IntruziTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział drugi

Mężczyzna płakał. Susanna obserwowała, jak jego twarz wykrzywia się i marszczy, a ręce na przemian zaciskają się i otwierają na chusteczce, której trzymał się kurczowo jak maminej spódnicy. Zaraz, jak on miał na imię? Michael. Tak, to był Michael.

Płakał.

Susanna gapiła się na niego i miała nadzieję, że jej mina nie zdradza całkowitej obojętności, którą w istocie odczuwała. Jeśli o nią chodzi, Michael mógł dalej płakać i błagać. Mógł lamentować i szlochać. Mógł nawet rzucić się na drzwi, walić rękami i nogami, leżąc na tym brzydkim, cienkim dywanie – i tak niczego by to nie zmieniło. Był martwy i tyle.

Nie mogła zrozumieć, co go tak dziwiło. Długo chorował, a gdy przyszła po niego do szpitala, od razu wiedział, o co chodzi. Uciekanie się do podstępu i opowiadanie historyjek nie było konieczne. Nie czuła potrzeby zmieniania swojego wyglądu, aby na niego wpłynąć – wyglądała zwyczajnie, jak to ona. Pokazała mu pierwszą twarz, jaką jej dano, gdy zaczęła wypełniać swoją misję przewoźniczki – gdy pierwszy raz zobaczyła, pomyślała, poczuła. Pokazała mu twarz młodej kobiety, którą chciałaby być, gdyby w ogóle mogła być młodą kobietą. Wysoką, pełną wdzięku, ciemnowłosą i ciemnooką. W tej postaci była jakieś dziesięć lat młodsza od Michaela, lecz on nie komentował jej wyglądu. Oczywiście dopóki nie zaczęli wędrówki.

Nie był gotowy. Potrzebował więcej czasu. Nie udało mu się jeszcze zrobić tego wszystkiego, czego chciał dokonać.

No cóż, szkoda. Dostał więcej ostrzeżeń niż większość ludzi. Susanna wiedziała o jego życiu wystarczająco dużo, by rozumieć, że przed chorobą raczej go nie cenił. Jeśli nie potrafił dobrze wykorzystać swojego czasu, to jego problem.

Wszystko to sprawiło jednak, że pierwszy dzień podróży był bardziej niż uciążliwy. Michael mieszkał pośród małej społeczności na obrzeżach Kanady i przegrał walkę z chorobą w środku zimy. Gdy zrobili kilka pierwszych kroków na zewnątrz, wiatr wokół wył przeciągle, a ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. Nie trzeba było dużo czasu, by zostawili za sobą ostatnie echa prawdziwego świata i rozpoczęli wyprawę przez łagodne wzgórza, które wyglądały na bardziej strome z powodu zasp pokrywających cały teren. Mimo że od pierwszej bezpiecznej chaty dzieliła ich niewielka odległość, ledwo udało im się dotrzeć tam przed zmrokiem. Wlekli się, wlekli i wlekli. Każdy krok był walką z żywiołami, które pustkowie wysyłało, aby oswoić Michaela ze śmiercią.

Susanna nie odczuwała zimna, ale ciągłe biadolenie sprawiało, że narastała w niej irytacja. Wciąż ją rozpraszał, wyrywając z przyjemnych rozmyślań o Tristanie. A tylko o nim chciała teraz myśleć.

Rozpoznała go, gdy tylko zauważyła, że jakiś przewoźnik razem z prowadzoną przezeń duszą przemieszczają się z determinacją w złym kierunku. Wszędzie by go rozpoznała – poczułaby pulsowanie jego energii, coś jak podpis, właściwy tylko dla Tristana – tym bardziej że przywdział twarz, którą widywała już wcześniej. Dość często nawet. Wyraziste niebieskie oczy, mocno zarysowane kości policzkowe i lekko zadarty podbródek – to była twarz z charakterem, bardzo stanowcza.

Wszedł do tunelu znajdującego się na skraju pustkowia prowadzonej przezeń duszy i od tamtej pory już go nie widziała.

Naprawdę zniknął. Odszedł do świata żywych.

