IntruziTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział piąty

Do wieczora zostało jeszcze kilka godzin, ale robiło się już ciemno. Dzień zaczął się pochmurnie, co harmonizowało z nastrojem Michaela. Gdy przemierzali bezlitosny krajobraz pokrytego śniegiem pustkowia, chmury zbierały się i robiło się ich coraz więcej. Teraz nad ich głowami kotłowała się burza, a płatki śniegu, które unosiły się wokół nich przez cały dzień, opadały szybciej i gęstniały. Wiatr przybierał na sile, siekąc ich odkryte twarze i ręce. Susanna zacisnęła zęby i oparła się pokusie, by przyspieszyć i zostawić Michaela w tyle.

Nie było to jego fizyczne ograniczenie – nic już nie było dla Michaela fizyczne – wszystko działo się w jego umyśle. Była to podświadoma gra na zwłokę. Susanna widziała to już tysiąc razy. Dusze guzdrały się na pustkowiu, ponieważ bały się kroku w nieznane. Jednego kroku, wymagającego mnóstwa odwagi, której Michaelowi po prostu brakowało. Susanna była w stanie wyobrazić sobie, jak sama przepycha tę duszę przez granicę. Nie byłby to pierwszy raz.

– Ruszaj się. – Warknęła na niego, obracając się do tyłu. Zataczał się, podążając za nią. – Musimy jak najszybciej dotrzeć do następnej kryjówki.

Nie podobało się jej to, jak zmienia się pogoda, niepokoiła ją głębia cieni, które nabierały kształtów, gdy światło znikało z nieba. No i zdecydowanie nie podobały jej się syki i niskie warknięcia, które na pewno nie były odgłosami hulającego wiatru.

– Próbuję – wyjęczał Michael, a jego twarz – poza brzydką czerwoną plamą zaczerwienienia od wiatru, która rozciągała się na nosie i policzkach – była zupełnie blada.

– Nienawidzę tego. Nienawidzę śniegu. I tak mi zimno!

Susanna z wyższością ściągnęła usta. Jej też się to nie podobało i korciło ją, by wyjawić, że wszystko to było winą Michaela – że jego nastrój miał wpływ na pogodę – ale szczerze mówiąc, po prostu nie mogła zawracać sobie głowy wyjaśnieniami. Jej zadanie polegało na tym, aby go chronić. Jeśli miałoby to oznaczać potraktowanie go ostro, niech i tak będzie.

– Musimy poruszać się szybciej – ponagliła. – Tutaj jest niebezpiecznie.

– Niebezpiecznie? – Michael kaszlnął, piorunując ją wzrokiem. – Niczego tutaj nie ma!

Machnął ręką, robiąc szeroki gest: śnieg, śnieg i jeszcze więcej śniegu, zwieńczone brzydkim szarym niebem. Tylko kilka wytrzymałych drzew i czerń skał zerodowanych od wiatru, przerwanych bezkresną bielą. Wszystko wyglądało na całkowicie puste, opuszczone.

Susanna wiedziała jednak lepiej.

– Nie jesteśmy tutaj sami.

Wiatr osłabł, a zjawy, które w ciągu dnia złowrogo kwiliły do Susanny, jak na zawołanie zaczęły ryczeć. Powietrze wypełnił wrzaskliwy, warczący, wielowarstwowy dźwięk. Susanna nie sądziła, że to w ogóle możliwe, ale Michael zrobił się jeszcze bledszy. Z jego twarzy zniknęły wszystkie kolory, tylko spierzchnięty nos zmienił kolor na ciemniejszy odcień czerwieni.

– Co to było?

– Nie chcesz wiedzieć.

Zjawy wyły, spragnione krwi. Nawet Susanna poczuła, jak włosy stają jej dęba na karku. Michael bez słowa rzucił się biegiem do przodu, choć z każdym krokiem jego stopy głęboko grzęzły w śniegu.

