IntruziTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Claire McFall

Intruzi


Tytuł oryginału

Trespassers ISBN 978-83-8202-279-7 Copyright © Claire McFall 2017 Published by arrangement with Margot Edwards Rights Consultancy, U.K. on behalf of the Ben Illis Agency, U.K. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 All rights reserved Redakcja Paulina Kaczmarek Korekta Jolanta Kusiak-Kościelska, Jadwiga Jęcz Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Projekt graficzny okładki Fecit studio Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.


Prolog

Po prostu… po prostu zniknął.

Susanna siedziała na wilgotnej trawie na zboczu wzgórza i przyglądała się wylotowi tunelu. Przewoźnik, który nazywał siebie Tristanem, zniknął. Wiedziała, że nie ma prawa tam być i ociągać się, powstrzymując swoją następną duszę, lecz widziała, jak podążał w złym kierunku.

W stronę świata żywych – on i jego dusza. Widziała też, jak znikali.

Istniało tylko jedno możliwe wyjaśnienie, lecz w tym właśnie tkwił szkopuł: to było po prostu niemożliwe. Siedziała tam długo – chociaż czas na pustkowiu był czymś całkowicie względnym – i nie potrafiła wytłumaczyć sobie tego w żaden inny sposób niż ten, który sprawiał, że przechodziły ją dreszcze strachu i podekscytowania jednocześnie.

Tristanowi jakoś udało się odnaleźć wejście do świata żywych.

Jakoś się przez nie przedostał.

Tak samo jak ona był przewoźnikiem, a opuścił swój posterunek. Szarpanie następnej duszy, jej następnego zlecenia, powodowało bolesne otarcia, ale nadal nie mogła się zmusić, by ruszyć z miejsca. Nie mogła przegnać wspomnienia szerokich ramion i rudawej czupryny Tristana, gdy wkraczał w ciemność, opuszczając pustkowie.

Rozdział pierwszy

Dylan unosiła się w ciepłej mgle. Miała zamknięte oczy i leżała płasko na plecach, wsparta na dużych poduszkach, a miękkie poszewki zakrywały ją prawie pod sam podbródek. Było jej wygodnie i przytulnie, chciała, by tak zostało.

Niestety, w pobliżu słychać było liczne głosy, które zakłócały jej spokój. Jeden z nich z pewnością nie mógł być zbyt długo ignorowany.

– Kim ty właściwie jesteś, młody człowieku? – W słowach Joan pobrzmiewał lodowaty chłód. Dylan dobrze znała ten ton. Słyszała go częściej, niż mogła to policzyć. Nigdy wcześniej jednak nie zauważyła, żeby był tak zabarwiony lękiem i zaostrzony strachem.

– Jestem z Dylan…

Na dźwięk drugiego głosu oczy Dylan otworzyły się szeroko. Nic nie mogła na to poradzić. Przebyła pustkowie dla tego głębokiego tembru, stawiła czoło istotom bardziej śmiercionośnym i przerażającym niż cokolwiek, co mogłaby wyobrazić sobie w świecie żywych. Nie było niczego, czego nie byłaby w stanie dla niego zrobić… Chociaż właściwie była jedna rzecz, której nie mogła zrobić. Z szyją uwięzioną w sztywnym plastikowym kołnierzu nie mogła się obrócić, aby zobaczyć Tristana, przekonać się na własne oczy, że naprawdę tam był. Próbowała z całych sił, aż kołnierz wbijał się jej w obojczyk, a skronie drżały. Czuła narastającą frustrację, bo mimo starań Tristan wciąż pozostawał poza zasięgiem jej wzroku.

– Ach, doprawdy? – Pauza wypełniona podejrzliwością sprawiła, że Dylan aż się wzdrygnęła. – Dziwne, że nigdy wcześniej o tobie nie słyszałam. Doktorze, dlaczego pozwolił pan temu młodemu mężczyźnie przebywać przy mojej córce? – Natężenie jej głosu i gniewu wzrastało. – Przecież jest nieprzytomna. Mógł jej zrobić wszystko!

Dylan usłyszała już wystarczająco dużo. Zażenowana próbowała krzyknąć, ale z jej ust wydobyło się jedynie skrzekliwe: „Mamo!”.

