Pewna siebie kobietaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przy grillowanym pstrągu i szpinaku na parze wspominała liczne wątpliwości, jakie ją nękały, gdy pięła się po szczeblach kariery. „Często się denerwowałam jakąś prezentacją lub wystąpieniem i były chwile, kiedy musiałam zebrać całą odwagę, by podnieść rękę albo wygłosić opinię, zamiast się wycofać”.

Co więcej, ta kobieta – która na naradach zasiada ramię w ramię z najpotężniejszymi mężczyznami świata i oświadcza im, że muszą zmienić swoje postępowanie i inaczej zarządzać gospodarką – n a d a l się obawia, by nie przyłapano jej nieprzygotowanej. „Są chwile, kiedy muszę niejako sięgnąć głęboko do swojego wnętrza, odwołując się do siły, pewności siebie, pochodzenia, historii, doświadczenia i tak dalej, żeby wzmocnić swoje stanowisko w jakiejś sprawie”.

By temu zaradzić, jak dowiedziałyśmy się w trakcie posiłku, Lagarde starannie przygotowuje się na każdą ewentualność. A komu może się poskarżyć? Jednej z nielicznych kobiet dorównujących jej pozycją – kanclerz Niemiec.

„Rozmawiałyśmy o tym z Angelą Merkel – wyznała. – Odkryłyśmy, że obie mamy taki sam zwyczaj. Kiedy pracujemy nad daną kwestią, analizujemy dokumentację od deski do deski, pod kątem historycznym, genetycznym i geograficznym. Chcemy panować nad wszystkim całkowicie, chcemy wszystko rozumieć i nie dać się nikomu zwieść”.

Odsunęłyśmy na bok pyszny crème brûlée i przez chwilę dumałyśmy nad wizją d w ó c h kobiet zajmujących najwyższe stanowiska i wymieniających się zwierzeniami o potrzebie drobiazgowych przygotowań. Następnie Lagarde z własnej inicjatywy wspomniała o czymś, do czego większość mężczyzn nigdy by się nie przyznała: „Z jakiegoś powodu zakładamy, że nie osiągnęłyśmy poziomu wiedzy pozwalającego pojąć daną kwestię”.

„Oczywiście częściowo wynika to ze zbyt małej pewności siebie – zakończyła, wzruszając ramionami – to, że drobiazgowo się przygotowujesz i masz wszystko przećwiczone, upewniasz się, że wszystko zrozumiesz i nie popełnisz błędu”. Czy to stanowi problem? – zapytałyśmy. „Cóż, zabiera mnóstwo czasu!” – zażartowała.

Perfekcjonizm zajmuje wysoką pozycję na naszej wydłużającej się liście zabójców pewności siebie. Dlatego wiara we własne siły demonstrowana przez naszą idolkę zrobiła na nas wielkie wrażenie. Lecz zarazem Lagarde stanowiła sugestywny przykład tego, jak poważny jest to problem. (Jako wspólniczki w niedoli poczułyśmy przewrotną ulgę, że nie jesteśmy same. Skoro zdarza się zwątpić w siebie amazonkom sportu, nieugiętym absolwentkom akademii wojskowych i przedstawicielkom światowej finansjery, nic dziwnego, że problem ten dotyka nas, zwykłe śmiertelniczki). Lecz ogólnie rzecz biorąc, pomimo całej wrażliwości, Lagarde sprawiała wrażenie pewnej siebie – i to w sposób, który chciałyśmy naśladować, a owa sprzeczność zaprzątała nas przez wiele miesięcy.

Tamtego wieczoru, kiedy jadłyśmy z nią kolację, właśnie wróciła z dorocznej konferencji Światowego Forum Ekonomicznego w szwajcarskim Davos i wspominała ze śmiechem panel poświęcony ekonomicznym postępom kobiet, w którym wzięła udział wraz z innymi damskimi znakomitościami, między innymi ze swoją przyjaciółką Sheryl Sandberg.

„Zasiadłyśmy zatem z jednym jedynym rodzynkiem mężczyzną pośrodku. Biedak. Trochę się miotał, starał się rozpychać łokciami. My wykonywałyśmy polecenia moderatorki lub dawałyśmy jej sygnał, gdy chciałyśmy się włączyć do debaty. On miał to w nosie. Ignorował ją i odzywał się, kiedy chciał. W tamtym otoczeniu sprawiał wrażenie bardzo nieuprzejmego”.