Susanna zmagała się z tą prawdą przez cały dzień. Bo to była prawda, czuła to całą sobą, ale jak tego dokonał? To powinno być niemożliwe dla przewoźnika. To było całkowicie niemożliwe. Nawet gdy przewoźnicy odbierali dusze z miejsc, w których człowiek zmarł, nigdy nie przechodzili bezpośrednio do świata żywych. Nie mogli niczego dotknąć, nigdy też nie byli widziani przez innych ludzi, żywych. Dusze przekraczały granicę w momencie śmierci. Było to niezauważalne i natychmiastowe. Trwało krócej niż uderzenie serca, gdyby oczywiście ich serca nadal biły.

Więc jak to zrobił? Susanna zadawała sobie to pytanie już wiele razy, rozpalając mizerny ogień w drewnianej chatce, która była pierwszym bezpiecznym schronieniem na pustkowiu.

Ze wszystkich przewoźników właśnie Tristan zdołał tego dokonać, właśnie jemu musiało się udać. Cóż, wcale jej to nie dziwiło. Było w nim coś innego, coś wyjątkowego. Jakby jego przeznaczeniem było coś więcej niż wypełnianie misji, niż ta połowiczna egzystencja.

Czuła to szczególnie teraz, gdy już go tu nie było. Poczucie pustki, jakiegoś braku ani na chwilę jej nie opuszczało. Zupełnie jakby zabrakło jakiejś cząstki jej własnej duszy – co było głupie, bo ona przecież nie miała duszy. A jednak tęskniła za nim, za jego obecnością w pobliżu – zawsze był blisko, gdy wędrowali swoimi ścieżkami przez pustkowie. Był w pobliżu, silny i pocieszający.

Jak więc to zrobił?

I… czy mogła pójść za nim?

– Jutro musimy iść szybciej – zwróciła się do Michaela, na moment przerywając jego bełkot i narzekanie. – W ciemności czają się stworzenia, których nie chciałbyś spotkać. Zaufaj mi.

Za ścianami małej, drewnianej chatki, w której znaleźli schronienie na tę noc, niskie jęki i zawodzenia przebijały się przez nieustanne wycie wiatru. Zjawy gromadziły się wokół, wyczuwając bezbronność. Przyciągały je słabość Michaela i jego tchórzostwo.

Rozdział trzeci

Tristan stał przed budynkiem, trzymając uchwyty wózka inwalidzkiego Dylan, podczas gdy Joan gmerała przy zamku. W idealnej ciszy niósł się jedynie dźwięk jej pobrzękujących kluczy. Chłopak widział, że nadal była wściekła i sztywna, jakby połknęła kij od miotły. Będzie musiał być ostrożny.

Joan potrzebowała go, przynajmniej na razie.

Mimo to chciała, by zniknął.

Szpitalna poczekalnia nie była idealnym miejscem na zrobienie dobrego pierwszego wrażenia. Nie był to też najlepszy moment. Tristan nie miał przygotowanego żadnego sensownego wyjaśnienia i nie potrafił wytłumaczyć swojego nagłego pojawienia się. Wiedział, że gdy zostanie przyparty do muru, nie ma szans. A w końcu musiały paść trudne pytania.

Tymczasem…

Joan otworzyła drzwi i wjechała wózkiem inwalidzkim Dylan do ciemnego korytarza kamienicy. Z półmroku wyłoniła się klatka schodowa – musieli przenieść Dylan dwa piętra w górę.

– Ty ją podniesiesz – ostrożnie – a ja wezmę wózek – czując wzrok Joan, która obserwowała każdy jego ruch, Tristan pochylił się, by pomóc Dylan wstać z wózka.

– Obejmij mnie za szyję – powiedział cicho. Jedną rękę wsunął pod jej plecy, a drugą, bardzo ostrożnie, pod nogi. Uniósł dziewczynę i natychmiast poczuł, jaka jest ciężka. Jej waga przygniatała jego ramiona i plecy, gdy spróbował się wyprostować.

– Nie upuść mnie! – pisnęła Dylan.

– Nie upuszczę – obiecał. Na pewno by tego nie zrobił, stwierdził jednak, że albo w prawdziwym świecie grawitacja była inna niż na pustkowiu, albo on bardzo się zmienił. Jako przewoźnik był wystarczająco silny, by walczyć ze zjawami i przeprowadzać dusze wszelkich kształtów i rozmiarów.

Teraz czuł się jak szesnastoletni chłopiec o sile typowego nastolatka. Tylko duma i lęk przed zrobieniem Dylan krzywdy powstrzymywały go od zatrzymania się w połowie drogi.