Do tej pory widziała tylko brzydką, białą jarzeniówkę nad głową i okrągły stelaż, który otaczał szpitalne łóżko. Musiała poczekać kilka sekund, aż twarz Joan pojawi się w jej polu widzenia.

– Dylan! Jesteś cała?

Joan wyglądała tak, jakby postarzała się o sto lat. Przekrwione białka, worki pod oczami upstrzone rozmazanym tuszem do rzęs. Ciasny kok, który zawsze nosiła, był w takim nieładzie, że jej twarz otaczały rozrzucone kosmyki włosów. Spod workowatego swetra wystawał pielęgniarski fartuch… Nagle Dylan uświadomiła sobie, że już widziała ją w tym stroju… To było wtedy, gdy się żegnały – nie, wtedy się kłóciły, zamiast pożegnać – właśnie tamtego poranka.

Dla Dylan było to dawno temu. Wiele dni wyczerpującej wędrówki przez pustkowie. Oczy Dylan niespodziewanie wypełniły się łzami, które natychmiast popłynęły po policzkach i już wsiąkały we włosy.

– Mamo! – Powtórzyła i skrzywiła się, czując nagłe pieczenie w oczach, nosie i gardle.

– Już dobrze, kochanie. Jestem tutaj. – Oplotła palcami jej dłoń i mimo że uścisk Joan był lodowaty, Dylan od razu poczuła się lepiej. Pociągnęła nosem i próbowała unieść prawą dłoń, by otrzeć łzy z policzków, jednak szarpnięcie, któremu towarzyszył ostry ból, sprawiło, że zaniechała tego pomysłu. Wzdrygnęła się, wzięła głęboki oddech i próbowała podnieść głowę, ale wraz z kołnierzem do jej ramion przytwierdzony był pasek. Nie mogła podnieść się więcej niż o dwa centymetry, a nawet to sprawiało jej ból.

– Nie ruszaj się, kochanie – powiedziała łagodnie Joan. – Jesteś w szpitalu. Miałaś ciężki wypadek i musisz leżeć nieruchomo. – Bardzo delikatnie ścisnęła prawą dłoń Dylan. – W drugiej ręce masz kroplówkę. Najlepiej byłoby, gdybyś… – słychać było jej zdławiony oddech – …gdybyś postarała się wcale nie ruszać, dobrze?

Nie, nie jest dobrze, pomyślała Dylan. Czuła się taka bezradna, leżąc płasko na plecach. I nadal nie widziała Tristana.

– Tak, Dylan, po prostu leż teraz płasko… – gładko wtrącił się do rozmowy jakiś inny głos. To był lekarz, na szyi zwisał mu stetoskop. Znalazł się w polu widzenia Dylan po drugiej stronie łóżka, naprzeciwko Joan. Wyglądał na tak samo zmęczonego jak ona, ale uśmiechnął się.

– Musimy zbadać zakres twoich obrażeń, zanim pozwolimy ci się poruszać. Możliwe, że masz uraz kręgosłupa, więc trzeba zachować ostrożność.

Dylan ogarnęła nagła panika, gdy jej umysł zalały urywki wspomnień z pociągu.

– A moje nogi? – wyszeptała. Pamiętała strach, który ogarnął ją chwilę po katastrofie, gdy leżała przysypana gruzami. Uczucie ognia rozpalającego jej nogi z każdym oddechem, z każdym przeniesieniem ciężaru ciała. Teraz nie czuła… niczego. Otchłań odrętwienia. Próbowała poruszać palcami stóp, lecz nie mogła stwierdzić, czy faktycznie się ruszały.

– Nadal tam są. – Lekarz uniósł dłonie w uspokajającym geście, na twarzy miał przyklejony uśmiech tego samego typu. Dylan zastanawiała się, czy właśnie tak wyglądał, gdy przekazywał naprawdę złe wiadomości. Nagle przestało ją to podnosić na duchu.

Lekarz położył rękę na nakryciu łóżka. Dylan nie była w stanie stwierdzić, czy ją dotykał, czy nie; jeśli tak, nie czuła tego.

– Ja nie… nie mogę…

– Odpręż się, Dylan – akurat to było niemożliwe do wykonania – nie ma powodu do obaw. Dostałaś dużą dawkę silnego leku przeciwbólowego i musieliśmy mocno cię obandażować ze względu na głębokie rany. To dlatego nie czujesz mojego dotyku, rozumiesz?

