marsz pa­ra­dy woj­sko­wej. Kro­ni­ka­rze pi­szą, że pa­łac oglą­da­ny z dołu wy­glą­dał tak, jak­by szy­bo­wał w chmu­rach. Dzi­siaj po­zba­wio­ne ozdób i ko­lo­rów plat­for­my ry­su­ją się sy­me­trycz­nie na tle wzgó­rza jak chłod­ne bu­dow­le az­tec­kie.

– Spójrz… tu wi­dać część sta­rych ka­mie­ni… tu też. – Pro­fe­sor od­sła­nia pla­sti­ko­wą plan­de­kę i po­ka­zu­je frag­ment zre­kon­stru­owa­ne­go muru. – Zo­bacz, jaki był wiel­ki. W Ja­po­nii stoi pa­łac z cza­sów dy­na­stii Tang, ale zmie­ścił­by się w jed­nym skrzy­dle tego tu­taj. – W dum­nej wy­po­wie­dzi pro­fe­so­ra jest coś po­sęp­ne­go. – Kie­dy przy­sze­dłem tu po raz pierw­szy, bli­sko czter­dzie­ści lat temu, pa­łac stał nie­mal w szcze­rym polu, a lu­dzie wy­wo­zi­li stąd ka­mie­nie na bu­do­wę… – Hu Ji drży na wie­trze.

– Dla­cze­go tu przy­je­cha­łeś?

My­ślę jed­nak, że wiem. Bli­sko czter­dzie­ści lat temu, na po­cząt­ku re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej, hun­wej­bi­ni za­la­li cały kraj.

– Tam­te­go lata wszę­dzie mo­gli­śmy jeź­dzić po­cią­ga­mi za dar­mo. Przez krót­ki czas by­li­śmy szczę­śli­wi – po­wie­dział z na­ci­skiem. Ów­cze­sne plą­dro­wa­nie pa­ła­cu ce­sar­skie­go dy­na­stii Tang mia­ło sens: masy pra­cu­ją­ce de­mon­to­wa­ły feu­dal­ną prze­szłość.

Hu przy­je­chał tu jed­nak dla­te­go, że ko­chał hi­sto­rię…

Hu Ji na­le­żał do stra­co­ne­go po­ko­le­nia, któ­re wy­gna­no na wieś, kie­dy cha­os za bar­dzo przy­brał na sile. Hun­wej­bi­ni – bez wia­ry, zmar­no­waw­szy lata na­uki szkol­nej – wró­ci­li po la­tach do świa­ta, któ­ry o nich za­po­mi­nał. Wie­lu z nich dźwi­ga­ło brze­mię nie­wy­po­wie­dzia­nych wspo­mnień. To cy­nicz­ne po­ko­le­nie, zbli­ża­ją­ce się dziś do sześć­dzie­siąt­ki, sta­no­wi czar­ną dziu­rę w ser­cu Chin. Mimo to czu­ję, że Hu Ji zdo­łał uciec.

Kie­dy wspi­na­my się do pa­ła­cu Lin­de, pa­wi­lo­nu roz­ko­szy dzie­więt­na­stu ko­lej­nych ce­sa­rzy Tang, cór­ka pro­fe­so­ra idzie obok mnie. Ład­na i de­li­kat­na, ma dzie­cię­ce dło­nie. Jej oj­ciec bada koła po­zo­sta­wio­ne przez ko­lum­ny sali ban­kie­to­wej w zie­mi dziś po­ro­śnię­tej kwia­ta­mi.

– Pod­czas re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej ze­sła­no go do ko­pal­ni – mówi Ming­zhao. – Oj­ciec spę­dził tam je­de­na­ście lat. Po­tem dłu­go cho­ro­wał na py­li­cę krze­mo­wą. Na­wet w ko­pal­ni kon­ty­nu­ował na­ukę. Wi­dzia­łam jego sta­re no­tat­ni­ki, po­ry­te ma­oistycz­ny­mi slo­ga­na­mi. – Jej oj­ciec po­chy­la się z za­cie­ka­wie­niem nad wgłę­bie­niem wy­ło­żo­nym ka­mie­nia­mi: sa­mot­ny de­tal w mo­rzu znisz­czeń. – Oj­ciec naj­bar­dziej za­pa­mię­tał swe­go sta­re­go na­uczy­cie­la – cią­gnie cór­ka – któ­ry po­peł­nił sa­mo­bój­stwo tuż przed re­wo­lu­cją, bo wie­dział, cze­go się spo­dzie­wać. Oj­ciec czu­je wo­bec nie­go wiel­ki dług; a tak­że wiel­ki smu­tek spo­wo­do­wa­ny jego śmier­cią.

Hu Ji sta­nął po­śród du­chów bie­siad­ni­ków z cza­sów Tang.