Susanna ruszyła za nim zadowolona. Niestety, jej radość była krótkotrwała. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegła żadnej kryjówki. Nie było jej nawet za następnym ani za kolejnym wzniesieniem. Mieli przed sobą jeszcze długą drogę, a zniecierpliwione głodne zjawy tylko czekały, aby poczuć smak ciała Michaela. Jedno szybkie spojrzenie w górę wystarczyło, aby stwierdzić, że ciężkie niebiosa z każdą chwilą ciemnieją. A więc będą musieli walczyć.

Michael nie wyglądał jej na wojownika.

Wydychając powietrze, Susanna przyglądała się krajobrazowi. Pozwoliła, by bezmiar bieli na chwilę opadł, bo chciała ujrzeć pustkowie takim, jakie było naprawdę pod projekcją Michaela. Potwornie rozgrzane wzgórza, zalane krwistoczerwoną barwą i tysiąc innych dusz przeprawiających się razem ze swoimi przewodnikami. Armia przewoźników, ale Tristana nadal nie było pośród nich. Poczuła się sama, samotna.

Jej świat bez Tristana stał się innym miejscem. Ale kto o zdrowych zmysłach wróciłby tutaj, zostawiwszy to wcześniej za sobą? Nie obwiniała go, ale tak bardzo za nim tęskniła. Mrugnęła raz i pozwoliła, by chłód śniegu ponownie na niej osiadł, a wiatr smagał ją po twarzy, nim w ogóle otworzyła oczy.

Wracamy do pracy. Musiała się skupić.

Dogoniła Michaela, pewnym chwytem złapała go za ramię i jeszcze mocniej pociągnęła za sobą. Nie mieli szans, ale taka była jej praca. Jeśli nie zdołają prześcignąć śliniących się bestii, które ich prześladowały, będzie musiała z nimi walczyć. Niestety, była na straconej pozycji, mierząc się ze stworzeniem – stworzeniami – których nie dało się zabić.

Wspięli się na następne niewielkie wzgórze i Michael przystanął. Dysząc z wysiłku, czekał na przerwę, ale Susanna mu na to nie pozwoliła.

– No, dalej. To już niedaleko.

Od schronienia dzielił ich jeszcze kawał drogi, ale nie było sensu mu tego mówić. Nie mógł się teraz poddać. To nie było dobre miejsce na kapitulację – zbyt odsłonięte, zjawy rzuciłyby się na nich ze wszystkich stron.

Ruszyli w dół wzgórza, a ich stopy ślizgały się w śniegu. Susanna szła tuż za Michaelem, trzymając go mocno za kurtkę tuż przy karku, tak by mogła jednocześnie podtrzymywać go i popychać. Ale to nie wystarczyło, bo nagle upadł niczym kamień.

Jedną nogą wpadł w śnieg aż po udo, a druga tak się wygięła, że nie mógł oprzeć na niej ciężaru własnego ciała. Gdy tylko Susanna poczuła, jak Michael upada, próbowała mocniej złapać za jego kurtkę, ale było już za późno. Zaczął się zsuwać, okręcać, młócić rękoma i wciąż przyspieszał, tak że nie mogła za nim nadążyć.

– Michael! – krzyknęła, pędząc do niego na tyle szybko, na ile pozwoliły jej głębokie zaspy. Osunął się dwadzieścia metrów niżej. Leżał twarzą w dół i nie poruszał się.

– Michael!

Musiał wstać. Musiał wstać teraz. Jeśli przez dłuższą chwilę pozostanie w bezruchu, będzie prezentem dla…

Gdy tylko ta myśl przemknęła przez umysł Susanny, idealnie biały śnieg wokół Michaela zaczął krwawić złowieszczą atramentową czernią. Z zamarzniętej ziemi unosiły się jakby kłęby dymu, łącząc się w cienie przyodziane w łachmany, które warczały i skrzeczały z rozdziawionymi ustami.

Zjawy.

– Michael, wstawaj!

Tym razem drgnął i uniósł głowę, lecz nie wykonał żadnego ruchu, by się podnieść czy bronić. Po prostu patrzył na syczące demony, które spadały, wirowały i krążyły wokół niego złowieszczo.