Perfekcjonizm zajmuje wysoką pozycję na naszej wydłużającej się liście zabójców pewności siebie.

Ten incydent przypomniał jej, że kobiety podczas rywalizacji niekoniecznie muszą korzystać z męskiego podręcznika strategii.

„Biorąc pod uwagę, że ciekawiej jest być kobietą niż mężczyzną, czemu miałybyśmy to tłumić, zamiast być sobą z mocą i poczuciem własnej wartości? Zawsze powtarzam, że nie powinnyśmy naśladować chłopaków we wszystkim”.

Była to interesująca myśl, lecz doceniłyśmy ją w pełni znacznie później.

Dwadzieścia procent mniej

Kobiecy niedostatek pewności siebie to nie tylko osnowa zabawnych anegdot czy boleśnie znajomych scenariuszy. Coraz lepiej umiemy go zmierzyć i udokumentować. Instytut Przywództwa i Zarządzania (Institute of Leadership and Management) z Wielkiej Brytanii przeprowadził w 2011 roku sondaż, po prostu zadając Brytyjkom serię pytań, na ile pewnie czują się w swojej pracy[3]. Okazało się, że niezbyt. Połowa badanych zadeklarowała brak wiary w siebie w odniesieniu do osiągnięć zawodowych i kariery, gdy w wypadku respondentów mężczyzn była to mniej niż jedna trzecia.

Linda Babcock[4], profesorka ekonomii z Uniwersytetu Carnegie Mellon i autorka książki Women Don’t Ask [Kobiety nie proszą], stwierdziła podobny brak pewności siebie u Amerykanek – powodujący konkretne skutki. Badając studentów szkoły biznesu, odkryła, że mężczyźni inicjują negocjacje płacowe cztery razy częściej od kobiet i że kiedy kobiety się na to decydują, proszą o sumy trzydzieści procent niższe.

Profesorka Marilyn Davidson z angielskiej Manchesterskiej Szkoły Biznesu (Manchester Business School) twierdzi, że problem bierze się z braku pewności siebie oraz niewielkich oczekiwań[5]. Co roku pyta swoich studentów, ile spodziewają się zarabiać oraz na jakie wynagrodzenie będą zasługiwać pięć lat po ukończeniu studiów. „Robię to mniej więcej od siedmiu lat – powiedziała – i co roku zauważam ogromną różnicę w odpowiedziach mężczyzn i kobiet. Studenci o c z e k u j ą znacznie wyższych zarobków niż studentki, a gdy spojrzeć na sumy, na jakie swoim zdaniem z a s ł u g u j ą, różnica znów okazuje się kolosalna”. Przeciętnie, mówi, mężczyźni twierdzą, że należy się im osiemdziesiąt tysięcy dolarów rocznie, a kobiety – sześćdziesiąt cztery tysiące. Różnica wynosi szesnaście tysięcy dolarów.

Jako dziennikarki czujemy dreszczyk emocji na widok twardych danych, lecz jednocześnie ta wartość przeraża. Zastanówcie się przez chwilę. Ustalenia Davidson w istocie oznaczają, że kobiety uważają się za warte dwadzieścia procent mniej w porównaniu z tym, co sądzą o sobie mężczyźni.

Bardziej szczegółowe studium psychologów Davida Dunninga z Uniwersytetu Cornella i Joyce Ehrlinger z Uniwersytetu Waszyngtońskiego skupiało się na kontrowersyjnej kwestii kobiecej pewności siebie i kompetencji. W tamtym czasie Dunning i jego kolega z Uniwersytetu Cornella Justin Kruger właśnie kończyli swoją słynną pracę nad zjawiskiem nazwanym efektem Dunninga–Krugera – skłonnością niektórych ludzi do znaczącego przeceniania swoich umiejętności. (Im niższe kompetencje, tym wyższa ocena własnych zdolności. Zastanówcie się nad tym przez chwilę[6]. Ma to jakiś dziwaczny sens).

