Pies jest miłością

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wprowadzenie

1. Xephos

2. Co stanowi sedno wyjątkowości psów?

3. Psom zależy

4. Ciało i dusza

5. Początki

6. Jak psy się zakochują

7. Psy zasługują na więcej

Podsumowanie

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału Dog is Love

Przekład DOROTA KOZIŃSKA

Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Redakcja MARIA KONOPKA-WICHROWSKA

Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK

Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL

Ilustracje wewnątrz książki © Leah Davies

Łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © 2019 by Clive D. L. Wynne

Copyright © for the translation by Dorota Kozińska

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020

Warszawa 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66335-95-0

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Sama, z którego pies – i ojciec – powinni być dumni


Wprowadzenie

Postanowiłem niedawno wyrwać się ze swojej przybranej ojczyzny – Stanów Zjednoczonych – i odwiedzić rodzinną Anglię. Było późne zimowe popołudnie i słońce skończyło już swoją krótką wędrówkę po niebie. Schodziłem po schodach metra na przedmieściach Londynu wraz z tysiącami innych pasażerów wracających do domu z pracy w City. Świeżo otwarte wiktoriańskie stacje musiały być naprawdę efektowne, niektóre wciąż robią wrażenie w blasku lata, ale w zimne, wilgotne wieczory wyglądają zdecydowanie przygnębiająco: stare czerwone cegły rozjaśnia tylko mdły blask migoczących świetlówek, a w całą tę pyszną scenerię wkrada się przygnębienie zmęczonych dojazdami podróżnych.

Nagle, jakby tego było jeszcze mało, na stacji rozległo się gwałtowne szczekanie psa. Na dole schodów, tuż przy bramkach zniechęcających pasażerów do jazdy na gapę, stała dziewczyna – właściwie dziecko – z całych sił uczepiona końca smyczy. Na drugim końcu miotał się nieduży, za to hałaśliwy i bardzo energiczny pies, najprawdopodobniej jakiś terier. Psiak ujadał jak opętany.

W pierwszym, podświadomym odruchu poczułem irytację: nieznośna ścieżka dźwiękowa podkreśliła ponury nastrój sceny. Kiedy jednak podszedłem bliżej i zobaczyłem, że pies jest dziko szczęśliwy, na mojej twarzy zagościł mimowolny uśmiech.

Pies kogoś rozpoznał w tej ludzkiej ciżbie. Na widok znajomej osoby wściekłe ujadanie przeistoczyło się w radosny skowyt, prawie wycie. Suczka rwała się naprzód, a jej pazury ślizgały się po gładkiej posadzce. Kiedy mężczyzna przekroczył bramkę, suka skoczyła mu w ramiona i polizała go po twarzy. Szedłem tuż za nim i usłyszałem, jak czule przemawia do psa, próbując go uspokoić: „Dobrze już, dobrze, wróciłem”.

Rozejrzałem się wokół i spostrzegłem morze ludzkich twarzy, na których malowały się podobne emocje. Wpierw irytacja – w starciu z kolejnym utrapieniem na koniec męczącego dnia – po czym bezwiedna radość w obliczu psiej miłości do pana. Ludzie zaczęli się rozpromieniać; tu i ówdzie rozległ się stłumiony śmiech. Znajomi wymienili kuksańce i krótkie komentarze. Pasażerowie podróżujący w pojedynkę uśmiechali się ukradkiem, jednak ich sprężysty krok dowodził, że w drodze do domu spotkała ich miła niespodzianka.

Obserwując tę cudowną scenę, przypomniałem sobie jeden z moich pierwszych powrotów do Wielkiej Brytanii, gdy przeszło trzydzieści lat temu wyjechałem za granicę. Żył jeszcze wtedy nasz pies Benji. Matka odbierała mnie ze stacji kolejowej na mojej rodzinnej wyspie Wight; Benji warował na przednim siedzeniu samochodu. W Wielkiej Brytanii obowiązuje ruch lewostronny i miejsce pasażera znajduje się po przeciwnej stronie niż w Stanach Zjednoczonych. Byłem zmęczony i miałem jet lag, więc odniosłem wrażenie, że to Benji prowadzi samochód. Zanim zdążyłem się zreflektować, wóz zaparkował przy krawężniku; z rozpędu otworzyłem drzwiczki dla pasażera i Benji wpadł w paroksyzm radości. Na mój widok dosłownie oszalał ze szczęścia, zupełnie jak podpatrzona wiele lat później terierka na stacji metra. I zupełnie jak ja, choć udało mi się trochę lepiej powściągnąć emocje.

