IntruziTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział czwarty

Czy jesteś na to gotowa? – Tristan zatrzymał się naprzeciwko drogi prowadzącej do bram szkoły, powodując zator na chodniku. Hordy uczniów ciągnących za nimi musiały teraz wychodzić na ulicę, by ich ominąć. Dylan nie odpowiadała, więc położył rękę na jej ramieniu i lekko ścisnął.

– Nienawidzę tego – wymamrotała, uderzając rękoma w wielkie koła swojego wózka. – Wszyscy się na mnie gapią.

Tak właśnie było – niektórzy aż wyciągali głowy, by rzucić okiem na dziewczynę na wózku inwalidzkim. Dylan patrzyła wilkiem na każdą ciekawską parę oczu, próbując ignorować swój przyspieszony puls i nieprzyjemne uczucie w klatce piersiowej.

Joan była zaskoczona, że Dylan chce tak szybko wrócić do szkoły. Rozwiązanie zagadki tkwiło w tym, że matka doprowadzała ją do szału. Robiła wokół niej zamieszanie, obserwując każdy ruch Tristana i pojawiając się znienacka, ilekroć zbliżyli się do sypialni Dylan. Czy naprawdę myślała, że będą coś kombinować, gdy jej noga była w gipsie aż po udo, a druga noga i dół pleców stanowiły zwój bandaży i opatrunków?

Dylan musiała się uwolnić. Uznała, że wszystko będzie lepsze niż siedzenie w domu. Tak jej się przynajmniej wydawało, dopóki nie zobaczyła paskudnego betonowego budynku Kaithshall Academy. Natychmiast przypomniała sobie wszystkie powody, dla których nienawidziła tego miejsca… poczynając od idiotów, którzy ryzykowali, że zostaną potrąceni, by móc wścibsko pogapić się na jej złamaną nogę. No cóż – przyznała w myślach niechętnie – nie gapili się wyłącznie na nią.

– Czy jesteś na to gotowy? – zapytała.

To był pierwszy dzień Tristana w szkole. Pierwszy w życiu. Zapisanie go było ryzykowne, ponieważ nie figurował w żadnych rejestrach, nie miał dowodu tożsamości, imienia ani żadnej historii. Z punktu widzenia systemu był duchem. Dużo łatwiej było jednak przekonać szkołę, że jest prawdziwą osobą niż Joan, ale ona była królową przesłuchań. Gdy w końcu jej matka przyjęła do wiadomości fakt, że Tristan uciekł z wypełnionego przemocą domu gdzieś na obrzeżach Glasgow i dlatego nie chce o tym rozmawiać, zaczęła odpuszczać chłopakowi i nawet zrobiło jej się go szkoda. Przynajmniej odrobinę. W każdym razie przyznała im rację, że powinien się uczyć i naopowiadała dyrektorowi jakichś kłamstw na temat jego tożsamości. Dylan nie mogła uwierzyć, że Joan naprawdę to zrobiła, lecz z drugiej strony jej matka zapewne uznała, że dzięki temu uniknie kłopotów. W ten sposób mogła chronić ich oboje, ponieważ było jasne, że gdziekolwiek poszedł Tristan, tam jest i Dylan – i odwrotnie. Odkąd Dylan ocknęła się w szpitalu, byli nierozłączni.

Joan oczywiście nie o wszystkim wiedziała; nadal była przekonana, że Tristan śpi na kanapie.

– Jestem gotowy – powiedział.

Dylan odwróciła głowę, by mu się przyjrzeć, lecz jego twarz nie wyrażała więcej emocji niż głos. Wyglądał na opanowanego i spokojnego, jakby wścibskie spojrzenia były mu zupełnie obojętne. Był tutaj tak samo niewzruszony jak jeszcze niedawno na pustkowiu, choć te dwa miejsca diametralnie się przecież od siebie różniły. Myślała o tym, jak ona sama funkcjonowała w jego świecie – była wtedy płaczącą, wystraszoną kupką nieszczęścia – i poczuła się tym bardzo zażenowana.

Jedynym plusem w jej świecie mogło okazać się to, że nie było tu żadnych zjaw. Natomiast największe zagrożenie stanowił fakt, że głupota części uczniowskiej populacji może być zaraźliwa. Najlepszy tego przykład właśnie zmierzał w ich kierunku.