Susanna była coraz bliżej. Dzieliło ją od niego jeszcze dziesięć metrów. Pięć… Trzy…

Była już na tyle blisko, że wyraźnie widziała przerażenie na twarzy Michaela. Leżał jak sparaliżowany. Zupełnie bezbronny, łatwy kąsek dla otaczających go zjaw. Pomrukiwały teraz, uradowane swoim znaleziskiem.

– Nie! – Susanna zebrała wszystkie siły i rzuciła się na leżącego Michaela dokładnie w chwili, gdy zjawy masowo obniżały lot. Całe powietrze uciekło z jej płuc, gdy ich szpony przeszywały jej ubrania i skórę. Krzyknęła, gdy ból palił jej ramiona, uda i nogi, ale nie odsunęła się od Michaela.

Trzymając go jedną ręką, drugą uderzyła i oderwała zjawę od swojej nogi. Z długich i głębokich bruzd trysnęła krew, barwiąc nieskazitelny śnieg kroplami karmazynu.

Zjawy oszalały, czując metaliczny zapach krwi. Nie miało dla nich znaczenia, że nie mogły pożywiać się przewoźnikami; lubiły po prostu zadawać ból. Stworzenie, które już udało jej się zrzucić, ponownie przyczepiło się do nogi, podczas gdy Susanna usilnie próbowała usunąć dwa inne, kręcące się wokół ramion i próbujące dostać się do szyi.

Ręce miała już zupełnie zdrętwiałe od zimna, a palce mokre od roztopionego śniegu. Leżący pod nią Michael krzyczał i pojękiwał, ale zjawy nie mogły się do niego dostać. Ich wściekłe wrzaski i zawodzenia odzwierciedlały rosnącą frustrację, tak samo jak bezlitosne ukąszenia i drapanie szponami, gdy rozrywały ciało jego przewodniczki.

To bolało. Susanna zacisnęła szczękę i zamknęła oczy, próbując nie dopuścić do siebie bólu. Nie mogła się poddać, cokolwiek by się działo. Dusza była najważniejsza. Jej życie i jej ból – nieistotne. Powtarzała to sobie, podczas gdy zjawa wślizgnęła się pod jej ciężką kurtkę i rozerwała bok, wchodząc w ciało jak nóż w masło.

– Nie możesz umrzeć – przypomniała sobie samej. – Wszystko będzie dobrze. Tylko oddychaj.

Zjawy zmieniły taktykę. Zamiast próbować przebić się przez nią, by dostać się do duszy, której tak bardzo pragnęły, wcisnęły się pod kurtkę – sięgając bezpośrednio ramion i talii – oraz chwyciły za kaptur i zaczęły szarpać w górę.

Uniosły wysoko w powietrze jej wijące się i walczące ciało, aż Michael stał się tylko ciemną plamą poniżej. Ciemną, nieruchomą plamą. Wtedy nagle runęły w dół, gwałtownie popychając ją przed sobą.

Biała ziemia zbliżała się tak szybko, że Susanna zdołała tylko zamknąć oczy i wziąć jeden szybki, krótki wdech, nim została wbita głęboko, bardzo głęboko w śnieg. Biały puch aż spienił się wokół niej, przysypując ją i zewsząd otaczając. Więzienie lodowatej bieli. Gdy próbowała z nim walczyć, zmieniał się w wodę. Przez chwilę opanowała ją wściekłość, po czym zdała sobie sprawę, że jest sama. Zjawy ją zostawiły – dlaczego?

Odpowiedź poznała kilka sekund później, słysząc przeraźliwy krzyk Michaela.

Rozdział szósty

Tak sobie myślałem… – Powiedział nagle Tristan, spoglądając znad czytanej właśnie książki o dzikiej przyrodzie, poświęconej mieszkańcom dżungli w Ameryce Południowej. To jego ulubiony teren do przewożenia dusz. Byli właśnie w bibliotece, robiąc sobie „okienko” na lekcji WF-u, w której Dylan oczywiście nie mogła wziąć udziału.

 

– Tak?

– Sądzę, że powinniśmy poeksperymentować.

