Cień Jedwabnego szlaku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go SHA­DOW OF THE SILK ROAD

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by MA­BEL AL­BER­TA SPI­CER / NA­TIO­NAL GEO­GRA­PHIC SO­CIE­TY / COR­BIS / FO­TO­CHAN­NELS.COM

Co­py­ri­ght © by CO­LIN THU­BRON, 2006

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by PA­WEŁ LIP­SZYC, 2013

Re­dak­cja AGNIESZ­KA ŁO­DZIŃ­SKA

Ko­rek­ta JO­AN­NA BER­NA­TO­WICZ / D2D.PL, AGA­TA CZER­WIŃ­SKA / D2D.PL Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-637-2

Spis treści

  Dedykacja

  Od autora

  rozdział_pierwszy_ Świt

  rozdział_drugi_ Stolica

  rozdział_trzeci_ Mantra

  rozdział_czwarty_ Ostatnia brama pod niebiosami

  rozdział_piąty_ Droga Południowa

  rozdział_szósty_ Kaszgar

  rozdział_siódmy_ Droga przez góry

  rozdział_ósmy_ Do Samarkandy

  rozdział_dziewiąty_ Przez Oksus

  rozdział_dziesiąty_ Żałoba

  rozdział_jedenasty_ Mongolski pokój

  rozdział_dwunasty_ Do Antiochii

  Kalendarium

  Przypisy

Pau­lo­wi Ber­gne


Od autora

Po­dróż opi­sa­ną w tej książ­ce prze­rwa­ły wal­ki w pół­noc­nym Afga­ni­sta­nie. Rok póź­niej, o tej sa­mej po­rze, po­ko­na­łem bra­ku­ją­cy od­ci­nek po­dró­ży.

Z uwa­gi na nie­po­ko­je po­li­tycz­ne toż­sa­mość kil­ku osób opi­sa­nych w książ­ce zo­sta­ła zmie­nio­na.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

rozdział_pierwszy_ Świt

O świ­cie zie­mia jest pu­sta. Trakt bie­gnie przez je­zio­ro po mo­ście ze sre­brzy­ste­go gra­ni­tu, a w od­da­li, na bla­dym tle wła­sne­go od­bi­cia, lśni świą­ty­nia. Świa­tło jest czy­ste i nie­ru­cho­me. Świą­tyn­ne od­gło­sy uci­chły, ci­sza wzmac­nia pust­kę – sztucz­ne je­zio­ro, świą­ty­nię, most – jak kształ­ty daw­no za­po­mnia­nej ce­re­mo­nii.

Po po­trój­nym ta­ra­sie wspi­nam się do świą­ty­ni po­ło­żo­nej nie­opo­dal ciem­nej góry, po ho­ry­zont po­ro­śnię­tej wie­ko­wy­mi drze­wa­mi. Moje kro­ki na scho­dach brzmią ci­cho. Nowy ka­mień i sta­re drze­wa wpro­wa­dza­ją w umy­śle ła­god­ny za­męt. Gdzieś w le­sie nade mną, wśród ty­siąc­let­nich cy­pry­sów, znaj­du­je się grób ce­sa­rza Hu­ang­di (Żół­te­go Ce­sa­rza), mi­tycz­ne­go pro­to­pla­sty Chiń­czy­ków.

Po dzie­dziń­cu świą­tyn­nym spa­ce­ru­je grup­ka piel­grzy­mów, na stra­ga­nach pod żół­ty­mi mar­ki­za­mi sprze­daw­cy ofe­ru­ją żół­te róże. Ci­sza jest gę­sta od cie­ni. Cy­pry­sy, któ­re do­ko­na­ły in­wa­zji na te­ren świą­ty­ni, sto­ją sza­re i wie­ko­we, jak­by za­mie­nia­ły się w ka­mień. Uwa­ża się, że je­den z cy­pry­sów po­sa­dził sam Hu­ang­di; na in­nym wiel­ki ce­sarz Wudi, za­ło­ży­ciel świą­ty­ni, dwa ty­sią­ce lat temu wie­szał zbro­ję przed mo­dli­twą.

Piel­grzy­mi ro­bią so­bie zdję­cia. Po­zu­ją z mar­so­wy­mi mi­na­mi, czer­piąc pre­stiż z ma­gii tego miej­sca. Tu­taj ich prze­szłość sta­je się świę­ta. Sły­chać tyl­ko szmer bam­bu­sów i ci­che roz­mo­wy go­ści. W tej świą­ty­ni skła­da­ją hołd wła­sne­mu dzie­dzic­twu, wy­ra­ża­ją dumę z miej­sca zaj­mo­wa­ne­go w świe­cie. Prze­cież ce­sarz Hu­ang­di wy­na­lazł cy­wi­li­za­cję. To on po­wo­łał do ży­cia Chi­ny i mą­drość.

Ko­bie­ta wpa­tru­je się w głaz z od­ci­śnię­ty­mi dwo­ma wiel­ki­mi śla­da­mi stóp. Dziew­czę­ca, drob­na, pod­ska­ku­je na wi­dok cu­dzo­ziem­ca. Cu­dzo­ziem­cy tu nie przy­cho­dzą – ko­bie­ta śmie­je się przez pal­ce – prze­pra­sza. Po­tem wy­ja­śnia, że śla­dy w ka­mie­niu zo­sta­wił Hu­ang­di.

– Chy­ba nie na­praw­dę?

– O, tak. Jed­na z jego kon­ku­bin po­słu­gi­wa­ła się nimi przy wy­ro­bie bu­tów. On wy­na­lazł buty.