– O mój Boże, Dylan! Słyszałam, co ci się stało i totalnie nie mogłam w to uwierzyć!

Podeszła do nich Cheryl McNally, jak zwykle wytapetowana i ubrana w absurdalnie krótką spódniczkę i buty za kostkę na wysokim obcasie.

– Spójrz na siebie! – Wypowiedziała te słowa wyjątkowo piskliwie, aby zwrócić uwagę wszystkich, którzy jeszcze nie gapili się w ich kierunku.

– Cześć, Cheryl. – Wycedziła Dylan przez zaciśnięte zęby. Dokładnie wiedziała, jaki miała plan. Ta przygłupia farbowana blondynka nie ukrywała, że nie lubi Dylan i odegrała znaczącą rolę w wielu poniżających epizodach w Kaithshall – na przykład wtedy, gdy popchnęła Dylan w stołówce, tak że spaghetti bolognese wylądowało na jej koszuli i w efekcie wyglądała jak ofiara morderstwa. Ale katastrofa kolejowa oraz ten głupi wózek inwalidzki oznaczały, że Dylan przez kilka dni będzie w centrum uwagi, a Cheryl po prostu musiała zawsze być tam, gdzie coś się działo. A do tego…

– Czy to twój kuzyn? – Cheryl zgrabnie ominęła wózek Dylan, stając obok Tristana z szerokim i zniewalającym uśmiechem na twarzy. Dylan ledwo powstrzymała się od obrócenia wózka i wypchnięcia jej na ulicę, prosto między jeżdżące samochody – wtedy Cheryl na pewno byłaby w centrum uwagi!

Niestety, jeszcze nie opanowała manewrowania wózkiem na tyle, by tak po prostu obrócić się w miejscu. Jeszcze bardziej niefortunna była jednak odpowiedź, której musiała udzielić Cheryl.

– Tak. – To słowo pozostawiło niesmak w jej ustach. – To jest Tristan, mój kuzyn.

To była część historyjki, którą wymyśliły razem z Joan: pokrewieństwo jako wytłumaczenie jej opieki nad Tristanem, dające zarazem możliwość zapisania go do szkoły. Dylan uważała, że sprawiało to Joan pewną frajdę, ponieważ oznaczało, że nie mogli zachowywać się jak para, a ona musiała siedzieć na tym głupim wózku, gdy Cheryl przesunęła ręką po ramieniu Tristana i zamruczała:

– Witamy w Kaithshall.

Zołza.

– Dziękuję. – Tristan skinął głową i zręcznie uwolnił się od dotyku Cheryl. Ton jego głosu był bardzo rzeczowy. Słysząc to, Dylan od razu poczuła się lepiej, ale Cheryl wykazała typowy dla siebie brak intuicji, zupełnie nie dostrzegając tych subtelnych sygnałów. Zaczęła krążyć wokół niego chwiejnym krokiem na swoich niebotycznie wysokich obcasach, by otrzeć się o niego ramieniem.

– Tristanie, jeśli masz ochotę, mogę cię oprowadzić. Kochanie, ty nie będziesz w stanie tego zrobić na swoim wózku – zwróciła się do koleżanki, obdarzając ją przy tym pogardliwym spojrzeniem.

– Dam radę – wycedziła przez zęby Dylan.

– Ależ ze swoimi obrażeniami nie powinnaś się do niczego zmuszać… – Troska na twarzy Cheryl była tak samo sztuczna jak jej opalenizna.

– Do niczego się nie zmuszam – odparła cierpko Dylan. – Od tego mam Tristana.

Cheryl mrugnęła, próbując rozszyfrować jej słowa, podczas gdy Tristan śmiał się, stojąc za nią.

– Na skrzyżowaniu są światła – Dylan wskazała miejsce jakieś sto metrów dalej wzdłuż drogi. – Tam będzie łatwiej przejść. Pa, Cheryl.

Tristan, znacznie bardziej pojętny niż Cheryl, natychmiast zrozumiał aluzję i bez słowa poprowadził tam wózek Dylan. Kilka sekund później usłyszeli szczebiocące „Pa, Tristan” wypowiedziane przez Cheryl.

