Pewna siebie kobietaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Kiedy mężczyzna patrzy w lustro, wyobrażając sobie przyszłą karierę, widzi senatora. Żadna kobieta nie byłaby tak arogancka”. To rozbrajająco proste spostrzeżenie Marie Wilson, weteranki kobiecych ruchów politycznych, z wielu powodów stanowi punkt wyjścia naszych dociekań. Zabrzmiało dla nas bardzo prawdziwie, bo doskonale wyraża kobiecą powściągliwość i niepewność siebie. Mogłybyśmy je rozwinąć. Nawet kiedy z o s t a j e m y senatorkami lub prezeskami zarządu albo wybijamy się w innej dziedzinie, nie dostrzegamy w lustrze siebie i swoich triumfów. Kobiety, które wspięły się na godne pozazdroszczenia szczyty, nie zawsze potrafią wyzbyć się dręczącego uczucia, że zostaną zdemaskowane jako niekompetentne oszustki. A wrażenie to, zamiast maleć z kolejnymi sukcesami, często się nasila, im wyżej się wspinamy.

Rok przed wydaniem książki Włącz się do gry Sheryl Sandberg, dyrektorka do spraw operacyjnych Facebooka, przyznała: „nadal w niektóre dni budzę się, czując się jak oszustka, niepewna, czy powinnam się znajdować tu, gdzie jestem”. Podobnie my obie przez całe lata przypisywałyśmy własne sukcesy łutowi szczęścia lub, jak Blanche DuBois, życzliwości innych. Wcale nie chciałyśmy świadomie umniejszać swojej wartości – n a p r a w d ę w to wierzyłyśmy. Przecież czym miałybyśmy sobie zasłużyć na dotarcie tam, gdzie się znalazłyśmy?

Często nasza pewność siebie kurczy się według bardziej prozaicznego wzorca. Peggy McIntosh, socjolożka z instytutu Wellesley Centers for Women, szeroko opisująca zjawisko nazywane celnie syndromem oszusta, żywo zapamiętała konferencję, w której brała udział: „Na sesji plenarnej zabrało głos kolejno siedemnaście kobiet i cała siedemnastka zaczęła od przeprosin lub swoistego dementi. «Chciałam wspomnieć tylko o jednej sprawie», «Nigdy nie zastanawiałam się nad tym za wiele» albo «Naprawdę nie wiem, czy to precyzyjne». A była to konferencja o kobiecym p r z y w ó d z t w i e!”.

Dane są dość przygnębiające. W porównaniu z mężczyznami nie uważamy się za gotowe do awansu, przewidujemy, że wypadniemy gorzej w testach, a wiele z nas bez ogródek oświadcza badaczom, że po prostu nie czuje się pewnie w pracy.

Problem częściowo bierze się stąd, że nie rozumiemy zasad. Kobiety długo wierzyły, że jeśli będą pracować ciężej i nie będą sprawiać kłopotów, ich naturalne talenty zabłysną i zostaną nagrodzone. Po czym byłyśmy świadkami, jak mężczyźni z naszego otoczenia awansują szybciej i lepiej zarabiają. W głębi ducha wiedziałyśmy, że nie są od nas lepsi (często wręcz przeciwnie), lecz roztaczają aurę zadowolenia z siebie, dzięki której zostają zauważeni i nagrodzeni. Owo samozadowolenie, wiara we własne siły – to właśnie pewność siebie, a w każdym razie jej męska odmiana.

Forma, w jakiej pewność siebie manifestuje się u mężczyzn, jest przeważnie zupełnie nieatrakcyjna dla kobiet i wręcz im obca. Większość z nas nie czuje się swobodnie, gdy dominuje w rozmowie, szarogęsi się w sali konferencyjnej, przerywa innym lub trąbi o swoich osiągnięciach. Niektóre wypróbowywały tę taktykę na przestrzeni lat tylko po to, by ostatecznie stwierdzić, że to po prostu nie ich styl.

Kobiety długo wierzyły, że jeśli będą pracować ciężej i nie będą sprawiać kłopotów, ich naturalne talenty zostaną nagrodzone.

W tym miejscu powinnyśmy przerwać i przyznać, że wypowiadając się o kobietach en masse, nadmiernie upraszczamy. Niektóre z nas już to wszystko wiedzą, inne, oczywiście, nie rozpoznają siebie na tych stronach. Jako płeć w żadnym razie nie stanowimy monolitu. Kwestia ta jest jednak tak doniosła dla większości kobiet – bez względu na typ osobowości, pochodzenie etniczne i religijne czy poziom dochodów – że mamy nadzieję, iż wybaczycie nam, jeśli niekiedy będziemy uogólniać, zamiast nieustannie zatrzymywać się nad subtelnościami. Jesteśmy zdecydowane zarzucić sieć możliwie szeroko i głęboko, ponieważ temat na to zasługuje.