Dunning i Ehrlinger chcieli się zająć przede wszystkim kobietami oraz tym, jak wyobrażenia na temat własnych umiejętności wpływają na ich pewność siebie[7]. Dali do rozwiązania studentom uniwersytetu, mężczyznom i kobietom, popularny quiz wymagający myślenia naukowego. Wcześniej studenci mieli ocenić swoje uzdolnienia w tym kierunku. „Chcieliśmy się przekonać, czy odpowiedź na ogólne pytanie: «Czy jestem dobry w naukach ścisłych?», kształtuje nasze odczucia w kwestii, która powinna być całkiem odrębna: «Czy dobrze odpowiedziałem na dane pytanie?»” – wyjaśnia Ehrlinger. Pod względem zdolności naukowych kobiety oceniły się gorzej od mężczyzn. W skali od 1 do 10 przeciętnie dawały sobie 6,5 punktu, podczas gdy mężczyźni 7,6 punktu. Kiedy należało oszacować liczbę poprawnych odpowiedzi na pytania, kobiety spodziewały się uzyskać 5,8 punktu na 10, a mężczyźni 7,1 punktu. Jak wyglądały rzeczywiste wyniki? Średnia okazała się niemal identyczna – kobiety uzyskały 7,5 punktu na 10, a mężczyźni 7,9 punktu.

Na ostatnim etapie, chcąc określić realny wpływ autopercepcji, studentom – nadal nieznającym swoich wyników – zaproponowano udział w konkursie naukowym z nagrodami. Kobiety odmawiały znacznie częściej – zgłosiło się ich tylko 49 procent wobec 71 procent mężczyzn.

„Pozwoliło to pośrednio ocenić, czy kobiety są skłonne unikać pewnych sytuacji – wyjaśnia Ehrlinger. – Ponieważ ogólnie słabiej wierzą w swoje umiejętności, są mniej pewne siebie, choć w rzeczywistości dobrze sobie radzą z zadaniami polegającymi na rywalizacji. To z kolei sprawia, że nie chcą szukać dalszych okazji”. Innymi słowy, był to namacalny dowód na to, że brak pewności siebie powoduje w realnym świecie doniosłe konsekwencje.

Dane potwierdzają to, co instynktownie już wiemy. Inny przykład: zdajemy sobie sprawę, że większość kobiet odzywa się rzadziej, gdy są zdominowane liczebnie przez mężczyzn. Przychodzimy na zebranie, rozglądamy się po sali, a potem wybieramy miejsce z tyłu. Często zachowujemy swoje przemyślenia dla siebie, uznając je za mało odkrywcze. Po czym złościmy się na siebie, kiedy siedzący obok kolega błyska inteligencją, mówiąc dokładnie to, z czego my zrezygnowałyśmy.

Zespół uczonych z Uniwersytetu Princeton postanowił zmierzyć, o ile rzadziej kobiety zabierają głos. Ochotnikom obu płci podsunięto grę polegającą na rozplanowaniu budżetu. Badanie wykazało, że w niektórych sytuacjach kobiety będące w mniejszości[8] mówiły o siedemdziesiąt pięć procent mniej od mężczyzn. Naprawdę wierzymy, że nasze słowa są aż o tyle mniej warte? Czy też uważamy je za równie cenne, a tylko brak nam odwagi, by je z siebie wydobyć? Tak czy owak, przesadzamy ze skromnością. Co zaskakujące, jeśli mężczyzna znajdzie się w sali wypełnionej głównie przez kobiety, mówi tyle samo co zawsze.

Większość kobiet odzywa się rzadziej, gdy są zdominowane liczebnie przez mężczyzn.

„To niezwykle frustrujące, że zazwyczaj jesteśmy takie ciche – mówi Virginia Shore, główna kuratorka programu Sztuka w Ambasadach przy Departamencie Stanu (State Department’s Office of Art in Embassies) i czołowa ekspertka do spraw międzynarodowej sztuki współczesnej. – Zdecydowanie uważam się za pewną siebie. W swoim biurze jestem wojowniczką i czuję się bardzo swobodnie w świecie sztuki. Lecz kiedy opuszczam gabinet i udaję się na cotygodniową konferencję w Departamencie Stanu, to się zmienia diametralnie. Wokół stołu siedzą sami mężczyźni. Zwykle trzydziestu i może kilka kobiet”. Podniosło ją na duchu, kiedy usłyszała, że według badań tak wyglądające zebrania to rzecz powszechna.

 

Jeśli mężczyzna znajdzie się w sali wypełnionej głównie przez kobiety, mówi tyle samo co zawsze.