– Musisz nacisnąć przycisk – przypomniała mu Dylan, gdy zatrzymał się na skrzyżowaniu, bezwiednie wpatrzony w ruch uliczny.

To było dość zabawne: tak dużo wiedział o świecie, ale brakowało mu wiedzy na temat wielu małych rzeczy – na przykład jak przywołać zielonego ludzika na przejściu dla pieszych. Malutkie luki, które go zdradzały, sprawiając, że się wyróżniał, że był inny. Dziwny. Dylan robiła, co w jej mocy, by uzupełniać wszystkie te braki, gdy tylko jakieś odnalazła.

– To twoja przyjaciółka? – zapytał Tristan, gdy czekali na przejściu.

– Mówiłam ci już… – powiedziała Dylan, z zażenowaniem kręcąc się na swoim wózku. – Nie mam tutaj żadnych przyjaciół.

– Ależ masz! – Poprawił ją Tristan, kładąc rękę na jej ramieniu. – Masz mnie.

Dylan nie odpowiedziała. Gardło miała zbyt ściśnięte i nie chciała, by usłyszał drżenie jej głosu.

Wścibskich spojrzeń „życzliwie zainteresowanych” było coraz więcej, a mimo to Dylan i Tristan bez większych problemów dotarli do szkoły. Zatrzymali się w biurze, aby Tristan mógł odebrać swój plan zajęć – identyczny jak ten Dylan – i zaliczyć obowiązkowe spotkanie powitalne u dyrektora. Dylan musiała poczekać na zewnątrz, siedząc na wózku dyskretnie stojącym w rogu korytarza administracji. Wierciła się niespokojnie przez cały czas, gdy nie było go w zasięgu wzroku. Po czasie, który zdawał się trwać o wiele dłużej niż dziesięć minut, drzwi otworzyły się i stanął w nich Tristan. Jego twarz była tak samo tajemnicza jak zawsze, za to dyrektor wyglądał na zadumanego. Marszcząc brwi, obserwował chłopaka, gdy ten się oddalał, po czym wzruszył ramionami i w końcu zamknął drzwi.

– Wszystko w porządku? – zapytała Dylan.

– Tak – odpowiedział Tristan. – Dokąd teraz?

– Do rejestracji – westchnęła ponuro Dylan. – Będziemy musieli pojechać na górę windą, to na najwyższym piętrze.

Winda była bardzo ciasna i złowieszczo się chwiała. Sześćdziesiąt sekund, które zajęła jej droga trzy piętra w górę, bardzo się dłużyło. Dylan odczuła ulgę, gdy drzwi otworzyły się ponownie, by w końcu wypuścić ich na zewnątrz.

– Na końcu – niepotrzebnie wskazała wzdłuż korytarza. – Sala pani Parsons.

Było wcześnie, a do rozpoczęcia rejestracji zostało jeszcze dziesięć minut, ale nie chciała zostać złapana przez przeraźliwy dźwięk dzwonka. Mimo że chronił ją gips, nawet lekkie szarpnięcia nogi były bardzo bolesne.

Gdy weszli do sali, pani Parsons pisała coś na tablicy. Rzuciła im tylko krótkie spojrzenie pełne irytacji i przesunęła biurka z przodu, tak by Tristan mógł przejechać wózkiem. To niestety oznaczało, że każdy uczeń będzie musiał przejść obok nich.

Oczy wszystkich błądziły wokół wózka inwalidzkiego Dylan oraz bieli jej pokaźnego gipsu, który niezgrabnie wystawał w głąb pomieszczenia. Kilka osób uśmiechnęło się życzliwie, ale większość po prostu się gapiła. Przynajmniej do czasu, aż przenieśli wzrok na nowego chłopaka siedzącego obok niej.

 

Dylan próbowała patrzeć na Tristana w taki sposób, jak widzieli go oni. Wysoki, szeroki w ramionach, na oko dużo starszy niż pozostali uczniowie w siódmej klasie. Właściwie był o kilka wieków za stary, ale skoro nie miał żadnego formalnego wykształcenia, tak naprawdę nie miało znaczenia, w którym miejscu zacznie. Nie zgodził się ściąć swoich rudawych włosów – ignorując wszystkie coraz bardziej uszczypliwe aluzje Joan – które wciąż opadały mu na oczy. Miał na sobie uczniowski mundurek – białą koszulę, czarne spodnie i zielono-czarny krawat – a Dylan nie potrafiła się zdecydować, czy wyglądał w nim komicznie, czy wspaniale. Biorąc pod uwagę spojrzenia innych dziewczyn, słuszna była raczej ta druga opcja. Przyćmiewał chłopców z jej klasy, którzy wyglądali przy nim karzełkowato, niedojrzale i przygłupio.

