U schyłku dniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Część pierwsza. JĘZYK

Część druga. LODOWIEC

Część trzecia. SZAMPAN

Część czwarta. SZCZURY

Część piąta. KREM DEVONSHIRE

Część szósta. ŚMIECH

Część siódma. AKWALUNG

Część ósma. DROGA

Część dziewiąta. MUZYKA

Prawa autorskie


Tytuł oryginału

THE END OF THE DAY

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Joanna Popiołek

Korekta

Ewa Grabowska

Copyright © 2017 by Claire North

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9564-9

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Część pierwsza JĘZYK

Rozdział 1

Na końcu usiadł w pokoju hotelowym i policzył tabletki.

Nie wypowiadał liczb, nie sumował, jego ręce się nie poruszały i nie mógł szczególnie winić nikogo innego.

Nie przyszło mu do głowy, że pojawi się Śmierć; nie myślał o tym świadomie. Śmierć była, jest i będzie; doskonale rozumiał, że to prawda. Z tych powodów było to dobre zakończenie.

Cyk cyk cyk

Ziemia wirowała a zegar tykał

cyk cyk cyk

usłyszał w tykaniu odliczanie czasu do końca świata i to także było dobre. Nie ma sensu walczyć. Walka wszystko pogarsza.

Wziął pierwszą tabletkę i poczuł się znacznie lepiej. Był prawie zadowolony, że wybrał tę pracę.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 2

Na początku...

Zwiastun Śmierci znowu nalał whisky do szklaneczki, uniósł dłoń starszej pani ze stosu ciemnoniebieskich poduszek, na których ją opierała, i powiedział:

– Najlepsza whisky, o jakiej słyszałem, była w Kolorado.

Kobieta wypiła, po niebie pędziły chmury, zbliżał się kolejny sztorm, kolejne uderzenia fal w bazaltowe skały. Wiatr znowu wyrwie z korzeniami drzewo i pognie dach z blachy falistej. To już trzeci sztorm w tym miesiącu, niezwykłe jak na tę porę roku, niezwykłe, ale co nie jest w dzisiejszych czasach niezwykłe?

Mrugnęła, gdy wypiła dosyć, a Zwiastun postawił szklaneczkę na stoliku przy łóżku.

– Kolorado? – wychrypiała w końcu. – Myślałam, że w Kolorado nic nie ma.

– Jest bardzo wielkie, bardzo puste i bardzo piękne.

– Jest tam muzyka?

– Ona podróżowała.

– Miała publiczność?

– Nie. Ale zatrzymałem się, żeby posłuchać. Byłem studentem, a pewna dziewczyna... Chłopcy nie ustawialiby się do niej w kolejce na balu w szkole średniej, ale pomyślałem... było to coś wyjątkowego.

– Stare piosenki idą w zapomnienie.

– Nie wszystkie.

Kobieta się uśmiechnęła, a później na jej twarzy pojawił się grymas bólu. Niewypowiedziane słowa: po prostu popatrz na mnie, synku, zastanów się nad tym, co powiedziałeś.

– I co z tą dziewczyną?

– Słucham? O tak, byłem, hm... cóż, miałem nadzieję, że będzie z tego związek, ale wie pani, jak takie rzeczy się rozmywają. Uważała, że to tylko przyjaźń, a ja nigdy nic nie powiedziałem. Później zaczęła chodzić z kimś innym, ale wtedy zarezerwowaliśmy bilety na samolot i... Proszę posłuchać, nie wiem, czy powinienem... Nie jestem pewien, czy powinienem mówić o sobie.

– Dlaczego nie?

– No cóż, to... – Niezgrabnie wzruszył ramionami, rozejrzał się po pokoju.

– Myśli pan, że skoro umieram, powinnam mówić, a pan powinien słuchać?

– Jeśli pani sobie życzy.

– Niech pan mówi. Jestem zmęczona.

Zwiastun Śmierci się zawahał, stuknął palcem w krawędź szklaneczki whisky, znowu uniósł ją do ust kobiety, pozwolił jej się napić, odstawił na stolik.

– Przepraszam – powiedział cicho, gdy przełknęła trunek i oblizała wargi. – Jestem w tym nowy.

– Świetnie pan sobie radzi.