Brenda Major, psycholożka społeczna z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara, zaczęła analizować problem autopercepcji dziesiątki lat temu[9]. „Na początku, jako młoda nauczycielka akademicka, prowadziłam mnóstwo badań na temat płci kulturowej i opracowałam kwestionariusz, w którym pytałam mężczyzn i kobiety, jak sobie poradzą z różnego rodzaju zadaniami i sprawdzianami”. Odkryła, że mężczyźni konsekwentnie przeceniają swoje zdolności oraz późniejsze wyniki, kobiety zaś rutynowo nie doszacowują jednego i drugiego. Rzeczywiste wyniki obu płci nie różniły się pod względem jakościowym.

„To jeden z najbardziej niezmiennych wskaźników, jakie istnieją” – mówi Major o teście. Również dziś, jeśli chce zaproponować studentom badanie, którego wynik będzie całkowicie przewidywalny, wskazuje właśnie to.

Na przeciwnym końcu kraju identyczna sytuacja powtarza się codziennie na wykładach Victorii Brescoll ze Szkoły Zarządzania Uniwersytetu Yale (Yale School of Management). Studentów MBA kształci się specjalnie w taki sposób, by roztaczali aurę pewności siebie niezbędną we współczesnym świecie biznesu. Choć na podstawie osiąganych przez nich wyników Brescoll wie, że wszyscy są wybitnie inteligentni, z zaskoczeniem odkryła brak wiary we własne siły u płci pięknej.

„Wśród kobiet panuje coś w rodzaju naturalnego przekonania, że nie dostaną prestiżowej pracy, więc nie ma sensu próbować – wyjaśnia. – Albo też twierdzą, że nie są stuprocentowo kompetentne w danej dziedzinie, więc nie będą się o nią ubiegać”.

Studentki częściej się wycofują. „Ostatecznie trafiają do mniej rywalizacyjnych specjalności, jak zasoby ludzkie czy marketing, zamiast finansów, bankowości inwestycyjnej czy wyższych stanowisk na wydziale” – mówi Brescoll. Podobnie jak wiele naszych ekspertek cierpiała ona kiedyś na tę samą przypadłość – póki nie zmądrzała.

„Zawsze musiałam się trzy razy upewnić, że jestem naprawdę, naprawdę dobra – przyznaje. – Czułam, że nie wypadam dobrze, dopóki nie opublikowałam więcej artykułów w prestiżowych czasopismach niż koledzy. Lecz zarazem automatycznie zakładałam, że moje teksty nie będą dostatecznie dobre dla najlepszych czasopism, że powinnam celować odrobinę niżej”.

A mężczyźni?

„Sądzę, że to naprawdę frapujące – odpowiada ze śmiechem – ponieważ mężczyźni, angażując się w cokolwiek, po prostu zakładają, że są fantastyczni, z nastawieniem: «Kto by mnie nie chciał?»”.

Co naprawdę myślą mężczyźni?

Mniej więcej właśnie to: że są fantastyczni i „kto by mnie nie chciał?”. Brescoll ma słuszność. Większość mężczyzn, z którymi przeprowadziłyśmy wywiady, nie licząc naszych kolegów i przyjaciół, twierdzi, że poświęcają mniej czasu na roztrząsanie potencjalnych konsekwencji porażki.

David Rodriguez, wiceprezes działu zasobów ludzkich w Marriotcie, przez wiele lat był naszym guru w sprawach zarządzania. Zawodowo często musi występować publicznie, i to uwielbia. Kiedy wychodzi na scenę w ciemnym garniturze i czerwonym krawacie – korporacyjnym uniformie, którego surowość łagodzi uśmiechnięta twarz z dołeczkami – staje się odporny na wszelką krytykę z sali. Nie zastanawia się, czy to, co ma do powiedzenia, jest dostatecznie dobre ani czy nie pomylił paru linijek. Mówi sobie, że da znakomity występ, będzie dowcipny i zrobi wrażenie na szefach. „Po prostu wstaję z miejsca i urządzam przedstawienie – tłumaczy. – Sekret polega na tym, żeby się za wiele nie zastanawiać. – A jeśli sprawy rzeczywiście pójdą źle, zwyczajnie nic sobie z tego nie robi. – Nie rozpamiętuję tego; jak coś jest skończone, to jest skończone”. Takie nastawienie demonstruje większość mężczyzn, z którymi rozmawiałyśmy. Nawet jeśli brak im naturalnego talentu, mierzą się z wyzwaniami, dźwigając mniejszy balast.

