Pewna siebie kobietaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Neurobiolog Adam Kepecs tak jak my poszukuje pewności siebie. Lecz w odróżnieniu od nas skoncentrował się na niewielkich, porośniętych futrem gryzoniach. Szczury, twierdzi, są mniej skomplikowane od ludzi. Nie ukrywają swoich pierwotnych instynktów pod licznymi warstwami splątanych myśli i uczuć. Człowiek będzie cię przekonywał, że wierzy w siebie, podczas gdy w głębi ducha jest dygoczącym kłębkiem nerwów. Albo przeciwnie: powie, że czuje się niepewny, tymczasem jego zachowanie będzie sugerować odwagę. Kepecs uważa ludzi za niesatysfakcjonujący przedmiot badań.

Próbuje dotrzeć do pewności siebie definiowanej w bardzo prosty sposób – nazywa ją „statystyczną” lub, w wersji dla laików, związaną z dokonanym wyborem. Jego przełomowe prace[1] zwróciły uwagę psychologów, bo sugerują, że cecha ta jest obecna u wszystkich gatunków. Kto by pomyślał, że szczury mogą wierzyć w siebie?

Zaintrygowane jego pracami liczyłyśmy, że badania na gryzoniach pomogą nam zrozumieć, co buduje elementarną pewność siebie u ludzi. Według Kepecsa śmiałość w podejmowaniu decyzji przez szczury wykazuje wiele podobieństw z naszymi procesami decyzyjnymi.

Wyobraźcie sobie, powiedział, że wybieracie się do nowej restauracji. Zgodnie z otrzymanymi wskazówkami skręcacie na światłach. Przejeżdżacie kilometr, potem kolejny. Po restauracji ani śladu. W którymś momencie zaczynacie się zastanawiać: „Na pewno powinna już tu być. Czyżbym źle skręciła?”. To, czy wytrwamy przy decyzji i będziemy jechać dalej, zależy od siły naszego przekonania, że skręciliśmy prawidłowo. Właśnie tę „wytrwałość” mierzy Kepecs w zachowaniu szczurów; sugeruje ona, że elementarna pewność siebie jest nam niezbędna.

Czym właściwie jest? No cóż, bez wątpienia nie tym, za co ją uważałyśmy, gdy zaczynałyśmy zbierać materiały do książki.

Inaczej, niż sądziłyśmy początkowo, pewność siebie to nie poczucie, że dobrze nam we własnej skórze; powtarzanie, że jesteśmy świetni i idealni tacy, jacy jesteśmy, czy że możemy osiągnąć wszystko, co sobie zamarzymy. Taki sposób myślenia niezupełnie sprawdził się w naszym życiu, prawda? Samo powiedzenie: „Mogę to zrobić”, nie oznacza, że w to wierzysz albo że przełożysz to na praktykę. W przeciwnym razie terapeuci szybko straciliby pracę. Nie pomaga też słuchanie zapewnień innych ludzi: „Jesteś cudowna!”. Gdyby wystarczyło nam parę słów zachęty lub poklepanie po plecach, każda z nas władałaby światem z dyrektorskiego gabinetu – wydajna, szczupła i miła dla teściów.

Za najbardziej pewnego siebie uchodzi ten, kto odzywa się najgłośniej i najczęściej. Czy tak jest rzeczywiście?

Miałyśmy też wizję pewności siebie jako zbioru oznak i atrybutów władzy. Za najbardziej pewnego siebie uchodzi ten, kto odzywa się najgłośniej i najczęściej. Znajomy święcie przekonany, że zawsze ma rację, albo kolega, który potrafi zdominować każde zebranie. Czyż najbardziej pewni siebie nie są ci, którzy – no cóż – tacy się wydają?

Liczyłyśmy, że Kepecs pomoże nam rozjaśnić te kwestie, więc spotkałyśmy się z nim w Cold Spring Harbor Laboratory, cudownie położonym tuż nad oceanem na Long Island, trzy kwadranse samochodem na wschód z Manhattanu.

Kiedy krętą trasą podążałyśmy do jego gabinetu na piętrze, nad naszymi głowami zwieszała się gigantyczna szklana rzeźba Dale’a Chihuly’ego – dar dla Jamesa Watsona, pioniera badań nad DNA, dzięki któremu ten ośrodek badawczy stał się jednym z najlepszych na świecie. Kłąb neonowych żółtych i zielonych macek pokrytych pęcherzykami rozmaitej wielkości i rozmaitych kształtów domagał się krótkiej kontemplacji. Bardzo à la doktor Seuss, zauważyłyśmy. Kepecs, chłopięcy trzydziestodziewięciolatek w niebieskich dżinsach, z ciemnymi włosami i leciutkim węgierskim akcentem, wyjaśnił ze śmiechem, że rzeźba jest w istocie odą do kształtu neuronów. Naturalnie.