– Dziękuję. Martwiłem się, że to będzie... O czym chciałaby pani posłuchać? Interesuję się muzyką. Pomyślałem, że może w trakcie podróży, to znaczy wykonując obowiązki zawodowe, spróbuję zbierać muzykę, nie tylko na CD, muzykę z różnych miejsc. Powiedziano mi, że to nic złego, że mam prawo zachować... nie zachować, to nie... Jest pani pewna, że nie wolałaby pani mówić? Kiedy... kiedy pojawi się moja szefowa...

Znowu umilkł. Uniósł butelkę whisky i zdziwił się, że ubyło tak dużo trunku.

– Znam piosenki – powiedziała w zamyśleniu, gdy zmagał się z korkiem. – Ale myślę, że nie mógłby ich pan śpiewać. Pewna kobieta próbowała zachować je kiedyś dla potomności, mówiła, że byłaby to katastrofa, gdyby zaginęły. Uważałam, że ma rację. Uważałam, że to ważne. Teraz... to tylko piosenka. Nic więcej.

Odwrócił oczy. Nie czuł się skarcony, ale był zdziwiony silną wolą kobiety. Próbując pokryć milczenie, znowu napełnił szklaneczkę. Była wykonana z bezbarwnego kryształowego szkła, miała wytartą podstawę, na której wyszlifowano rozetę przypominającą śmiercionośny kwiat – stanowiła część zestawu. Przywiózł wszystkie cztery szklaneczki starożytną, wyłożoną kamiennymi płytami drogą z Cusco, choć potrzebne były tylko dwie. Nie wiedział, co zrobić z pozostałymi dwiema szklaneczkami, ale czuł, że dzielenie zestawu byłoby niewłaściwe. Przywiózł również whisky, schowaną w jukach, a poganiacz mułów, który wskazał mu bezdrzewną drogę, gdzie czasem pojawiali się pielgrzymi odziani w szaty Inków i niosący poczerniały krzyż, powiedział:

– W tych stronach pędzimy własne trunki. – Spojrzał głodnym wzrokiem na butelkę.

– To dla starej kobiety, która umiera – odparł Zwiastun Śmierci.

– Ach, starej Matki Sakinai – rzekł poganiacz mułów. – Tak, tak, to jeszcze pięćdziesiąt kilometrów, trzeba uważać, by nie przeoczyć zakrętu; nie wygląda jak rozwidlenie drogi, ale tak naprawdę to rozwidlenie. Jeśli ktoś zabłądzi, nigdy nie trafi na miejsce.

Poganiacz mułów nie spojrzał więcej na butelkę.

Przenocowali w kamiennej chacie w kształcie ula. Płyty łupku połączono bez zaprawy, w dachu znajdował się otwór, którym ulatywał dym. Rankiem Zwiastun Śmierci patrzył, jak promienie słońca rozpraszają mgłę w dolinie. Widział w kamieniach wśród trawy bardzo niewyraźne ślady szerokich na półtora kilometra rysunków, które wyryto na cześć Słońca, Księżyca, rzeki i nieba. Poganiacz opiekujący się trzema zdumiewająco potulnymi mułami powiedział, że czasem przylatują tu helikoptery, zabierają chorych albo kręcą filmy, ale nie pojawiają się samochody. Po co cudzoziemiec chce odwiedzić Matkę Sakinai w miejscu tak oddalonym od asfaltowych szos?

– Jestem Zwiastunem Śmierci – odpowiedział Charlie. – Przybywam pierwszy.

Poganiacz mułów zmarszczył brwi, przygryzł dolną wargę i w końcu rzekł:

– Na pewno powinien pan przybyć na upierzonym wężu albo przynajmniej samochodem terenowym?

– Moja szefowa lubi podróżować jak żywi ludzie. Uważa, że powinno się rozumieć to, co poprzedza koniec, bo świadczy to o dobrych manierach. – Wypowiedziawszy te słowa, odtworzył je w myślach i uznał, że brzmią śmiesznie. Nie mogąc się powstrzymać, dodał: – Szczerze mówiąc, wykonuję tę pracę dopiero od tygodnia. Ale... tak mi kazano. Zrobiła to ostatnia Zwiastunka.

Poganiacz mułów nie miał pojęcia, co odpowiedzieć, więc wędrowali przed siebie, aż droga się rozwidliła – a raczej do miejsca, gdzie od kamieni ułożonych setki lat wcześniej przez martwych mieszkańców gór oddzieliła się wąska odnoga brązowej ziemi. Zwiastun Śmierci skręcił w nią, nie mając pewności, czy to rzeczywiście ścieżka używana przez ludzi, czy wydeptana przez duże wygłodzone zwierzę, aż wreszcie dotarł do doliny, gdzie między białymi kamieniami płynął wąski strumień i gdzie stał dom o barwie wyschniętego dna potoku. Miał drewniany dach i werandę przykrytą strzechą. Kiedy Charlie się zbliżył, zaczął na niego szczekać czarnooki pies.

