ChmuraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Epilog

Podziękowania

Tytuł oryginału

CLOUD

Copyright © 2017 Arena Verlag GmbH, Würzburg

Copyright © 2019 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

All rights reserved

Projekt okładki

Andrzej Komendziński

Łamanie

Grzegorz Kalisiak

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-694-4

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Moim Córkom

ROZDZIAŁ PIERWSZY

BAŃKI MYDLANE SMAKUJĄ JAK KACZEŃCE. Wiem, bo próbowałam kaczeńców już dawno, kiedy byłam jeszcze mała, ale wciąż pamiętam ich smak: jest gorzki i jakby zielony. Taki jak baniek mydlanych, co odkryłam przed chwilą.

Leżę w wannie z zamkniętymi oczami. Obok, na małej szafce, ustawiłam odbiornik Bluetooth, z którego w kółko rozbrzmiewa moja ulubiona piosenka Wonderwall. Numer znowu się zaczyna – początkowe dźwięki gitary uspokajają mnie nawet wtedy, gdy moja dusza jest wzburzona. Najpierw słychać tylko tę gitarę, a ja za każdym razem, kiedy ją słyszę, chciałabym umieć grać na jakimś instrumencie. Potem dołączają do niej wokal i perkusja, a mnie ogarniają uczucia, przed którymi zazwyczaj się bronię, bo nie mogę ich udźwignąć.

Woda w wannie już wystygła, zaczynam marznąć. Nie chcę z niej jednak wychodzić, bo wolałabym jeszcze przez chwilę pozostać odgrodzona od świata. Tutaj, w wodzie, czuję się bezpiecznie i lekko. W każdym razie lżej niż poza nią.

Kiedy na schodach rozlegają się głosy, wiem, że ta chwila zaraz się skończy. Nabieram powietrza i zanurzam głowę. Mimo to wciąż je słyszę. Rozlega się pukanie.

– Wszystko w porządku, Emmo?

Wynurzam się.

– Tak, mamo!

– Na pewno?

– Tak, tato, nie martwcie się.

Gdy słyszę, jak schodzą po schodach, ponownie zanurzam głowę w wodzie. Brakuje szybkiego tupotu małych stóp. Brakuje dziecięcego głosu, który mnie woła.

Już nigdy go nie usłyszę.

Myśl ta zawisa nade mną jak miecz, który w każdej chwili może spaść. Coś dzieje się z moimi oczami: dziwnie mnie pieką i robią się wilgotne – jeśli to w ogóle możliwe pod wodą. W tym momencie uświadamiam sobie, że nie wiem, jak długo wstrzymuję już oddech, ale jest mi dobrze i ogarnia mnie poczucie wolności, gdy stwierdzam, że wcale nie czuję potrzeby, by dostarczyć ciału tlenu.

Po upływie kilku sekund znowu się wynurzam i słyszę, jak mama woła z dołu, że jedzenie gotowe.

Dziś jest wtorek, czyli dzień pizzy, a to oznacza, że mama wyjmuje z lodówki dwa opakowania ciasta, które rozwałkowuje na blasze, smaruje dołączonym do opakowania sosem, a rezultat uzupełnia tym, co znajdzie w lodówce. Do tego dochodzi jeszcze gruba warstwa sosu do grilla i całość idzie do piekarnika. Wcześniej śmialiśmy się podczas posiłków. Przede wszystkim wtedy, gdy zdejmowałam z mojego kawałka pizzy szynkę, jakby to było jakieś przedstawienie. Reszta rzucała się na nią jak stado wygłodniałych lwów. Wcześniej były dwie pizze na cztery osoby. Od czterech miesięcy z drugiej zostaje połowa, nikt nie walczy o szynkę, a mama już się nie śmieje.