Na następnych kilka godzin stał się naszym wielkodusznym tłumaczem nieznanego świata, pomagając nam dostrzec związki między swoimi gryzoniami a sekretem pewności siebie u ludzi.

Patrzyłyśmy, jak wkłada szczura do dużej skrzynki. Gryzoń miał na głowie coś w rodzaju umocowanego na stałe białego cylindra z układem elektrod. „Kapelusz” został wszczepiony chirurgicznie i Kepecs zapewnił, że zwierzę nie czuje go zupełnie. Na jednej ze ścianek na wysokości szczurzego nosa umieszczono trzy białe pojemniki, czyli porty, szerokości około pięciu centymetrów. Środkowy uwalniał zapachy. Szczur wsunął do niego pyszczek i powąchał mieszaninę dwóch aromatów. Mieszanka mogła mieć różny skład procentowy, niekiedy silniejszy zapach był wyraźny, w innych wypadkach rozpoznanie kombinacji okazywało się trudniejsze. Zadaniem gryzonia było odgadnąć dominującą woń i poinformować o swojej decyzji, wsuwając nos do portu z lewej lub z prawej. Jeśli zwierzę odgadnie dobrze, wyjaśnił Kepecs, i wybierze właściwy port, w nagrodę otrzyma kroplę wody. Szczur musi jednak na nią zaczekać. Jeśli jest pewny swojej decyzji, będzie czekał do skutku. Jeśli ma wątpliwości, może zrezygnować z nagrody i rozpocząć nową rundę zgadywanki. Poddanie się oznacza jednak, że straci nie tylko szansę na kroplę wody, lecz także czas zainwestowany w czekanie. Zwierzę staje przed wyborem w stylu coś za coś – podstawowym, dobrze znanym dylematem, który najwyraźniej ma charakter ponadgatunkowy. Obserwowałyśmy naszego gryzonia, gdy wsunął pyszczek do lewego pojemnika i czekał przez ciągnących się w nieskończoność... osiem sekund. Jak na szczura to długo, byłyśmy zatem świadkami wielkiej pewności siebie. Czy okaże się uzasadniona?

Brawo! Wymieniłyśmy uśmiechy, kiedy woda się pojawiła. Kepecs ostrzegł nas przed przypisywaniem futrzakom nadmiernej „inteligencji”. Szczury z tego konkretnego eksperymentu wykonywały zadanie wiele razy i całkiem nieźle sobie radziły z rozpoznaniem zapachu z lewego i prawego portu. Pamiętajcie: badacza nie interesuje, c z y gryzonie dokonują właściwego wyboru. Mierzy on, n a i l e m o c n o w i e r z ą, że wybrały właściwie. Tym, co chce on wyizolować, jest pewność siebie – na ile mocno szczur wierzy w swoją decyzję. Wyraża się ona poprzez akt czekania i można ją zmierzyć jako ilość czasu, jaką zwierzę jest gotowe wytrwać, licząc się z ryzykiem porażki. Wydało się nam nadzwyczajne, że gryzonie nie tylko potrafią przekalkulować szanse i stawki, lecz także są gotowe postawić na swoją decyzję.

Taki sposób wyrażania pewności siebie ma w sobie coś pierwotnego. Szczury formułują przewidywania na podstawie informacji prawie jak roboty. Ludzki mózg również czasem tak działa. Każdego dnia niemal nieświadomie podejmujemy setki decyzji wymagających elementarnej pewności siebie – jak szybko sięgnąć, by wcisnąć guzik drzemki na budziku; jak mocno się nachylić, żeby załadować zmywarkę. Kepecs zidentyfikował obszar mózgu odpowiedzialny za podejmowanie decyzji u szczurów – korę okołooczodołową – i sądzi, że statystyczna pewność siebie u ludzi zapewne rodzi się w tej samej okolicy.

To, co zobaczyłyśmy w Cold Spring Harbor Laboratory, wyostrzyło naszą wizję pewności siebie. Po pierwsze, jeśli wierzyć szczurom, nie jest ona zaledwie formą zachowań agresywnych ani nieustannym dążeniem, by poczuć się dobrze we własnej skórze. Najogólniej szczurzą pewność siebie można opisać jako wiarę zwierzęcia w to, że wywoła pozytywny efekt (kropla wody) poprzez swoje działania (czekanie). Dostrzegłyśmy w tym namiastkę poczucia własnej skuteczności. Jak miałyśmy okazję zaobserwować, jest to sekwencja zdarzeń zaczynająca się od bardzo pierwotnego, być może nieświadomego, oszacowania poziomu pewności, które zachęca do poczynienia dalszych kroków.