 

Zwiastun Śmierci zatrzymał się trzy metry od psa, przykucnął, pozwolił mu szczekać i biegać obok siebie, żądać wyjaśnień, skąd wziął się w tym miejscu ktoś inny niż siostrzeniec Matki Sakinai, który pojawiał się raz na dwa tygodnie. Poza tym co trzy miesiące przyjeżdżała pielęgniarka opiekująca się okręgiem; wiozła ciężkie torby, ale nie potrafiła wyleczyć pani.

– Musisz się nauczyć radzić sobie z psami – powiedziała poprzednia Zwiastunka, kiedy Charlie towarzyszył jej w czasie ostatnich podróży. – Poproś o radę pierwszego lepszego listonosza.

Charlie poważnie skinął głową, ale szczerze mówiąc, w ogóle nie przejmował się psami. Lubił większość zwierząt i przekonał się, że jeśli nie zachowuje się gwałtownie, większość zwierząt lubi również jego. W końcu pies zmęczył się szczekaniem, położył się i oparł pysk na łapach. Zwiastun Śmierci odczekał chwilę, a kiedy zapadła cisza i słychać było tylko szum wiatru nad nagą ziemią i plusk strumienia, podszedł do drzwi domu Matki Sakinai, zastukał trzy razy i powiedział:

– Matka Sakinai? Nazywam się Charlie, jestem Zwiastunem Śmierci. Przywiozłem trochę whisky.

Rozdział 3

W krainie lasów...

...w krainie deszczu...

Charlie zdawał test kompetencji.

Czytanie, pisanie, wiedza ogólna.

Zadanie 1: Uszereguj wymienione kraje pod względem liczby ludności, od największej do najmniejszej.

Zadanie 2: Kto kieruje Organizacją Narodów Zjednoczonych?

Zadanie 3: Wymień pięć krajów, które były koloniami brytyjskimi w latach 1890–1945.

Zadanie 4. „Człowiek to tylko suma jego doświadczeń i zdolności ich wyrażania wobec bliźnich”. Napisz esej omawiający to zagadnienie (pięćset słów).

*

I tak dalej.

Charlie wypadł lepiej, niż się spodziewał, bo nie wiedział, jak się przygotować do testu.

Kiedy odpowiadał na pytania, w sali nie było żadnych innych kandydatów. Najczęściej wykorzystywano ją do nauki przyszłych nauczycieli angielskiego jako języka obcego. Na jednej ze ścian wisiała tablica wyjaśniająca zasady używania przysłówków. Pozostawiono włączony projektor, który irytująco warczał. Charlie skończył dwadzieścia minut przed czasem i zastanawiał się, czy postąpiłby niegrzecznie, gdyby wyszedł przed końcem egzaminu.

W poczekalni psychiatry również nie było żadnych innych kandydatów. Charlie czekał na badanie, siedząc ze złączonymi palcami nóg i piętami rozsuniętymi na boki.

– Skojarzenia. Ja wypowiem słowo, a ty pierwszą rzecz, jaka przychodzi ci do głowy.

– Naprawdę? Czy to nie trochę...

– Dom.

– Rodzina?

– Dziecko.

– Szczęście.

– Niebo.

– Błękit.

– Morze.

– Błękit.

– Podróż.

– Przygoda.

– Praca.

– Ciekawa.

– Odpoczynek.

– Sen.

– Sny.

– Latanie.

– Koszmarne sny.

– Upadek.

– Miłość.

– Muzyka.

– Ludzie.

– ...Ludzie. Przepraszam, to po prostu pierwsza rzecz, która...

– Śmierć.

– Życie.

– Życie.

– Bycie żywym.

Kiedy otrzymał posadę, najpierw zatelefonował do matki, która była bardzo dumna. Oczywiście nigdy nie wyobrażała sobie, że mógłby podjąć taką pracę, o nie, ale przysługiwał mu pakiet emerytalny i otrzymał dobrą pensję, a skoro jest zadowolony...

Później próbował znaleźć swój numer identyfikacji podatkowej, bo biuro w Milton Keynes twierdziło, że bez niego nie może go zarejestrować w automatycznym systemie poboru podatków w odpowiednim przedziale.

Rozdział 4

A świat wirował.