Po chwi­li zbli­ża­my się do wy­ry­tych w ka­mie­niu imion daw­nych ce­sa­rzy, a na koń­cu dzie­dziń­ca do­cie­ra­my do sali za­ło­ży­cie­la ludz­kiej cy­wi­li­za­cji. Na oł­ta­rzu pło­ną świe­ce, dy­mią ka­dzi­dła, leżą ster­ty pla­sti­ko­wych owo­ców. Kie­dy zwra­cam się do ko­bie­ty, pa­trzy mi szcze­rze w oczy. Hu­ang­di wy­na­lazł pi­smo, mu­zy­kę i ma­te­ma­ty­kę, wy­ja­śnia. Wy­na­lazł je­dwab. Wte­dy za­czę­ła się hi­sto­ria. Lu­dzie przy­cho­dzą tu od po­ko­leń.

– Te­raz przy­szedł tak­że pan. Pra­cu­je pan dla rzą­du? – Jej wzrok ze­śli­zgu­je się na moje zno­szo­ne spodnie i za­ku­rzo­ne spor­to­we buty. – Jest pan na­uczy­cie­lem?

– Tak – kła­mię. Oto roz­wi­ja się nowa toż­sa­mość: na­uczy­ciel lu­bią­cy hi­sto­rię, któ­re­go ro­dzi­na zo­sta­ła w oj­czyź­nie. Chcę po­dró­żo­wać nie­py­ta­ny.

– To dla­te­go mówi pan po man­da­ryń­sku – od­po­wia­da ko­bie­ta (cho­ciaż mó­wię sła­bo, pra­wie bez in­to­na­cji). – Do­kąd pan je­dzie?

W pierw­szej chwi­li chcę po­wie­dzieć, że do Tur­cji, nad Mo­rze Śród­ziem­ne, ale wy­da­je się to nie­do­rzecz­ne. Sły­szę wła­sny głos:

– Je­dwab­nym Szla­kiem na pół­noc­ny za­chód, do Ka­szga­ru. – Już to brzmi do­sta­tecz­nie oso­bli­wie. Ko­bie­ta uśmie­cha się ner­wo­wo. Czu­je, że po­su­nę­ła się za da­le­ko, więc milk­nie. Nie­wy­po­wie­dzia­ne py­ta­nie: „Po co pan je­dzie?”, zbie­ra się mię­dzy jej ocza­mi w kształ­cie le­d­wo do­strze­gal­nej zdu­mio­nej li­lii. W Chi­nach rzad­ko pada py­ta­nie: „po co?”. Jest zbyt wścib­skie, zbyt do­cie­kli­we. Idzie­my w mil­cze­niu.

Nie­kie­dy po­dróż ro­dzi się z na­dziei i in­stynk­tu, z pew­no­ści, któ­ra ude­rza do gło­wy, kie­dy wo­dzisz pal­cem po ma­pie: Tak, tu­taj i tu­taj… jesz­cze tu. Tędy bie­gną za­koń­cze­nia ner­wo­we świa­ta…

Sto po­wo­dów przy­na­gla cię do po­dró­ży. Je­dziesz, aby po­znać kon­kret­ne oso­by, za­lud­nić pu­stą mapę. Ży­wisz prze­ko­na­nie, że tam bije ser­ce świa­ta. Je­dziesz, by spo­tkać się z pro­te­uszo­wy­mi kształ­ta­mi wia­ry. Je­dziesz, bo wciąż je­steś mło­dy, żąd­ny wra­żeń, chrzę­stu pia­chu pod bu­ta­mi; je­dziesz, po­nie­waż je­steś sta­ry i mu­sisz coś po­jąć, za­nim bę­dzie za póź­no. Je­dziesz zo­ba­czyć, co się wy­da­rzy.

Po­dróż Je­dwab­nym Szla­kiem przy­po­mi­na jed­nak po­goń za du­chem. Szlak wie­dzie przez ser­ce Azji, ale ofi­cjal­nie znik­nął, po­zo­sta­wia­jąc siat­kę nie­po­ko­ju: fał­szy­we gra­ni­ce, ludy nie­uwzględ­nio­ne na żad­nych ma­pach. Wszę­dzie, gdzie się znaj­dziesz, dro­ga roz­wi­dla się i błą­dzi. To nie jest po­je­dyn­cza dro­ga, ale wie­le dróg, cała sieć wy­bo­rów. Moja tra­sa li­czy po­nad je­de­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów i miej­sca­mi jest nie­bez­piecz­na.

Ale w świą­ty­ni ce­sa­rza Hu­ang­di wzrok ko­bie­ty po­wę­dro­wał na pół­noc.

– Po­cho­wa­no go tam, na gó­rze – mówi. – Na­pi­sa­no, że kie­dy ce­sarz szy­bo­wał do nie­ba, lu­dzie chwy­ci­li go za ubra­nie i pró­bo­wa­li za­trzy­mać. Nie­któ­rzy twier­dzą, że tam po­cho­wa­no tyl­ko jego strój, ale we­dług mnie to nie­praw­da. – Ko­bie­ta mówi ci­cho, z nut­ką nie­wy­ja­śnio­ne­go smut­ku. – Grób jest bar­dzo mały, inny niż gro­by póź­niej­szych ce­sa­rzy. W tam­tych cza­sach ży­cie było chy­ba prost­sze.

 

Jesz­cze przez mi­nu­tę idzie­my pod świą­tyn­ny­mi oka­pa­mi. Na­gle ci­szę prze­ry­wa ło­skot mło­tów pneu­ma­tycz­nych i jęk cię­ża­ró­wek.

– Bu­du­ją nową świą­ty­nię – mówi ko­bie­ta. – Na świę­ta i kon­fe­ren­cje. Ta jest za mała. Nowa po­mie­ści pięć ty­się­cy osób.

Póź­niej pa­trzę z góry na plac bu­do­wy. Wy­obra­żam so­bie ła­god­ne, nie­zmien­ne chiń­skie pa­wi­lo­ny świą­tyn­ne, wy­ra­sta­ją­ce z bla­de­go gra­ni­tu. To miej­sce, Hu­ang­di Ling, jest od­da­lo­ne za­le­d­wie o sto sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na pół­noc od współ­cze­sne­go Xi’anu, ale leży za­to­pio­ne w in­nym cza­sie, w ero­zji i nę­dzy. Kto tu przy­je­dzie?