Wychodzę z wanny i stoję, trzęsąc się, na turkusowych płytkach łazienki. Potem wycieram ciało z wody i łez i otwieram drzwi. W korytarzu jest ciemno, stawiam ostrożnie krok i podskakuję ze strachu, gdy nagle zapala się zimne światło, które mnie oślepia. Wydaje mi się, że nigdy nie przywyknę do naszego nowego domu. Wszystko jest chłodne i nieprzytulne i nie zachęca do tego, by tu pozostać. Tata nazywa go SmartHome. Mnie kojarzy się raczej ze sceną z filmu The Rocky Horror Picture Show. Czuję się wciąż obserwowana i wydaje mi się, że ten dom zawsze z góry wie, co za chwilę zrobię.

Moi rodzice koniecznie chcieli tutaj zamieszkać. Klaszczę teraz dwukrotnie, krótko, żeby przynajmniej odrobinę przyciemnić światło. Nie mam ochoty kroczyć w dół po schodach w blasku reflektorów. I tak wszystkie oczy zwrócą się na mnie, bo nie wyobrażam sobie, żeby mama zwyczajnie przeoczyła zaproszenie. Położyłam je tam specjalnie, choć ma wyglądać, jakbym zrobiła to przez pomyłkę.

Wiem, że to nie fair. Ale kto jest w porządku wobec mnie? Zapewne siedzą już razem na dole w jadalni i zastanawiają się nad zapisaniem mnie na psychoterapię wbrew mojej woli.

Mama, tata i ja staramy się na siebie nie patrzeć. Mama wyciera kąciki ust kremową serwetką idealnie dopasowaną do obrusa, który z kolei doskonale harmonizuje z jedwabnymi abażurami dwóch stojących lamp. Chciałabym powiedzieć, że dzisiaj jedzenie lepiej smakuje, że naprawdę jesteśmy schludną rodziną w komplecie i mieszkamy w perfekcyjnie pięknym domu. Gdyby ktoś zobaczył tylko tę scenę, nie przyszłoby mu do głowy, że jest inaczej. Jednak już nigdy nie będzie tak jak kiedyś, gdy siedzieliśmy razem i nie przeszkadzało nam, że ser był przypalony, a ciasto zbyt miękkie. Dzisiaj drożdżowe ciasto pizzy leży mi kamieniem na żołądku, a ser ciągnie się jak guma, gdy próbuję go odgryźć. Zanim zdążę przełknąć ostatni kawałek, tata zaczyna się niespokojnie kołysać na nowoczesnym metalowym krześle. Wymienia spojrzenie z mamą.

– Emmo, kochanie, musimy porozmawiać.

Gestem pokazuję mu, że mam pełne usta. To mnie jednak nie uratuje.

Teraz mama rozwiązuje troczek kuchennego fartucha i siada obok taty. Wyciąga rękę przez stół, a ja wsuwam pod jej rękę moją dłoń. Uśmiech mamy jest prawie taki sam jak kiedyś. Prawie. Wydaje się, że chce nim powiedzieć: „Jak dobrze by było, gdybyśmy zawsze mogli tak razem siedzieć. Tak jak powinna siedzieć rodzina”.

– O co chodzi? – pytam jeszcze z pełnymi ustami i wyglądam przez okno. Na dworze jest ciemno, a ja wyczuwam wiszącą w powietrzu jesienną burzę. Nie powinnam była tak prowokacyjnie kłaść tego zaproszenia. Niektóre bitwy zawsze się przegrywa, niezależnie od tego, czy podejmuje się walkę, czy natychmiast się poddaje.

– Te urodziny... Nie chcemy, żebyś na nie poszła. Nie zgadzamy się na to. Wydawało mi się, że już o tym rozmawiałyśmy. – Głos mamy brzmi delikatnie, ale stanowczo. Jestem pewna, że tak rozmawia ze swoimi studentami.

Chowam głowę w ramionach i przyglądam się, jak obraca czubkami palców zaproszenie, które trzyma w drugiej ręce.

Wciągam głęboko powietrze:

– Wiem, ale...

– Emmo, nam wszystkim trudno... sobie z tym poradzić i z pewnością potrwa to jeszcze jakiś czas, ale doktor Parker twierdzi, że taki kryzys szczególnie u młodzieży...

Czuję, jak zaciska mi się gardło, i podskakuję z takim impetem, że szklanki na stole brzęczą. To ładny dźwięk, który podkreśla dramatyzm chwili.