Wnioskując po pomrukach, które rozlegały się z tyłu sali, chłopcy również o tym wiedzieli.

– Kim on w ogóle jest?

– To kuzyn Dylan.

– Z tak zawiązanym krawatem wygląda jak mój tata! Maminsynek!

Tristan, który ignorował niedyskretne szepty, obrócił głowę na dźwięk tej ostatniej uwagi.

– Zignoruj go – powiedziała miękko Dylan. – To Dove MacMillan. Idiota.

Tristan nic nie powiedział, ale nadal twardo wpatrywał się w Dove’a. Dylan skrzywiła się tylko, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Nie trwało to zbyt długo. Po chwili rozległo się szuranie odsuwanego krzesła, gdy Dove wstawał.

– Na co się gapisz?!

– Tristan… – Dylan wyciągnęła rękę, by zatrzymać go w miejscu, ale on najwyraźniej wcale nie zamierzał wstawać. Mimo to twarde, niewzruszone spojrzenie nie znikało z jego twarzy. Dylan zgarbiła się, czekając, aż Dove podejdzie i zacznie bójkę. Nic takiego jednak się nie stało, bo chwilę później pani Parsons podniosła głos, mówiąc:

– Davidzie, siadaj!

Dylan z uniesionymi brwiami dyskretnie spojrzała na tył sali. Żaden z chłopaków już nie patrzył w ich stronę. Zachowała ostrożność, ukrywając triumfalny uśmieszek do czasu, aż siedziała znów zwrócona do przodu.

Najwyraźniej bali się Tristana.

Gdyby tylko podobnie zadziałało to na dziewczyny.

* * *

Krawat był prawdziwym utrapieniem. Na lekcji historii Tristan siedział udręczony obok Dylan w kącie sali i starał się go nie szarpać.

Czuł się idiotycznie. Cała ta sprawa była niedorzeczna. Udawanie, że jest dzieckiem, klonem niedojrzałych, nieodpowiedzialnych idiotów, którzy zewsząd go otaczali. Tak samo czuł się na francuskim, ale lekcja historii była jeszcze gorsza: opis bitwy pod Culloden przedstawiony przez nauczyciela był całkowicie nieprawdziwy. Tristan nie był tam osobiście, ale wysłuchał relacji z pierwszej ręki od trzynastoletniego chłopca, który udział w tej potyczce przypłacił życiem.

Tristan próbował wyszeptać to do ucha Dylan, gdy układali odpowiedzi na niedorzeczne pytania zawarte w zestawach zadań, lecz uciszyła go.

– Po prostu zapisuj to, co powiedział nauczyciel – syknęła, spoglądając na osoby siedzące najbliżej, aby się upewnić, że nie słyszeli ich rozmowy.

– Ale on nie ma racji – protestował Tristan.

– To nie ma znaczenia – rzuciła Dylan. – On będzie to oceniał i oczekuje konkretnych odpowiedzi. Tak działa szkoła, okej?

Nie, to wcale nie było okej. To były głupie, bezmyślnie powtarzane nieścisłości, wygłaszane z takim entuzjazmem, jakby były prawdą objawioną. Bezsens. Musiał sobie przypomnieć, że robi to wszystko po to, by Dylan była zadowolona. To był jej świat. Musiał się dopasować, nawet jeśli coś wydawało się bezsensowne.

Szczerze mówiąc, trochę mu ulżyło, że mógł wykonywać tego typu zadania. Wcześniej przecież nie wiedział, czy potrafi czytać i pisać, ale gdy Dylan wzięła książkę z półki w swojej sypialni i otworzyła na losowo wybranej stronie, okazało się, że linie liter mają sens. Działo się to dokładnie w taki sam sposób, w jaki potrafił przemówić w dowolnym języku do dowolnej duszy.