Joan szła blisko z tyłu, niosąc ciężki wózek. Pomogła mu bezpiecznie posadzić Dylan, zanim otworzyła drzwi do mieszkania.

Tristan oczywiście widział dom Dylan w jej wspomnieniach, ale i tak był przejęty. Wdychał słaby zapach Dylan oraz cięższą woń wilgoci wkradającej się do salonu. Gdy wyciągnął rękę i musnął powierzchnię fakturowanej tapety w przedpokoju, poczuł mrowienie w koniuszkach palców. To była ściana jak każda inna, jak wszystkie ściany, których kiedyś dotykał, a jednak wydawało mu się, że jest w niej coś wyjątkowego. Była taka prawdziwa. Czuł, że ktoś – pewnie dosyć dawno – z miłością przykleił tę właśnie tapetę do ściany w swoim domu. Wybrał ją ze wszystkich innych opcji, zdecydował się ozdobić nią swój dom.

Tristan oderwał dłoń od ściany i kaszlnął, chcąc rozładować emocje, które aż uciskały jego klatkę piersiową.

– Wszystko w porządku? – wyszeptała Dylan, gdy Joan zniknęła w salonie, na krótką chwilę zostawiając ich samych.

– Tak, jest dobrze – powiedział Tristan. – O mnie się nie martw.

Czuł się o wiele lepiej niż dobrze. Był żywy. Krew krążyła w jego żyłach, serce biło w klatce piersiowej. Chciał się śmiać, śpiewać i krzyczeć. Chciał poderwać Dylan z wózka, wziąć w ramiona i zatańczyć z nią.

Zamiast tego powoli i ostrożnie wjechał wózkiem do dużego pokoju, gdzie czekała na nich Joan.

– Muszę pójść do sklepu po parę rzeczy – rzuciła. – Zaraz wrócę.

Jej oczy zwęziły się, gdy przeskakiwały pomiędzy Tristanem a Dylan.

– Masz zakaz wstępu do pokoju Dylan, gdy nie ma mnie w mieszkaniu. Żadnych wyjątków.

Tristan przyglądał się stanowczemu wyrazowi jej twarzy, zaciśniętej szczęce.

– Dobrze – powiedział. Nie miał zamiaru tego przestrzegać, ale zgodziłby się na wszystko, co mogło udobruchać Joan i dać mu trochę czasu sam na sam z Dylan.

Jego szybka kapitulacja wydawała się Joan podejrzana, jednak wyszła z pokoju bez dalszych komentarzy, zatrzymując się tylko po to, by delikatnie musnąć ramię córki, gdy przechodziła obok niej. Dylan nie zwróciła na to uwagi, nie zauważyła ulgi i troski, które wyrażał ten jeden mały gest. Tristan wyraźnie to dostrzegł. Dylan opowiadała mu, że jej relacje z mamą często były pełne napięcia, ale miłość między nimi była wyraźnie odczuwalna.

Ta wyjątkowa chwila minęła i Joan wyszła. W końcu zostali sami.

Tristan oparł się o wózek i zamknął Dylan w uścisku. Wsunął twarz w zgięcie jej szyi i pozwolił sobie chłonąć jej zapach. Poczuł ją w swoich ramionach, ciepłą i żywą.

 

– Tristanie – wyszeptała Dylan. Wyciągnęła ręce w górę, by przyciągnąć go bliżej. Było to trochę niezręczne – wózek wbijał mu się w brzuch, a kolano w tylne koło, jednak nie mógł się od niej oderwać. Było idealnie, jak w niebie. Czuł, że jeśli poruszy choćby jednym mięśniem, wszystko to zostanie mu odebrane. Mrugnie i znów będzie na pustkowiu. Sam.

Całkowicie zatracił się w tej chwili bliskości, więc początkowo nie zauważył, że ramiona Dylan lekko drżą. Zorientował się, że płacze, dopiero gdy usłyszał jej urywany oddech.

– Dylan? Czy sprawiam ci ból? – odskoczył od niej przerażony. Okrążył wózek i uklęknął, przyglądając się jej twarzy. Policzki miała mokre od łez.

– Aniołku, przepraszam. Ja nie chciałem…

Gwałtownie potrząsnęła głową, a jemu słowa uwięzły w gardle.