– Rozmawiałaś o mnie z doktorem Parkerem? I co mu powiedziałaś? Nadużyłaś mojego zaufania!

– Kochanie, mama tylko chce ci pomóc. – Teraz do dyskusji włącza się tata.

 

Biorę się pod boki i nie wiem, skąd czerpię siłę, by mówić dalej:

– Mam szesnaście lat. W tym wieku chodzi się na imprezy. Wszyscy, których znam, na nie chodzą, a już na pewno zjawią się na tej. – Biorę głęboki oddech i cieszą mnie ich pełne poczucia winy spojrzenia, które sobie nawzajem rzucają. – Przeprowadzka do tego idiotycznego domu. Czy ktoś mnie w ogóle pytał, czy mam na nią ochotę? I ta nieustanna troska o mnie. Muszę się z tym wszystkim uporać na swój własny sposób!

– Mama miała na myśli...

Mama się podnosi, podchodzi do mnie i mnie przytula. W ciągu ostatnich czterech miesięcy zrobiła to tylko jeden raz. Chciałabym się cieszyć, że trzyma mnie w ramionach. W tej chwili jednak walczę ze złością, która we mnie wzbiera, dlatego delikatnie ją od siebie odpycham.

– Emmo, chcemy oczywiście, żebyś się dobrze czuła i żyła tak jak pragniesz. Ale wiesz, jednak to miejsce... – Pokazuje na zaproszenie. – Nie wydaje mi się, żeby młodzież, która tam przyjdzie, była w obecnej sytuacji odpowiednim towarzystwem dla ciebie.

„W obecnej sytuacji”, „poradzić sobie” i „kryzys” – moi rodzice są niezwykle kreatywni w znajdowaniu nieodpowiednich słów. I to wszystko dlatego, że wciąż nie są gotowi, by powiedzieć, że Ethan nie żyje. Złość sprawia, że mówię to, co do tej pory tylko myślałam:

– A jaka jest „obecna sytuacja”? Mój młodszy brat nie żyje! Tak jest od czterech miesięcy i już zawsze tak będzie. Nic na świecie nie przywróci go do życia. To nie jest „obecna sytuacja”, tylko sytuacja, która się już nigdy nie zmieni!

Mama obdarza mnie bolesnym spojrzeniem.

– Wiem, jak ci z tego powodu ciężko. I właśnie dlatego rozmawiałam z doktorem Parkerem. Zapewnił, że, jeśli się na to zgodzisz, natychmiast postara się o miejsce dla ciebie w grupie wsparcia dla młodych ludzi, którzy przeżywają żałobę. Nie powinnaś tak cierpieć, Emmo. Są tam osoby, które mogłyby ci pomóc w pogodzeniu się ze śmiercią Ethana. Przynajmniej spróbuj. Może spotkasz w grupie kogoś, z kim będziesz mogła porozmawiać.

– Do cholery! Ale ja nie chcę się znaleźć w grupie wsparcia. Chcę, żebyście pozwolili mi być od czasu do czasu normalną szesnastolatką! – Moje oczy wypełniają się łzami.

– Skarbie – mówi mama. – Gdybyś chociaż wybrała się tam z Mattem...

– Chcę tam pójść – upieram się – ale sama, niepotrzebna mi niańka.

Chciałabym, żeby schody skrzypiały albo trzeszczały, albo wydawały jakikolwiek inny odgłos, kiedy po nich wchodzę. Tak się jednak nie dzieje. Są nowe, hipernowoczesne, jak wszystko w tym domu. Pachną nowością, wyglądają na nieużywane i takie samo sprawiają wrażenie, gdy się po nich stąpa.