Dzięki Kepecsowi zyskałyśmy pogłębione spojrzenie na pewność siebie – zarówno u gryzoni, jak i u ludzi. W jego interpretacji ma ona wyraźnie dwoistą naturę, dwie twarze. Jedną obiektywną: to podstawowy proces kalkulacji, kluczowe narzędzie, którego zastosowanie obserwowałyśmy u szczurów. Druga twarz, powiedział nam Kepecs, jest subiektywna. Pewności siebie doświadczamy także jako uczucia. Z t ą jej twarzą jesteśmy bardziej obznajomieni i stykamy się znacznie częściej, przynajmniej świadomie. To ów emocjonalny element, którego ponętna obietnica i złudna natura wciąż się nam wymykają. Jak wierzy Kepecs, w jakiś sposób o d c z u w a j ą ją także szczury.

W samym środku tej absorbującej i pouczającej sesji przyszło nam do głowy, że kobiety wiele by skorzystały, gdyby mogły się zapoznać z wersją Kepecsa – a prawdę mówiąc, z każdą spośród mniej znanych, mniej efektownych, bardziej technicznych interpretacji pewności siebie. Może cecha ta nie powinna się wydawać tak tajemnicza, olśniewająca i przewrotnie nieosiągalna. Jakie to odświeżające zobaczyć w niej, przynajmniej po części, proste, konkretne narzędzie: niezwykle użyteczny kompas, jeśli tylko uda się nam zmusić to przeklęte ustrojstwo do działania.

Naturalnie zaczęłyśmy się zastanawiać, jak same wypadamy pod tym względem. Czy mamy choć tyle pewności siebie co szczury? Spytałyśmy nieskończenie cierpliwego doktora, czy umiałby określić naszą elementarną, obiektywną pewność siebie, nie implantując nam chirurgicznie elektrod i nie każąc analizować różnych podejrzanych woni. Kepecs prowadził podobne eksperymenty na studentach, wykorzystując jedynie gry komputerowe. To się nam spodobało. Jednak mierząc się z rozmaitymi nieznanymi wyzwaniami na ekranie, obie z zaskoczeniem uświadomiłyśmy sobie, że niepokoimy się mocno, jak nam idzie. Bardzo szybko usłyszałyśmy, że wypadłyśmy znakomicie – zarówno pod kątem statystycznej pewności siebie (mierzonej czasem poświęconym na ocenę subiektywnej pewności wyboru przy każdym pytaniu), jak i samych wyników. Tuż przed otrzymaniem tej informacji zdążyłyśmy jednak wymienić poglądy, przyznać się do zdenerwowania i wyznać sobie nawzajem, że zawaliłyśmy. I w tamtej chwili byłyśmy o tym szczerze przekonane. Westchnienie.

 

Była to nasza prywatna, pokręcona wersja znanego paradoksu. Nie mogłyśmy uwierzyć, że dałyśmy się złapać. Przeczytałyśmy tyle artykułów naukowych o kobietach, które powątpiewają w swoje wyniki w testach i je zaniżają, a mimo to nie uniknęłyśmy identycznego zachowania. Poradziłyśmy sobie świetnie – nie tylko odpowiedziałyśmy poprawnie na pytania, lecz także zadeklarowałyśmy, że jesteśmy bardzo pewne odpowiedzi, a mimo to doświadczyłyśmy namacalnego zwątpienia we własne siły i p o w i e d z i a ł y ś m y s o b i e w d u c h u, a także jedna drugiej, że zapewne poszło nam źle. Co tu jest grane? Być może, spekulowałyśmy, u kobiet szlaki nerwowe subiektywnej i obiektywnej pewności siebie w którymś miejscu totalnie się plączą? Zaciekawiło nas także, czy ten niepokojący wzorzec zachowań ogranicza się do ludzkich samic.

Zapuściłyśmy się w rejony psychologii, filozofii i niedorzeczności ludzkich zachowań, kiedy Kepecs przypomniał, że porównywanie szczurów z ludźmi ma swoje ograniczenia. Naturalnie pewność siebie przybiera bardziej złożone formy u stojących wyżej, myślących abstrakcyjnie organizmów. Szczury nie roztrząsają, nie krytykują po fakcie swoich działań i nie leżą w łóżku sparaliżowane brakiem zdecydowania. Oraz, jak się zdaje, nie doświadczają deficytu pewności siebie wskutek stereotypizacji płciowej. Istniały granice tego, co Kepecs ze swoimi odkrywczymi pracami mógł nam wyjaśnić. Nadszedł czas, by przyjrzeć się pewności siebie poza murami laboratorium.