Czy mężczyźni niekiedy w siebie wątpią? Oczywiście. Ale nie analizują wątpliwości z bolesną drobiazgowością i zdecydowanie nie pozwalają, by powstrzymały ich od działania, jak często bywa u kobiet.

Jeśli już, mają skłonność do przesadnej pewności siebie. Dowiedziałyśmy się z zaskoczeniem, że w większości wypadków robią to w najlepszej wierze. Nie starają się świadomie nikogo oszukać. W Szkole Biznesu Uniwersytetu Columbia (Columbia Business School) ukuto na to określenie: „szczera przesadna pewność siebie”, i odkryto, że mężczyźni przeciętnie przeszacowują swoje wyniki o trzydzieści procent[10].

Kiedy rozmawiając z mężczyznami na stanowiskach kierowniczych, którzy mają wśród podwładnych kobiety, wspominałyśmy o dysproporcji pewności siebie, reagowali oni z ogromną frustracją. Są przekonani, że brak wiary we własne siły to główna cecha hamująca ich koleżanki, lecz boją się o tym wspomnieć z obawy, by nie zabrzmiało to seksistowsko. Większość z nich nie doświadcza takiego uczucia, nie rozumieją go i nie umieją o nim rozmawiać.

Pewien starszy wspólnik z kancelarii opowiedział nam historię młodej prawniczki, niezwykle kompetentnej pod każdym względem prócz tego, że milczała na spotkaniach z klientami. Odniósł wrażenie, że kobieta jest zbyt niepewna siebie, by prowadzić ich sprawy. Nie wiedział jednak, jak poruszyć tę kwestię, nie obrażając koleżanki. W końcu doszedł do wniosku, że pewność siebie powinna stanowić oficjalny element oceny pracownika jako niezwykle ważny aspekt prowadzenia interesów.

David Rodriguez zgadza się, że pewność siebie, okazywana niekiedy w najsubtelniejszy sposób, może zadecydować o sukcesie zawodowym. Wśród kobiet na korporacyjnych szczytach, z którymi ma do czynienia, nie obserwuje jawnego braku wiary w siebie, bo panie zajmujące najwyższe stanowiska kierownicze w jego firmie są bardzo pewne swoich kompetencji. Niekiedy jednak zauważa coś, co nazywa „wahaniem”. „Istnieje większe prawdopodobieństwo, że kobieta zawaha się w kluczowej chwili – zasugerował. – Może dlatego, że często nie jest pewna, jakie będą kryteria oceny, a obawia się popełnić błąd. Jeśli pytam później: «Co się stało w tamtym momencie prezentacji?» – sprawia to wrażenie, jakby koleżanka stanęła na rozstaju dróg – odpowiada: «Nie potrafiłam wyczuć słuchaczy, jak zareagują. Nie mogłam się zdecydować, czy skręcić w prawo, czy w lewo»”.

Wahanie. Zapewne wyraża lęk przed porażką albo pragnienie, by wypaść idealnie. Może być skutkiem wyrobionych przez lata nawyków najlepszej uczennicy oraz poczucia, zwykle słusznego, dodaje Rodriguez, że kobiety naprawdę są oceniane według niejasnych i zmiennych kryteriów. Albo może tak działa kobiecy mózg uważnie oceniający emocje w sali. Bez względu na przyczynę takie wahanie ma swoje konsekwencje. Zdaniem Rodrigueza może ono wpłynąć na to, czyj pomysł zostanie zaakceptowany, a nawet na to, kto otrzyma awans.

Brzemię kobiecości jest tak uciążliwe, że wystarczy nas poprosić o podanie płci przed wypełnieniem testu matematycznego, by automatycznie pogorszyć nasze wyniki. Szczególnie ustalenia pewnego eksperymentu z Uniwersytetu Harvarda powaliły nas na łopatki. By zbadać wpływ „zagrożenia stereotypem”, jak się to określa, czterdziestu sześciu wysoce uzdolnionym studentkom, Amerykankom azjatyckiego pochodzenia, podsunięto trzy rodzaje kwestionariuszy skalibrowanych tak, by każdy odwoływał się do innego stereotypu[11]. Pierwszy uwypuklał stereotyp, że Azjaci są dobrzy z matematyki, drugi – że kobiety źle sobie radzą z tą dziedziną, a trzeci, użyty w grupie kontrolnej, był neutralny, nie aktywizował żadnego stereotypu. Po ich wypełnieniu wszystkie kobiety rozwiązały trudny test matematyczny. Te, którym przypomniano o ich azjatyckim pochodzeniu, odpowiedziały na 54 procent pytań. Panie z grupy kontrolnej podały przeciętnie 49 procent poprawnych odpowiedzi. Kobiety, którym przypomniano jedynie o ich płci, uzyskały najgorszy wynik, 43 procent właściwych odpowiedzi.