Wreszcie docieram na górę i otwieram drzwi do mojego pokoju. Tutaj czuję się prawie jak u siebie, bo to jedyne pomieszczenie urządzone według mojego gustu. Tata poszedł na małe ustępstwa, choć z pewnością wolałby mnie namówić na zupełnie nowe otoczenie, meble i zasłony – nowe życie. Postawiłam jednak na swoim i wszystko wygląda tak, jak sobie tego życzyłam. Większość przedmiotów należała do mnie jeszcze przed przeprowadzką, a ja uparłam się, że je zatrzymam. Wymogłam nawet, że tata nie zainstalował w moim pokoju żadnego systemu nadzoru typu SmartHome. Dlatego jest to chyba jedyne pomieszczenie niesterowane za pomocą aplikacji. Oczywiście z wyjątkiem ogrzewania i rolet zamontowanych w całym domu.

Jest tu wszystko: stary bujany fotel z trzykrotnie już sklejaną lewą płozą, biurko, które znalazłam na pchlim targu, gdy miałam dziesięć lat, i zapragnęłam je mieć. Kiedy latem siadam na fotelu w krótkich spodenkach, owcze futerko łaskocze mnie w gołe uda.

Słyszę, jak mama i tata kłócą się w kuchni. Pada moje imię, toczy się dyskusja o tym, co powinni zrobić. Nie rozumiem, dlaczego Hazel i jej znajomi mieliby być dla mnie nieodpowiednim towarzystwem. Wprost przeciwnie: po śmierci Ethana to właśnie Hazel trzy razy w tygodniu kserowała i przynosiła mi lekcje i za każdym razem próbowała ze mną rozmawiać, pocieszać mnie i dodawać mi otuchy. Doskonale wiem, że kiedy nie chciałam się z nikim widzieć, nawet z nią ani z Mattem, długo rozmawiała z moją mamą. Zdaję sobie sprawę, że wszyscy się o mnie martwią i chcą dla mnie jak najlepiej, przede wszystkim, żebym była szczęśliwa. Również moi rodzice. Wcześniej zeszłabym na dół i ich uściskała.

Matt mówi, że w życiu nic się nikomu nie należy. Najpierw myślałam, że chodzi mu o to, że o wszystko trzeba walczyć, ale odparł, że jest przeciwnie, i się uśmiechnął. Nawet go lubię, ale denerwuje mnie, że zawsze w jego obecności czuję się gorsza i wydaje mi się, że nie mogę sprostać jego oczekiwaniom.

Z rozmyślań wyrywa mnie na szczęście dźwięk komórki. Nikt nie dzwoni, to odgłos budzika. Jest 19.30, a więc nadszedł czas, żeby w końcu przygotować się do jutrzejszych lekcji. Przez pierwsze tygodnie po śmierci mojego brata nauczyciele obchodzili się ze mną jak z jajkiem. Ten okres już się skończył, co ma jednocześnie wady i zalety. To dobrze, bo nie znoszę, kiedy jestem traktowana inaczej niż reszta, a źle, bo było fajnie, kiedy dawali mi spokój. Pan Pennelow pierwszy postanowił znowu wziąć mnie w obroty.

Choć jestem w pokoju sama, głośno wzdycham, mając cichą nadzieję, że ktoś mnie usłyszy i zwolni z tego okropnego zakuwania. Następnie ustawiam wygodnie krzesło i otwieram książkę, żeby w końcu zrozumieć, o co chodzi w tych równaniach. Symbole i liczby rozmywają mi się przed oczami i nagle czuję się bardzo zmęczona. Przypominam sobie, że dzisiaj nie zapaliłam jeszcze wirtualnej świeczki w „żałobnej grupie” na Facebooku, dlatego otwieram laptopa i się loguję.

Tak jak przypuszczałam, na mojej osi czasu uzbierało się ponad dwadzieścia wiadomości i mnóstwo nowych postów. Nie zwracam na nie uwagi, chociaż jestem pewna, że kilka z nich umieściły osoby z mojej klasy. Cieszę się, że znowu normalnie mnie traktują i angażują w swoje życie. Jestem z tego zadowolona, bo Facebook absorbuje moją uwagę.