Dylan gapiła się na lekarza, przez chwilę rozważając, czy mówi prawdę. Następnie pozwoliła sobie na oddech.

– Wrócę za kilka minut, gdy zabiorą cię na prześwietlenia – dodał lekarz. Uśmiechnął się i opuścił ich przegrodzoną zasłonami strefę.

– Mamo – Dylan przełknęła ślinę i lekko zakaszlała. Czuła, jakby w jej gardle tkwił kawałek papieru ściernego.

– Proszę – Joan postawiła tuż przy niej plastikowy kubek, słomka była zaledwie centymetr od jej ust. Dylan łapczywie sączyła wodę, jednak Joan zabrała ją, zanim zdążyła zaspokoić pragnienie. – Na razie wystarczy.

– Mamo – powtórzyła nieco mocniejszym głosem. Spróbowała jeszcze raz podnieść głowę, ale bez skutku.

– Gdzie jest Tristan?

Usta Joan zacisnęły się. Lekko odwróciła głowę, jakby poczuła jakiś nieprzyjemny zapach, a dziewczyna poczuła tylko narastającą w klatce piersiowej panikę.

– Wydawało mi się, że słyszałam… – Dylan walczyła z ogranicznikami przy łóżku i próbowała się unieść pomimo wszelkich przeciwności. – Gdzie…

– Jestem tutaj. – Gdy tylko usłyszała jego głos, w polu jej widzenia pokazała się jego twarz. Stanął po drugiej stronie łóżka, tak daleko od Joan, jak tylko możliwe – co było dobrym wyborem, ponieważ patrzyła na niego wrogo, z nieskrywaną nieufnością i gniewem.

Tristan. Ulga i radość porwały Dylan niczym rzeka. Był tu. Udało mu się. Udało się im obojgu.

 

Tristan dotknął ręki Dylan – tej, do której podłączono kroplówkę – ale ostry dźwięk wydany przez Joan sprawił, że odruchowo cofnął dłoń. Dylan potrzebowała jego dotyku, zignorowała więc ból, który pojawiał się za każdym razem, gdy próbowała podnieść rękę, i oplotła ją palcami. Uścisnął je mocno, co bolało, ale Dylan tylko uśmiechnęła się do niego.

– Jesteś tu – wyszeptała.

Wtedy uderzyło ją wspomnienie. Dokładnie te same słowa wypowiedziała, leżąc płasko na noszach, gdy dwóch ratowników wynosiło ją z wraku pociągu. Zobaczyła go tam, w prawdziwym świecie, żywego, cielesnego i prawdziwego, choć spodziewała się, że już go straciła. Myślała, że puszczając jego rękę, na zawsze zostawiła go za sobą. Wspomnienie sprawiło, że łzy znów popłynęły po twarzy.

– Widzisz! Widzisz! – Joan pochyliła się do przodu i próbowała strącić rękę Tristana, ale wysokie po pas barierki oraz szerokość łóżka sprawiały, że nie mogła go dosięgnąć.

– Denerwujesz ją! Puść jej rękę!

– Mamo, nie! – Dylan jeszcze mocniej zacisnęła palce na dłoni Tristana, a wolną ręką próbowała odpędzić Joan. – Przestań!

– Pewnie rzuciłeś na nią urok! – Stwierdziła Joan z wyrzutem. – A teraz proszę, jesteś tutaj i mącisz jej w głowie, gdy jest bezbronna i nie ma pojęcia, co się dzieje!

– Mamo!

Joan całkowicie zignorowała Dylan, całą swoją uwagę skupiając na Tristanie.

– Chcę, żebyś sobie poszedł. – Powiedziała stanowczo. Zerknęła za zasłonę.

– Panie doktorze? Chcę, żeby on stąd wyszedł. Nie jest członkiem rodziny, nie ma prawa tutaj być.

– Pani McKenzie… – zaczął lekarz, zaglądając za zasłonę, ale Joan niemal natychmiast zaczęła go przekrzykiwać.