Benji na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem zwyczajnie; ot, nieduży podpalany kundel ze schroniska. Dla nas był jednak wyjątkowy. Kręgi piaskowobrunatnej sierści nad brwiami nadawały jego oczom bardzo ekspresyjny wyraz – zwłaszcza kiedy coś zbiło go z tropu. Uwielbialiśmy się z nim droczyć, a on brał wszystkie nasze wybryki za dobrą monetę. Zaciekawiony, stawiał uszy na sztorc. Merdał ogonem ze szczęścia i na znak zaufania, a swoją czułość okazywał nam lizaniem po twarzy (przed czym broniliśmy się wraz z braćmi, bo miał język szorstki jak papier ścierny, byliśmy jednak zadowoleni z okazywanych nam względów).

Benji, moi bracia i ja dorastaliśmy w latach 70. na wyspie Wight, u południowych wybrzeży Anglii. Po powrocie ze szkoły rzucaliśmy się z młodszym bratem na sofę i wpierw było słychać tupot łap, a po chwili Benji wpadał z impetem z ogrodu na tyłach domu. Potrafił wybić się do skoku z odległości trzech metrów i wylądować wprost w naszych objęciach, chłoszcząc nas ogonem i liżąc na przemian po twarzach; spazmatyczna radość dosłownie wstrząsała jego drobnym ciałem. Najwyraźniej nas kochał – przynajmniej wówczas nie mieliśmy co do tego żadnych wątpliwości.

Minęły lata. Krótkie życie Benjiego dobiegło końca; mnie pochłonęła własna życiowa peregrynacja. Zostały mi jednak wspomnienia o psie z dzieciństwa i fascynacja umysłem istot innych niż ludzie.

Z czasem zająłem się pracą naukową, a ściślej badaniem, w jaki sposób zwierzęta zdobywają oraz interpretują wiedzę o swoim otoczeniu. Chciałem zrozumieć, czym umysł zwierząt różni się od ludzkiego. W jakim stopniu zdolność rozumowania, myślenia i porozumiewania się jest właściwa tylko naszemu gatunkowi, w jakim zaś współdzielimy ją z innymi gatunkami na Ziemi? Wielu ludzi nurtuje pytanie, czy na innych planetach też żyją istoty myślące; ja chciałem się czegoś dowiedzieć o innych umysłach na naszej planecie.


Benji, pies mojego dzieciństwa, na początku lat 80.

Jako specjalista w dziedzinie zoopsychologii zacząłem od badań najpospolitszych zwierząt laboratoryjnych: szczurów i gołębi. Przez dziesięć lat mieszkałem i pracowałem w Australii, gdzie prowadziłem pionierskie studia nad zachowaniami kilku niesamowitych gatunków torbaczy. Miałem wspaniałe życie, pełne pasjonujących wyzwań intelektualnych i ciekawych odkryć – a jednak czegoś mi brakowało.

Wreszcie zdałem sobie sprawę, że nie interesują mnie zachowania wyrwane z kontekstu. Ciekawią mnie raczej relacje między ludźmi a zwierzętami. A z tysięcy gatunków zwierząt zamieszkujących naszą planetę żadne nie wykształciło tak silnej i fascynującej więzi z człowiekiem jak pies.

Patrząc wstecz, trochę się wstydzę, że odkrycie w sobie powołania do badań nad psami zajęło mi tyle czasu. Ich behawior jest tak złożony: są psy, które potrafią zwęszyć raka i kontrabandę, są psy, które umieją pocieszyć osoby wychodzące z traumy, są psy, które pomagają niewidomym przejść przez ruchliwą ulicę. Poza tym ludzie znają się z psami od dawna. Nie ma drugiego zwierzęcia, z którym łączyłaby nas tak głęboka i długotrwała relacja.

Ludzie i psy żyją bok w bok od przeszło piętnastu tysięcy lat. Ta wspólnota splotła psie i ludzkie umysły w sposób, który dopiero zaczynamy rozumieć. Brak zrozumienia wynika po części ze zwykłych zaniedbań; kiedy podejmowałem badania nad behawiorem psów, wśród naukowców właśnie odżywała fascynacja tym gatunkiem – po półwiecznym okresie lekceważenia. Nawrót zainteresowania psami doprowadził do kilku fascynujących odkryć – dokonanych przy okazji poszukiwań naukowych, które wkrótce skierowały mnie na własną ścieżkę.