Lekcja angielskiego tego samego popołudnia była bardziej znośna. Wiersz, który przeczytała im nauczycielka, poruszył Tristana swoimi pięknymi i sugestywnymi słowami. Zaraz potem jednak wszystko zepsuła, nalegając, by skomentowali go, linijka po linijce, rozkładając na czynniki pierwsze niczym dzikie stworzenie podczas sekcji zwłok. To, co miało swój początek jako rzecz pełna wdzięku, stało się sercem, płucami, kośćmi… niczym innym niż tylko zimnymi, martwymi fragmentami.

Tristan zachował te spostrzeżenia dla siebie, ponieważ – w przeciwieństwie do wszystkich innych przedmiotów – wydawało się, że Dylan lubi delikatnie wypowiadającą się morderczynię poezji.

Następna była matematyka. Jaki, do cholery, miała ona sens? Ponownie przygnieciony obok wózka Dylan nie mógł już dłużej wytrzymać. Sięgnął i złapał za szkolny krawat, który rano tak starannie mu zawiązała. Ten jakby stawiał opór, w jakiś sposób zaciskając się i dusząc go jeszcze bardziej.

– Tristan! – syk Dylan wyrwał go z rozmyślań.

Spojrzał na nią w chwili, gdy wskazywała głową w stronę przedniej części sali. Obok ich łysiejącego nauczyciela matematyki stała nieśmiała kobieta w rozpinanym, różowym wełnianym swetrze i szylkretowych okularach.

– Tristan? – Zawołała ponownie, a jej ton dobitnie wskazywał, że nie lubiła się powtarzać.

– Chodzi o ciebie! – z wściekłością wyszeptała Dylan.

– Wiem – odpowiedział szeptem. Właśnie to imię wybierał, ilekroć przyjmował standardowy męski wygląd. – Ale przecież nie mogę cię zostawić.

To fakt, bez niego była całkowicie bezradna, ponieważ nie potrafiła manewrować ciężkim wózkiem. A teraz, gdy poznał niektórych jej kolegów i koleżanki, nie chciał zostawiać jej na pastwę ich złośliwości.

– Wrócisz na długo przed obiadem. – Teraz Dylan już wypychała go z krzesła.

– A co jeśli nie?

– Tristan! – Nie lubił swojego imienia wypowiadanego tym ostrym jak brzytwa głosem, więc posłał kobiecie ponure spojrzenie. Nie odstraszyło jej to.

– Jesteś potrzebny w sekretariacie. – Wykonała w jego stronę gest ręką, więc niechętnie wstał.

– Po prostu zaczekam tu na ciebie – obiecała Dylan. – Leć!

Tristan spróbował jeszcze się do niej uśmiechnąć, po czym wyszedł, posłusznie podążając za kobietą z administracji. Nadal nie chciał zostawiać Dylan, ale przypomniał sobie, że musi zgrywać miłego. Był kilkunastoletnim chłopakiem, uczniem. Musiał robić to, co mu kazano.

Jego pobyt w mieszkaniu Dylan był w najlepszym razie niepewny. Joan mu nie ufała i nie lubiła go; z całą pewnością chciała, by zniknął. Wątpił, by Joan uwierzyła w historyjkę o jego przeszłości. Tylko potrzeba opieki dla Dylan podczas jej nieobecności przekonała tę kobietę, by dać mu szansę. Jakiekolwiek potknięcie, najdrobniejszy problem w domu lub w szkole – i wylatywał. Tristan był zdecydowany nie dać jej powodu, by miała się na to poważyć. Było to jednak irytujące.

Pierwszy ucisk w klatce piersiowej poczuł, gdy kobieta prowadziła go wzdłuż korytarza. Kiedy dotarli do klatki schodowej, uczucie to przeszywało już całe jego wnętrzności, jakby kipiąc i wykręcając je. Ona da sobie radę, powiedział do samego siebie. Przetrwała bez niego sześć lat w tym miejscu, które sprawiało, że dusza gniła. Nie było tutaj żadnych zjaw, które mogłyby zrobić jej krzywdę, ani żadnych demonów do zgładzenia. Jedynym niebezpieczeństwem była powolna i bolesna śmierć z nudów. Mimo wszystko uczucie niepokoju przybierało na sile, gdy pokonywał schody w dół.