– Poeksperymentować? – Dylan spojrzała na niego zdziwiona.

– Musimy wiedzieć, jak daleko możemy być od siebie, zanim poczujemy, no wiesz…

– Zanim poczujemy, że umieramy?

– Dokładnie.

Dylan przez chwilę rozważała jego słowa. Była to dość rozsądna sugestia, ale jedno zmartwienie zagłuszyło wszystkie inne myśli w jej głowie.

– Chcesz ode mnie uciec? – Chciała, by zabrzmiało to jak luźny komentarz, żart, ale wyszło beznadziejnie. Poprzedniej nocy kiepsko spała, rzucając się w łóżku na tyle, na ile pozwalała jej noga w gipsie. Przez całą noc czuła ból, a Tristan nie pozwolił jej wziąć więcej środków przeciwbólowych niż zalecana dawka. Dyskomfort, jaki teraz odczuwała, wyraźnie wybrzmiewał w jej głosie. Tristan musiał to wyczuć, bo wystrzelił z siedzenia jak z procy i usiadł na krawędzi biurka Dylan.

– Nie! – Powiedział, ciągnąc za kosmyki jej kucyka nieco mocniej, niż robił to zazwyczaj. – Nie o to chodzi. Dlaczego tak powiedziałaś? – Czekał na konkretną odpowiedź, lecz jedynym, co Dylan była w stanie teraz mu zaoferować, było pełne zażenowania wzruszenie ramionami. Prędzej by umarła, niż przyznała się do tego, o czym naprawdę myślała.

Tristan mówił dalej:

– Musimy wiedzieć, na czym stoimy. Albo – na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmieszek – jak daleko od siebie możemy być. Pomyśl, czy naprawdę chcesz być ze mną za każdym razem, gdy muszę iść do toalety, jeśli jest o jedno pomieszczenie dalej? Albo do przebieralni chłopców przed WF-em?

– No więc – powiedziała ochryple Dylan, próbując ukryć swoje bezecne myśli – to mogłoby być niezłe.

Otrzymała figlarnego kuksańca, po czym dłoń Tristana uniosła się, by czułym gestem spocząć na jej karku.

– Wkrótce będziesz chciała być bardziej niezależna – powiedział. – Nie będziesz chciała, żebym był przy tobie w każdej sekundzie. Musimy wiedzieć, jak daleko jest bezpiecznie. Zgadzasz się?

Wiedziała, że miał rację. Nie chciała przechodzić ponownie przez to, co wydarzyło się wczoraj na lekcji matematyki – czuć, że znowu umiera. A miała nadzieję, że to wszystko będzie trwało jeszcze bardzo długi czas.

– No dobra – przyznała mu rację.

– Masz jakieś walkie-talkie? – zapytał Tristan.

– Co?

– Walkie-talkie.

– Nie – Dylan zalotnie uniosła brew. – Nie mam dziesięciu lat. Nie jestem też chłopcem. Po co ci walkie-talkie?

– Moglibyśmy wtedy rozmawiać ze sobą, monitorować, jak się czujemy. Gdy tylko poczujesz się źle, zatrzymamy się.

Aha. To miało sens.

– Myślę, że w dzisiejszych czasach wystarczą nam telefony komórkowe – zaśmiała się Dylan. – I przynajmniej nie będziemy głupio wyglądać.

Tym razem szarpnięcie za kucyk było tak mocne, że aż pisnęła.

Tristan wjechał wózkiem Dylan na tył biblioteki, wprost w labirynt wysokich półek z książkami, gdzie leżały encyklopedie, z których nikt nigdy nie korzystał. Tylko tam mogli zostać poza zasięgiem wzroku bibliotekarza, gdy wyciągnęli swoje telefony. Dylan miała nowiutkiego smartfona – prezent od Joan, który miał zastąpić jej ten utracony w wypadku; Tristan miał kiepski telefon na kartę, który Dylan wygrzebała z jednej z szuflad.

– Zadzwoń do mnie – powiedział. – Zobaczymy, jak daleko możemy od siebie odejść.