Cała oko­li­ca od­ra­dza się jako na­ro­do­we miej­sce kul­tu, a w star­szej świą­ty­ni peł­no jest już stel pa­miąt­ko­wych, ofia­ro­wa­nych „ojcu na­ro­du” przez chiń­skich przy­wód­ców. Oto ka­mień z ka­li­gra­fią Sun Jat-sena z 1912 roku oraz Czang Kaj-sze­ka, jak moż­na się było spo­dzie­wać, dość to­por­ną; jest ste­la od Mao Ze­don­ga, któ­ry póź­niej po­tę­pił Hu­ang­di jako feu­da­ła, a tak­że Deng Xia­opin­ga i znie­na­wi­dzo­ne­go Li Pen­ga.

Kie­dy wej­dziesz wy­żej, ścież­ką wi­ją­cą się wśród cy­pry­sów, ło­skot bu­do­wy za­mie­ra. Z od­da­li do­bie­ga stu­ka­nie dzię­cio­ła, ludz­kie gło­sy nio­są się echem i cich­ną. Gdzie­nieg­dzie dro­gę zna­czą żół­te fla­gi na bam­bu­so­wych tycz­kach. Stop­nio­wo co­fasz się w cza­sie. Nie­da­le­ko szczy­tu dro­ga prze­cho­dzi w ka­mien­ne scho­dy, a drze­wa przy­bie­ra­ją fan­ta­stycz­ne kształ­ty, po­skrę­ca­ne jak li­za­ki albo roz­dar­te wzdłuż błę­kit­nych żył. Tu­taj na­wet naj­więk­szy man­da­ryn, na­wet sam ce­sarz wy­sia­dał z lek­ty­ki i do mau­zo­leum do­cho­dził pie­szo.

Pra­wie wszyst­kie od­kry­cia – od mu­zy­ki po ka­len­darz – przy­pi­su­je się ce­sa­rzo­wi Hu­ang­di. Wład­ca ów rzą­dził przez sto lat do 2597 roku przed na­szą erą, po czym wzbił się do nie­ba na smo­ku. To on usta­no­wił świę­to zie­mi i je­dwa­biu. Rzą­dzą­cy po nim ce­sa­rze in­au­gu­ro­wa­li rok, orząc ry­tu­al­ną bruz­dę, a ich mał­żon­ki skła­da­ły w ofie­rze ko­ko­ny i li­ście mor­wy na oł­ta­rzu Lei-tsu, Pani Je­dwab­ni­ków.

Zgod­nie z le­gen­dą Lei-tsu od­kry­ła je­dwab. Spa­ce­ru­jąc po ogro­dzie, za­uwa­ży­ła dziw­ne­go ro­ba­ka zja­da­ją­ce­go li­ście mor­wy. Przez kil­ka dni ce­sa­rzo­wa pa­trzy­ła, jak ro­bak owi­ja się w zło­ci­stą sia­tecz­kę i przy­szło jej na myśl, że to du­sza jed­ne­go z przod­ków. Uj­rzaw­szy, jak ro­bak się cho­wa, po­my­śla­ła, że umarł, ale po pew­nym cza­sie z ko­ko­nu wy­le­cia­ła od­ro­dzo­na ćma. Za­cie­ka­wio­na ce­sa­rzo­wa za­czę­ła się ba­wić ma­leń­kim pęk­nię­tym ca­łu­nem, aż nie­chcą­cy wrzu­ci­ła go do her­ba­ty. Po­cią­gnąw­szy za zmięk­czo­ne włók­no, za­czę­ła je roz­wi­jać, aż ze zdu­mie­niem uj­rza­ła dłu­gą, lśnią­cą nić je­dwab­ną. Z cza­sem Lei-tsu zo­sta­ła na­uczy­ciel­ką tka­nia je­dwa­biu i ho­dow­li ta­jem­ni­czych ro­ba­ków. Po śmier­ci uzna­no ją za bo­gi­nię i umiesz­czo­no na nie­bo­skło­nie w domu Skor­pio­na w gwiaz­do­zbio­rze Je­dwab­ne­go Domu.

W koń­cu do­cie­rasz na szczyt, na­zy­wa­ny przez sta­ro­żyt­nych górą Qiao. Przez drze­wa są­czy się świa­tło i ka­dzi­dla­ny dym. Lu­dzie skła­da­ją tu ofia­ry od VIII wie­ku przed na­szą erą, a ce­sarz Wudi ka­zał wy­bu­do­wać plat­for­mę do mo­dlitw, któ­ra dzi­siaj po­ma­łu nisz­cze­je. Ko­tły wiel­ko­ści be­to­nia­rek są peł­ne ka­dzi­deł, a za­wie­szo­na na sznu­rze kło­da ude­rza w gi­gan­tycz­ny dzwon, któ­re­go dźwięk wstrzą­sa la­sa­mi.

Za su­ro­wym mu­rem, nie­mal cał­ko­wi­cie za­sło­nię­tym przez cy­pry­sy, wzno­si się ko­piec po­grze­bo­wy ce­sa­rza Hu­ang­di. Ko­piec ma za­le­d­wie czte­ry me­try wy­so­ko­ści i jest za­ro­śnię­ty krza­ka­mi. Ostroż­nie okrą­żasz go ubi­tą ścież­ką. Na ste­li po­grze­bo­wej za­tknię­tej przed kop­cem wid­nie­je na­pis: „Jeź­dziec na smo­ku na gó­rze Qiao”. Mimo to za­sta­na­wiasz się, jak na­praw­dę umarł i kim był. Część hi­sto­ry­ków uwa­ża, że smok to wspo­mnie­nie po me­te­ory­cie, któ­re­go upa­dek przy­pie­czę­to­wał ko­niec ce­sa­rza. Reszt­ki me­te­ory­tu od­kry­to nie­opo­dal.