 

Pod koniec lat 90. światem specjalistów od psich zachowań wstrząsnęły wyniki nowych badań, sugerujące, że psy odznaczają się wyjątkowym rodzajem inteligencji. Naukowcy wysnuli teorię, że przez tysiące lat przebywania w bliskim sąsiedztwie człowieka wykształciły one umiejętność rozpoznawania ludzkich zamiarów, co dało początek skomplikowanej i subtelnej komunikacji między dwoma gatunkami. Tak zwany psi geniusz uznano za szczególną cechę, dzięki której pies stał się idealnym towarzyszem człowieka – klucz do zrozumienia i opanowania tej naszej relacji[1].

Teoria, że psy mają zdolności poznawcze, zapewniające im wyjątkową w świecie zwierząt możliwość porozumienia z człowiekiem, wciąż znajduje wielu zwolenników wśród osób, dla których psia inteligencja i behawior są pasją bądź źródłem utrzymania. Gdy zetknąłem się z tą teorią po raz pierwszy, wydała mi się racjonalnym wyjaśnieniem oszałamiającego sukcesu psa na planecie zdominowanej przez człowieka. Kiedy jednak zacząłem badać psie zachowania z pomocą swoich studentów, te wynoszone pod niebiosa, rzekomo niezwykłe umiejętności znikały jak sen, ilekroć próbowaliśmy dojść do ich sedna.

Pomyślałem sobie: a co, jeśli psy nie mają żadnych szczególnych zdolności poznawczych, dysponują za to jakimiś całkiem odrębnymi? Jaki rodzaj talentu mógłby wchodzić w grę? A gdyby wyjątkowość tych zwierząt zasadzała się na czymś innym niż inteligencja, jakie wnioski należałoby stąd wyciągnąć dla naszych relacji z psami i sprawowanej nad nimi opieki?

Nie wszystkie pytania nasunęły mi się w jednym momencie. Podobnie jak większość aktywnych uczonych, skupiałem się na aktualnie prowadzonych badaniach. Doświadczenie zawodowe czasem utrudnia wychwycenie detali, na które laik z miejsca zwróciłby uwagę. Z początku więc nie dostrzegałem, że psy – odkąd tylko miałem z nimi do czynienia – dość szczerze manifestowały przede mną swoją prawdziwą naturę. Zarówno Benji, mój pies z dzieciństwa, jak i radośnie ujadająca terierka na ponurej stacji metra kilka lat temu każdym machnięciem ogona, każdym liźnięciem po twarzy odpowiadały na pytanie, na czym polega ich wyjątkowość. Sęk w tym, czy uczony potrafił odebrać ten komunikat.

Przez ostatnie dziesięć lat w badaniach nad psami dokonała się swego rodzaju rewolucja. Specjaliści sięgnęli do bogatej tradycji nauk kynologicznych i wspomogli je nie tylko wypróbowanymi narzędziami z dziedziny psychologii, lecz także najnowszymi metodami i technikami z zakresu neuronauki, genetyki oraz innych nowatorskich dyscyplin. W konsekwencji uruchomili istną lawinę dowodów na to, w jaki sposób psy myślą i czują – danych umożliwiających mnie i moim kolegom po fachu rozważanie kwestii, których jeszcze kilka lat temu nie odważylibyśmy się nawet dotknąć, a co dopiero poświęcić im lata profesjonalnej kariery.

Badania prowadzone przeze mnie i wielu innych uczonych działających na polu rozwijającej się w oszałamiającym tempie kynologii dowodzą niezbicie, że nasi psi przyjaciele są istotnie wyjątkowi – choć nie wyróżniają się inteligencją na tle innych zwierząt. Uzyskane wyniki są zapewne równie kontrowersyjne i zdumiewające jak rezultaty wcześniejszych badań nad inteligencją psowatych, wskazują bowiem na prostą, choć tajemniczą genezę więzi łączących psa z człowiekiem. To uderzający fenomen i w uczonym może wzbudzić sprzeczne uczucia – każdy miłośnik psów uzna go jednak za zrozumiały, a nawet oczywisty.