Stawka jest zbyt wysoka, by rezygnować z budowania pewności siebie tylko dlatego, że nie odpowiada nam jej dominujący męski model albo że rzeczywistość nie wygląda różowo. Marnujemy zbyt wiele szans. Po drobiazgowej analizie prac naukowych i przejrzeniu transkryptów wywiadów doszłyśmy do wniosku, że potrzebny nam szczegółowy program, jak zbudować pewność siebie; instrukcja, jeśli wolicie, która wskaże nam właściwy kierunek.

Pomyślcie o kobietach takich jak nasza przyjaciółka Vanessa, znakomita fundraiserka w pewnej organizacji non profit. Niedawno została wezwana przez prezesa na doroczną rozmowę. Pozyskała dla firmy mnóstwo pieniędzy, spodziewała się więc gorących gratulacji. Tymczasem szef brutalnie sprowadził ją na ziemię. Owszem, dobrze sobie radzi ze zbieraniem funduszy, ale jeśli poważnie myśli o zostaniu kierowniczką, nie może unikać podejmowania decyzji. „Nieważne, czy będą słuszne – ciągnął. – Twój zespół po prostu musi wiedzieć, że umiesz podjąć decyzję i się jej trzymać”. Vanessa nie wierzyła własnym uszom. „Nieważne, czy będą słuszne”? Brzmiało to dla niej jak bluźnierstwo.

A mimo to zrozumiała, że szef ma rację. Tak się skupiła na dążeniu do doskonałości i właściwym postępowaniu, że unikała stanowczych rozstrzygnięć, szczególnie gdy należało działać szybko. Tak jak bardzo wiele kobiet Vanessa jest perfekcjonistką, lecz próby sięgnięcia ideału i czternastogodzinne dniówki nie były tym, czego naprawdę potrzebował jej zespół. Co gorsza, jej nawyki uniemożliwiały podjęcie szybkiej akcji, gdy było to konieczne.

Jeśli – jak my to zrobiłyśmy – poprosić uczonych i akademików o zdefiniowanie optymizmu, otrzymamy w miarę spójne odpowiedzi. To samo dotyczy poczucia szczęścia i wielu podstawowych cech psychologicznych – rozkładano je na czynniki pierwsze i analizowano tyle razy i od tak dawna, że dysponujemy dziś mnóstwem praktycznych porad, jak je pielęgnować u siebie i innych. Okazuje się, że nie dotyczy to pewności siebie. Pozostaje ona zdecydowanie bardziej tajemnicza, a nasze ustalenia na jej temat daleko odbiegają od tego, czego oczekiwałyśmy, zaczynając zgłębiać jej naturę.

Przede wszystkim istnieje różnica między nią a brawurą. Uświadomiłyśmy też sobie, że pewność siebie nie kryje się jedynie w umyśle ani też nie powstaje dzięki ćwiczeniom wzmacniającym poczucie własnej wartości. Co jednak chyba najbardziej uderzające, odkryłyśmy, że sukces jest z nią skorelowany silniej niż z kompetencjami. Owszem, istnieją na to dowody: jeśli chcesz się wybić, pewność siebie jest w a ż n i e j s z a od umiejętności. Ta informacja szczególnie wytrąciła nas z równowagi, jako że przez całe życie starałyśmy się rozwijać kompetencje.

Kolejnym niepokojącym odkryciem jest to, że niektórzy z nas po prostu rodzą się pewniejsi siebie od innych. Jak się okazuje, jest to częściowo cecha genetyczna. Zrobiłyśmy sobie testy, by sprawdzić, jak wypadamy pod tym względem. Wyniki zdradzimy wam później, na razie dość powiedzieć, że nas zaskoczyły. Odkryłyśmy też, że męskie i kobiece mózgi naprawdę działają odmiennie i że wpływa to na naszą wiarę we własne siły. Owszem, brzmi to kontrowersyjnie. I tak, to prawda.

Lecz pewność siebie tylko po części jest nauką. Częściowo to sztuka. A to, w jaki sposób przeżywamy swoje życie, z biegiem czasu wywiera zdumiewająco duży wpływ na jej początkowy poziom. Najnowsze badania wskazują, że w każdym wieku możemy dosłownie zmienić własny mózg, wpływając na swój sposób myślenia i zachowanie. Zatem, na szczęście, pewność siebie w znacznym stopniu, jak to nazywają psycholodzy, ma charakter w o l i c j o n a l n y: zależy od naszej decyzji. Każdy, jeśli pilnie się przyłoży, może ją zwiększyć. Lecz osiągniemy cel, tylko jeśli przestaniemy dążyć do doskonałości i otworzymy się na możliwość porażki.