W mia­rę jak wę­dru­jesz pod­nó­żem gór, ta­jem­ni­ca się po­głę­bia. Oko­licz­ne ja­ło­we wzgó­rza nie na­le­żą do kla­sycz­nych Chin, ale do su­row­sze­go świa­ta. W tym miej­scu pro­win­cja Sha­anxi wy­su­wa się w kie­run­ku Mon­go­lii. Tym ko­ry­ta­rzem bar­ba­rzyń­skie ple­mio­na Hu­nów, Tur­ków i Mon­go­łów za­pusz­cza­ły się na po­łu­dnie, w głąb Chin, ku roj­nym mia­stom nad Hu­ang He. Daw­niej­sze, do­kład­niej­sze hi­sto­rie mó­wią o ce­sa­rzu Hu­ang­di jako o ich po­przed­ni­ku, wo­dzu kla­nu, któ­ry na­je­chał z pół­noc­ne­go za­cho­du i zjed­no­czył na­po­tka­ne ludy. Jak­by pró­bu­jąc unie­ru­cho­mić w hi­sto­rii ten za­lew no­ma­dów, już w XI wie­ku mę­dr­cy za­czę­li na­zy­wać zdo­byw­cę swo­im przod­kiem. Ce­sarz prze­jął żół­tą bar­wę gle­by z głę­bi Chin, gdzie nie­sio­ny wia­trem less z pół­noc­nych pu­styń osa­dza się na ży­znych po­lach. Zie­mia bar­ba­rzyń­ców była czar­na lub czer­wo­na, biel zaś sta­no­wi­ła ko­lor śmier­ci i Za­cho­du. Ser­ce świa­ta mia­ło bar­wę żół­tą.

Z mę­tli­kiem w gło­wie za­wra­cam do gro­bu. Na­gle ten ko­piec prze­sta­je się ja­wić jako za­by­tek zło­te­go wie­ku, lecz sta­je się pry­mi­tyw­nym kur­ha­nem wo­dza no­ma­dów. Oj­ciec Chin wca­le nie był Chiń­czy­kiem.

Pani Je­dwab­ni­ków rów­nież zni­ka z kart zna­nej hi­sto­rii. Sztu­ka wy­twa­rza­nia je­dwa­biu roz­prze­strze­ni­ła się wzdłuż chiń­skich rzek wie­le lat przed nią. Po­nad sześć ty­się­cy lat temu miesz­ka­niec wio­ski neo­li­tycz­nej wy­rył je­dwab­ni­ka na kub­ku z ko­ści sło­nio­wej, ar­che­olo­dzy wy­ko­pa­li też ko­kon roz­łu­pa­ny ludz­ką ręką. Je­dwab z koń­ca trze­cie­go ty­siąc­le­cia przed na­szą erą zna­le­zio­no w ru­inach mia­sta w Turk­me­ni­sta­nie, a pod­czas prac wy­ko­pa­li­sko­wych na wcze­snych sta­no­wi­skach od­kry­to na­rzę­dzia przę­dzar­skie, a na­wet je­dwab­ne wstąż­ki far­bo­wa­ne na czer­wo­no.

Na le­śnej po­la­nie przy plat­for­mie mo­dli­tew­nej je­den z pra­cow­ni­ków wy­cią­ga do mnie rękę po pie­nią­dze, z na­dzie­ją, że sprze­da mi ka­dzi­dło. Pod wpły­wem ka­pry­su wy­bie­ram jed­nak inną for­mę ofia­ry. Po­ma­lo­wa­ną kło­dą – po­ru­sza się szyb­ciej i jest cięż­sza, niż się spo­dzie­wa­łem – ude­rzam w wi­szą­cy dzwon. Wi­bru­ją­cy dźwięk roz­cho­dzi się po ciem­nej po­la­nie. Jesz­cze dłu­go po tym, jak pu­ści­łem kło­dę, dźwięk dud­ni nad plat­for­mą, la­sem i gro­bem niby me­lan­cho­lij­na, w nie­ja­sny spo­sób nie­po­ko­ją­ca wieść. Piel­grzy­mi od­wra­ca­ją gło­wy i pa­trzą. Dźwięk jest bar­dziej prze­ni­kli­wy od wszel­kich ka­dzi­deł i świec.

rozdział_drugi_ Stolica

Słoń­ce wze­szło nad no­wym mia­stem. Wzdłuż alei aż po ho­ry­zont w Xi’anie za­szły osza­ła­mia­ją­ce zmia­ny. Osiem­na­ście lat wcze­śniej brną­łem przez za­nie­dba­ną sto­li­cę pro­win­cji. Po­sęp­ne mury obron­ne, któ­re prze­trwa­ły re­wo­lu­cję kul­tu­ral­ną, ota­cza­ły tyl­ko be­to­no­we biu­row­ce i nie­mal opu­sto­sza­łe pań­stwo­we domy to­wa­ro­we. W pa­mię­ci utkwi­ły mi smród pyłu wę­glo­we­go i je­sien­ne bło­to. Po wid­mo­wej siat­ce sta­ro­daw­nych ulic po­ru­sza­ły się za­rdze­wia­łe cię­ża­rów­ki i rze­ka ro­we­rów. Na chod­ni­kach do­mi­no­wa­ły prze­pi­so­wy brąz, sza­rość i prąż­ko­wa­na nie­bie­ska weł­na. Wy­da­wa­ło się, że hi­sto­ria za­trzy­ma­ła się w tym śmier­tel­nie cier­pli­wym mie­ście.