Psy wykazują przesadną, żywiołową, niepohamowaną wręcz skłonność do nawiązywania czułych relacji z przedstawicielami innych gatunków. Jest ona tak przemożna, że w odniesieniu do stosunków międzyludzkich uznalibyśmy ją za dziwaczną i chorobliwą. W tekstach naukowych, w których muszę stosować terminologię specjalistyczną, określam ten niezwykły behawior mianem hiperkontaktowości. Jako wielbiciel psów, który szczerze i głęboko troszczy się o dobrostan zwierząt, nie mam absolutnie nic przeciwko temu, by nazywać to po prostu miłością.

Wielu psiarzy swobodnie szafuje słowem „miłość” – w życiu prywatnym od dawna sam tak robię. W pracy naukowej przychodzi mi to jednak z dużo większym trudem. Sama idea, że zwierzęta mają emocje, wciąż jest tematem tabu dla większości moich kolegów po fachu. Z punktu widzenia naszej pragmatycznej dyscypliny pojęcie miłości wydaje się szczególnie sentymentalne i nieścisłe. Przypisywanie jej psom niesie też z sobą ryzyko antropomorfizacji – czyli nadawania im cech ludzkich, zamiast traktowania w kategoriach ich własnego gatunku. Specjaliści od lat słusznie się przed tym wzbraniają, zarówno w imię ścisłości naukowej, jak i ze względu na dobro zwierząt.

A jednak nabrałem przekonania, że przynajmniej w tym kontekście odrobina antropomorfizacji jest nie tylko dopuszczalna, ale wręcz pożądana. Uznanie, że pies jest zdolny do miłości, otwiera przed nami jedyną drogę zrozumienia tego zwierzęcia. Co istotniejsze, lekceważenie psiej potrzeby miłości – owszem, psy jej potrzebują, co zaraz pokrótce wyjaśnię – jest równie nieetyczne, jak pozbawianie ich ruchu i zdrowego pożywienia.

Do takich wniosków doszedłem na podstawie licznych dowodów z badań laboratoryjnych i ze schronisk dla zwierząt na całym świecie – bezsprzecznych dowodów na to, że pies kocha podobnie jak człowiek. Odkąd zacząłem ich szukać, uświadomiłem sobie, że psia namiętność manifestuje się na wiele sposobów. Wszyscy znamy historie o niezwykłych wyczynach psów w obronie swoich właścicieli. Badania nad psimi reakcjami na ludzkie cierpienie dowodzą jasno, że psy się o nas troszczą, jeśli nawet ich możliwości niesienia pomocy są mniej rozwinięte, niż można by wnosić z hollywoodzkich filmów. Jeszcze bardziej spektakularne są wyniki badań, które pokazują, że psy synchronizują swój rytm serca z biciem serc właścicieli – jak synchronizują się uderzenia serc zakochanych par. Psy przebywające w towarzystwie swoich ludzkich wybrańców doświadczają też podobnych zmian w układzie nerwowym – w tym wzrostu stężenia niektórych neuroprzekaźników, na przykład oksytocyny – jak ludzie w stanie zakochania. Oznaki przemożnej miłości psa do człowieka można zaobserwować nawet na najniższym, komórkowym poziomie: w obrębie kodu genetycznego, który ujawnia coraz bardziej niezwykłe informacje o umyśle i historii ewolucyjnej tych zwierząt, przetwarzane teraz gorliwie przez uczonych.

Wszystkie te świeże odkrycia utwierdziły mnie w przekonaniu, że miłość jest kluczem do zrozumienia psiej natury. Wysunąłem również tezę – a w dalszym toku tej książki jej dowiodę – że za pomyślną adaptacją psa w ludzkim społeczeństwie nie stoi żaden spryt, tylko pragnienie zadzierzgnięcia silnej więzi emocjonalnej. Psia potrzeba miłości do tego stopnia angażuje naszą uwagę, że większość ludzi bezwiednie się jej poddaje i otwiera serce przed podrzuconym na próg domu kundlem, rasowym psem kupionym z hodowli albo znajdą, która błaga, żeby zabrać ją ze schroniska.