– Nie o to chodzi… – W jej drżącym głosie wyraźnie słychać było napięcie. – Po prostu… nie mogę w to uwierzyć. Jesteś tu… Naprawdę tu jesteś… – Nagle czknęła głośno ze śmiechu. – I stoisz w moim gównianym salonie.

– Tak właściwie to klęczę. – Tristan zdobył się na lekki uśmiech, odgarniając pojedynczy pukiel włosów za ucho Dylan.

– Cicho bądź – popchnęła go figlarnie, po czym pochyliła się do przodu i oparła czoło na jego klatce piersiowej. W tej sytuacji nie mogli być bliżej siebie, gips na jej nodze niezręcznie wystawał z przodu. Tristan delikatnie pogłaskał ją po plecach, upewniając się, że nie dotyka bandaży.

Była taka obolała i posiniaczona. Nie mógł znieść jej widoku wynoszonej z tunelu kolejowego na noszach. Teraz był tutaj, cały i zdrowy, podczas gdy Dylan zmagała się z obrażeniami, które powinny były ją zabić. Które ją zabiły.

I przeszła przez to cierpienie dla niego.

– Kocham cię – wyszeptał w jej włosy.

Dylan wydała z siebie niezrozumiały dźwięk i uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy.

– Też cię kocham. – Uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiły się iskierki. – A nie mówiłam?

– Co? – mrugnął zdezorientowany Tristan.

– Obiecuję, że powiem to tylko raz – no dobra, może dwa… – Zaśmiała się Dylan. – Ale mówiłam ci, że to się uda!

– Ach tak. Mówiłaś… – Usta Tristana wykrzywiły się w uśmiechu pełnym nagłej skruchy. – I ten jeden raz nie będę miał problemu z tym, że się myliłem. – Na jego twarzy pojawił się prawdziwy, szeroki uśmiech. – Dobrze, że jesteś jedyną osobą, która o tym wie.

Rozejrzał się po pokoju, obejmując wzrokiem lekko zapadającą się kanapę, ożywioną za pomocą nowych poduszek.

– Wyciągnijmy cię z wózka.

– Dobrze. – Dylan położyła obie ręce na oparciach, gotowa podnieść się do pionu, ale Tristan powstrzymał ją, kładąc rękę na jej ramieniu.

– Pomogę ci – powiedział.

– Wiem – odparła, uśmiechając się.

Kolejny raz, ubolewając nad swoim nowym, ludzkim ciałem, naprężył każdy mięsień, by powoli i delikatnie położyć ją na poduszkach. Chciał się już wyprostować, gdy Dylan chwyciła go za rękę i pociągnęła, by usiadł obok niej. Nie opierał się – to było jedyne miejsce, w którym chciał teraz być. Im bliżej, tym lepiej.

– Jak się czujesz? – zapytała cicho Dylan.

– Jak ja się czuję? – Odwrócił się, by posłać jej pytające spojrzenie. – To nie ja właśnie przeżyłem śmiertelną katastrofę kolejową!

– Wiem – Dylan machnęła ręką w powietrzu, tak jakby nie miało to znaczenia. – Chodziło mi o to, jak czujesz się ­tutaj? Czy jest jakoś inaczej? Czy czujesz… czy czujesz się jak ktoś prawdziwy?

Ścisnęła go mocniej za rękę, jakby myślała, że może zaraz rozmyć się w powietrzu. Przytulił ją uspokajająco.

– Czuję się jak ktoś prawdziwy – zgodził się. – I… – Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś. W jego twarzy malowało się napięcie, w oczach widać było, że dźwiga jakiś ciężar. Czuł bardzo nieprzyjemny ucisk w brzuchu. – Wydaje mi się, że jestem zmęczony, ale mojemu żołądkowi wydaje się, że… Chyba jestem głodny. Naprawdę głodny. Boże, co za okropne uczucie.

– Będziesz musiał zaczekać, aż wróci moja mama, żeby dostać coś przyzwoitego – powiedziała Dylan. – Ale w kuchni pewnie są jakieś herbatniki lub coś podobnego.

Dzięki jej instrukcjom nad mikrofalówką udało mu się zlokalizować staromodną puszkę na herbatniki należącą do Joan. Przyniósł tyle, ile mógł unieść w dłoniach, i podzielił się z Dylan.

– Pełnoziarniste herbatniki czekoladowe – Dylan zmarszczyła nos. – Nie są najlepsze, ale można się nimi najeść.