Te­raz jed­nak Xi’an wy­buchł ży­ciem. Pra­wie ni­cze­go nie roz­po­zna­wa­łem. Mia­sto nie za­sty­gło w prze­py­chu jak Pe­kin, ale prze­obra­zi­ło się w sza­lo­ną pro­ce­sję za­tło­czo­nych cen­trów han­dlo­wych, re­stau­ra­cji oraz za­awan­so­wa­nych tech­no­lo­gicz­nie prze­my­sło­wych przed­mieść. Pięt­na­sto­ki­lo­me­tro­we mury, któ­re daw­niej zda­wa­ły się nie ota­czać ni­cze­go, te­raz try­ska­ły wi­go­rem, ma­syw­ne bra­my prze­pusz­cza­ły ruch ulicz­ny, kor­ku­ją­cy bul­wa­ry na prze­strze­ni wie­lu ki­lo­me­trów. Po ośmio­pa­smo­wych au­to­stra­dach – z ob­lę­żo­nym pa­sem dla ro­we­rów – łą­czą­cych ho­te­le z pre­sti­żo­wy­mi apar­ta­men­tow­ca­mi śmi­ga­ły no­wo­cze­sne pry­wat­ne sa­mo­cho­dy oraz dzie­sięć ty­się­cy tak­só­wek mar­ki Ci­tro­ën.

Dzwon­ni­ca z cza­sów dy­na­stii Ming w cen­trum mia­sta sta­ła się wy­sep­ką dro­go­wą. Kie­dy okrą­żasz jej gór­ną ga­le­rię, ude­rza­jąc gło­wą o po­przecz­ne bel­ki, gi­gan­tycz­ne cen­trum han­dlo­we za­le­wa cię z na­prze­ciw­ka kom­pu­te­ro­wy­mi re­kla­ma­mi, a tuż obok lśni prze­past­ny McDo­nald; ha­sła krzy­czą o no­wych mo­de­lach sku­te­rów, od­twa­rza­czy CD, te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych. Z tego miej­sca ruch pły­nie ku czte­rem głów­nym punk­tom kom­pa­su Ming. Na koń­cu każ­de­go bul­wa­ru żół­cą się, cho­wa­jąc w smo­gu, pro­fi­le bram, da­lej pię­trzą się pod­miej­skie wie­żow­ce, ni­czym duch przy­szło­ści cze­ka­ją­cy, by wła­mać się do środ­ka.

Przy­szłość się nie­cier­pli­wi. W ca­łym mie­ście pa­nu­je go­rącz­ka bu­do­wy. Na co dru­gim pla­cu wid­nie­je wiel­ki cy­fro­wy ob­raz tego, co ma tam po­wstać – in­sty­tu­ty ze szkła i da­chó­wek, sie­dzi­by firm zwień­czo­ne po­chy­ły­mi kro­kwia­mi i świą­tyn­ny­mi wie­życz­ka­mi jak czap­ka­mi z pa­pie­ru, na dole krę­cą się ja­sno­wło­si przy­by­sze, któ­rzy do­da­ją pre­sti­żu i słu­żą jako punkt od­nie­sie­nia – w re­zul­ta­cie dłu­gie od­cin­ki alei przy­po­mi­na­ją fu­tu­ry­stycz­ną sce­no­gra­fię te­atral­ną. Ten kra­jo­braz obie­cu­je, że je­śli wró­cisz za rok, znaj­dziesz się w in­nym mie­ście. Xi’an sta­je się tym, czym chcą być całe Chi­ny.

Skle­py i bil­l­bo­ar­dy prze­ko­nu­ją cię, że masz tu w za­się­gu ręki cały świat: Pa­ryż, Nowy Jork, Lon­dyn. W su­per­mar­ke­tach pię­trzą się pro­duk­ty nie­wi­dzia­ne jesz­cze pięć lat wcze­śniej: ze wschod­nich Chin na­pły­wa sprzęt elek­trycz­ny; oso­bom star­szym ster­ty je­dze­nia mu­szą przy­po­mi­nać dzi­wacz­ny sen. Nie­któ­re ga­le­rie han­dlo­we w ca­ło­ści prze­no­szą do raju. Te chłod­ne pa­ła­ce ofe­ru­ją bez­po­śred­ni do­stęp do Za­cho­du: Gi­ven­chy, Ar­den, Bal­ly, Gie­ves&Haw­kes, Dior, L’Oréal. Sprze­daw­cy o pu­stym wy­ra­zie twa­rzy są an­ty­sep­tycz­ni, jak­by in­stynk­tow­nie przy­sto­so­wy­wa­li się do roli, na­to­miast klien­ci o wy­glą­dzie nie­śmia­łych pro­win­cju­szy – chło­pię­cy męż­czyź­ni, dziew­czę­ce ko­bie­ty – w oszo­ło­mie­niu suną w górę i w dół po ru­cho­mych scho­dach.

Cza­sa­mi przy­my­ka­łem oczy i usi­ło­wa­łem na po­wrót wy­wo­łać z pa­mię­ci tam­ten ob­raz mia­sta. Za każ­dym ra­zem przy­po­mi­na­łem so­bie jed­nak miej­sce, co do któ­re­go nie by­łem już pe­wien, czy ist­nia­ło, gdzie pod mu­ra­mi rol­ni­cy roz­sta­wia­li stra­ga­ny, zaś ale­je świe­ci­ły pust­ka­mi. Ten star­szy Xi’an sta­wał się już w mo­jej gło­wie fo­to­gra­fią w se­pii, któ­ra mimo prób jej oca­le­nia bla­kła z każ­dą go­dzi­ną.

Wo­kół mnie tęt­ni­ło ży­cie no­we­go po­ko­le­nia. Lu­dzie cho­dzi­li bar­dziej ner­wo­wo, w kon­kret­nych kie­run­kach. Przy uszach mi­go­ta­ły im małe srebr­ne ko­mór­ki. Pa­mię­ta­łem, że twa­rze ro­dzi­ców tych lu­dzi wy­ra­ża­ły re­zer­wę lub pust­kę; po­włó­czy­li no­ga­mi. Te­raz jed­nak prze­bu­dzi­li się ku od­mia­nie – sta­li się bar­dziej nie­pew­ni, skrę­po­wa­ni, a przy tym wy­lew­ni. Nie­któ­rzy przy­po­mi­na­li mi przy­ja­ciół z Za­cho­du. Nie­mal ocze­ki­wa­łem, że mnie roz­po­zna­ją. Pary spa­ce­ro­wa­ły, trzy­ma­jąc się za ręce, na­wet się ca­ło­wa­ły, co obu­rza­ło ma­oistów. Ko­bie­ty o wło­sach far­bo­wa­nych na kasz­ta­no­wo wy­pro­wa­dza­ły małe pie­ski. Mod­ne sta­ły się dłu­gie, szpi­cza­ste pan­to­fle – jak buty bła­znów – oraz ja­skra­wo wy­bie­la­ne dżin­sy.