Psia miłość jest istotą naszych relacji, bez względu na to, czy docenimy jej znaczenie. I trwam na stanowisku, że mamy obowiązek ją docenić – oraz zmodyfikować nasze zachowania w jej świetle. Teoria psiej miłości (używam tego terminu jedynie półżartem) daje nam bowiem klucz nie tylko do głębszego zrozumienia tych niezwykłych zwierząt, ale i polepszenia z nimi kontaktu. Skoro o wyjątkowości psów świadczy ich umiejętność kochania, prawem logicznej konsekwencji pociąga ona za sobą wyjątkowe potrzeby. Wyniki moich badań można sprowadzić do jednej prostej konkluzji: że ludzie powinni znacznie bardziej szanować i goręcej odwzajemniać uczucia swoich psów. Miłość psa do człowieka po prostu wymaga spełnienia – i wielu z nas ochoczo wywiązuje się z tego obowiązku, nie mając nawet pojęcia o naukowych podstawach naszej obopólnej, trwającej od wieków więzi. Nauka potrafi zarazem objaśnić jej dynamikę j i pomóc ją udoskonalić. Samopoczucie naszych psów można poprawić bardzo prostymi środkami: częściej je głaszcząc, rzadziej zostawiając je same, zaspokajając ich naturalną potrzebę funkcjonowania w sieci trwałych, pozytywnie nacechowanych związków.

Nastały ekscytujące czasy w badaniach nad psami. Genetyka i genomika, neuronauka i endokrynologia zgodnie zwarły szyki, by rzucić światło na kwestię, której wielu uczonych nie zdążyło jeszcze poddać pod rozwagę: jakim sposobem nasi psi towarzysze budują tak skuteczne mosty emocjonalne między gatunkami? Jakie warunki należy spełnić, by pies zdołał wytworzyć silną więź z człowiekiem? Jak psom udało się wykształcić tę umiejętność w stosunkowo krótkim czasie – z punktu widzenia standardów ewolucyjnych? Odpowiedzi na te pytania stały się w ostatnich latach celem fascynujących dociekań awangardy współczesnej kynologii. W tej książce opiszę nasze wspólne odkrycia.

Badanie i zrozumienie psich zachowań to jednak za mało. Musimy przetrawić tę wiedzę, żeby zapewnić psom bogatsze i pełniejsze życie. Psy nam ufają, a my pod wieloma względami zawodzimy ich zaufanie. Jeśli moja książka ma się do czegokolwiek przydać, niech uświadomi ludziom, że psy zasługują na lepszy los. Zbyt często skazujemy je na samotne cierpienie. Powinniśmy okazać im miłość – w zamian za uczucie, którym obdarzają nas bez żadnych ograniczeń.

Nie są to tylko opinie zdeklarowanego miłośnika psów; są to również wystarczająco uzasadnione wnioski z badań naukowych. Ponieważ sam kiedyś zgrzeszyłem, odrzucając koncepcję psiej miłości jako przejaw żałosnego sentymentalizmu, tym dobitniej podkreślę, że po latach eksperymentów sprzecznych z moimi przekonaniami zgromadziłem przytłaczającą liczbę dowodów na uwierzytelnienie teorii psiej miłości – w zestawieniu z niewielkim korpusem danych, które mogłyby ją podważyć. To już nie ckliwość, to po prostu nauka.

Trochę mi głupio, że po tylu latach sceptycznych badań nad inteligencją psów stanąłem po stronie obrońców tezy uważanej przez wielu za emocjonalną. Jakoś się jednak z tym pogodzę, bo naprawdę uważam, że im więcej ludzi się do niej przychyli, tym bardziej psy na tym skorzystają.

Mam też ogromną satysfakcję, że wszystko, czego doświadczyłem przed laty w relacjach z Benjim, okazało się prawdą. Istotą naszego związku była naprawdę miłość, podobnie jak w niemal każdej interakcji między psem a człowiekiem. Wielu miłośników psów zawsze podejrzewało, że badacze – utrzymujący, że o psiej wyjątkowości stanowi spryt, a nie serce – może i słyszą dzwony, ale nie wiedzą, w którym kościele. Nauka wreszcie nadrabia zaległości.


1 Xephos

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem Xephos, wydawała się taka maleńka. Po części sama się do tego przyczyniła: skuliła kruche ciałko w przestraszony kłębek na betonowej podłodze kojca w schronisku Humane Society. Sąsiadujące z nią większe psy podskakiwały przy siatkach boksów, próbując ściągnąć na siebie uwagę szczekaniem. Biedna Xeph przypadła do ziemi, tak przerażona, że odważyła się tylko zerkać spode łba na obcego gościa.