To zjawisko, określane przez uczonych mianem plastyczności, my nazywamy nadzieją. Jeśli zadasz sobie trochę trudu, możesz sprawić, że architektura twojego mózgu naprawdę zacznie w większym stopniu sprzyjać pewności siebie. A wiemy o kobietach jedno: nigdy nie bały się ciężkiej pracy.

Jako dziennikarki miałyśmy wielkie szczęście – podczas szukania gorących tematów mogłyśmy zajrzeć za kulisy władzy, więc widziałyśmy, jakie możliwości otwiera przed ludźmi pewność siebie. Zauważyłyśmy, że niektórzy mierzą wysoko, po prostu zakładając, że odniosą sukces, podczas gdy inni ten sam czas i energię poświęcają na długie rozmyślania o tym, dlaczego im się nie uda. Jako matki obserwowałyśmy efekty pewności siebie u własnych pociech. Spotykamy dzieci, które nie boją się wypowiadać i ryzykować, przy okazji ucząc się i gromadząc doświadczenia na przyszłość. I widujemy maluchy, które wycofują się w obawie przed jakąś nieokreśloną, niezasłużoną karą.

Osiągniemy cel, tylko jeśli przestaniemy dążyć do doskonałości i otworzymy się na możliwość porażki.

A jako kobiety dzięki temu projektowi szczególnie mocno mogłyśmy o d c z u ć, jak doniosłą rolę odgrywa pewność siebie w życiu zawodowym i osobistym. W istocie odkryłyśmy, że jej najbardziej znaczącą miarą nie są osiągnięcia. Fakt, że po prostu ją mamy i robimy z niej dobry użytek, dostarcza nam szczególnego poczucia spełnienia. Jedna z uczonych, z którymi rozmawiałyśmy, opisała swoje sporadyczne kontakty z pewnością siebie w szczególnie sugestywny sposób: „Mam wrażenie niesamowitej harmonii ze światem, niczym klucz pasujący do zamka – powiedziała. – Mogę odnosić sukcesy. I czuję więź z innymi”. Życie osoby pewnej siebie jest wspaniałym doświadczeniem.


Jeszcze zanim znalazłyśmy właściwe drzwi, usłyszałyśmy (i poczułyśmy) ciężkie kroki, głuche uderzenia i wywarkiwane wskazówki niosące się echem po korytarzach. Znajdowałyśmy się w trzewiach Verizon Center, gigantycznego kompleksu sportowego w Waszyngtonie, gdzie szukałyśmy esencji pewności siebie. Chciałyśmy zobaczyć ją w akcji, na boisku koszykówki, gdzie – jak sądziłyśmy – będzie wolna od uciążliwości życia codziennego i walki płci, sprowadzona do swojej czystej postaci. Pragnęłyśmy objawienia, przykładu tak jednoznacznego i uderzającego, by wstrząsnął GPS-em naszej kobiecej psychiki, krzycząc: „Tędy droga! Tak wygląda wasz cel! Do tego zmierzacie!”.

 

Był to pierwszy trening Washington Mystics przed sezonem 2013 i tym, co od razu rzuciło nam się w oczy po wejściu do surowej sali ćwiczeń w podziemiu, były mocne sylwetki kobiet. Nie chodzi o to, że mierzyły przeciętnie ponad metr osiemdziesiąt i miały ramiona, o jakich my mogłyśmy tylko pomarzyć. Roztaczały władczą aurę osób świadomych, że uprawiają jedną z najbardziej agresywnych i najtrudniejszych dziedzin profesjonalnego sportu dostępnych dla kobiet.

Wytropić czystą pewność siebie nie jest łatwo. Oglądałyśmy ją w wielu wcieleniach w salach konferencyjnych, gabinetach polityków i halach fabrycznych. Często jednak wydawała się ulotna lub wypaczona przez społeczny dyktat. Niekiedy po prostu wyczuwało się fałsz; starannie wyreżyserowane przedstawienie maskujące głębokie pokłady zwątpienia w siebie. Wykombinowałyśmy, że w sporcie powinno być inaczej. Nie da się symulować pewności siebie na lśniącym parkiecie profesjonalnego boiska do koszykówki mierzącego dwadzieścia osiem na piętnaście metrów. Żeby wygrać, musisz w siebie wierzyć. Żadnych wątpliwości, żadnych wahań, żadnych rozterek. Jak we wszystkich czołowych dziedzinach sportu doskonałość mierzy się, zapisuje i ocenia z wielką dokładnością. A przy założeniu, że zostały spełnione podstawowe warunki fizyczne, głównym elementem sukcesu w sportach opartych na bezpośredniej rywalizacji jest pewność siebie. Wielu psychologów sportu zaświadcza o jej decydującej roli. W przeciwnym razie, gdyby jej niedostatek nie stanowił problemu, nie byliby potrzebni psycholodzy sportu, prawda?