Niemal automatycznie przesuwam kursor w górę, na listę zaproszeń. Czeka ich na mnie z dziesięć, ale tylko jedno nazwisko budzi moje zainteresowanie: Paul MacHancock. To przecież ten gość ze strony dla osób w żałobie. Wprawdzie nie mamy wspólnych znajomych, ale klikam na jego nazwisko i czekam, aż pokaże się profil. Poważny chłopak w moim wieku spogląda na mnie wielkimi oczami, których koloru nie potrafię określić. Gęste włosy w odcieniu blond opadają mu przekornie na czoło. Błyszczą wilgocią, jakby przyszedł prosto z deszczu. Na twarzy nie znajduję śladu uśmiechu. Przewijam jego profil, ale widzę jedynie zdjęcia, które regularnie zmieniał w ostatnich latach. W scenerii, która przypomina Szkocję, widać dużego biegnącego psa o białej sierści. Zieloną łąkę pod ołowianym niebem, a do tego skały. Więcej na zdjęciach nie da się rozpoznać. Raczej kiepski fotograf z tego Paula.

Przyglądam się informacjom na jego temat, ale nic nie znajduję. Nie wpisał ani miejsca zamieszkania, ani daty urodzin. Nie pokazuje też swoich przyjaciół. To właściwie wygląda na klasyczny przypadek fałszywego konta, jednak coś powstrzymuje mnie przed odruchowym odrzuceniem jego zaproszenia. Przecież on też kogoś stracił, a w dodatku mam wrażenie, jakbym go już znała. Otwieram stronę o żałobie i scrolluję posty, aż w końcu natrafiam na mój pierwszy wpis.

„Cześć, jestem Emma, mam szesnaście lat i straciłam bliską osobę. Tę stronę znalazłam przez przypadek i spodobała mi się myśl, że chociaż wcale mnie nie znacie, to wszyscy przeżywacie ze mną żałobę”.

Pamiętam, że nie zastanawiałam się nad tym długo, tylko po prostu napisałam, co mi przyszło do głowy. To było cztery miesiące temu.

Paul odpisał pierwszy: „To, co dla gąsienicy jest końcem świata, reszta świata nazywa motylem. (Laozi)”.

Wówczas ucieszył mnie jego komentarz. Bo w grupie, w której wszyscy byli tak bardzo anonimowi, ktoś mnie w ogóle dostrzegł. Zdanie to przyniosło mi na kilka minut ulgę, po czym zapomniałam i o nim, i o Paulu. Teraz znowu czytam te słowa i zastanawiam się nad nimi. Wtedy pocieszyła mnie myśl, że Ethan zamienił się w motyla. Teraz jednak wydaje mi się, że ten cytat ma jeszcze głębszy sens. Jakby coś się za nim kryło. Może nie chodzi w nim tylko o to, że gąsienica nie wie, iż stanie się motylem. Może istotne jest, by poszerzyć zakres widzenia. Nie brać wszystkiego takim, jakie na pierwszy rzut oka się wydaje. Jeśli śmierć nie jest tylko końcem, ale jednocześnie początkiem... czegoś pięknego, być może czegoś większego, to trzeba się jej przyjrzeć i zmienić swój sposób myślenia. Wydaje mi się, że dobrze by było, gdybym tak potrafiła zrobić.

Akceptuję zaproszenie Paula i wracam na jego profil. Niestety, moja nadzieja na to, że dowiem się o nim więcej, nie zostaje spełniona. Przez chwilę czuję rozczarowanie i zastanawiam się, czy nie wysłać mu prywatnej wiadomości, gdy na schodach słyszę mamę. Ma charakterystyczny chód: wpada na górę, jakby natychmiast coś trzeba było załatwić.

Szybko zamykam okno Facebooka i otwieram stronę szkoły, żeby popracować nad prezentacją. Ledwo strona zdążyła się załadować, gdy drzwi otwierają się z impetem.

– Emmo, tak mi przykro! – Mama zawsze mówi tak, jakby miała zadyszkę, ale teraz sapie bardzo mocno.

Odwracam się w jej stronę i dostrzegam błyszczące oczy, rozmazany tusz i czerwone plamy na policzkach.

– Co ci jest, mamo?