W naturalnym środowisku

W dniu, w którym większość studenckiej braci Uniwersytetu Georgetown cieszyła się nietypowo ciepłym wiosennym słońcem na otwartej przestrzeni, zastałyśmy tuzin młodych kobiet zgromadzonych w sali wykładowej i uczących się prowadzenia kampanii politycznych. Trafiłyśmy tam dzięki organizacji non profit o nazwie Running Start, której celem jest zachęcanie studentek do ubiegania się o stanowiska publiczne. Uczestniczki były elegancko ubrane i nie tyle nieśmiałe, ile ciche i poważne. Kiedy przybyłyśmy, siedziały w grupkach po trzy lub cztery, opowiadając o tym, co je skłoniło do starania się o stanowiska uczelniane.

Jedna była niezadowolona, bo w kampusie nie można kupić prezerwatyw, a druga dlatego, że nie było tam dostępnych zestawów testów dla ofiar gwałtu (rape kits). Jeszcze inną niepokoiło, na co przeznacza się donacje na rzecz uczelni, kolejną – jak przydzielane są stanowiska badawcze. Kate Shorey, przedstawicielka Running Start, prowadziła dyskusję, dyskretnie kierując poszczególnymi rozmowami: „Gdybyś zdecydowała się wystartować, jakie tematy byś poruszyła i co próbowała zmienić? Na ile angażujesz się emocjonalnie w tę sprawę?”.

Te studentki chciały zmienić świat i aspirowały do tego, by ubiegać się o stanowiska w polityce. Należały do grona najzdolniejszych i najinteligentniejszych, w przeciwnym razie nie trafiłyby do Georgetown. Dołączyłyśmy do nich tego dnia, spodziewając się zobaczyć grupę najbardziej przekonanych o swojej wartości młodych kobiet, w nadziei, że pomogą nam zdefiniować pewność siebie.

Od pierwszej chwili uderzyły nas ich uprzejmość i szacunek dla innych. Nie przerywały nikomu, tylko podnosiły rękę i pytały: „Czy mogę coś dodać?”, albo: „Czy mogę coś zasugerować?”. Mimo woli przemknęło nam przez myśl, że takie spotkanie w grupie mężczyzn wyglądałoby zupełnie inaczej. Czy pytaliby o pozwolenie, by zabrać głos? W większości byliby głośniejsi, pewniejsi siebie, bardziej zainteresowani przeforsowaniem własnej opinii. Może nie przejmowaliby się dobrymi manierami, a niegrzeczne przerywanie innym budziłoby irytację (kobiet), lecz dyskusja – podejrzewałyśmy – byłaby mniej oględna. Nie pierwszy raz nasunęło się nam, gdzie przebiega granica między asertywnością a głupotą. Mówiąc brutalnie: czy tylko palant może być pewny siebie?

Kiedy grupa zebrała się znowu, zapytałyśmy młode kobiety – pilne, nastawione na sukces i mające znakomite stopnie – która z nich czuje się pewnie, ubiegając się o stanowisko w samorządzie studenckim. Nie podniosła się ani jedna ręka. Zadałyśmy więc pytanie: z jakiego powodu czujecie się takie zdenerwowane? W swoich odpowiedziach kobiety odmalowały żywy obraz tego, czym pewność siebie nie jest.

„Ubieganie się o stanowisko oznacza, że musimy wyolbrzymiać swoje zasługi. To trudne, bo inni mogą pomyśleć, że rozpychamy się łokciami”.

„Jeśli przegram, zrani mnie to osobiście, bo to mnie nie będą lubić”.

„Bardzo przeżywam porażki. Jakiś czas temu profesor skrytykował mój artykuł naukowy. Chłopak, z którym napisałam tekst, po prostu to zignorował. Wyglądało, że wcale się nie przejął. Ja zadręczałam się przez całe tygodnie”.

„Kiedyś w szkole średniej wspólnie z kolegą startowałam w wyborach i wygraliśmy. Byłam raczej nieśmiała, a on bardziej pewny siebie, ale to ja wykonałam całą pracę. W następnym roku rywalizowaliśmy ze sobą i przegrałam. Ale wiem, że byłam bardziej kompetentna. Odwaliłam najcięższą robotę. To był prawdziwy cios”.

„Jeśli kobieta jest asertywna i ambitna, uważa się ją za jędzę. Ale w wypadku faceta, hej, to normalne cechy”.