Dlatego wiedziałyśmy, że kobieca koszykówka będzie dla nas idealnym laboratorium. Co więcej, na tej konkretnej szalce Petriego jako jednym z niewielu miejsc można obserwować dorosłe kobiety współdziałające ze sobą w praktycznie całkowitej izolacji od mężczyzn, co eliminuje główny bloker pewności siebie.

Tego ranka na parkiecie było mnóstwo akcji i zaangażowania. Mystics zamierzały odzyskać pozycję po dwóch najgorszych sezonach w siedemnastoletniej historii WNBA. Obserwowałyśmy przede wszystkim dwie zawodniczki. Monique Currie, czyli Mo, jak ją nazywają koleżanki z drużyny, to rodowita mieszkanka Waszyngtonu – sportowy fenomen w szkole średniej, a następnie na Uniwersytecie Duke’a. Jest najlepszą skrzydłową drużyny i najtwardszą zawodniczką, jaką widziałyśmy. Nawet jak na swój wzrost (metr osiemdziesiąt) ma imponująco szerokie ramiona, które napinały się z determinacją, kiedy raz po raz atakowała kosz.

Mierząca metr osiemdziesiąt pięć Crystal Langhorne zajmuje pozycję silnej skrzydłowej. Kiedy chodziła do szkoły średniej, jej pobożnego ojca trzeba było przekonywać, by pozwolił córce grać mecze w niedziele. Jako profesjonalistka z przeciętnej nowicjuszki zmieniła się w zawodniczkę drużyny gwiazd z lukratywnym kontraktem na reklamę marki Under Armour. Z ciemnymi włosami spiętymi białą opaską szybowała w stronę kosza, wykonując rzuty z niewzruszonym spokojem.

Już po kilku chwilach doszło do zażartej potyczki i oto ją miałyśmy: gwałtowną akcję, która zrodziła serię olśniewających, idealnie zgranych podań, sprytnych zwodów i trzypunktowych rzutów. Imponujący pokaz zręczności i siły.

Pewność siebie to czyste działanie zrodzone przez umysł wolny od wahań. Tak ją definiuje jeden z naszych ekspertów. I właśnie to widziałyśmy przed momentem na boisku, pomyślałyśmy z satysfakcją.

Tymczasem po treningu odkryłyśmy coś innego. Gdy usiadłyśmy, by porozmawiać z Monique i Crystal, nasza idealna wizja straciła ostrość pod wpływem licznych wątpliwości i sprzeczności. Nawet tutaj, w WNBA, bariery pewności siebie nie zostały do końca przełamane.

Pozbawione tła w postaci parkietu i eleganckich sportowych strojów Monique i Crystal wyglądały jakoś mniej przytłaczająco. Teraz były po prostu wyjątkowo wysokimi, atrakcyjnymi młodymi kobietami, które wyraźnie zmęczone z ulgą zapadły się w pluszowe fotele w saloniku VIP-ów. Monique, która przebrała się w obcisłą dżinsową kurtkę oraz T-shirt, od razu, emocjonalnie i z zaangażowaniem, podjęła temat pewności siebie. Odniosłyśmy wrażenie, że jest to częsty przedmiot dyskusji.

„Czasem jako zawodniczki miewamy kłopot z pewnością siebie – oświadczyła – bo może nie wszystko idzie dobrze, bo myślisz, że nie grasz tak dobrze, jak byś mogła. Ale żeby grać na tym poziomie, musisz wierzyć w swoje możliwości, musisz wierzyć w swój talent”.

Crystal kiwała głową, twarz miała częściowo przysłoniętą bejsbolówką Yankees. Potem włączyła się do rozmowy, stwierdzając, że w wypadku zawodniczek istnieje mnóstwo czynników podważających pewność siebie, które zdają się nie dotyczyć mężczyzn. „Powiedzmy, że miałam gorszy mecz – zasugerowała. – Pomyślę: «Och, kurczę, przegrałyśmy», i będę czuła, że naprawdę chciałam pomóc drużynie i wygrać dla kibiców. A facet, jeśli wypadnie słabo, pomyśli: «Poszło mi gorzej». Szybciej otrząśnie się po porażce”.