– Około pięciu metrów – rzuciła Dylan. Wzięła głęboki wdech, próbując się uspokoić. Pomimo wcześniejszych zapewnień Tristana była zaniepokojona, ponieważ wolała uniknąć fizycznego maltretowania, które nieuchronnie ją czekało, gdy za bardzo się od niego oddali.

– No dalej, aniołku – powiedział, kucając przed nią. Wziął jej wolną rękę w swoją i koniuszkami palców połaskotał jej dłoń.

Niezależnie od tego, jak bardzo żałosne mogło się to wydawać, wystarczyło.

– Dobra – rzuciła. – Miejmy to za sobą.

Wynagrodził jej tę decyzję szybkim całusem, a potem poklepał jej telefon i wyprostował się.

– Jeśli będę miał się zatrzymać, po prostu mi powiedz.

Zaczął się cofać, ale cały czas wpatrywał się w jej twarz. Dylan na początku niczego nie poczuła – poza tym, że było jej głupio tam tak siedzieć. Tristan szedł dalej, aż dotarł do ostatniego regału książek.

– No i? – podniosła głos.

– Nic. A u ciebie?

– Czuję się dobrze.

Cofnął się jeszcze odrobinę i już dotykał plecami podwójnych drzwi oddzielających korytarz od biblioteki. Dylan widziała go jeszcze między wysokimi regałami, gdy pytająco unosił w jej stronę brwi.

Wzruszyła ramionami. Czuła się… nieźle. Odczuwała być może lekkie nieprzyjemne rwanie w klatce piersiowej, ale równie dobrze mógł to powodować lęk.

I rzeczywiście, sekundę później, gdy Tristan cicho prześlizgnął się przez drzwi, poczuła to z całą siłą. Panikę. Mdłości. Ból w nodze gwałtownie przybrał na sile, a prawie zagojone rany na plecach nagle zaczęły piec. Drżącymi palcami szybko przesunęła swoje kontakty w telefonie i stuknęła kciukiem w imię Tristana.

– Czuję się beznadziejnie – powiedziała, gdy tylko odebrał. – Silny ucisk w klatce piersiowej i mdłości.

– A jak noga?

– Da się… da się znieść. Tak jakby… – Chciała poprosić, by przystanął, ale powstrzymała się. Musieli to zbadać, to było ważne.

– Gdzie jesteś?

– Jestem zaraz za drzwiami do biblioteki.

– Aha. – Dylan przygryzła wargę. – Myślałam, że poszedłeś dalej.

– Nie – w głosie Tristana wyczuwała rozczarowanie.

– Spróbuj odejść trochę dalej – powiedziała.

– Jesteś pewna?

– Tak. Nie. Zrób to.

– Pójdę tylko na koniec korytarza – zapewnił ją.

Słuchała odgłosu jego czarnych szkolnych butów uderzających o posadzkę.

– Jest tam – powiedziała do samej siebie. – Słyszysz go, wiesz, gdzie jest.

To nie pomogło – ucisk w klatce piersiowej tak bardzo przybrał na sile, że musiała walczyć o każdy oddech. Dudniło jej w głowie, skręcało w żołądku, ale potrafiła sobie z tym poradzić. Tylko jedno było nie do wytrzymania – uczucie, że każde obrażenie, którego doznała w katastrofie kolejowej, odnawia się. Miała wrażenie, że kości w nodze wyginają się i łamią, skóra na biodrze i u dołu pleców jest rozrywana, a ciało pod spodem się otwiera. Czuła mdłości i obezwładniającą słabość, jakby z każdym krokiem Tristana ulatywało z niej życie.

– Za daleko – wysapała z trudem. – Wracaj.

– Dylan? – jego głos zagłuszał trzask. – Wszystko dobrze?

– Czuję… Wydaje mi się, że to już wystarczająco daleko.

Tristan nerwowo przełknął ślinę, a dźwięk ten zabrzmiał w jej uszach jak ostre mlaśnięcie.

– Wracaj – powtórzyła.