„Chodziłam do szkoły tylko dla dziewczyn. Niesamowicie budowało to wiarę we własne siły, ponieważ każda osoba w klasie, która podnosiła rękę, by zadać pytanie, była dziewczyną. To było normalne. Ale potem przyszłam tutaj i zobaczyłam, że dziewczyny milczą na zajęciach. I, co najsmutniejsze, zaczęłam je naśladować. Rzadziej się zgłaszałam i często cenzurowałam samą siebie – byle tylko się nie wyróżniać”.

Po nieskomplikowanych szczurach ta rozmowa była rozczarowaniem. Kolejny raz pokazała, jaką stratą energii i talentu może być zadręczanie się. Dyskutowałyśmy o tym z Jessicą Grounds, współzałożycielką Running Start, która niedawno dołączyła do prężnie działającego komitetu działań politycznych (political action committee, PAC) Ready for Hillary, gdzie zawiaduje całościowo programami na rzecz kobiet. Powiedziała, że po latach jej zespół zrozumiał, iż tym, czego ambitne młode kobiety potrzebują najbardziej, nie jest podręcznik prowadzenia kampanii wyborczych, lecz podstawowy trening pewności siebie. Umiejętności im nie brak, nie mają za to wiary w siebie, bez której nie zdołają przeobrazić pragnienia, by wystartować, w działania prowadzące do tego celu. Jeśli nie skorzystają z szansy, zablokują się z myślami wirującymi w głowie, niczym szczury Adama Kepecsa biegające w kołowrotku. Mówimy to nie z pogardą, lecz ze świadomością, jak wiele ich obaw budzi w nas osobisty oddźwięk.

Jako dwudziesto- i trzydziestolatki obie straciłyśmy nazbyt wiele czasu, grzęznąc w zwątpieniu w siebie, i owszem, nadal marnujemy go zbyt wiele na internalizowanie porażek. Nie tak dawno Claire, po wygłoszeniu przemówienia nagrodzonego oklaskami i pochwałami, przez dobrą godzinę zastanawiała się, dlaczego dwie kobiety – w sali mieszczącej ponad setkę osób – wydawały się lekko znudzone. Przez wzgląd na własne szczęście i zdrowie psychiczne młode kobiety muszą znaleźć sposób, by wyciszyć ten negatywny podkład dźwiękowy – miejmy nadzieję, że zrobią to znacznie szybciej, niż udało się to nam.

Pięciogwiazdkowa pewność siebie

Wizyta u jednej z najwyżej postawionych kobiet w amerykańskiej armii wymaga mnóstwa biurokracji i formalności: niekończące się kontrole bezpieczeństwa, liczne eskorty przez labirynt długich korytarzy gęsto ozdobionych porywającymi wizerunkami rozstrzygających bitew oraz imponującymi portretami obwieszonych orderami generałów i admirałów o wydatnych szczękach – prawie wyłącznie mężczyzn. No i tasiemcowy tytuł: podsekretarz obrony do spraw personelu i gotowości. Kiedy wreszcie dotarłyśmy do gabinetu generał dywizji Jessiki Wright, ukrytego głęboko w trzewiach Pentagonu, okazała się zaskakująco, odświeżająco inna niż w naszych wyobrażeniach. Mimo że wystrój gabinetu był przewidywalnie męski – skórzane fotele klubowe i mahoniowe biurka – sama Wright z pewnością męska nie jest. Choć należy do wysokich szarż, zachowywała się bardzo naturalnie, gdy prowadziła nas w stronę sofy, rozładowując napięcie dzięki kilku pytaniom.

Spojrzenie pani generał jest bystre i dociekliwe, stara się słuchać uważnie. Nie roztacza aury brawury czy przesadnie agresywnej asertywności; nie zachowuje się protekcjonalnie. Jest też zdecydowanie kobieca, bez wątpienia przestrzegając jednej z dziesięciu superporad na temat kobiecego przywództwa: nie odmawiaj sobie przyjemności zadbania o włosy i paznokcie. „Nie musisz zawsze wyglądać jak mężczyzna tylko dlatego, że pracujesz w męskim świecie”, zażartowała. To się nam spodobało. Wright nie tłamsi własnej osobowości, by się dopasować do formy; ma dość sił, by pozostać sobą. To, że ośmiela się demonstrować tak dziewczyńskie cechy jak manicure i staranne uczesanie, piastując stanowisko generała najpotężniejszej armii w dziejach świata, uznałyśmy za oznakę sporej pewności siebie.