W rozmowie z Crystal i Monique uderzyło nas to, że w każdej ich wypowiedzi pojawiała się wzmianka o facetach, zanim w ogóle o nich zapytałyśmy. A Washington Mystics nawet nie rywalizują z nimi bezpośrednio. Prawdę mówiąc, ich frustracje brzmiały tak znajomo, jak gdybyśmy odbywały pogawędkę z kobietami ze swojej branży. Dlaczego mężczyźni zwykle zakładają, że są wspaniali? Dlaczego błędy i lekceważące uwagi po prostu po nich spływają?

„Na boisku trudno powiedzieć niektóre rzeczy albo zagrać brutalniej – stwierdziła Crystal – bo kobiety poczują się zranione. Nasza asystentka trenera twierdzi, że faceci po prostu obrzucają się wyzwiskami i zapominają o sprawie”.

„Ja nie – zauważyła Monique z łobuzerskim uśmieszkiem. – Ja jestem wredną zawodniczką”.

„Mo jest inna, bardziej przypomina facetów – przytaknęła Crystal ze śmiechem. – Możesz jej coś powiedzieć, a ona się nie przejmie. Potrafi wrzasnąć. Gram z nią jakiś czas, więc ją znam”.

A jednak nawet Monique przewróciła oczami, kiedy spytałam, czy rzeczywiście ma tak duże zasoby pewności siebie jak faceci. „Jak faceci? – odparła lekko zaskoczonym, poirytowanym tonem, który z czasem nauczyłyśmy się rozpoznawać. – W składzie mają może trzynastu, piętnastu zawodników, ale odnoszę wrażenie, że każdy z nich, do ostatniego siedzącego na ławce, który nie wyszedł na boisko nawet na minutę, ma pewność siebie i ego tak wielkie jak supergwiazda drużyny. – Uśmiechnęła się, pokręciła głową i podjęła: – Kobiety są inne. Jeśli nie grasz albo nie cieszysz się opinią jednej z lepszych zawodniczek w zespole, moim zdaniem mocno podważa to twoją pewność siebie”.

Intrygowało nas, co sądzi o tym wszystkim trener Mystics, którego widziałyśmy podczas treningu. Wystrojony w granatową koszulkę polo z logo drużyny Mike Thibault, piętnaście centymetrów niższy i dwa razy starszy od większości zawodniczek, był jednym z nielicznych mężczyzn na boisku. Legendarny trener WNBA, który zapewnił konkurencyjnej drużynie Connecticut Sun całe lata zwycięstw, przybył niedawno do Waszyngtonu z misją, by odmienić losy Washington Mystics. Miał wyjątkowe kompetencje, by wypowiadać się na temat pewności siebie u sportowców obu płci, ponieważ trenował obie grupy. Jako skaut NBA pomógł zrekrutować Michaela Jordana. Był asystentem trenera Los Angeles Lakers, ostatnich dziesięć lat zaś poświęcił na trenowanie kobiet. Według niego największe problemy psychologiczne jego żeńskich podopiecznych to skłonność do rozpamiętywania porażek i błędów oraz nieumiejętność odcięcia się od świata zewnętrznego, mające bezpośredni wpływ na wyniki oraz pewność siebie na boisku.

„Zapewne istnieje różnica między byciem wobec siebie twardym a przesadnie krytycznym – stwierdził. – Najlepsi zawodnicy mężczyźni, jakich trenowałem, czy mówimy o Jordanie, czy o jemu podobnych, są dla siebie surowi. Nieustannie zmuszają się do wysiłku. Ale też potrafią szybciej się restartować. Nie pozwalają, by niepowodzenia długo ich hamowały. A kobiety tak”.

„To dla mnie bardzo trudne, bo czasem analizuję różne rzeczy dłużej, niż powinnam – zgodziła się Mo. – Potrafię sobie wypominać niecelny rzut, chociaż się starałam – ale to i tak postęp, że mówię: «Okej, zapomnij o tamtej grze – skup się na następnym meczu». Choć mam trzydziestkę i od ośmiu sezonów jestem w WNBA, to wciąż coś, nad czym muszę pracować”.

„Wydaje mi się, że kobiety ciągle starają się zadowolić innych – westchnęła Crystal. – Mam wrażenie, że to mi się przytrafiło w zeszłym roku podczas gry. To mój problem, czasami po prostu chcę uszczęśliwić ludzi”.

Mo wzruszyła ramionami.

Mężczyźni nie pozwalają, by niepowodzenia długo ich hamowały. A kobiety tak.

„Jeśli masz takie męskie nastawienie, masz w sobie tego rodzaju chełpliwość i pewność siebie, grasz lepiej”.