– Wrócę – obiecał. – Tylko… Wytrzymaj jeszcze parę sekund. Zobaczymy, czy po chwili trochę to ustąpi.

Dylan skupiła się na swoim oddechu.

– To nie jest prawdziwe – powiedziała sobie. – To jest tylko w umyśle. To nie jest prawdziwe – bez skutku. Wydawało się, że ból zamiast słabnąć, przybierał na sile. Dylan była już naprawdę zaniepokojona, gdy zdała sobie sprawę, że jej głowa porusza się nerwowo to w górę, to na boki, a wzrok się rozmywa.

– Tristanie, nie dam rady – Sięgnęła w dół i dotknęła gipsu, który, jak się wydawało, ściskał jej nogę niczym imadło. – Jezu, jak to boli.

– Parę sekund? – powtórzył Tristan.

– Chyba zemdleję – szepnęła do telefonu.

– Dylan? Aniołku? – w głosie Tristana słychać było teraz panikę. Panikę i ból.

– Już idę.

Płaski i ciężki odgłos biegu nagle przywrócił jej przytomność. Ramię miała zdrętwiałe, a głowa okazała się zbyt ciężka, by ją unieść. Nagle z głośnika rozbrzmiał echem inny głos.

– Hej, ty! Przestań biegać!

Thomson. Tylko zrzędliwy stary zastępca dyrektora mógł tak ryknąć. Ale Dylan słyszała, że Tristan wciąż biegnie. To był bardzo zły pomysł.

– Powiedziałem: zatrzymaj się!

Thomson zatrzymałby Tristana i nie mogłaby pójść z nim. Ta separacja potrwałaby o wiele dłużej niż ich mały eksperymencik.

– Tristan, zatrzymaj się – wyszeptała do telefonu.

Usłyszała rozwścieczone burknięcie Tristana, gdy przystanął, oraz stłumione:

– Przepraszam, proszę pana – musiał schować telefon do kieszeni.

– Chłopcze, dokąd ci się tak spieszy?

– Moja kuzynka została w bibliotece, a jest na wózku inwalidzkim. Nie potrafi sama się poruszać.

– Dylan McKenzie przeżyła katastrofę kolejową. Co może jej się stać w bibliotece?

Nastąpiła długa pauza, a po niej odpowiedź chłopaka:

– Lawina książek?

Mimo że przez jej ciało nadal przepływało okropne połączenie paniki, mdłości i bólu, Dylan zaśmiała się, nim zdążyła sobie uświadomić, że powinna zakryć usta dłonią.

– Myślisz, że jesteś zabawny, chłopcze?

Dylan tak myślała. Niestety, Thomson nie miał poczucia humoru.

– Nie, proszę pana – to była bystra odpowiedź.

Jeszcze więcej ciszy. Jeden tysiąc, dwa tysiące, trzy tysiące.

– Precz mi z oczu!

Cichsze kroki, szybki chód. Skrzypnięcie i chrobot otwierających się drzwi do biblioteki.

Nadchodził Tristan. Dylan trochę poprawiła się na wózku i próbowała wrócić do rzeczywistości. Nadal czuła się źle, ale ból ustępował. Jeszcze kilka sekund i Tristan będzie w zasięgu wzroku… Szybko mrugnęła i próbowała się skupić.

– Tristan! – Damski głos, znajomy damski głos. Po jego stłumionym brzmieniu Dylan zgadywała, że Tristan nadal ma telefon w kieszeni. Usłyszała, jak cicho wymamrotał odpowiedź, a potem znowu rozległ się damski głos – tym razem o wiele bliżej.

– Macie okienko? – Słodkie tony Cheryl prawdopodobnie miały być uwodzicielskie, ale dla Dylan brzmiały jak gwoździe zgrzytające po tablicy. – Steph, pamiętasz, jak opowiadałam ci wszystko o Tristanie?

– Cześć, Tristan, Steph Clark.

Steph była znana z rzeczy, które robiła za szkołą, przy budynku prądnicy oraz z tego, że była bardziej tępa niż Cheryl McNally, a to już nie lada wyczyn.