Zanim dotarł do parteru, wiedział już, że było to coś więcej niż tylko troska o Dylan. Nie mógł oddychać. Jego płuca pracowały gorączkowo, ale czuł się oszołomiony i osłabiony. Zataczał się, podążając za kobietą, i co chwila podpierał o ścianę. Z każdym krokiem był coraz słabszy. Zanim dotarli do sekretariatu, Tristan czuł się tak, jakby zaraz miał umrzeć. Ciężko oparł się o futrynę, świadom, że jeśli się poruszy, upadnie. W nogach odczuwał przeszywający, jakby eksplodujący ból.

– Muszę tylko zapytać cię o twojego lekarza i kontakt w nagłych przypadkach – powiedziała pogodnie pani z sekretariatu, wydając się niewzruszona jego opieszałością i obecnym stanem.

– Nie mam jeszcze lekarza… – wydusił Tristan, próbując się skupić pomimo przeszywającego bólu. – Ale będzie to ten sam, co u mojej kuzynki Dylan – dodał. – Kontakt w nagłych przypadkach też będzie taki sam. Jej mama, Joan McKenzie.

– Jej numer telefonu? – Zapytała bardzo formalnie, a jej oczy badawczo zerkały zza okularów.

– Jeszcze nie znam go na pamięć. Czy może pani wziąć ten numer z kartoteki Dylan? – Nie mógł już dłużej wytrzymać. Czuł się tak, jakby jego organy były miażdżone przez stalowe łopatki rozdzierające mięso na mielone. Musiał wrócić do Dylan, natychmiast. Jeśli do niej nie wróci, umrze.

– No dobrze. – Kobieta ściągnęła usta z wyraźnym niezadowoleniem.

– Czy mogę już iść? – Tristanowi udało się zachować na tyle rozsądku, by pamiętać o tym, że musi poprosić o pozwolenie na wyjście. Stał już z ręką na klamce, czekając, aż kobieta pozwoli mu odejść.

Westchnęła i przewróciła oczami.

– Mimo wszystko musisz to podpisać.

– Dobrze. – Prawie przefrunął przez pokój. Wyrwał jej z ręki długopis i – wywołując krytyczne cmoknięcie – nagryzmolił podpis, który pomogła mu zaprojektować Dylan, po czym wyszedł chwiejnym krokiem.

Uciekać. Musiał uciekać. I zrobiłby to, gdyby tylko mógł sprawić, by jego nogi zaczęły działać. Tristan człapał wzdłuż korytarza, odbijając się od ściany do ściany. Z trzaskiem przeszedł przez podwójne drzwi i zaczął wspinać się po schodach z pomocą rąk. Z każdym krokiem ból łagodniał, a panika zmniejszała się, aż do chwili, gdy postanowił odpocząć przy wejściu do korytarza, w którym odbywała się lekcja matematyki. Musiał się opanować.

Z opuszczoną głową wziął kilka głębokich wdechów. W porównaniu z nasileniem bólu, który odczuwał wcześniej, obecne mdłości były lekką niedogodnością. Musiał zobaczyć Dylan i sprawdzić, czy nie cierpiała tak jak on.

Jedno spojrzenie na jej szarą cerę wystarczyło za potwierdzenie, że ona również to odczuwała. Co gorsza, nie była w stanie tego ukryć. Zaniepokojony nauczyciel kręcił się przy wózku, jedną rękę trzymał na jej ramieniu, a wszystkie oczy były zwrócone na nią.

– Tristan… – Nauczyciel zauważył go i skinieniem kazał mu podejść do siebie. – Wygląda na to, że Dylan nie czuje się dobrze, ale nie chciała wyjść bez ciebie.

Z pełnego ulgi spojrzenia mężczyzny łatwo było wyczytać, że określenie „nie czuje się dobrze” nawet w przybliżonym stopniu nie opisuje stanu Dylan. Wystarczyło jednak kilka sekund, które zajęło Tristanowi przejście przez salę, i rumieńce zaczęły wracać na jej policzki.

– Zabiorę ją do domu. – Powiedział Tristan, ustawiając się pod kątem, tak aby móc przecisnąć się obok biurka i chwycić za rączki wózka. Chciał jej dotknąć, przesunąć palcami po jej włosach. Miał ochotę odepchnąć rękę nauczyciela i pomasować jej ramiona.