Szczerze mówiąc, spodziewałyśmy się usłyszeć zupełnie coś innego. Jakie to... n i e f a j n e, że nawet w idealnym światku gwiazd kobiecej koszykówki z naszych wyobrażeń esencja pewności siebie pozostawała zagadką – a w każdym razie była podgryzana przez te same, dobrze znane siły. Monique i Crystal wydawały się tak... doskonale pewne siebie tam, na boisku. Lecz starczyła półgodzinna rozmowa z nimi, byśmy odkryły nadmierne rozpamiętywanie, potrzebę zadowalania innych i nieumiejętność puszczenia w niepamięć porażek – trzy cechy, jak już zrozumiałyśmy, figurujące na czarnej liście pewności siebie.

Skoro czystej pewności siebie nie da się znaleźć w sporcie zawodowym, to gdzie? Postanowiłyśmy zapuścić się w dziedzinę, w której kobiety rutynowo działają poza strefą komfortu i bezpośrednio rywalizują z mężczyznami.

Oficer Michaela Bilotta niedawno ukończyła z wyróżnieniem amerykańską Akademię Marynarki Wojennej w Annapolis i jako jedna z czternastu osób ze swojego rocznika trafiła do prestiżowej Jednostki Saperskiej (Explosive Ordnance Disposal, EOD). EOD odpowiada za dostarczanie i dezaktywację broni chemicznej, biologicznej oraz nuklearnej w strefach konfliktu, a jej członkowie rutynowo towarzyszą Specjalnym Siłom Operacyjnym (Special Operation Forces, SOF). Żeby zostać wybranym, trzeba należeć do najlepszych. Kiedy pogratulowałyśmy Bilotcie nowego stanowiska, natychmiast zbagatelizowała sprawę, nazywając to „częściowym przypadkiem”. Zwróciłyśmy jej uwagę, że właśnie mimowolnie wyparła się swoich osiągnięć. Odpowiedziała półuśmiechem.

„Myślę, że potrzebowałam zdecydowanie więcej czasu od innych, by uznać, że na to zasłużyłam – przyznała. – Chociaż potrafię spojrzeć z dystansu i pomyśleć: zrobiłaś wszystko, co trzeba, i zapracowałaś na swoją pozycję. – Przerwała. Siedziałyśmy w piwnicy w domu jej rodziców. Jak zauważyłyśmy, pomieszczenie po sufit wypełniały sprzęt sportowy, trofea i odznaki akademickie, słowem – pamiątki po wychowaniu pięciu zdeterminowanych dziewczynek. Żadnych śladów sugerujących, że w dzieciństwie niedostatecznie wspierano ich wiarę w siebie. – Po prostu w to wątpiłam – dodała Bilotta, kręcąc głową. – Zastanawiałam się: «Jak do tego doszło? Miałam wielkie szczęście»”.

Szczęście. Czy istnieje coś odleglejszego od szczęścia niż sprostanie jasno zdefiniowanym, obiektywnie mierzonym wymogom fizycznym, psychicznym i intelektualnym, jakie wojsko stawia komuś takiemu jak Michaela Bilotta? Jakim cudem nie potrafiła dostrzec, że jej osiągnięcia to nie zwykły fart?

Naturalnie wiemy doskonale, co czuje. My też byłyśmy mistrzyniami w przypisywaniu własnych sukcesów kaprysom losu. Katty do dziś żyje w przekonaniu, że zawdzięcza swoją pozycję w amerykańskim życiu publicznym brytyjskiemu akcentowi, w jej opinii dodającemu jej kilka punktów IQ za każdym razem, gdy otwiera usta. Claire przez całe lata odpowiadała, że „po prostu miała szczęście” – znalazła się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie – gdy pytano ją, jak w wieku dwudziestu kilku lat została korespondentką CNN relacjonującą z Moskwy upadek komunizmu.

„Przez wiele lat szczerze wierzyłam, że to b y ł o tylko szczęście. Nawet pisząc dzisiaj, muszę walczyć z tym przekonaniem. Dopiero niedawno zrozumiałam, że odmawiając sobie zasług za własne osiągnięcia, nie budowałam pewności siebie niezbędnej na k o l e j n y c h etapach kariery – przyznaje. – Dosłownie się trzęsłam, kiedy musiałam wrócić do Waszyngtonu i nadawać relacje z Białego Domu. W tamtym czasie myślałam w duchu: «Nigdy się nie nauczę relacjonować polityki. Nic o niej nie wiem»”. Przejęta i niepewna, czy stanie na wysokości zadania, powinna oprzeć się na tym, czego dokonała wcześniej, co dodałoby jej psychicznej energii.