Schronisko było zadbane, a od wolontariusza, który oprowadzał mnie po terenie, aż biła troska o psich podopiecznych. Cóż z tego, skoro miejsce i tak robiło przygnębiające wrażenie. Dom Xephos, wyposażony w metalowe pręty i gołą, twardą podłogę, przypominał więzienie: pusty, hałaśliwy bezmiar stali i betonu. Ujadanie sąsiadów było naprawdę męczące. Marzyłem tylko, żeby stamtąd wyjść i jestem pewny, że Xephos i inne psy myślały dokładnie o tym samym.

Wybrałem się do tego schroniska w Karolinie Północnej z moją żoną Ros i z naszym synem Samem, którzy postanowili zrobić mi urodzinową „niespodziankę” w postaci psa. Użyłem cudzysłowu, ponieważ rozsądnie wciągnęli mnie w swoją tajemnicę. Pod żadnym pozorem nie wolno zaskoczyć ukochanej osoby upominkiem z żywego stworzenia; opieka nad zwierzęciem wiąże się ze zbyt dużą odpowiedzialnością. Kiedy jednak przystałem na ich propozycję, Ros i Sam wzięli na siebie całkowitą odpowiedzialność za wybór kundelka – żebym miał poczucie, że dostałem go od nich w prezencie.

W 2012 roku, kiedy wreszcie postanowiliśmy zaadoptować pupila, miałem już za sobą kilka lat pracy naukowej nad psami, a mimo to nie przygarnąłem żadnego. Moje życie – pełne dalekich podróży i obowiązków rodzicielskich – wydawało się zbyt skomplikowane, żeby dodatkowo je utrudnić opieką nad psim towarzyszem. W przeszłości bardzo sobie ceniłem obecność psa w domu, potem jednak uznałem, że narażanie zwierzęcia na nieprzewidziane zmiany planów i częste nieobecności właściciela byłoby po prostu nieuczciwe. Nie sądziłem i wciąż nie sądzę, że w życiu każdego człowieka powinno znaleźć się miejsce na szczeniaka.

 

W końcu się jednak okazało, że moja rodzina jest już gotowa na przyjęcie psa. Co więcej, sam zacząłem za tym tęsknić. Spędzając w pracy tyle czasu z właścicielami psów albo w schroniskach, gdzie mnóstwo wspaniałych zwierząt czekało na adopcję, czułem się coraz dziwniej po powrocie do domu bez psa. Ros i Sam widzieli moje rozterki, poza tym sami chcieli mieć psa, postanowili więc się tym zająć.

Ponieważ wciąż im zależało, żeby zachować element zaskoczenia, nie poprosili mnie o pomoc, przez co wylądowaliśmy w schronisku, z którym nie miałem przedtem do czynienia. Jako kynolog wyspecjalizowany w behawioryzmie psów prowadziłem badania w wielu innych schroniskach w tej części Florydy. Tę placówkę Humane Society omijaliśmy z kolegami po fachu, bo wielu jej podopiecznych miało poważne problemy behawioralne i praca z nimi wiązała się ze zbyt dużym ryzykiem dla studentów, którzy asystowali nam przy eksperymentach. Wszystkie psy z tego schroniska, które umiały przekazać, że mają łagodne zamiary, już dawno trafiły do własnych domów. W azylu – w którym z zasady nie usypiano zwierząt – zostały prawie wyłącznie osobniki, które nie potrafiły zachować się w sposób oczekiwany przez ludzi. Nieszczęsne stworzenia – niekoniecznie groźne dla człowieka – nie miały pojęcia, jak nas przekonać, że będą z nich dobrzy towarzysze.

Ten smutny stan rzeczy dał o sobie znać, zanim zdążyliśmy wejść do schroniska. W głównym sektorze z boksami panował taki hałas, że jazgot szczekających psów było słychać już na parkingu. W zetknięciu z ludźmi przejawiały zachowania, które kojarzyły się ze wszystkim, tylko nie z życzliwością. Misję azylu traktowaliśmy z kolegami z najwyższym szacunkiem – podobnie jak decyzję pracowników, żeby nie uśmiercać żadnych zwierząt, które przekroczyły próg ich placówki. A jednak nie zamierzaliśmy prowadzić w niej badań – wyłącznie z troski o bezpieczeństwo naszych studentów. Gdybym sam miał wybrać dla siebie psa, z pewnością nie szukałbym go tam. Na szczęście zdecydował za mnie ktoś inny.

Dzień przed naszą wizytą Ros i Sam dokonali rekonesansu w tym schronisku – i bardzo chcieli do niego wrócić, z jednego prostego powodu. Zrządzeniem losu akurat dzień wcześniej schronisko przyjęło nowe szczenię. Przechodziło kwarantannę i czekało na przeniesienie do sektora z boksami w spokojniejszej, choć wciąż hałaśliwej części azylu.