– Nie! Doskonale znam zasady! Pracuję tu od ośmiu lat! Nie wiem, kto wpuścił tego młodzieńca, ale…

– Nie odchodź. – Dylan patrzyła tylko na Tristana. On również ignorował Joan. Jego ręka mocno oplatała jej dłoń, a przenikliwe niebieskie spojrzenie było utkwione w twarzy dziewczyny, tak jakby próbował zapamiętać każdy szczegół jej rysów.

– Nie zostawiaj mnie.

W odpowiedzi ścisnął jej dłoń odrobinę mocniej, aż zabolało, i niezauważalnie potrząsnął głową.

– Nigdzie się nie wybieram – obiecał.

Joan nadal się piekliła, tymczasem Dylan pod wpływem spojrzenia Tristana zupełnie przestała słyszeć jej głos.

– Nadal nie mogę uwierzyć, że tu jesteś – powiedziała do niego.

– A gdzie indziej miałbym być? – Posłał jej zakłopotany uśmiech, aż między oczami pojawiła się zmarszczka oznaczająca zmartwienie.

– Wiesz, co mam na myśli. – Za każdym razem, gdy Dylan musiała mrugnąć, spodziewała się, że Tristan zniknie – zostanie wciągnięty z powrotem na pustkowie i wróci do swojej nigdy niekończącej się służby. Wydawało się niemożliwe, że z taką łatwością oswobodziła go z niewoli.

– Jesteśmy dla siebie stworzeni – powiedział Tristan, przysuwając się jeszcze bliżej. – Gdziekolwiek będziesz ty, tam będę i ja.

– To dobrze. – Dylan uśmiechnęła się do niego z nadzieją, że faktycznie będzie to takie łatwe, jak to przedstawił. Gdy znowu spojrzała na Joan, ta stała podparta pod boki, z nieprzyjemnym wyrazem złości na twarzy.

– Mamo…

Nie odpowiedziała.

– Mamo!

Nadal żadnej reakcji.

– Joan! – To w końcu podziałało. Matka odwróciła się do dziewczyny, jak zwykle gotowa do stoczenia bitwy.

– Dylan…

– Chcę, by Tristan został. – Nie była głupia ani tak uprzejma jak lekarz. Nie miała zamiaru pozwolić Joan, by znowu się rozkręciła. – Jeśli on nie może tutaj być, to nie chcę również, byś ty tu była.

Kobieta cofnęła się, z niedowierzaniem przyjmując ten policzek.

– Dylan, jestem twoją matką.

– Nic mnie to nie obchodzi. – To nie była prawda. Mina zranionej Joan sprawiła, że dziewczyna poczuła ucisk w gardle, a mimo to brnęła dalej. – Chcę, żeby Tristan tu został.

– No cóż… – Przynajmniej raz jej matka nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zamrugała nerwowo, z przerażeniem uświadamiając sobie, jak bardzo jest bliska płaczu.

Dylan nigdy nie widziała matki we łzach. Ani razu przez te wszystkie lata. Patrząc na nią teraz, poczuła, że skręca się jej żołądek. Mimo wszystko postanowiła się nie wycofywać.

W tym momencie do sali wkroczyło dwóch sanitariuszy, zupełnie nieświadomych napiętej sytuacji.

– Kto na prześwietlenie?

Lekarz doszedł do siebie dopiero po dłuższej chwili.

– Tutaj – powiedział. Wyglądał, jakby właśnie otrzymał ułaskawienie lub odroczenie wyroku. – To Dylan – wskazał im dziewczynę zupełnie niepotrzebnie.

Sanitariusze obeszli łóżko, szurając nogami, odblokowali mechanizm hamulców i wywieźli ją z sali razem ze stojakiem od kroplówki i pozostałym podłączonym sprzętem.

Zostawiając Tristana z matką, czuła zarówno niepokój, jak i ulgę. Co matka może mu powiedzieć, gdy jej nie będzie przy nich jako buforu bezpieczeństwa? Czy byłaby zdolna doprowadzić do tego, że Tristan zostanie wyrzucony ze szpitala? Może aresztowany? Jeden z sanitariuszy zauważył jej zmartwione spojrzenie i próbował ją uspokoić.

– Kochanie, nie jedziemy daleko. Rentgen jest tutaj, zaraz za rogiem.

To nie wystarczyło, by ją uspokoić. Im dalej była od niego, tym bardziej czuła się chora i obolała. A jeśli nie będzie go tam, kiedy wróci?