 

Im gruntowniej badałyśmy teren w poszukiwaniu zakątków, gdzie pewność siebie pleni się bujnie, tym więcej napotykałyśmy dowodów jej niedostatku. Dysproporcja pewności siebie niczym rozpadlina biegnie przez wszystkie zawody, poziomy dochodów i pokolenia, przybierając rozmaitą postać i ujawniając się w miejscach, gdzie najmniej byśmy się jej spodziewali.

Podczas moderowanej przez nas konferencji w Departamencie Stanu była amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton otwarcie mówiła o lęku, jaki ją ogarnął, kiedy w 2000 roku postanowiła kandydować do Senatu – mimo ośmiu lat w roli pierwszej damy, dekad w roli małżonki polityka i udanej kariery prawniczej. „Trudno przyjąć publiczną porażkę. Uświadomiłam sobie, że boję się przegrać – przyznała. To nas zaskoczyło. – W końcu – dodała – zmobilizował mnie trener żeńskiej drużyny koszykówki ze szkoły średniej, mówiąc: «Jasne, możesz przegrać. I co z tego? Odważ się stanąć do walki. Odważ się rywalizować»”.

Elaine Chao się odważyła. Została pierwszą Amerykanką chińskiego pochodzenia na stanowisku sekretarza w gabinecie prezydenta[1]. Przez osiem lat piastowała funkcję sekretarza pracy w administracji George’a W. Busha, była jedynym członkiem gabinetu towarzyszącym głowie państwa przez cały okres jego rządów. Jej przeszłość raczej nie zapowiadała tak zawrotnej kariery. Chao urodziła się na Tajwanie, jako ośmiolatka przypłynęła do Stanów Zjednoczonych na pokładzie frachtowca po tym, jak jej ojciec ostatecznie zdołał uskładać dość pieniędzy na opłacenie biletu. Historię jej kariery czyta się jak klasyczną powieść o ciężkiej pracy, podejmowaniu ryzyka i niezachwianej pewności siebie.

Kiedy jednak zapytałyśmy, czy przez lata urzędowania zdarzało jej się zwątpić w swoje umiejętności, odpowiedziała cudownie szczerze i zabawnie. „Nieustannie – odparła. – Żartujecie? Jestem Amerykanką azjatyckiego pochodzenia. Bałam się, że w gazetach pojawią się wielkie, krzyczące nagłówki: «Elaine Chao poniosła klęskę i zhańbiła cały swój ród»”.

Uznałyśmy optymistycznie, że młodsze pokolenie będzie miało do opowiedzenia zupełnie inne historie. Lecz okazały się one niesamowicie podobne. Jak choćby Clara Shih: trudno sobie wyobrazić przedstawicielkę pokolenia Y, która odniosła większe sukcesy. Trzydziestojednoletnia przedsiębiorczyni z branży technologicznej w 2010 roku założyła zajmującą się mediami społecznościowymi firmę Hearsay Social, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Shih jako zaledwie dwudziestodziewięciolatka weszła do zarządu Starbucksa. Jest jedną z nielicznych kobiet na stanowisku kierowniczym we wciąż techno-maczystowskim świecie Doliny Krzemowej. Choć nie pozwoliła, by kobiecy niedostatek pewności siebie stanął jej na drodze do licznych imponujących osiągnięć, nawet ona przyznaje, że stanowił przeszkodę. „Informatyka na Uniwersytecie Stanforda wydawała mi się bardzo trudna. Naprawdę musiałam ciężko pracować, szczególnie na zajęciach zaawansowanych – wyznała. – Ale z jakiegoś powodu byłam przekonana, że inni uważają ją za łatwą. Chwilami czułam się jak oszustka”. Zastanawiała się nawet, czy nie zrezygnować i nie wybrać łatwiejszego kierunku. W dniu rozdania dyplomów ze zdumieniem odkryła, że uzyskała pierwszą lokatę na roku.

„Zrozumiałam, że przez cały czas zasługiwałam na to, by tam studiować, a wielu geeków, którzy dużo gadali, niekoniecznie było inteligentniejszych”.

Napady zwątpienia w siebie, którym wszystkie ulegamy, to strata czasu i energii. Dlaczego to sobie robimy?

Tia Cudahy, prawniczka z Waszyngtonu, która zawsze wydaje się spokojna, pełna optymizmu i panująca nad wszystkim, opowiedziała, jak niedawno weszła w spółkę z kolegą, by zająć się doradztwem zewnętrznym, o czym marzyła od dawna. Patrzcie i podziwiajcie: z miejsca otrzymali zlecenie. „Ale w duchu natychmiast skupiłam się na tym, czego nie umiem – w jakich kwestiach związanych ze sprawą czuję się niekompetentna” – wspomina. Mało brakowało, by zrezygnowała, ale zdołała pokonać wątpliwości.