– Wiesz co… – mówiła dalej Cheryl. – Wydaje mi się, że to pierwszy raz, gdy widzę cię bez kuzynki.

Jak dla Dylan zbyt duży nacisk padł na słowo „kuzynka”. Ależ to był durny pomysł.

– Jesteśmy ze sobą bardzo blisko – powiedział Tristan, a jego głos brzmiał nisko i obronnie. To nieco udobruchało Dylan.

– Poza tym, wiesz, ona jest niepełnosprawna – dodała Cheryl. – Musi być ci bardzo ciężko wciąż się nią opiekować, gdy jest na tym wózku.

– Nie jest tak źle – odparł krótko Tristan. – Słuchaj, muszę iść…

– Zaczekaj!

Chrzanić to. Dylan miała zamiar tam pojechać. Pokaże Cheryl, jaka jest niepełnosprawna, gdy ją staranuje. Rozłączając rozmowę – teraz i tak byli już w zasięgu słuchu – chwyciła dwa wielkie kółka po bokach i ruszyła w ich stronę. Wózek centymetr po centymetrze poruszał się do przodu. Dylan postękując, zmieniła ułożenie dłoni i spróbowała ponownie.

– Tristanie, co robisz po szkole?

– Co? A dlaczego pytasz?

Czy miała zamiar się z nim umówić? Dylan odpychała się coraz mocniej, sprawiając, że kółka w końcu zaczęły toczyć się szybciej po dywanie, ale miała problem z kierunkiem jazdy. Wózek bezwładnie zmierzał ku zderzeniu z regałem wypełnionym autobiografiami.

Szarpnęła mocniej lewą ręką, próbując zmienić kurs, ale jej wystająca stopa odbiła się od książki Churchill: Życie w twardej oprawie. Gwałtowny ból ogarnął całą nogę. Przez kilka sekund mogła jedynie siedzieć tam i dyszeć, słuchając, jak dziewczyny gawędzą sobie z Tristanem, idąc wzdłuż regałów.

– Ale nie musisz zostawać w domu tylko dlatego, że ona tam jest.

– Nie, nie muszę – mówił Tristan. Czy w jego głosie słychać było gniew? – Zostaję w domu, ponieważ tego właśnie chcę.

– Wiesz, za tydzień w sobotę organizuję imprezę – rzuciła Cheryl. – Może przyjdziesz?

Brak odpowiedzi. Co oznaczało, że się nad tym zastanawiał. Gdyby nie pulsująca złamana noga, ruszyłaby w ich stronę, aby przyłożyć Cheryl. A może i Steph.

– Dowiem się, co myśli o tym Dylan.

Ciasny węzeł gniewu w jej klatce piersiowej odrobinkę się rozluźnił.

– Aha. No cóż, chodzi mi o to… – Cheryl bełkotała i jąkała się. – No bo co z jej wózkiem i tak dalej, pewnie nie będzie chciała… – Zatrzymała się chwiejnie, a Dylan dokładnie wiedziała, w jaki sposób Tristan potrafił wywołać taki efekt. To jego spojrzenie niejednokrotnie sprawiło, że na pustkowiu natychmiast zamykała buzię.

 

– Jeśli Dylan nie pójdzie, to i ja nie idę – odparł chłodno na odchodne.

Tristan pojawił się kilka sekund później na końcu rzędu regałów z książkami. Wyglądał na zirytowanego i zmartwionego.

– Wszystko w porządku? – Uklęknął obok niej i chwycił jej twarz w złączone dłonie, zmuszając, by na niego spojrzała. Dylan jednak tego nie chciała. Kipiały w niej złe uczucia, była naprawdę wściekła. Chciała odnaleźć Cheryl i Steph, i zranić je. Tristana też. Wiedziała, że to niesprawiedliwe, ale w tej chwili nie potrafiła racjonalnie myśleć.

– Tak, w porządku – wymamrotała, starając się, by w jej głosie nie było słychać rozgoryczenia. Zmusiła się do tego, by udzielić Tristanowi właściwej odpowiedzi. – Ból był… do zniesienia, aż nagle…

– Wiem, też to czułem – zakołysał się i zbliżył jej twarz do swojej, przyciskając usta do ust Dylan.