Ros i Sam wrócili do domu zakochani po uszy w wypatrzonej przez siebie czarnej suczce. Zdziwiony, że udało im się trafić na tak łagodne stworzenie w schronisku, które znałem do tej pory jako przechowalnię dla psów skazanych na dożywocie, wybrałem się nazajutrz z obojgiem na spotkanie Xephos.

Cóż to było za biedne i wystraszone maleństwo. Miała wówczas około roku, lecz wyglądała na znacznie młodszą. W przeciwieństwie do innych psów w tym sektorze na nasz widok nie zaczęła szczekać, tylko skomlała, a wypuszczona z klatki, przewróciła się na grzbiet i popuściła trochę moczu, rozpaczliwie okazując nam uległość. Ogon z całych sił wtuliła pod siebie. Lizała nas po rękach, a kiedy się nad nią pochyliliśmy, chciała lizać nas po twarzy. Przedstawiła pełny wachlarz psich zachowań znamionujących szacunek i pragnienie zadzierzgnięcia więzi emocjonalnej. Jakby chciała uzmysłowić nam za wszelką cenę, że jest naszym psem: „Weźcie mnie do domu, a pokocham was na zawsze”. Argument był na tyle przekonujący, że natychmiast zdecydowaliśmy się na adopcję.

Dowiedzieliśmy się później, że Xephos ma za sobą ciężkie dzieciństwo. Suczka przyszła na świat w innym schronisku w tym mieście. Jej matkę porzucono, kiedy była w ciąży; nowo narodzone szczeniaki złapały wszelkie możliwe infekcje. Xephos z czasem wyzdrowiała i znalazła dom. Pierwsi właściciele nie chcieli jej jednak zatrzymać. Wylądowała w kolejnym azylu: samotna, wystraszona, rozpaczliwie wyczekująca drugiej szansy.

Miałem już sporą wiedzę o psach ze schronisk i zdawałem sobie sprawę, że historia Xephos jest żałośnie powszechna i że ogromna większość psów trafia na ulicę nie z własnej winy. Odkąd jednak wzięliśmy suczkę do domu, wciąż starałem się dociec, cóż takiego mogła przeskrobać, że została porzucona przez poprzednich opiekunów. Nic nigdy nie wyszło na jaw. Była to tylko jedna z wielu miłych niespodzianek, jakimi miało mnie zaskoczyć to cudowne maleństwo – a zarazem jedna z wielu lekcji, jakie miałem odebrać od Xephos.

Teraz, kiedy piszę te słowa, Xephos ma około ośmiu lat. Jest równie urocza i łatwa w obejściu jak wtedy, gdy ją poznaliśmy – może nawet bardziej. Przez pierwsze spędzone wspólnie tygodnie jej dawna nieśmiałość stopniowo ustępowała miejsca dzielnej i pogodnej naturze. Blask od niej aż bije, choć sierść ma czarną jak węgiel. Nie jest już zastraszonym szczeniakiem, który kuli ogon pod siebie: dziś wychodzi do naszych gości z kitką dumnie wyprężoną. W jej mikroskopijnym ciele drzemie zadziwiająco wielki duch. Zawsze pierwsza pędzi się przywitać: na odgłos zbliżających się kroków i dźwięk dzwonka zaczyna ujadać jak opętana, a gdy w otwartych drzwiach pojawi się ktoś znajomy, aż pieje ze szczęścia. Swoich najlepszych przyjaciół rozpoznaje po brzmieniu silnika samochodu i zamiast szczekać – skomli, kiedy przekroczą próg domu.

W każdej sytuacji Xephos dosłownie tryska życzliwością wobec człowieka. Wciąż nie mogę się temu nadziwić, choć teraz wiem, co leży u podstaw jej towarzyskiego usposobienia. Kiedy ją jednak przygarnialiśmy, nawet w połowie nie zdawałem sobie sprawy z istoty, ani tym bardziej z cudowności jej czułej natury.