...w krainie gór...

...w krainie sępów i podniebnych orłów...

...Zwiastun Śmierci zamówił jeszcze jedną kawę w kawiarni naprzeciwko hotelu w Cusco. Spojrzał na czarnookiego psa o czarnych uszach, który przyszedł za nim z gór, westchnął i powiedział:

– Szczerze mówiąc, to nie ode mnie zależy. Nie ma żadnych szans, żebyś przeszedł przez cło.

Pies spojrzał na niego, siedząc sztywno na zadzie. Nie miał obroży, był zaniedbany, ale dobrze odżywiony. Podążał za nim od domu Matki Sakinai, nie wydając żadnego dźwięku, i czekał w ulewnym deszczu przed kamienną chatą, w której spał Charlie. W końcu Zwiastun Śmierci poczuł wyrzuty sumienia i wpuścił przemoczonego psa do środka. Zwierzę siedziało kilka kroków od niego, nie skomlało. Później ruszyło za nim, gdy wracał starożytną drogą do miasta.

– Posłuchaj – rzekł Charlie, najpierw po angielsku, a później po hiszpańsku, niepewnie, bo nie znał ulubionego języka Matki Sakinai. – Twoja pani nie umarła. – Powstrzymał się przed dodaniem słowa „jeszcze”. Wydawało się dziwnie nieczyste.

Pies dalej za nim szedł, a następnej nocy, kiedy leżeli razem przy starożytnej drodze, Charlie miał wrażenie, że słyszy w mroku przechodzącą postać. Uderzała kośćmi stóp w stare kamienie i zmierzała w głąb gór, idąc ścieżkami wykutymi przez umarłych i wykorzystywanymi przez żywych. Zadygotał, zwinął się w kłębek, a pies przytulił się do niego ciepłym ciałem. Zasnęli dopiero, gdy księżyc skrył się za horyzontem.

Nazajutrz dotarł do Cusco i zmarnował większą część dnia, szukając domu dla natrętnego zwierzęcia, choć powinien się rozglądać za środkiem transportu. W końcu przypadkiem mu się udało, podarował go mechanikowi samochodowemu i jego nastoletniej córce. Była ubrana w kombinezon roboczy naciągnięty na koszulkę piłkarską i miała twarz pomazaną smarem. Zerknęła na psa i zawołała:

– Złapię cię za ucho! – Chwyciła go za ucho, pies się wyrwał, a dziewczynka się roześmiała. – Złapię cię za ogon! – Chwyciła go za ogon, pies znowu się wyrwał, potem chwyciła ucho, ogon, ucho, ogon...

...aż wreszcie tarzali się razem na ziemi, zdyszani i radośni.

– Do kogo należał pies? – spytał nieco bardziej powściągliwy ojciec, stojąc obok Zwiastuna Śmierci i patrząc na zabawę.

– Do starej kobiety z gór.

– Ach... nie żyje?

– Tak, nie żyje. Umarła ze starości.

– Jest pan krewnym?

– Nie. Zostałem wysłany przez grzeczność. Powiedziała, że jest ostatnim członkiem swojego ludu i że nikt nie zna jej języka. Moja szefowa lubi okazywać szacunek.

– Ach tak! – Na twarzy mechanika pojawiło się zrozumienie. – Jest pan antropologiem!

Zwiastun Śmierci skinął głową i się uśmiechnął. Przez chwilę czuł ulgę i i zanotował tę wymówkę w pamięci na wypadek, gdyby później jej potrzebował.

– Pański T-shirt – odezwał się do mechanika, gdy dziewczyna śmiała się na ziemi z nowym ulubieńcem. – Miejscowa drużyna?

– Tak, niewielki zespół, ale dajemy sobie radę. W zeszłym roku byliśmy blisko awansu do ósmej grupy ligi krajowej.

– Gdzie mógłbym zdobyć taką koszulkę?

Rozdział 5

– Problem z kibicowaniem Arsenalowi polega na tym, że gra świetnie w pierwszej połowie sezonu, a potem wszystko psuje i kończy na czwartym miejscu...

– Kibice krykieta różnią się od fanów rugby...

– Pociąg przyjedzie z opóźnieniem. Jest to spowodowane brakami w obsłudze.

– Macie coś wegetariańskiego?

– Z dumą prezentujemy naszą nową politykę transportową dla Londynu: niższe ceny, większa troska o środowisko i wrażliwość społeczna!