– Zdecydowanie tak. – Nauczyciel pomógł im spakować rzeczy i uśmiechnął się, gdy wyprowadzał ich przez drzwi. Widać było, że bardzo chciał, by już wyszli z sali, na jego twarzy malował się wyraz ulgi.

– Zabierz Dylan do sekretariatu i zadzwońcie do domu. Dowiedzcie się, czy ktoś może po was przyjechać.

– Dobrze. – Tristan nie miał zamiaru zatrzymywać się w sekretariacie ani prosić kogokolwiek o pozwolenie, by zabrać Dylan, ona jednak nalegała, by przynajmniej odpowiednio się wypisali.

Tristan nareszcie mógł wyprowadzić Dylan na świeże powietrze. Nie odzywali się do siebie, dopóki nie pokonali nierównych chodników i nie dotarli do pobliskiego parku. Tristan ustawił wózek Dylan w pobliżu ławki, tak by mógł usiąść blisko i chwycić ją za ręce. Powietrze było chłodne, ale podejrzewał, że to nie dlatego jej palce były tak lodowate.

– Co się stało?

– Nie wiem – jej skóra nabrała już normalnych kolorów, ale w oczach nadal widać było strach i udrękę. – Gdy tylko wyszedłeś, dziwnie się poczułam. O ile dobrze pamiętam, coś takiego przydarzyło mi się już w szpitalu, gdy zabrali mnie na prześwietlenie. Ale tym razem robiło się coraz gorzej… a potem nagle było lepiej. Czułam się prawie całkowicie dobrze, gdy z powrotem pojawiłeś się w drzwiach.

– Dziwnie? – zapytał.

– Dziwnie – zgodziła się Dylan. – Na początku wydawało mi się, że nie mogę oddychać i poczułam mdłości. Ale potem… O Boże. Tak bardzo bolało. Jakby moje nogi ponownie się łamały, a plecy były gorące i mokre. To było jak agonia, jakbym się wykrwawiała.

 

– Pozwól, że zobaczę – powiedział Tristan, zachęcając ją, by pochyliła się do przodu, tak aby mógł delikatnie podnieść tylną część jej szkolnego swetra. Nie musiał zdejmować jej bluzki – niewielkie ślady czerwieni pokrywały tkaninę wzorem w miejscach, gdzie krew przesączyła się przez bandaże.

– Tak samo jak wtedy w pociągu – wymamrotał Tristan.

– Co?

– Twoje obrażenia w wypadku. Twoje nogi były połamane i miałaś głębokie rany na plecach, pamiętasz?

Dylan skinęła głową z szeroko otwartymi oczyma.

– Dlaczego to się stało?

– Nie wiem. – Tristan wziął głęboki oddech. – Ale to samo przydarzyło się mnie.

Dylan gapiła się na niego zdziwiona.

– Im bardziej oddalałem się od ciebie, tym było gorzej. Gdy poszedłem do sekretariatu za tą głupią kobietą – skrzywił się na samo wspomnienie – myślałem, że umrę.

Przerażone spojrzenie Dylan sprawiło, że pożałował swojej szczerości.

– Jak myślisz, co to oznacza? – Ścisnęła jego ręce i skuliła się. Zdał sobie sprawę, że bardzo potrzebowała pocieszenia.

Nie mógł jej przytulić, gdy siedziała na tym nieporęcznym wózku z nogą w gipsie, ale zmienił pozycję, tak aby mogła oprzeć głowę na jego ramieniu. I choć nie było to zbyt wygodne, przytuliła się mocno. Dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo musiała się bać.

– To chyba oznacza, że nie możemy przebywać z dala od siebie – powiedział do niej łagodnie. Wzięła głęboki oddech, nie chciała się sprzeczać. – Nie powinienem tutaj być… – mówił dalej.

– Powinieneś… – przerwała mu. – Powinieneś być ze mną.

– Powinienem – zgodził się. – Ty i ja powinniśmy być razem – zaśmiał się. – Od teraz będziemy musieli traktować to bardzo dosłownie.

Dylan przez dłuższą chwilę siedziała w ciszy, z głową ukrytą pod jego podbródkiem.

– No cóż – powiedziała dobrą minutę później. – To nie będzie jakoś specjalnie trudne.

– Nie – potwierdził. – Zdecydowanie nie.