Oto wpro­wa­dzo­no li­cen­cję na coś, co na­zy­wa­li Za­cho­dem, a ja ga­pi­łem się na to jak obcy. Wy­buch in­dy­wi­du­ali­zmu wy­da­wał mi się nie­co chy­bio­ny, bo z po­sta­wą za­chod­nią wią­zał się pe­wien kon­for­mizm. Za­chód co praw­da do­tarł do tych lu­dzi, ale oni na­tych­miast prze­obra­ża­li go w coś chiń­skie­go. Wśród tłu­mów miej­skiej mło­dzie­ży uli­ce prze­mie­rza­li przy­by­sze ze wsi – jak fale ude­rze­nio­we z prze­szło­ści – ha­ła­śli­wi męż­czyź­ni i ko­bie­ty o opa­lo­nych twa­rzach i kę­dzie­rza­wych wło­sach, a ich gło­sy wy­peł­nia­ły knaj­py z ma­ka­ro­nem.

 

Star­si lu­dzie pa­trzy­li na to prze­ista­cza­ją­ce się mia­sto jak na bez­dusz­ne wi­do­wi­sko. Ubra­ni w czap­ki z cza­sów Mao i wy­strzę­pio­ne su­kien­ne pan­to­fle, sa­do­wi­li się na ron­dzie albo w par­ku i go­dzi­na­mi ob­ser­wo­wa­li od­mie­nio­ny świat. Trud­no było pa­trzeć na nich bez wzru­sze­nia. Męż­czyź­ni i ko­bie­ty uro­dze­ni pod­czas woj­ny do­mo­wej i ja­poń­skiej in­wa­zji, któ­rzy prze­trwa­li lata Wiel­kie­go Sko­ku i re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej, te­raz wy­ło­ni­li się i stwier­dzi­li, że są zbęd­ni. Spod si­wych wło­sów wy­zie­ra­ły twa­rze spię­te lub po­zba­wio­ne wy­ra­zu przez hi­sto­rię. Sta­rzy pa­li­li nie­ustan­nie, o ile mo­gli so­bie na to po­zwo­lić, a no­gaw­ki pod­cią­ga­li nad ko­la­na, żeby zła­pać tro­chę słoń­ca. Nie­kie­dy na ich twa­rzach po­ja­wiał się wy­raz spo­ko­ju, wręcz roz­ba­wie­nia, aż za­sta­na­wia­łem się zdzi­wio­ny, ja­kie wspo­mnie­nie może być aż tak słod­kie.

Wy­star­czy zbo­czyć z któ­rej­kol­wiek alei w ob­rę­bie mu­rów, by za­błą­dzić w plą­ta­ni­nie sta­rych przed­mieść. Tuż za be­to­no­wy­mi bul­wa­ra­mi jak pod­świa­do­mość mia­sta tęt­nią przed­mie­ścia – krę­cą i roz­wi­dla­ją się w klau­stro­fo­bicz­ne po­dwór­ka, gdzie z zi­mo­wym chło­dem wal­czą li­che, drew­nia­ne ścia­ny do­mostw z po­pę­ka­ny­mi okna­mi, pod da­cha­mi z sza­rej da­chów­ki lub bla­chy fa­li­stej. Kie­dy czło­wiek tu spa­ce­ru­je, po­wra­ca cię­żar prze­szło­ści Xi’anu. Sły­chać tyl­ko skrzy­pie­nie ro­we­rów i stu­kot riksz, wy­sa­dza­ją­cych wy­trzę­sio­nych pa­sa­że­rów.

Na jed­nej z ulic, gdzie w mrocz­nych pra­cow­niach mo­zo­li­li się ar­ty­ści i ka­li­gra­fo­wie, zna­la­złem wy­sta­wio­ne na sprze­daż kla­sycz­ne ka­mie­nie pi­sar­skie i rzę­dy nie­wiel­kich pę­dzel­ków z sier­ści ry­jo­no­sów (obok, jako gwa­ran­cja ja­ko­ści, wi­siał wy­pcha­ny ry­jo­nos piż­mo­wy). Sprze­daw­cy bam­bu­so­wych fle­tów i flet­ni z bu­te­lek gra­li na nich uwo­dzi­ciel­sko, gdy prze­cho­dzi­łem. Roz­kle­ko­ta­ne oka­py i bal­ko­ny w gó­rze nie­śmia­ło na­pra­wio­no, a cały za­ułek no­sił na­zwę uli­cy Daw­nej Kul­tu­ry. Nie­co da­lej ulicz­ki, gdzie sprze­da­wa­no ma­lo­wa­ne wa­chla­rze i ko­stiu­my z ope­ry kla­sycz­nej, prze­cho­dzi­ły w targ ma­so­wych wy­ro­bów z laki i por­ce­la­ny, ne­fry­tu i ko­ści. Te re­pro­duk­cje na­śla­du­ją­ce an­ty­ki za­peł­ni­ły kra­inę cie­ni, w któ­rej tę­sk­no­ta uczy­ni­ła z daw­ne­go rze­mio­sła po­żyw­kę dla tu­ry­stów. Po­śród tych ład­nych, nie­kie­dy na­wet pięk­nych wy­ro­bów zna­la­złem pa­miąt­ki po re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej, wy­twa­rza­ne i sprze­da­wa­ne jako oso­bli­wo­ści. Cy­ta­ty z dzieł Prze­wod­ni­czą­ce­go Mao, tzw. czer­wo­ne ksią­żecz­ki, pu­bli­ko­wa­ne jako po­śmiert­ne pa­miąt­ki; za­pal­nicz­ki gra­ją­ce Wschód jest czer­wo­ny, kie­dy się je za­pa­la­ło. Na cy­fer­bla­cie ze­gar­ka Mao Ze­dong ma­chał dło­nią ury­wa­ny­mi ru­cha­mi wraz z każ­dą se­kun­dą.