Kolejna cecha, która nam się spodobała, to jej styl: była skłonna przyznać się do zdenerwowania, ale nie pozwoliła, by powstrzymało ją to przed realizowaniem swoich celów i ambicji. Opisała, jak w 1997 roku przejęła dowodzenie brygadą bojową jako pierwsza kobieta w historii i czuła się tak zestresowana, że ledwie mogła oddychać. „Matka nauczyła mnie stoicyzmu – skomentowała z uśmiechem – ale w środku wypełniały mnie emocje, zakłopotanie i lęki przemieszane ze sobą jak spaghetti w misce”.

Nikt jednak nie uznałby generał Wright za strachliwe popychadło. Trzeba mieć sporo charakteru, by osiągnąć jej pozycję. Nieczęsto się waha. Wyjaśniła, że dobre przywództwo oznacza skuteczność w podejmowaniu decyzji i że nie toleruje niezdecydowania u innych. „Nie mam czasu na to, by ktoś oświadczał: «No cóż, nie wiem, co robić». Jeśli proszę cię o wygłoszenie opinii, a ty zaczynasz kręcić, ruszam dalej. W każdej chwili znajdujemy się w rozpędzonym pociągu” – rzuciła stanowczo i odniosłyśmy wrażenie, że nie należy do ludzi, których chciałybyśmy zawieść.

Albo nie docenić. Ponieważ pod presją Jessica Wright działa, nawet jeśli jest przerażona. Pamięta sytuację, gdy jako świeżo mianowana porucznik usłyszała od przełożonego prosto w oczy, że nie lubi kobiet w armii. „Przez głowę przemknęło mi pięćset myśli – wspomina. – Popatrzyłam na niego i odparłam: «Sierżancie Minski, teraz ma pan okazję zmienić zdanie”. Uśmiechnęła się szelmowsko, kiedy się roześmiałyśmy. „Do dziś nie wiem, jak mi to przeszło przez usta. Naprawdę nie wiem”.

Śmiała riposta się opłaciła. Zaprzyjaźniła się z mającym niesłuszne przekonania sierżantem i nawet został jej mentorem jako młodej oficer. Przypisuje to tamtemu pierwszemu spotkaniu, kiedy dowiodła, że umie się postawić.

Odwiedziłyśmy Wright w nadziei, że pomoże nam scharakteryzować pewność siebie. Ostatecznie nie musiała nawet tego robić, ponieważ tak jasno zademonstrowała ją przez swój styl, opowieści i swoje obserwacje. W notesach zakreśliłyśmy wielkimi, dobrze widocznymi kółkami cytat z rozmowy z sierżantem Minskim, który zamierzałyśmy sobie przywłaszczyć, a obok zapisałyśmy słowa: „działanie”, „śmiała” i „podejmuje decyzje”. Ale zanotowałyśmy też „szczera” i „kobieca”. I jeszcze jedno: „swobodna”. Generał Wright prezentuje emocjonalną złożoność, jakiej nie znalazłyśmy w laboratorium Adama Kepecsa, a mimo to przezwyciężyła udręki, jakie cierpią studentki Uniwersytetu Georgetown. W naszej opinii opanowała coś, co zaczynałyśmy uważać za prawdziwą pewność siebie.

Lekcje życia na kursie kitesurfingu

Miałyśmy już zarys teorii i chciałyśmy go przedstawić ekspertom: psychologom, którzy poświęcili życie temu przedmiotowi. Zaczęłyśmy od pozornie prostego pytania: „Jak definiujesz pewność siebie?”. Za każdym razem następowała długa pauza, po której słyszałyśmy: „Cóż, to skomplikowane”.

„Pewność siebie – oznajmiła Joyce Ehrlinger, psycholog z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, wzdychając ze współczuciem – stała się mglistym, wręcz oklepanym terminem mogącym oznaczać dowolne zjawisko. Nie dziwię się, że jesteście zdezorientowane”.

„Generalnie pewność siebie to nastawienie, sposób, w jaki podchodzimy do świata – zasugerowała Caroline Miller, autorka bestsellerów i coach psychologii pozytywnej. – Bardziej konkretnie: wiara we własne siły jest poczuciem, że możemy opanować konkretną umiejętność”.

„Pewność siebie – stwierdziła Brenda Major, psycholog społeczny z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara – można opisać między innymi jako siłę przekonania, że posiadamy umiejętności niezbędne do zrobienia danej rzeczy”.

„To wiara, że zdołamy osiągnąć to, co zamierzamy – oznajmiła Christy Glass z Uniwersytetu Stanowego Utah. – Odnosi się do konkretnej dziedziny. Na przykład ja mogłabym być pewną siebie mówczynią, ale nie pewną siebie pisarką”.