Całe szczęście, że rozmawiałyśmy z Tią przy drinkach, więc mogłyśmy się przynajmniej roześmiać – gdy już westchnęłyśmy ze zrozumieniem. Napady zwątpienia w siebie, którym wszystkie ulegamy, to strata czasu i energii. Dlaczego to sobie robimy?

Pewność siebie serwowana z crème brûlée

Srebrnowłosa, mierząca metr osiemdziesiąt dama w wytwornej sukni z ciemnego tweedu, emanująca pewnością siebie i niewątpliwym szykiem, sunęła ku nam przez restaurację w Waszyngtonie. Kiedy mijała stoliki w eleganckim lokalu, goście oglądali się za nią, rozpoznając jedną z najpotężniejszych kobiet świata. Christine Lagarde zarządza Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW) – zrzeszającą sto dziewięćdziesiąt krajów organizacją, której misją są stabilizacja światowego systemu finansowego, udzielanie pożyczek wybranym państwom oraz wymuszanie reform tam, gdzie to konieczne. Krótko mówiąc, Christine nie narzeka na brak zajęć.

Odkąd wymyśliłyśmy nasz projekt, wyobrażałyśmy ją sobie jako jedną z najlepszych przewodniczek przez ostępy pewności siebie. Zdobyła silną pozycję w niemal wyłącznie męskim klubie gigantów globalnej finansjery i wykorzystuje swoje budzące respekt stanowisko, by nakłaniać firmy oraz przywódców państw do wpuszczania kobiet na szczyty – nie dlatego, że to politycznie poprawne, tylko dlatego, że uważa to za korzystne dla światowej gospodarki. Posługuje się tym samym argumentem, którego użyłyśmy w Womenomics – różnorodność korzystnie wpływa na bilans.

Obecną posadę otrzymała, gdy jako francuska ministra finansów pomagała zapobiec globalnej katastrofie finansowej po odkryciu, że jej poprzednik w MFW, Dominique Strauss-Kahn – figurujący zarazem na krótkiej liście kandydatów na prezydenta Francji – regularnie zdradzał swoją olśniewającą i odnoszącą sukcesy żonę. Można by sądzić, że takie referencje zwiększą jego szanse na objęcie tego urzędu. Uganianie się za kobietami łączyło się jednak z oskarżeniami o próbę gwałtu na pokojówce hotelowej oraz na dziennikarce. Ostatecznie sprawę pokojówki umorzono, lecz skandal trafił na pierwsze strony gazet w Stanach Zjednoczonych i wzbudził oburzenie również po drugiej stronie Atlantyku[2]. Jak się okazuje, we Francji istnieją nieprzekraczalne granice także w sprawach seksu.

Lagarde uznano za najlepszą kandydatkę, by zaprowadzić porządek. Dzięki swojej broni – racjonalnemu, pojednawczemu stylowi i zdrowemu rozsądkowi – zdołała załagodzić napędzany testosteronem międzynarodowy kryzys ekonomiczny oraz okiełznać politykę wewnętrzną MFW.

Kiedy spotkałyśmy się z nią osobiście, uderzyły nas jej królewska postawa i szyk oraz okalające jej twarz gęste srebrne włosy ułożone w kobiecą, lecz nie nazbyt kunsztowną fryzurę. (Za jedyną ozdobę służyła jej jedwabna apaszka w subtelny wzór udrapowana na szyi w eleganckim stylu, którego żadna z nas wcześniej nie widziała i z pewnością nie potrafiłaby podrobić. Irytująco francuskie). Przedstawiła się, spoglądając na nas przyjaźnie, lecz przenikliwie, po czym się uśmiechnęła. Czarująca i otwarta, opowiedziała nam o swoich dwóch dorosłych synach, o tym, że po Waszyngtonie woli jeździć rowerem niż samochodem, oraz o tęsknocie za przebywającym we Francji partnerem.

Wychowana i wykształcona we Francji, po ukończeniu szkoły średniej spędziła rok jako stażystka na amerykańskim Kapitolu. Po studiach prawniczych w Paryżu zdecydowała się na powrót do Stanów po tym, jak szef pewnej francuskiej kancelarii prawniczej oświadczył jej, że jako kobieta nie ma co marzyć o zostaniu wspólnikiem. W ciągu piętnastu lat nie tylko osiągnęła tę pozycję w Baker & McKenzie, jednej z najlepszych międzynarodowych kancelarii z Chicago, lecz również jako pierwsza kobieta została jej prezesem.