W zasadzie nawet nie musimy czytać o tym, że jesteśmy kiepskie z matematyki, by konsekwentnie dopasowywać się do stereotypu i osobiście rzucać sobie kłody pod nogi. Firma Hewlett-Packard przeprowadziła badanie w celu ustalenia, jak wciągnąć więcej kobiet na stanowiska kierownicze[12]. Liczby mówią wszystko: autorzy odkryli, że pracujące w H–P kobiety występowały o awans jedynie wtedy, gdy uznały, że posiadają sto procent kwalifikacji potrzebnych na danym stanowisku. Mężczyźni zgłaszali się radośnie, kiedy sądzili, że uda im się spełnić sześćdziesiąt procent wymagań. Krótko mówiąc, kobiety czują się pewne siebie wyłącznie, kiedy są doskonałe. Lub praktycznie doskonałe.

Nie w pełni wykwalifikowani i nie do końca przygotowani mężczyźni wykorzystują każdą okazję, tymczasem wiele kobiet o nadmiernych kwalifikacjach i aż nazbyt przygotowanych się waha. Dysproporcja pewności siebie niczym dodatkowa soczewka pozwala dostrzec, d l a c z e g o tak robią. Nawet jeśli jesteśmy gotowe znosić wewnętrzny zamęt, gdy mierzymy wysoko, nawet jeśli mamy wielkie ambicje – głęboko wątpimy w siebie.

Jeszcze bardziej wstydliwy sekret

Mroczne wątpliwości, które ukrywamy, a niekiedy wręcz w sobie podsycamy, muszą zostać wymazane. Pewność siebie nie jest już tylko przystawką, awansowała na danie główne.

Może wygodniej nam wierzyć, że ciężka praca, dbanie o każdy drobiazg oraz dążenie do perfekcji to elementy budulcowe kariery, przesadna pewność siebie zaś prowadzi do katastrofy. Lecz w większości wypadków jest wręcz przeciwnie.

Cameron Anderson, psycholog ze szkoły biznesu Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, poświęcił całą karierę badaniom nad pewnością siebie. W 2009 roku postanowił przeprowadzić eksperyment dla porównania względnej wagi tej cechy oraz kompetencji[13].

Wpadł na nowatorski pomysł. Rozdał grupie dwustu czterdziestu dwu studentów listę wydarzeń oraz postaci historycznych i poprosił, by zaznaczyli te, które rozpoznają. Spis zawierał starannie zakamuflowane fałszywki: występowali w nim królowa Shaddock oraz niejaki Galileo Lovano, jak też zdarzenie nazwane „ostatnią przejażdżką Murphy’ego”. Anderson odkrył zależność między liczbą nieistniejących postaci i zdarzeń wybranych przez studenta a nadmierną pewnością siebie. (Już sam fakt, że ktoś zaznacza fałszywkę, zamiast po prostu pominąć dany punkt, świadczył nie tylko o niskiej kompetencji, ale też o przekonaniu tej osoby, iż wie więcej niż w rzeczywistości). Pod koniec semestru Anderson poprosił grupę o wypełnienie ankiety. Studenci, którzy wybierali najwięcej fałszywek, uzyskali najwyższy status społeczny zdefiniowany przez Andersona jako szacunek, znacząca pozycja i wpływ, jakim dana jednostka cieszy się w opinii innych. W kategoriach środowiska pracy, jak wyjaśnia Anderson, wyższy status oznacza, że jest się bardziej podziwianym, chętniej słuchanym i ma się większy wpływ na dyskusje oraz decyzje w swojej organizacji. Zatem mniej kompetentni studenci skończyli jako najbardziej szanowani i mający największy wpływ na rówieśników.