 

Obserwacja Glass pomogła nam zrozumieć, czemu pewność siebie wydaje się tak ulotna. W pewnych sytuacjach ją mamy, a w innych nie. To wyjaśnia, dlaczego Andre Agassi mógł być niesłychanie pewny siebie podczas gry w tenisa, lecz nękany zwątpieniem w pozostałych sferach życia. Dlaczego tak wiele kobiet czuje się kompetentnie w życiu osobistym, ale nie w pracy, i czemu Claire może być pewna swoich umiejętności społecznych, lecz w znacznie mniejszym stopniu zdolności decyzyjnych. Nie zastanawia się długo, gdy trzeba pomóc w rozwiązaniu problemów innym ludziom, ale ma kłopot z uporaniem się z własnymi.

Opanowanie jednej umiejętności dodaje pewności siebie, by próbować kolejnych.

Naszą uwagę zwróciła także wzmianka Caroline Miller o opanowaniu umiejętności. Początkowo to określenie budziło naszą nieufność i pewną podejrzliwość. Brzmiało nad wyraz męsko i przywoływało wizje paternalistycznych arystokratów władających poddanymi. A przy tym sprawiało wrażenie czegoś, co wymaga użycia elektronarzędzi, nie wspominając o wiedzy z zajęć technicznych w liceum. Najbardziej obawiałyśmy się jednak, że okaże się zaledwie przepisem na wieczną pogoń za ideałem, do czego kobiety już mają zbyt duże skłonności.

Tymczasem Miller wyjaśniła, że chodzi o coś zupełnie innego. Opanowanie umiejętności nie oznacza bycia najlepszą tenisistką czy idealnym rodzicem. Kojarzy się z p r o c e s e m i p o s t ę p a m i. Bazuje na pracy oraz rozbudzaniu w sobie apetytu na zmianę. Dochodzenie do mistrzostwa w sposób nieunikniony łączy się z napotykaniem przeszkód; nie zawsze zdołamy je pokonać, ale nie powinno nas to zrazić do kolejnych prób. Być może nigdy nie zostaniesz światowej klasy pływaczką, za to nauczysz się przepływać jezioro. A zaskakujący efekt uboczny całej tej ciężkiej pracy, jaką włożysz w zdobycie nowej umiejętności? Pewność siebie. Nie tylko nauczysz się dobrze coś robić, ale też dostaniesz bonus.

Następny punkt jest bezcenny: pewność siebie płynąca z opanowania umiejętności jest zaraźliwa. Rozlewa się na nowe obszary. W gruncie rzeczy to, jaką dziedzinę wybierzemy, nie ma większego znaczenia: w wypadku dziecka może chodzić o coś tak prostego jak zasznurowanie buta. Najważniejsze, że opanowanie jednej umiejętności dodaje pewności siebie, by próbować kolejnych.

Katty na przykład, gdy skończyła czterdziestkę, w akcie wyzwania (a może zaprzeczenia) rzuconego wiekowi średniemu postanowiła się nauczyć kitesurfingu. Musiała się sprawdzić i uroiła sobie naiwnie, że jeśli zdobędzie tę umiejętność, wkrótce zmieni się w atrakcyjną (młodą) surferkę wykonującą akrobatyczne skoki wysoko nad falami. O czym nie pomyślała, to jak często będzie szorować po piachu wleczona przez potężną dziesięciometrową paralotnię, spadać z deski prosto w słone fale, płakać z frustracji i kląć na całe gardło. Po dwóch latach była gotowa się poddać; czuła się zbyt upokorzona i obolała. Wytrwała jednak i choć młodość tudzież wygląd atrakcyjnej surferki pozostają odrobinę poza jej zasięgiem, dziś potrafi surfować. Naturalnie jej dzieci, mimo że zaczęły dużo później, są od niej dziesięć razy lepsze, ale nie w tym rzecz. Opanowawszy (do pewnego stopnia) jeden ekstremalny sport, Katty rozgląda się obecnie za następnym, by stawić czoło kolejnej dekadzie.

Kuzyni pewności siebie

Pojęcie pewności siebie zaczynało się krystalizować. Byłyśmy coraz mocniej przekonane, że ma ona związek z działaniem – robieniem różnych rzeczy, opanowywaniem umiejętności, być może nawet decydowaniem – lecz gmatwanina innych określeń nadal domagała się naszej uwagi. (Przez pewien czas popełniałyśmy częsty błąd początkujących, używając zamiennie pojęć „pewność siebie” i „poczucie własnej wartości”). Nasi eksperci szybko to skorygowali. Kuzyni pewności siebie także są warci uwagi, lecz istnieją pewne ważne różnice między nią a innymi pozytywnymi cechami często wrzucanymi do jednego worka: poczuciem własnej wartości, optymizmem, samowspółczuciem czy poczuciem skuteczności.