Podbiega do mnie w dwóch krokach, bierze mnie w ramiona i chowa twarz w zgięciu mojej szyi. Moje palce zagłębiają się w gładkich kasztanowych włosach, których jej zazdroszczę. Ja odziedziczyłam burzę loków po tacie.

– Emmo, kochanie, muszę w końcu z tobą porozmawiać, chociaż twój tata...

Znowu słyszę kroki na schodach. Drzwi są wciąż otwarte i widzę przez nie, jak tata bierze po dwa stopnie naraz. Wpada do pokoju z podniesionymi rękami, a ja nie jestem pewna, czy ten gest oznacza kapitulację czy atak.

– Liz, umówiliśmy się, że nic jej nie powiesz! – mówi wzburzony i to porządnie. Jego głos dociera do mnie z całą siłą.

– Derek, uważam, że jest na tyle duża, żeby się dowiedzieć, jak wygląda nasza sytuacja. – Mama odwraca twarz w jego stronę, wciąż jednak mnie obejmuje, przez co czuję, jak bardzo napięte są jej mięśnie.

– To nasz problem, nie jej. Sami musimy znaleźć rozwiązanie i jej powiedzieć, jak już będziemy pewni – odpowiada tata.

– Jest wystarczająco dorosła, a my nie posuwamy się o krok.

Przenoszę wzrok z mamy na tatę i z powrotem, jak gdybym oglądała partię tenisa.

– Czy moglibyście przestać mówić o mnie, jakby mnie tu nie było? Zacznijcie ze mną rozmawiać! Powiedzcie w końcu, co się dzieje!

Oboje odwracają się w moją stronę. Tata patrzy na mnie ze smutkiem, mama głaszcze mnie po głowie.

– Możliwe, że na jakiś czas się wyprowadzę. – Słowa taty zawisają w powietrzu. Palce mamy wbijają mi się w prawe ramię.

„Właśnie to zamierzaliście mi powiedzieć?” – myślę, a z ich reakcji wnioskuję, że wypowiedziałam te słowa na głos. Mama wciąga powietrze, żeby coś odpowiedzieć, ale nie dopuszczam jej do głosu.

– Właśnie to zamierzaliście mi powiedzieć? – Chciałabym, żeby sobie poszli i wrócili dopiero, kiedy będę w stanie znieść ich obecność. Straciłam brata. Brakuje nam Ethana. Dlaczego dorośli próbują jeszcze powiększyć katastrofę?

Odwracam się demonstracyjnie w stronę laptopa. Nie patrząc, piszę coś na klawiaturze, zdając sobie sprawę z tego, że mogłabym sknocić to, co już wcześniej zrobiłam. Tak się jednak nie stanie, bo zrobiłam kopię zapasową na dysku zewnętrznym. To cała ja: zawsze jakaś dodatkowa asekuracja, podwójne zabezpieczenie.

– Kochamy cię, Emmo, mamy teraz problem ze sobą. To z tobą nie ma nic wspólnego. – Mama zaczerpnęła to zdanie pewnie z jakiegoś poradnika, których sterta leży na jej nocnym stoliku. I jest całkiem prawdopodobne, że ktoś w nim zalecał, że ma używać tego delikatnego tonu, którym teraz zwraca się do mnie jak do małego dziecka.

– Próbujemy znaleźć rozwiązanie, które wszystkich nas zadowoli, prawda, Derek?

Odwracam się do nich obojga. Tata zawisł spojrzeniem na ustach mamy. Zrezygnowany, przytakuje energicznie.

Wciągam głęboko powietrze i dziwi mnie spokojny ton, który udaje mi się z siebie wydobyć.

– Ja nie chcę rozwiązania, które nas zadowoli. Ja chcę odzyskać moich rodziców! A przede wszystkim chcę, żebyście sobie teraz stąd poszli.

Wychodzą, a ja opieram głowę na blacie biurka. Od kilku miesięcy jestem uwięziona w życiu, do którego trafiłam jakby przez pomyłkę, otwierając niewłaściwe drzwi.