– On cię nie wita. On się że­gna – wy­ja­śnił z uśmie­chem sprze­daw­ca. – Od­no­si­ło się wra­że­nie, że wszyst­kie te lata, z całą ich gro­zą, za­sy­sał już stru­mień prze­szło­ści. Ból je opusz­czał. Za­mie­nia­ły się w kicz.

Ale tam­te­go po­po­łu­dnia sprze­daw­ca pod­su­nął mi inne Cy­ta­ty z dzieł Prze­wod­ni­czą­ce­go Mao, eg­zem­plarz li­czą­cy bli­sko czter­dzie­ści lat. Za­tłusz­czo­ny, pod­pi­sa­ny na­zwi­skiem wła­ści­cie­la, Yang Sha­omin. Na ten wi­dok ogar­nął mnie daw­ny nie­po­kój. Nig­dy w peł­ni nie opu­ści­ła mnie gro­za re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej, któ­ra po­chło­nę­ła nie­prze­li­czo­ne mi­lio­ny ist­nień, a jej zna­kiem roz­po­znaw­czym było okru­cień­stwo psy­chicz­ne. Osiem­na­ście lat temu na każ­dym rogu spo­ty­ka­łem jej ofia­ry. Ostroż­nie, nie­mal z czcią do­ty­ka­łem ksią­żecz­ki, któ­ra zda­wa­ła się ema­no­wać wy­na­tu­rzo­ną aurą. Przy­po­mnia­ły mi się zdję­cia Mao Ze­don­ga besz­ta­ją­ce­go czer­wo­no­gwar­dzi­stów – hun­wej­bi­nów na pla­cu Tian’an­men oraz oce­an czer­wo­nych ksią­że­czek unie­sio­nych w górę na jego cześć. Czy ta ksią­żecz­ka była jed­ną z nich? W do­ty­ku wy­da­wa­ła się mała i szorst­ka. Z tyłu do­łą­czo­no po­żół­kły ga­ze­to­wy wy­ci­nek z my­śla­mi Mao. Kie­dy tak wo­dzi­łem pal­ca­mi po kart­kach, kosz­mar zno­wu stał się re­al­ny i za­czą­łem się za­sta­na­wiać, co też się sta­ło z Yang Sha­omi­nem i co ta­kie­go zro­bił.

Po­tem wró­ci­łem na uli­cę ską­pa­ną w świe­tle dnia. Sa­mo­cho­dy war­cza­ły, dzie­ci wra­ca­ły ze szko­ły. Przed laty szły­by po­słusz­nie gę­sie­go za na­uczy­ciel­ką, naj­młod­si po­łą­cze­ni dłu­gim sznu­rem. Te­raz dzie­ci prze­py­cha­ły się, wrzesz­cza­ły i sza­la­ły. Na tor­ni­strach mia­ły na­pi­sy: Hap­py Jo­ur­ney i No.1 Cool Dog. Może to nie­mą­dre, ale ten wi­dok do­dał mi otu­chy. W lo­kal­nym ki­nie wy­świe­tla­no szan­ghaj­ski me­lo­dra­mat Dla­cze­go ja, ko­cha­nie? oraz film Har­ry Pot­ter i kom­na­ta ta­jem­nic.

Za­fa­scy­no­wa­ny i zdez­o­rien­to­wa­ny sze­dłem da­lej. Pa­trzy­łem na lek­ko nie­po­ko­ją­ce re­kla­my ze zeu­ro­pe­izo­wa­ny­mi mo­del­ka­mi. Oczy mia­ły nie­na­tu­ral­nie okrą­głe, zmarszcz­ki na­kąt­ne usu­nię­to chi­rur­gicz­nie, nosy wy­gię­to w sub­tel­ne łuki lub zwę­żo­no optycz­nie dzię­ki od­po­wied­nie­mu oświe­tle­niu, usta po­dob­ne do pącz­ków kwia­to­wych roz­cią­ga­ły się w za­chod­nim uśmie­chu.

– Je­ste­śmy inni niż nasi ro­dzi­ce. Nie mamy cza­su ani po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Twier­dzisz, że cho­dzi­my in­a­czej niż star­si, cóż, wła­śnie dla­te­go. Jest w tym ja­kaś ner­wo­wość.

Zda­wa­ło się, że mło­dy, za­le­d­wie dwu­dzie­sto­trzy­let­ni czło­wiek o bla­dej twa­rzy w kształ­cie ser­ca, sie­dzą­cy po dru­giej stro­nie sto­li­ka w re­stau­ra­cji, się wy­krzy­wił.

– Świat na­szych ro­dzi­ców był bez­piecz­niej­szy: pań­stwo­we eme­ry­tu­ry, gwa­ran­to­wa­ne za­trud­nie­nie i miesz­ka­nie. Oni chcą nadal żyć tak jak daw­niej, ostroż­nie, za­cho­waw­czo. Ale w przy­pad­ku mo­je­go po­ko­le­nia świat na­le­ży do nas sa­mych.

Mój roz­mów­ca spra­wiał wra­że­nie za­nie­po­ko­jo­ne­go i pod­nie­co­ne­go za­ra­zem. Wła­śnie ta fala od­mie­nia­ła ob­li­cze Chin. Przy­szłość zro­bi­ła się na­gle sil­niej­sza od prze­szło­ści. Zmia­ny spra­wia­ły, że wie­le rze­czy sta­wa­ło się zbęd­nych. Wy­so­kie wie­żow­ce wdzie­ra­ły się na sta­re przed­mie­ścia, bul­do­że­ry zmia­ta­ły ko­mu­nal­ne po­dwór­ka, a na ich miej­scu wy­ra­sta­ły rzę­dy miesz­kań dla pod­sta­wo­wych ko­mó­rek spo­łecz­nych. Mło­dy czło­wiek mó­wił, że całe dziel­ni­ce zmie­nia­ły się nie do po­zna­nia. Wy­mia­na nie do­ty­czy­ła oczy­wi­ście tyl­ko bu­dyn­ków, ale tak­że re­pre­zen­to­wa­nych przez nie war­to­ści.