Niektórym członkom tej licznej rodziny poświęcono mnóstwo uwagi i badań. Inni pojawili się na scenie niedawno. Każdy ma swoich wyznawców i krytyków. Jedni badacze będą was przekonywać, że kluczem do życia jest optymizm[2], drudzy z kolei z równą stanowczością stwierdzą, że bez poczucia własnej wartości nigdy nie zaznacie szczęścia. Tym, co istotnie łączy powyższe cechy, jest fakt, że wszystkie wzbogacają nasze życie; pomagają wykorzystać pełnię naszych możliwości, odnosić sukcesy zawodowe i pogłębiać relacje osobiste. W idealnym świecie wszyscy mielibyśmy je w obfitości.

Poczucie własnej wartości

„Jestem wartościowym człowiekiem i czuję się dobrze w swojej skórze”. Jeśli się z tym zgadzasz, zapewne masz całkiem wysokie poczucie własnej wartości. Jest to ogólna ocena naszego charakteru; postawa w rodzaju: „Lubię siebie” albo „Nienawidzę siebie”, lub najczęściej gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Poczucie własnej wartości pozwala nam wierzyć, że możemy zostać pokochani, że jesteśmy cenni jako istoty ludzkie. Nie ma związku z bogactwem: możesz być najbogatszym, odnoszącym największe sukcesy prezesem zarządu w swojej firmie i mieć niskie poczucie własnej wartości albo być sprzedawcą w drogerii i mieć go całe mnóstwo.

W połowie lat sześćdziesiątych XX wieku socjolog Morris Rosenberg stworzył prostą skalę poczucia własnej wartości (SES, skala samooceny)[3], która do dziś uchodzi za światowy standard. To po prostu lista zdań: „Uważam, że nie mam wielu powodów do dumy”, „Uważam, że mam kilka dobrych cech”. Oceń, na ile zgadzasz się z powyższymi stwierdzeniami (i z ośmioma dalszymi), a szybko oszacujesz swoje poczucie wartości. Jeśli zaciekawiło cię, gdzie się plasujesz na skali, znajdziesz pełną listę w przypisach.

Poczucie własnej wartości jest niezbędne dla emocjonalnego dobrostanu, lecz różni się od pewności siebie, która zwykle dotyczy oceny, na co nas stać: „Jestem pewna, że uda mi się skończyć bieg i dotrzeć do mety”. Poczucie własnej wartości jest zazwyczaj stabilniejsze i bardziej uogólnione. Jeśli ogólnie nie masz zastrzeżeń do swojego miejsca we wszechświecie, prawdopodobnie nie zmieni się to do końca życia i wpłynie na większość twoich osiągnięć. To nieoceniony bufor pomagający znosić przeciwności.

Poczucie własnej wartości pozwala nam wierzyć, że możemy zostać pokochani, że jesteśmy cenni jako istoty ludzkie.

Naturalnie poczucie własnej wartości w znacznym stopniu pokrywa się z pewnością siebie. Osoba nim obdarzona zapewne będzie pewna siebie – i odwrotnie. Związek jest szczególnie silny, jeśli źródłem wysokiego poczucia własnej wartości są talenty lub umiejętności. „Uważam się za wartościową, bo jestem bystra, szybka, skuteczna i odnoszę sukcesy w swojej dziedzinie”. Jeśli jednak mało dbasz o talent, umiejętności, inteligencję czy osiągnięcia, natomiast zależy ci na byciu dobrym człowiekiem (na przykład pobożnym albo przestrzegającym wysokich standardów moralnych), związek między twoim poczuciem własnej wartości a pewnością siebie będzie luźniejszy.

Warto pamiętać, że poczucie własnej wartości ma ostatnio złą prasę – po trwającej wiele dziesięcioleci ofensywie w szkołach, domach, a nawet w miejscach pracy zyskało podejrzaną reputację wśród psychologów (nie mówiąc o pracodawcach, nauczycielach, rodzicach, a nawet części dawnych propagatorów). Wszystko dlatego, że propagowano jego nierealistyczną odmianę[4]. Po prostu wmawiano dzieciom (a niekiedy i dorosłym), że każdy wygrywa; każdy jest świetny i doskonały. Widząc, jak pokolenie karmionych poczuciem własnej wartości maluchów wyrasta na pozbawionych steru dorosłych, eksperci zrozumieli, że takie pochwały nie pozwalają dzieciom zbudować wiary, iż potrafią cokolwiek osiągnąć lub choćby samodzielnie podjąć decyzję.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?