– Tristan… – szepnęła ostrzegawczo. – Jeśli ktoś nas zobaczy…

– Nie obchodzi mnie to – odpowiedział szeptem. – Tak bardzo cię przepraszam, Dylan. Nie powinienem proponować tego eksperymentu. Nigdy więcej, dobrze? – jeszcze jeden pocałunek. – Obiecuję.

Mimo że była to ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę, Dylan zmusiła się, aby uwolnić twarz z uścisku Tristana. Gdyby ktoś ich przyłapał, nie potrafiłaby się wytłumaczyć z pocałunku – był przecież jej kuzynem!

– Musieliśmy to sprawdzić – przypomniała mu Dylan. A potem poczęstowała go krzywym uśmieszkiem. – Ten jeden raz.

Tristan odpowiedział szybkim uśmiechem, ale twarz miał zamyśloną.

– Poza zasięgiem wzroku.

– Co?

– Gdy tylko byliśmy poza zasięgiem wzroku, właśnie wtedy to się nasiliło.

– Ale to nie ma sensu. – Dylan pokręciła głową. – Wiedziałam, gdzie byłeś. Nie sądzisz, że dotarliśmy do jakiejś bariery?

– Być może – twarz Tristana wyrażała niepewność. – Ale tym razem nagle bardzo się pogorszyło, o wiele szybciej.

Dylan próbowała odgadnąć, co miał na myśli.

– Uważasz, że to bariera psychologiczna?

– Częściowo.

– Ale już wcześniej bywaliśmy poza zasięgiem swojego wzroku. Za każdym razem, gdy idziemy do łazienki, na litość boską!

– Jednak jest to twoje mieszkanie – przypomniał jej Tristan. – Twoja przestrzeń, dobrze znana. Wtedy wiesz, że na pewno do ciebie wrócę.

– Myślisz, że boję się, że ode mnie uciekniesz? – Dylan nawet nie próbowała ukrywać oburzenia w swoim głosie.

– Nie – zaprzeczył szybko. – To dotyka również mnie, pamiętasz?

– No więc w czym rzecz?

– Wydaje mi się, że stworzyliśmy między sobą połączenie, tak aby być razem w fizycznym świecie. Jeśli będziemy próbować się rozdzielić, cóż, wtedy dochodzi do głosu rzeczywistość.

– Rzeczywistość, w której zginęłam. – Dylan przytaknęła. Ten ból, gdy jej noga zdawała łamać się ponownie, a rany znów jakby zaczęły się otwierać…

– Jeśli pozostajemy w zasięgu wzroku drugiej osoby albo przebywamy w bezpiecznym miejscu… – urwał, położył ręce na jej kolanach i ścisnął.

– Wtedy wiemy, że wszystko jest w porządku. Gdy jesteśmy poza zasięgiem swojego wzroku, połączenie próbuje siłą sprawić, byśmy ponownie byli razem.

Dylan w milczeniu rozważała słowa Tristana.

– Ale tylko zgadujesz, że tak jest, prawda? – powiedziała w końcu. – Nie wiesz tego.

– Nie, nie wiem – zgodził się. – Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek przed nami zdołał tego dokonać.

– Czyli… – Dylan zaśmiała się, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. – Czyli naprawdę utknąłeś tu ze mną. Na zawsze.

To był żart, ale uważnie obserwowała reakcję Tristana. Gdyby się skrzywił, gdyby zobaczyła w jego oczach choćby cień niechęci, nie wiedziałaby, co począć. Nie mogła znieść myśli, że mógłby być przywiązany do niej z przymusu, a nie z potrzeby serca, z pożądania. Z miłości.

Uśmiechnął się jednak, a jego oczy pojaśniały. Pochylił się do przodu, by obdarzyć ją jeszcze jednym pocałunkiem.

– Dylan, to najlepsza nowina, jaką kiedykolwiek usłyszałem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?