– Stan wyjątkowy trwa już cztery miesiące. Cztery miesiące! Czy nie przypomina wam to innych wielkich przewrotów politycznych w dziejach świata?

– Kochanie, robisz scenę.

– ...wilgoć w zimie, gdy suszymy ubrania, a później pojawia się grzyb i trzeba szczególnie na niego uważać, na grzyb, to właśnie on potrafi...

– Człowiek umiera dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy umiera, a po raz drugi, kiedy zostaje zapomniany.

– Jak twoja nowa praca? Och, rozumiem. Więc... wcale nie przypomina sprzedawania ubezpieczeń?

*

W samolocie z Limy do Los Angeles Charlie siedział obok kobiety. Leciał w klasie ekonomicznej premium. (Śmierć nie uważała za właściwe, by Zwiastun podróżował w zwykłej klasie ekonomicznej, ale nie była zwolenniczką klasy biznesowej).

– Wow! – zawołała kobieta. – Jezu! Jak długo pracuje pan w tym fachu?

– Trochę ponad tydzień.

– I patrzy pan, jak ludzie umierają?!

– Nie.

– Jest pan Zwiastunem Śmierci i nie widzi pan, jak ludzie umierają?!

– Nie. Przybywam wcześniej.

– Czy to nie okropne? To chyba najgorsza rzecz na świecie: spotykać się z ludźmi i wiedzieć, że mają umrzeć?

Charlie zastanawiał się przez chwilę; zakołysał winem linii lotniczej w plastikowym kubeczku, odgryzł kawałek obwarzanka linii lotniczej.

– Jak dotąd nie – odpowiedział po chwili. – Jak na razie to jest... Myślę, że... Jak dotychczas jest okej.

Opadła jej szczęka, a potem się odwróciła i celowo nie patrzyła na niego przez resztę lotu. Charliego trochę to zasmuciło, ale przypuszczał, że to dość zrozumiała reakcja, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty sprawy.

*

Zgodnie z zapowiedzią do Matki Sakinai przyszła Śmierć. Było to nieuniknione. Usiadła obok starej kobiety, rozmawiały przez jakiś czas i Śmierć powiedziała:

Oczywiście miałam w przeszłości wielu Zwiastunów. Zwiastun powinien być śmiertelny, stanowić most między życiem ziemskim a pozagrobowym. W dawnych czasach korzystałam z orłów, ale po jakimś czasie ludzie przestali zwracać na nie uwagę – uważali je za zwykłe ptaki na niebie. Poszłam na ucztę na Itace, na niebie szybowały orły, przemawiali wieszczkowie, ale zalotnicy uważali, że są mądrzejsi. Odyseusz przeżył ciężkie chwile, wydawało się, że uprzejmie byłoby mu pomóc, choć, szczerze mówiąc, przybyłam na prośbę Penelopy, ale nie na jej rozkaz. Wieloryby wypływały na powierzchnię ma brzegach Wyspy Południowej w Nowej Zelandii i przewracały przekrwionymi oczami przed nadciągającym sztormem – ale kapłani, rozumie pani, kapłani zawsze uważają, że powinni interpretować doskonale znane znaki w nowoczesny sposób, i nigdy nie lubią mówić prawdy władcom, więc komunikat nie dotarł. Czy miałaby pani coś przeciwko, gdybym... Dziękuję. Straszny nałóg, wiem, ale... To bardzo miło z pani strony.

Kilka tysięcy lat temu przerzuciłam się na ludzi. Trzeba iść z duchem czasu. Zdarzały się naprawdę dobre dni. Egipt, deszcz krwi, żaby, szarańcza – byłam pod wrażeniem, cóż za wspaniała robota! Staliśmy we czworo na brzegu Morza Czerwonego i mieliśmy wrażenie, że otwieramy nowy rozdział w naszej pracy, ale faraon jak zwykle to zignorował, więc zapadła noc. Pojawiałam się tam, gdzie domy nie były oznaczone krwią[1]. Kiedy Mongołowie ruszyli na zachód, mój wysłannik jechał przede mną na karym koniu i powiedział: „To będzie naprawdę coś wielkiego!”. Jednak ludzie nigdy nie chcą słuchać, nie rozumieją, że to uczciwe ostrzeżenie, grzeczność przed nadchodzącą burzą.