Trzęsącymi się rękami zamykam prezentację i wracam na Facebooka. Klikam na wiadomości. Widzę dwa aktywne grupowe czaty, jeden z nich natychmiast zamykam, bo i tak nie mogę iść na urodziny Hazel. W drugim toczy się dyskusja na temat prezentacji, którą właśnie przygotowuję. Przeglądam ją przelotnie w nadziei na coś nowego: że ktoś już skończył i podzielił się swoimi notatkami. Prawdę mówiąc, jedyne, co by mi pomogło, to choroba pani Dorson i jej nieobecność na lekcji. Sama jestem sobie winna. Scrolluję stronę coraz dalej, aż w końcu znajduję wiadomość od Paula. Musiał napisać ją zaraz po tym, jak przyjęłam jego zaproszenie.

 

Paul pisze: „Hej, dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia. Znamy się z grupy osób przeżywających żałobę, przypominasz sobie?”.

Cóż za pytanie! Aż się uśmiecham.

Odpowiadam: „Oczywiście, że sobie przypominam. Nie cierpię przecież na zanik pamięci”.

Już prawie wysłałam wiadomość, ale zastanawiam się jeszcze, jak to zabrzmi? Jakbym pamiętała każdego gościa, na którego natrafię w sieci.

Kasuję wszystko i pocieram skronie. Ponownie kładę palce na klawiaturze, na chwilę zastygam w bezruchu, a następnie piszę: „A tak, rzeczywiście, teraz sobie przypominam. Zawsze zapalam na niej świeczkę. Kogo Ty straciłeś?”.

Nie zastanawiając się, czy nie jest to zbyt osobiste pytanie, klikam na „wyślij”. Muszę się w końcu zająć prezentacją, zamiast tego wpatruję się w ekran i czekam na odpowiedź od Paula. Mimo że nic o nim nie wiem, nawet tego, czy wciąż siedzi przed komputerem. Facebookowy komunikator działa w ten sposób, że jeśli się nie chce, by ktoś widział naszą obecność w sieci, to samemu też nie można zobaczyć statusu przyjaciół. Po chwili namysłu przechodzę do moich ustawień i włączam czat. Minęła ósma wieczorem i mnóstwo osób jest w internecie, Paul również. Dlaczego więc nie odpowiada, w końcu to on nawiązał ze mną kontakt? Poczekam jeszcze pięć minut, jeśli nie zareaguje, wyloguję się na dzisiaj. Na wszelki wypadek zamykam okienko czatu. Rozbrzmiewa rześki sygnał – napisał.

Paul: „Moja mama umarła na raka, kiedy miałem dwanaście lat. A po kim Ty przeżywasz żałobę?”.

Zdejmuję lewy kapeć i podkładam ugiętą nogę pod pośladki. Przez chwilę zastanawiam się, czy naprawdę chcę o tym rozmawiać. Jednak to ja pierwsza zadałam pytanie, więc powinnam też szczerze na nie odpowiedzieć. Może to dziwne, ale myśl, że w sieci pozostanę częściowo anonimowa, pozwala mi się rozluźnić. Jesteśmy tylko my: ten chłopak i ja się nie znamy i w normalnym życiu nigdy się nie spotkamy. Właśnie dzięki temu udaje mi się przemóc moją zwyczajną związaną z tym powściągliwość.

Ja: „Po moim bracie, Ethanie. Miał zaledwie osiem lat. Kilka miesięcy temu spadł z dachu”.

Ledwo wysłałam tę wiadomość, a przypominam sobie, jak to było kiedyś, jak Ethan na mnie patrzył, jak się śmiał i cieszył, kiedy się z nim bawiłam. Przed oczami mam jego niesforne loki, których nikt nie potrafił okiełznać, nawet mama. Piegi tańczące po jego nosku i sięgające aż do czoła. Przynajmniej latem. Ethan był jeszcze taki mały, a teraz nie żyje, ja za to wciąż tu jestem, ale to wszystko jest pozbawione sensu.

Paul: „Bardzo mi przykro. Dzieci nie powinny umierać. Przypuszczam, że jest za wcześnie na pytanie, czy sobie z tym jakoś poradziłaś. Masz kogoś, z kim mogłabyś porozmawiać o swoim smutku?”.