Wepchnęła sobie całą garść do ust, szybko przeżuła i połknęła. Tristan przyglądał jej się, po czym spojrzał na trzy herbatniki w swojej dłoni. Czekoladowa polewa topiła się w palcach. Dylan obserwowała go z zainteresowaniem, zanim w końcu się odezwała.

– Nie próbowałeś czegoś zjeść w szpitalu?

Tristan powoli potrząsnął głową, a jego spojrzenie nadal utkwione było w ciastkach, które trzymał w dłoni.

– Twoja mama proponowała, ale byłem… po prostu za bardzo martwiłem się o ciebie, aby o tym myśleć. Wypiłem trochę wody, ale…

– Wiesz, jak to się robi? – Szybkie spojrzenie na nią upewniło go, że Dylan nie nabijała się z niego, tylko pytała z troską.

– Wiem, jak to się robi – powiedział. – Po prostu…

– To ważna chwila. – Dylan dokończyła za niego. Lewa część jej ust dziwnie się wykrzywiła. – Przykro mi, że nie jest to coś bardziej imponującego niż herbatniki.

– To jest świetne – powiedział. – Poza tym słyszałem wiele dobrego o czekoladzie.

Nie chcąc już dłużej tego odkładać, gdyż byłby zmuszony przyznać przed samym sobą, że zachowuje się nieco bojaźliwie, Tristan uniósł ciastko do ust i odgryzł kawałek.

Herbatnik rozkruszył się w ustach, a gdy chłopak zaczął przeżuwać, poczuł, jak na języku eksplodowała słodycz. Poczuł napływającą ślinę, która wymieszała się z jedzeniem, tworząc papkę. Okazało się, że dokładnie wiedział, kiedy powinien przełknąć. Odczekał chwilę, spodziewając się dyskomfortu spowodowanego dziwną grudą w gardle, ale nie odczuwał niczego oprócz chęci na więcej. Zanim się zorientował, zlizywał resztki czekolady ze swoich palców.

– I jak? – ponagliła Dylan, uważnie go obserwując.

– Wydaje mi się, że lubię czekoladę.

Odchyliła głowę do tyłu i szczerze się roześmiała.

– Powinniśmy zacząć od czegoś nudniejszego. Teraz wszystko inne wyda ci się rozczarowujące. – Gdy przechyliła głowę na bok, między jej brwiami pojawiła się malutka zmarszczka.

– Sądzę, że polubisz też pizzę. I chipsy, chipsy są wspaniałe.

Po chwili ciszy Dylan ponownie chwyciła Tristana za rękę.

– Jesteś zadowolony z tego, że tu jesteś? – ucichła na chwilę. – Czy uważasz, że postąpiliśmy słusznie?

– Naprawdę o to pytasz? – Tristan zaczekał, aż na niego spojrzy. Skinęła z wahaniem. – Nie chciałbym być nigdzie indziej na świecie, przyrzekam ci.

Wynagrodziła jego słowa jeszcze jednym słodkim uśmiechem, tym, którym obdarzała go zawsze, gdy się zapomniała. Po chwili milczenia odezwała się ponownie.

– Co powiedziałeś Joan, kiedy robiono mi prześwietlenia? Wiesz, o nas.

– Powiedziałem, że jestem twoim chłopakiem. Zapytała, dlaczego nigdy o mnie nie słyszała, więc wybełkotałem coś o tym, że nie byłaś jeszcze gotowa, by jej o nas powiedzieć. Nie była zadowolona.

– Wiesz, ona nie odpuści – powiedziała Dylan. – Będzie drążyć temat, aż uzyska bardziej satysfakcjonującą odpowiedź. A ja nie wiem, co jej powiedzieć. Co, do cholery, mielibyśmy powiedzieć?! Prawdę? Wyobrażasz to sobie?

– Ciiii – powiedział uspokajająco Tristan. Widział narastający niepokój Dylan. – Aniołku, nie możemy powiedzieć jej prawdy, przecież o tym wiesz. Coś wymyślimy, będzie dobrze.

– Obiecujesz?

– Obiecuję – Tristan przyciągnął ją do siebie i oparł czoło o czubek jej głowy. – Wszystko obmyślimy później. Teraz chcę tylko być blisko.

– Tylko tyle? – zapytała Dylan. Uniosła twarz, a Tristan schylił się ku niej, gdy nagły ból przeszył jej ciało, wywołując grymas twarzy.