Jeden zrezygnował z pracy, gdy zaczęli palić książki; powiedział, że poprzednio umierali ludzie, a teraz ludzkość. Inny nie chciał opuścić Nagasaki, mówił, że to odpowiedni koniec. Chyba miał rację, ale zadbałam, by stał w epicentrum eksplozji, i zostałam z nim, aż zamienił się w popiół, ślad na murze. Kobieta z obozu na północy miała na przedramieniu niebieski tatuaż, ale ludzie nie chcieli jej słuchać, nie rozumieli, co mówi, a ktoś inny rzekł: „Wojna wybuchnie z powodu chciwości, ale stanie się zbrodnią w imię Boga”. Śmiali jej się w twarz, a ja nie lubię takich zachowań, nie wtedy, kiedy okazuję... grzeczność.

Pustynia może zachować zwłoki na tysiąclecia albo zmienić je w pył, zależnie od warunków. Nigdy nie jestem pewna, co wolę, dopóki nie nadejdzie ta chwila. Czasem nawet jestem zaskoczona, kogo spotykam, gdy piaski się przesuwają.

Znowu zaciągnęła się papierosem, strząsnęła popiół do popielniczki, wyprostowała się i powiedziała: Mam nadzieję, że nie nudzę pani tym wszystkim, ale skoro pani prosiła...

– Nie – wychrypiała Matka Sakinai. Spomiędzy jej spękanych, zaciśniętych warg wydobywał się rzężący oddech. – Nie nudzisz mnie.

Śmierć skinęła głową. Jej wielkie czerwone rogi drapały sufit nad głową, na jasnoczerwonej twarzy z ruchliwymi żółtymi oczami pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu. Matka Sakinai nie wyobrażała sobie, że Śmierć może się do niej uśmiechać, ale zawsze wiedziała, że się pojawi jako bóstwo podziemi, dokładnie w takiej postaci, jak opisywały ją legendy.

 

– Twój Zwiastun, Charlie, dał mi whisky i mówił o muzyce.

Ach, lubi muzykę, tak. Słyszałam, że zbiera także koszulki mało znanych drużyn piłkarskich.

– Koszulki?

Lubi nieznane kluby, na przykład zespoły czwartej ligi w Kalabrii. Zdaje się, że kibicował Aston Villa, powiedziała w zamyśleniu Śmierć. Obracała papierosa w wielkim zakrwawionym szponie, na ciele pojawiały się białe plamki przypominające larwy, czasem znikały, czasem wtapiały się w zmienne kolory ciała.

Kibicowanie Aston Villa może doprowadzić do szału prawie każdego, nawet kogoś tak flegmatycznego jak Charlie. Gra się zmienia; jedna forma umiera, powstaje inna. Jednak gra trwa.

Matka Sakinai skinęła powoli głową, a później jej pokryta plamami wątrobowymi czaszka znieruchomiała. Opadła na poduszki i nigdy więcej się nie uniosła.

– Chciał usłyszeć pieśni mego ludu, ale nie są takie same, kiedy śpiewa je obcy – szepnęła, wydając ostatnie tchnienie. – Dobrze, że wcześniej go przysłałaś. Od dawna... z nikim nie rozmawiałam.

Śmierć znowu się uśmiechnęła i nachyliła się nad kobietą. Ujęła szponami jej dłoń i przekrzywiła głowę, by ogromne rogi nie rozbiły okna. Później, w swoim języku – w starożytnym języku plemion, które polowały, nim pojawili się osadnicy, plemion, które wyginęły w polowaniach na ludzi, plemion, które zapomniały własnego imienia – szepnęła do ucha starej kobiety: Czeka na ciebie miejsce za zachodzącym księżycem, Matko Sakinai. Są tam duchy twoich przodków, którzy zmartwychwstali w rzekach nieba. Wołają cię, wołają cię w twoim własnym języku; czekają, by znowu opowiadać legendy, legendy, których nikt już nigdy nie opowie w krainie palącego słońca. Słyszą twoje kroki na złocistej ścieżce, podtrzymują cię w chwili upadku. Twój lud nie żyje, Matko Sakinai, podobnie jak twój język, twoje legendy i historia życia, ale tylko świat żywych się zmienił, a nie świat zmarłych.

Wypowiedziawszy te słowa, Śmierć delikatnie pocałowała kobietę w usta, by przypieczętować ostatni dźwięk języka, który nigdy więcej nie rozlegnie się na Ziemi. Matka Sakinai umarła, jej ciało pożarły sępy i spoczęła w niebie.

1 Nawiązanie do Księgi Wyjścia, 12,13, por. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie z języków oryginalnych, wyd. III poprawione, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań–Warszawa 1980, s. 79 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).