– Dzie­ciń­stwo spę­dzi­łem na sta­rych po­dwór­kach hu­ton­gów. Tam pa­no­wa­ły cie­plej­sze re­la­cje mię­dzy ludź­mi. – Ścią­gnął usta, jak­by po­szu­ki­wał utra­co­ne­go sma­ku. Za­sta­na­wia­łem się, czy przy­pad­kiem po pro­stu nie ża­łu­je, że jest do­ro­sły. – Te­raz miesz­ka­my na czter­na­stym pię­trze wie­żow­ca, a ile­kroć wy­cho­dzi­my, za­my­ka­my za sobą że­la­zne drzwi na klucz.

Męż­czy­zna sta­no­wił ko­śla­wy pro­dukt ubocz­ny tego od­mie­nio­ne­go świa­ta. Ko­chał zwie­rzę­ta i zie­leń – w dzie­ciń­stwie bez­na­dziej­nie tę­sk­nił za psem – stu­dio­wał eko­lo­gię z pew­ną dozą roz­pa­czy z po­wo­du bez­względ­no­ści wła­sne­go kra­ju. Był je­dy­na­kiem.

– Więk­szość mo­ich przy­ja­ciół to wy­nik po­li­ty­ki jed­ne­go dziec­ka, re­gu­lo­wa­nej przez pań­stwo kon­tro­li na­ro­dzin. Na­zy­wa­ją nas ma­ły­mi ce­sa­rza­mi. Ro­dzi­ce i krew­ni roz­piesz­cza­ją tych je­dy­na­ków, ale moim zda­niem to nie przy­go­to­wu­je nas do ży­cia. Nie­daw­no czy­ta­łem o dzie­się­cio­lat­ku, któ­ry uto­nął, pró­bu­jąc ura­to­wać przy­ja­cie­la. W ogó­le nie umiał pły­wać. Wszy­scy mó­wi­li: co za od­wa­ga! Ale ja po­my­śla­łem: ty­po­wy mały ce­sarz. Głu­pek. Wy­da­wa­ło mu się, że jest zdol­ny do wszyst­kie­go. – Pa­łecz­ki mo­je­go roz­mów­cy za­wi­sły nad kur­cza­kiem w chi­li. Pra­wie nie tknął je­dze­nia. – Pew­ne­go ro­dza­ju mą­dro­ści nikt nas nie uczy – po­wie­dział. – Każ­da ro­dzi­na jest peł­na mil­cze­nia.

Ze zdu­mie­niem uzmy­sło­wi­łem so­bie, że dla nie­go gro­za re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej to tyl­ko hi­sto­ria. Mao Ze­dong, któ­ry umarł wie­le lat przed jego uro­dze­niem, nie był czło­wie­kiem, ale sym­bo­lem.

– Moi ro­dzi­ce nig­dy nie roz­ma­wia­li o tych cza­sach – po­wie­dział. – Chy­ba nie chcą o nich pa­mię­tać, dla­te­go nig­dy nie do­wiem się, co ro­bi­li. Oczy­wi­ście na­le­że­li do czer­wo­nej gwar­dii (Hon­gwe­ibin­gu), sły­sza­łem, że mój oj­ciec nisz­czył wszyst­ko, co ko­ja­rzy­ło się z prze­szło­ścią. Może na­wet ko­goś za­bił. Nig­dy się nie do­wiem.

– Dla mo­ich przy­ja­ciół re­wo­lu­cja kul­tu­ral­na to żart – za­śmiał się na­gle. – Kie­dy ro­bi­my so­bie gru­po­we zdję­cia, śpie­wa­my głu­pie ma­oistycz­ne hym­ny. Tak się ro­bi­ło wte­dy. Przed zro­bie­niem zdję­cia śpie­wa­no hym­ny. Zda­rza­ło się, że eks­pe­dient nie sprze­dał ci apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go, do­pó­ki nie za­śpie­wa­łeś dwóch czy trzech ma­oistycz­nych hym­nów…

– Czy mo­żesz so­bie wy­obra­zić sie­bie i swo­ich przy­ja­ciół w tam­tych cza­sach? – spy­ta­łem. – Co by­ście wte­dy ro­bi­li? – Nad sto­łem za­legł daw­ny nie­po­kój.

– Nie, na­praw­dę nie po­tra­fię so­bie tego wy­obra­zić… chy­ba że, cóż… nie, nie mogę. Praw­da jest taka, że całe moje po­ko­le­nie ma dość po­li­ty­ki. Rząd jest zgni­ły. Lu­dzie wstę­pu­ją do par­tii tyl­ko po to, żeby prze­trwać. Chce­my zmian, ale nikt nie chce za nie umie­rać.

Wte­dy po­my­śla­łem o ma­sa­krze na pla­cu Tian’an­men. Może nie­zbor­nie, ale jed­nak ofia­ry od­da­ły ży­cie za zmia­ny. Już w chwi­li, gdy go o to py­ta­łem, zda­łem so­bie spra­wę, że miał wte­dy dzie­więć lat.

– Mój oj­ciec pra­co­wał wte­dy w Pe­ki­nie, a ja cho­dzi­łem do pod­sta­wów­ki. Pa­mię­tam huk i żoł­nie­rzy, póź­niej wszę­dzie na uli­cach wi­dzie­li­śmy krew. Wkrót­ce po­tem sze­dłem z mat­ką przez ten plac i zro­zu­mia­łem, że wy­da­rzy­ło się coś strasz­ne­go. Mat­ka nic nie po­wie­dzia­ła. Dzi­siaj nie my­śli­my o tym wie­le ani nie roz­ma­wia­my.