– Co się stało? – Tristan cofnął się i badawczym spojrzeniem ogarnął całe jej ciało.

– To nic takiego – protestowała Dylan, mimo że jej twarz była blada jak ściana. – Nic mi nie jest.

– Nie, to nieprawda. Jesteś ranna i musisz dojść do siebie. Proszę… – Wstał, na nowo ułożył poduszki na sofie i delikatnie oparł o nie Dylan. – Odpocznij.

– Nie chcę odpoczywać. – Była wyraźnie nadąsana. – Chcę, żebyś mnie pocałował.

– Pocałuję cię – zapewnił Tristan – gdy tylko poczujesz się lepiej.

– Przecież to zajmie wieczność!

Zaśmiał się w odpowiedzi.

– Nigdzie się nie wybieram. Mamy teraz mnóstwo czasu.

Niezadowolone parsknięcie Dylan i jej uroczo naburmuszony wyraz twarz sprawiły, że prawie się poddał, ale dokładnie w tym momencie Joan gwałtownie otworzyła drzwi do mieszkania. Sekundę później pojawiła się w drzwiach salonu, a twarz miała zaczerwienioną, tak jakby biegła całą drogę powrotną.

Jej oczy zwęziły się w szparki, gdy zobaczyła ich dwoje na sofie.

– Ty tam… – warknęła do Tristana. – Pomóż mi z zakupami!

* * *

– …Uważam, że to nie jest dobry moment… Nie, uważam, że jesteś samolubny… Czy masz jakiekolwiek pojęcie, przez co przeszła?… Nawet nie waż się tutaj pokazywać! Nie możesz tak po prostu wepchnąć się tu na siłę… Nie, nie obchodzi mnie, że kontaktowała się z tobą wcześniej. Teraz wszystko wygląda inaczej… Ona nie jest wystarczająco dorosła, by podejmować tego typu decyzje. Ma dopiero piętnaście lat!

Dylan uniosła się na swoim wózku słuchając przed sypialnią Joan, jak jej matka syczy do telefonu. Nietrudno było się zorientować, z kim rozmawiała.

Oczywiście z Jamesem Millerem, tatą Dylan. Mężczyzną, z którym jechała zobaczyć się w Aberdeen, kiedy zdarzył się wypadek kolejowy. Ten, który odebrał jej życie, a potem oddał z powrotem. Pamiętała, jak czuła się, wsiadając do pociągu; nerwy i podniecenie sprawiały, że zachowywała się jak na rauszu. Jaki on jest? Co będą razem robić? Czy zdoła odnaleźć w jego twarzy odbicie własnej?

Tamtego dnia nie uzyskała żadnych odpowiedzi. Los zgotował jej zamiast tego całkiem inną przygodę – taką, która zaprowadziła ją do Tristana, więc nie mogła tego żałować, nawet przez chwilę. Teraz, wiele dni po powrocie ze szpitala, pozostało uczucie… straty spowodowane tym, że tamtego dnia nie udało jej się dojechać do ojca. Mocno walczyła, by dotrzeć tak daleko. Walczyła o to spotkanie z tatą, musiała pokonać wiele barier, które stawiała jej Joan, i musiała skończyć to, co zaczęła.

Ogarnięta nagłą falą determinacji, wjechała wózkiem do pokoju Joan, uderzając w na wpół otwarte drzwi nogą w gipsie.

– Dylan! – Joan nagle otrząsnęła się z zadumy.

– Z kim rozmawiałaś?

– Co? – Joan mrugała zaskoczona.

– Z kim rozmawiałaś przez telefon?

Jej matka przytuliła telefon do klatki piersiowej.

– To tylko znajomy z pracy.

– Kłamiesz! – Dylan wjechała wózkiem w głąb pokoju. Po drodze zadrapała sobie nadgarstek lewej ręki o futrynę, więc cicho przeklęła.

– Słucham? – Joan wyprostowała się jak struna. – Do kogo wydaje ci się, że mówisz, młoda damo? – Spojrzała na Dylan zwężonymi w szparki oczyma. – Gdzie Tristan? – Joan unikała wymawiania jego imienia, gdy tylko było to możliwe. Z całych sił starała się też unikać patrzenia na niego lub rozmawiania z nim – zatem teraz wymówiła jego imię tak, jakby spluwała przed siebie.