W tym momencie moim ciałem wstrząsa szloch. Zaczyna się w żołądku, toruje sobie drogę do góry i opuszcza moje usta odgłosem, który dziwnie rozbrzmiewa w ciszy pokoju, zupełnie nie jak dźwięk, który mógłby pochodzić ode mnie. Przyciskam dłoń do ust i przez chwilę próbuję się opanować, zanim uda mi się odpowiedzieć.

Ja: „Nie wiem. Moi rodzice są zajęci sobą. Starają się okazywać mi zainteresowanie, ale sami są uwięzieni we własnym bólu”.

Mam nadzieję, że mnie zrozumie, że to nie brzmi idiotycznie, jakbym była jakąś rozchwianą emocjonalnie panienką. Nie chcę sprawiać takiego wrażenia, nigdy nie chciałam. Odczuwam dumę, kiedy inni mówią, że jestem dzielna, i podziwiają mnie za to, jak wspaniale sobie radzę. Ale to nieprawda, tylko nikomu tego nie pokazuję. W środku wcale nie jestem tą dziewczyną, która już po tygodniu poszła do szkoły.

Paul: „Koniec końców, jesteśmy zawsze sami, sami musimy znosić nasz ból i sami się z nim uporać. Ale istnieją ludzie, którzy Cię mogą wesprzeć, pomóc Ci i sprawić, że będzie Ci lżej. Powinnaś spróbować ich znaleźć”.

Przytakuję, tak jakby mógł mnie zobaczyć. To samo mówiło mi już parę osób ze szkoły. Moi rodzice również są zdania, że powinnam o tym rozmawiać. Nie chcą, żebym dusiła w sobie żałobę. Pan Lieberman, szkolny pedagog, też mi oczywiście taką rozmowę zaproponował. To jednak nie dla mnie.

Ja: „Zdaję sobie z tego sprawę i przeważnie nie boję się rozmawiać z innymi. Ale jest inaczej, jeśli mam mówić o sobie”.

W napięciu odchylam się do tyłu. Mam wrażenie, że wystawiam Paula na próbę, że go sprawdzam, tak jak stary zegarek na pchlim targu, który najchętniej by się rozkręciło, żeby zobaczyć, czy jeszcze chodzi. W każdym razie zajmuje to moją uwagę, przez co prezentacja staje się całkowicie nieistotna.

Paul: „Chyba wiem, co masz na myśli. Kiedy mówisz o sobie, skupiasz całą uwagę słuchającego. Trzeba być wtedy całkowicie szczerym, bo inaczej to nie ma sensu. Czy tego właśnie się obawiasz? Że odsłonisz kawałek siebie? Że się obnażysz?”.

O matko, teraz wzdragam się naprawdę, choć wydaje mi się oczywiste, że używa słowa „obnażyć się” tylko w przenośni. W każdym razie mam taką nadzieję. Z drugiej strony nie jestem do końca pewna, czy nie rozmawiam z jakimś zboczonym typem, których mnóstwo czyha w internecie. Przecież mu nie odpowiem, że rzeczywiście czuję się obnażona. A jak ten typ skorzysta z okazji i skieruje naszą rozmowę właśnie na ten tor? Bo kim właściwie jest ten Paul MacHancock? Co za głupota! Muszę się w końcu zająć prezentacją.

Po kilku minutach milczenia z mojej strony ponownie zabiera głos.

Paul: „Przepraszam, jeśli byłem zbyt bezpośredni. Nie chciałem. Jeśli nic mi nie chcesz powiedzieć, to oczywiście też jest całkowicie w porządku. Jak będziesz miała ochotę, wyślij mi wiadomość. Jestem prawie cały czas w internecie i mogę Ci szybko odpowiedzieć. Teraz się rozłączam, trzymaj się!”.

Czytam te słowa i jestem trochę rozczarowana, że nawet nie czeka na moją odpowiedź. Co tylko potwierdza fakt, że coś jest ze mną nie tak, skoro sama nie wiem, czego chcę.