Oczywiście miałem już wcześniej do czynienia z psami i wiedziałem, jak przyjaźnie reagują na ludzi. Mimo to – jako badacz psich zachowań – nie miałem żadnego punktu odniesienia dla ewidentnie emocjonalnego aspektu życia tych zwierząt. Kiedy adoptowaliśmy Xephos, teza, że psy są zdolne do miłości – ba, do jakichkolwiek uczuć – uchodziła w świecie zoopsychologów za bluźnierstwo. Wyrzucono ją całkiem poza nawias naukowej dyskusji, tak że nie przyszło mi nawet do głowy się nad nią zastanawiać.

Na ówczesnym etapie mojej kariery zacząłem też kwestionować inne rozpowszechnione opinie na temat psich zdolności poznawczych. Mój sceptycyzm w kwestii życia wewnętrznego psów i podstaw ich natury doprowadził mnie wkrótce do poważnego kryzysu sumienia. Poczucie winy powiodło mnie z kolei w podróż pełną odkryć, które diametralnie zmieniły moje podejście do psów – nie tylko do Xephos, ale też do jej nieszczęsnych, wciąż uwięzionych w schroniskach pobratymców, do całego fenomenu psiego gatunku, w równym stopniu znanego i nierozumianego przez ludzi.

Przygarnięcie Xephos zbiegło się w moim życiu z krytycznym momentem mojego myślenia na temat psów. Uparcie próbowałem pogodzić wyniki swoich badań nad procesami poznawczymi u tych zwierząt z mnóstwem hipotez wyjaśniających przyczyny ich udanej adaptacji w ludzkim społeczeństwie – ogólnie przyjętych w 2012 roku, kiedy wspólnie z Ros i Samem postanowiliśmy zaopiekować się Xephos. Wszystkie zdawały się objaśniać podstawy relacji, którą właśnie zaczęliśmy nawiązywać z tą puchatą kulką, a zarazem nowym członkiem naszej rodziny.

Pod koniec lat 90., kiedy badacze prawie całkiem zapomnieli o ufnych, warujących u ich stóp przedmiotach wcześniejszych eksperymentów, dwaj uczeni rozpalili na powrót zainteresowanie psychologią psów, proponując – niezależnie od siebie – nowy sposób podejścia do psiego gatunku i jego wyjątkowych związków z człowiekiem. Ádám Miklósi z Uniwersytetu Loránda Eötvösa w Budapeszcie oraz Brian Hare, wówczas jeszcze student Uniwersytetu Emory’ego w Atlancie w stanie Georgia (obecnie profesor Uniwersytetu Duke’a w Karolinie Północnej), oparli się na całkiem odmiennych przesłankach, doszli jednak do tego samego wniosku: że psy przejawiają szczególny rodzaj inteligencji, dzięki któremu dogadują się z ludźmi zupełnie inaczej niż reszta zwierząt.

Z początku Hare prowadził badania nad inteligencją społeczną nie psów, tylko szympansów. Ten gatunek naczelnych jest naszym najbliższym krewnym w królestwie zwierząt, więc pada na niego wybór większości uczonych, którzy chcą zgłębić fenomen ludzkich zdolności poznawczych. Hare szukał odpowiedzi na odwieczne pytanie: co wyróżnia człowieka od reszty świata zwierząt? Przynajmniej od czasów Darwina naukowcy próbują dociec, na czym dokładnie polega różnica między umysłem ludzkim a umysłem zwierzęcym. Tok ich rozumowania jest zwykle taki: skoro uważasz, że odkryłeś coś, co tylko ludzie potrafią, przeprowadź test na szympansach; jeśli one tego nie umieją, najprawdopodobniej dotyczy to wszystkich innych, luźniej spokrewnionych z człowiekiem zwierząt.

Hare testował na szympansach umiejętność, która z ludzkiego punktu widzenia wydaje się dość banalna. Skoro ja wiem, a ty nie wiesz, gdzie jest upragniony przedmiot, pomogę ci go odnaleźć, wskazując palcem kryjówkę. Hare chciał się przekonać, czy ma do czynienia ze specyficznie ludzką formą porozumienia społecznego, czy może szympansy też potrafią wyciągnąć wnioski z gestu wskazywania palcem.

Obmyślił w tym celu prosty eksperyment. Wystarczyło odwrócić dwa kubki do góry dnem i pod jednym z nich umieścić przysmak – za zasłoną, żeby szympansy nie widziały, co się dzieje. Po odsunięciu zasłony Hare zamierzał wskazać palcem na właściwy kubek. Jeśli szympans wybierze kubek z ukrytym wewnątrz przysmakiem, to znaczy, że rozumie znaczenie ludzkiego gestu.