– Jest w salonie i ogląda telewizję.

– Miał ci pomagać, dlatego tutaj jest i mieszka pod moim dachem.

Był to kolejny z przytyków, które Joan z chęcią im serwowała. Mieszka pod moim dachem. Je moje jedzenie. Jeden z tych docinków, które złościły Dylan najbardziej. Daję mu ubrania. Jej drobne, złośliwe komentarze za każdym razem irytowały dziewczynę, ale teraz nie miała zamiaru ustąpić z obranej przez siebie drogi.

– Rozmawiałaś z moim tatą, prawda?

– Dylan…

– Powiedz mi. Przecież wiem, że to był on!

Przyparta do muru Joan zaczęła walczyć.

– A co, jeśli tak?

– Co mówił? Po co dzwonił? – Dylan pochyliła się do przodu z nadzieją. – Czy nadal chce przyjechać tu z wizytą?

– Teraz to i tak niemożliwe, najpierw musisz wydobrzeć! – Joan chciała szybko przejść obok Dylan, ale wózek był za szeroki, by mogła przemknąć obok. Położyła więc ręce na biodrach i spojrzała w dół na córkę, czekając, aż ta się przesunie. Kłóciły się, odkąd Dylan pamiętała, nie zamierzała więc dać się teraz zastraszyć pełnym wściekłości spojrzeniem Joan.

 

– Gdyby Tristan był ze mną, dałabym sobie radę.

– Wykluczone! – warknęła Joan. – Nigdzie nie znikniesz z tym chłopcem!

Z tym chłopcem. To był jej zwykły sposób odnoszenia się do Tristana.

– Ale przecież mój tata mógłby przyjechać tutaj. – W oczach Joan coś błysnęło. Dylan natychmiast to wykorzystała. – Tak właśnie jest, prawda? On chce tutaj przyjechać!

– Czekaj.

Dylan była przekonana, że ma rację.

– Kiedy przyjeżdża?

– W tej chwili nie ma takich planów, kochanie… – Gniewny ton głosu Joan nagle złagodniał, stał się przymilny, niemal błagalny. – Takiego wyjazdu nie da się zorganizować z dnia na dzień.

– Ależ da się! On jest zaledwie w Aberdeen, a nie po drugiej stronie planety.

Dylan patrzyła na Joan oskarżającym wzrokiem.

– Powiedziałaś mu, żeby nie przyjeżdżał!

– Tak. – Przynajmniej nie zaprzeczała. – Odniosłaś ogromne obrażenia. Po prostu… po prostu potrzebujesz trochę czasu, aby wyzdrowieć, Dylan. Porozmawiamy o twoim tacie, obiecuję, gdy tylko wydobrzejesz.

Dylan z wściekłością analizowała słowa mamy przez kilka uderzeń serca.

– Nie.

– Dylan…

– Nie, nie zgadzam się. Nie chcę dłużej czekać. Jeśli go nie zaprosisz, sama to zrobię.

Dylan trochę blefowała, ponieważ jedyny numer kontaktowy do ojca, jaki miała, przepadł razem z telefonem, który straciła w pociągu. Wytrzymała jednak badawcze spojrzenie matki, na wypadek gdyby ta zmusiła ją do odkrycia kart.

Sekundy mijały wolniej niż zwykle. Jedna, dwie, trzy, cztery…

– Dobrze. – Wysyczała z wściekłością Joan, sprawiając, że serce Dylan zabiło szybciej. – Zadzwonię do niego, ale nie spotkasz się z nim sam na sam. Będę przy tym i nie podlega to negocjacji, Dylan.

– W porządku! – To naprawdę było w porządku. Mimo że desperacko pragnęła spotkać się z tatą, nie czuła żadnego zdenerwowania, a jedynie przyjemne podekscytowanie. Pogrzebała chwilę przy kołach wózka i przesunęła się trochę, by jej mama mogła swobodnie wyjść z pokoju. Joan przemknęła obok, wykrzesując z siebie tyle godności, ile jeszcze jej pozostało.

– Mamo… – zawołała Dylan. Joan przechyliła głowę, ale się nie odwróciła.

– Dziękuję…

Kobieta westchnęła i dopiero wtedy obróciła głowę, by ze łzami w oczach spojrzeć na córkę.

– Nie ma za co, kochanie.