Odkrycia Andersona są sprzeczne z panującymi przekonaniami i pod pewnymi względami przerażające. Pewność siebie liczy się bardziej od kompetencji? Nie chciałyśmy w to wierzyć i naciskałyśmy badacza, by znalazł inne wytłumaczenie. W głębi ducha wiedziałyśmy jednak, że obserwujemy to zjawisko od wielu lat. W każdej organizacji – od firmowych sal konferencyjnych po rady rodziców – niektórzy ludzie są bardziej podziwiani i chętniej słuchani. To oni na zebraniach przewodzą dyskusji i często narzucają jej wynik. Ich pomysły przebijają się wyżej. Osoby te niekoniecznie należą do najbardziej kompetentnych w danym gronie, po prostu mają najwięcej pewności siebie.

Bardziej niepokojące w odniesieniu do kobiet traktujących kompetencje jako klucz do sukcesu jest przekonanie Andersona, że rzeczywiste umiejętności prawie nie mają znaczenia. „Ludzie pewni siebie, którzy wierzą, że są w czymś dobrzy – niezależnie od tego, jak jest naprawdę – wysyłają wiele sygnałów niewerbalnych i werbalnych” – wyjaśniał. Wspomniał o ekspansywnej mowie ciała, niższym tembrze głosu oraz o skłonności do wypowiadania się na początku, często w spokojny, zrelaksowany sposób. „Robią mnóstwo rzeczy, dzięki którym wyglądają w oczach innych na bardzo pewnych siebie – dodał. – To, czy są dobrzy, w pewnym sensie się nie liczy”.

 

To właśnie pewność siebie podbija słuchaczy. Choć może nie zdajemy sobie z tego sprawy, wszyscy przywiązujemy do niej nadmierną wagę i szanujemy ludzi, którzy nią promieniują. Anderson jest przekonany, że to wyjaśnia, dlaczego ludzie mniej kompetentni awansują częściej od swoich lepiej przygotowanych kolegów. Co niezwykle irytujące, brak kompetencji niekoniecznie ma negatywne konsekwencje. (To wiele wyjaśnia, gdy chodzi o szkoły średnie). W wypadku studentów Andersona pewność siebie przy niedostatku umiejętności nie miała złych skutków. Jedynie przyniosła im podziw otoczenia i nagrodę w postaci wysokiego statusu. „Osoby o największej pewności siebie cieszyły się największą sympatią w grupie – stwierdził. – Ich nadmierna pewność siebie nie sprawiała wrażenia narcyzmu”.

I to jest sprawa kluczowa. Przesadna pewność siebie może być interpretowana również jako arogancja lub chełpliwość, lecz zdaniem Andersona jego studenci nie zrazili do siebie innych, ponieważ podobnie jak ich koledzy ze Szkoły Biznesu Uniwersytetu Columbia n i e u d a w a l i. Szczerze wierzyli, że są dobrzy, i to wewnętrzne przekonanie z nich promieniowało. Udawana pewność siebie, ciągnął Anderson, po prostu tak nie działa, ponieważ możemy zauważyć symptomy. Jeśli ktoś nie jest szczerze przekonany o swojej kompetencji, bez względu na to, jak wielką brawurę zademonstruje, zarejestrujemy nerwowe spojrzenia na boki, wyższy ton głosu i inne zdradzieckie objawy. Choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi, większość z nas posiada znakomity radar wykrywający ściemę i potrafimy dostrzec fałszywą pewność siebie z daleka.

Ludzie pewni siebie, którzy wierzą, że są w czymś dobrzy – niezależnie od tego, jak jest naprawdę – wysyłają wiele sygnałów niewerbalnych i werbalnych.

Zastanawiałyśmy się, być może ciut mściwie, czy w opinii Andersona nazbyt pewni siebie ludzie nie są zwyczajnie głupi. Czy w ogóle mają pojęcie, że ich wiara we własną genialność przewyższa umiejętności? Rzeczywiście mogą być mniej inteligentni, przyznał, lecz zarazem podkreślił, że w swoich badaniach skupia się na względnie łagodnych przypadkach przerostu pewności siebie. Nawet cieszący się popularnością pilot musi umieć wylądować. Jeśli rozziew między pewnością siebie a kompetencją staje się zbyt duży, nadmiar tej pierwszej istotnie staje się słabością i zagrożeniem. Nie jest to jednak kwestia, którą powinna się martwić większość kobiet.