– Wy­obraź­cie so­bie mu­zy­kę ce­sa­rzy! – mówi, a my zer­ka­my po­nad kop­ca­mi na ko­śla­we ce­gla­ne mury. – Ce­sarz Xu­an­zong miał or­kie­strę i tru­pę ta­necz­ną zło­żo­ną z trzy­dzie­stu ty­się­cy osób!

Hu Ji wy­ja­śnia, że ten ce­sarz na za­wsze zmie­nił in­stru­men­ta­rium, aby mu­zy­cy gra­li za­chod­nią mu­zy­kę, uwiel­bia­ną przez Chiń­czy­ków. Fle­ty i har­fy wciąż roz­brzmie­wa­ją wśród ścian gro­bow­ców. Hu Ji, po­dob­nie jak ja, z ra­do­ścią my­śli o tych prze­mia­nach: o tym, jak har­fa wę­dro­wa­ła na wschód z Azji Środ­ko­wej, a flet na za­chód; albo o tym, jak skrzyp­ki w kształ­cie koń­skiej gło­wy – wy­na­le­zio­ne po­noć przez mon­gol­skie­go księ­cia, któ­ry pra­gnął wy­ra­zić swój żal umie­ra­ją­ce­mu ko­nio­wi – wę­dro­wa­ły Je­dwab­nym Szla­kiem, sta­jąc się przod­kiem wszyst­kich in­stru­men­tów stru­no­wych, na­wet eu­ro­pej­skich skrzy­piec.

Hu Ji opła­ku­je te­raz nie­szczę­sny los chiń­skie­go ce­sa­rza Xu­an­zon­ga. Rzą­dził przez czter­dzie­ści lat albo dłu­żej, ale jego ge­ne­ra­ło­wie zo­sta­li po­ko­na­ni przez Ara­bów. Pro­fe­sor przy­wo­łu­je epi­zod czę­sto opie­wa­ny przez po­etów: żoł­nie­rze do­ko­na­li eg­ze­ku­cji uko­cha­nej kon­ku­bi­ny ce­sa­rza, a woj­na do­mo­wa na za­wsze pod­ko­pa­ła dy­na­stię. Hu Ji mówi ze skru­pu­lat­no­ścią, zni­ża­jąc głos do szep­tu. Nie mogę go so­bie wy­obra­zić wśród hun­wej­bi­nów. Może jed­nak pe­wien pęk­nię­ty ide­ał zrósł się w ra­cjo­nal­nym bla­sku Tang.

Pro­fe­sor uśmie­cha się w sali ban­kie­to­wej, któ­ra znik­nę­ła.

– Ce­sarz miał czte­ry­sta pięk­nych koni! Na­uczył je tań­czyć…

Je­dwab­ny Szlak za­czy­nał się przy za­chod­niej bra­mie sta­re­go Chang’anu. Dla upa­mięt­nie­nia tego miej­sca wła­dze miej­skie Xi’anu ka­za­ły wy­rzeź­bić w czer­wo­nym pia­skow­cu wiel­błą­dy w ska­li dwa do jed­ne­go. Daw­ną bra­mę po­chło­nął su­per­mar­ket ob­le­pio­ny re­kla­ma­mi kart kre­dy­to­wych, wiel­błą­dy sto­ją więc na wy­sep­ce na po­bli­skiej jezd­ni.

W cza­sach dy­na­stii Tang nikt nie mó­wił o Je­dwab­nym Szla­ku. Ter­min ten, uku­ty w XIX wie­ku przez nie­miec­kie­go geo­gra­fa Frie­dri­cha von Rich­tho­fe­na, od­no­sił się nie do jed­nej dro­gi, ale do zmie­nia­ją­cej się sie­ci ar­te­rii i żył, wio­dą­cych nad Mo­rze Śród­ziem­ne. Hi­sto­ry­cy da­tu­ją jego po­wsta­nie na II wiek przed na­szą erą, ale ruch na szla­ku za­czął się dłu­go przed pierw­szy­mi pi­sem­ny­mi wzmian­ka­mi o nim. Chiń­ski je­dwab z 1500 roku przed na­szą erą zna­le­zio­no w gro­bow­cach na pół­no­cy Afga­ni­sta­nu, je­dwab­ne nici wple­cio­no we wło­sy egip­skiej mu­mii z X wie­ku przed na­szą erą. Czte­ry wie­ki póź­niej, w epo­ce że­la­za, je­dwab za­wę­dro­wał do ksią­żę­ce­go gro­bu w Niem­czech. Świe­tli­sty pas je­dwa­biu zo­stał też wpra­wio­ny w koń­ską der­kę scy­tyj­skie­go wo­dza. Dwa­dzie­ścia czte­ry wie­ki temu za­bra­no go jako da­ni­nę albo wy­mie­nio­no na fu­tra.