Gdy już otrząsnęłyśmy się z uczucia, że badania Andersona sugerują, iż świat jest głęboko niesprawiedliwy, dostrzegłyśmy cenną lekcję: przez dziesiątki lat kobiety błędnie interpretowały prawa obowiązujące w profesjonalnej dżungli. Talent to nie tylko bycie kompetentnym, jego elementem jest też pewność siebie. Musisz ją posiadać, byś była dobra w tym, czym się zajmujesz.

Jak osiągnąć zen

Jeśli brak nam pewności siebie, nie odnosimy sukcesów, które powinny być naszym udziałem. Nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, jakie zadania mogłybyśmy wykonać, na jaki poziom się wspiąć ani jaką odczuwać satysfakcję. Nie wnosimy pełnego wkładu w system, który ogromnie potrzebuje kobiecego przywództwa.

Ta cecha daje jednak znacznie więcej. Często i niesprawiedliwie przypina jej się łatkę efekciarstwa, skupiania się wyłącznie na rywalizacji i pozorach sukcesu. Odkryłyśmy, że ma ona znacznie większy wpływ. Uczeni zaczynają w niej widzieć kluczowy element naszego dobrego samopoczucia i szczęścia, niezbędny do spełnionego życia. Bez niej nie osiągniesz flow, niemal euforycznego stanu, który psycholog Mihály Csikszentmihályi opisuje jako koncentrację doskonałą[14]; zestrojenie naszych umiejętności z czekającym zadaniem. Flow jest jak natchnienie sportowca; takiego mistrzostwa nie da się osiągnąć bez pewności siebie.

Odwiedziny w buddyjskim ośrodku medytacyjnym stanowiły bardzo pożądaną chwilę wytchnienia po hałaśliwych i budzących niepokój wizytach na arenach sportowych, w akademiach wojskowych i na uniwersyteckich salach wykładowych. Szukałyśmy wskazówek dotyczących tego, co poza zwycięstwami sportowymi i zyskiwaniem punktów u szefa pewność siebie może nam dać jako istotom społecznym, i liczyłyśmy, że znajdziemy je w bardziej uduchowionych kręgach.

Sharon Salzberg, czołowa ekspertka w dziedzinie buddyzmu, autorka wielu bestsellerów, między innymi Real Happiness at Work [Prawdziwe szczęście w pracy], i znajoma naszego znajomego, przyjechała do miasta poprowadzić sesję medytacyjną. Zastałyśmy ją na najwyższej kondygnacji czteropiętrowego budynku bez windy, w wykładanej drewnem sali wypełnionej ciepłem i światłem, gdzie nauczała o zaletach wewnętrznej równowagi. W pomieszczeniu zebrały się trzy tuziny głęboko skupionych uczniów, co błyskawicznie nas zachęciło, by na godzinę odłożyć wszystkie trudne pytania i rozluźnić mięśnie.

Nieco później Salzberg zajęła się sprawą, z którą przyszłyśmy, i powiedziała coś bardzo sensownego. „Myślę, że pewność siebie to sposób, w jaki podchodzimy do swojej sytuacji życiowej, nieważne, czy jest ona cudowna i wspaniała, czy też bardzo ciężka i trudna – podsunęła ze spokojnym uśmiechem. – Przypomina oddanie się czemuś całym sercem, gdy się nie hamujemy. Nie jesteśmy pofragmentowani, nie jesteśmy podzieleni. Po prostu wychodzimy naprzeciw temu, co się dzieje. Jest w tym energia. Myślę, że to właśnie pewność siebie. I na sto procent stanowi ona element poczucia spełnienia”. Urzekła nas idea pewności siebie jako podstawowej, pierwotnej energii. Była zaskakująca, ale pasowała. Uświadomiłyśmy sobie, że gromadzimy coraz więcej zbliżonych, choć różniących się opisów – „czysta akcja”, „oddanie całym sercem”, „energia”. Miałyśmy wrażenie, że popychają nas one w kierunku podstawowego pytania: czym właściwie jest pewność siebie? Doszłyśmy do wniosku, że zanim poświęcimy jej więcej czasu, starając się ją zobaczyć w akcji – badając, skąd się bierze, i wypytując, dlaczego kobiety mają jej tak mało – warto stworzyć jej formalną definicję.