Nie. Nie zostawiłby jej. Obiecał.

* * *

Czas mijał bardzo powoli. Robiono jej prześwietlenia. Technik był szorstki i sprawny, radiolog nie odezwał się ani słowem. Dylan to nie przeszkadzało, ponieważ skupiała się tylko na tym, aby nie zwymiotować. Ból w nogach był nie do wytrzymania – nie mogła się już doczekać, kiedy wróci na oddział i dostanie kolejną dawkę środków przeciwbólowych. Co dziwne, podróż powrotna przez szpitalne korytarze tak naprawdę pomogła, bo zarówno jej nogi, jak i żołądek przestały tak bardzo dokuczać, gdy tylko sanitariusze odwieźli ją z powrotem.

Była tam Joan, chodząca w kółko niczym tygrys w klatce, a ku wielkiej uldze Dylan, również Tristan. Siedział niedbale na metalowym krześle, wyglądał dziwnie blado. Matka musiała zgotować mu piekło podczas jej nieobecności. Ich spojrzenia się spotkały, a Tristan śledził jej wzrok z intensywnością, która zdradzała jego zaniepokojenie.

Joan najwyraźniej nie udało się go przepędzić.

– Czy wszystko w porządku? Co mówił lekarz? – Zanim Tristan zdążył podnieść się z krzesła, Joan już stała przy łóżku córki.

– Nie rozmawiałam z lekarzem – odparła Dylan. – To był radiolog, niczego mi nie powiedział.

– Oczywiście. – Joan pokiwała głową, zła na własną głupotę.

To był jej szpital, pomyślała Dylan. Musi wiedzieć, jak wszystko tutaj działa.

– Może pójdę… – Wyciągnęła szyję, wyglądając na korytarz. Dziewczyna wiedziała, że jej matka zaraz pobiegnie szukać lekarza i zacznie nękać go o to, by umieścił Dylan na samej górze swojej listy priorytetowych pacjentów. Nagle jednak oczy Joan wróciły do Tristana.

– Po prostu sobie poczekamy, czyż nie? To nie potrwa długo.

Dylan próbowała ukryć rozczarowanie. Chciała wiedzieć, co stało się z jej nogami, ale przede wszystkim pragnęła przez kilka minut pomówić z Tristanem na osobności. Nadal wydawało się nierealne, że widziała go tutaj, na szpitalnym oddziale, a nie kroczącego pewnie przez łąki i góry pustkowia.

Tymczasem czekali, a żadne z nich zbyt wiele nie mówiło. Joan to chciała podawać jej wodę, to poprawiała poduszki, to znów próbowała rozplątać jej włosy, aż Dylan w końcu warknęła, by zostawiła ją w spokoju. Wydawało się, że minęła wieczność, zanim lekarz nareszcie się pojawił. Ten sam, co wcześniej; wyglądał na zmęczonego i udręczonego.

– Doktorze Hammond, czy ma pan wyniki? – Joan od razu przeszła do sedna sprawy.

Przez moment skrzywił się, zanim na powrót przywołał na twarz wyraz profesjonalnej, pocieszającej maski.

– Rozmawiałem z radiologiem i jest tak, jak przypuszczaliśmy – powiedział. – Prawa noga jest złamana.

– Czy to czyste złamanie? – zapytała matka.

Zapadła okropna cisza. Dylan poczuła, jak jej żołądek skręca się ze strachu – to z pewnością oznaczało, że nie.

– Wystąpiły wielokrotne złamania, siostro McKenzie. Będziemy musieli ją unieruchomić i włożyć w szynę, żeby się zrosła.

– Operacja… – wyszeptała Joan, a do policzków napłynęła jej krew.

– Mamo? – Dylan czuła narastającą panikę.

– Wszystko w porządku. – Nie minęło nawet jedno uderzenie serca, a matka była już z powrotem przy łóżku córki, z wymuszonym uśmiechem przyklejonym do twarzy. – To tylko niewielkie złamanie.

– To rutynowy zabieg, Dylan – wyjaśniał dalej lekarz. – Wszystko będzie dobrze. Jednak mamy jeszcze dodatkowe komplikacje.

– Doktorze? – rzuciła badawczo Joan.

– Dylan, w lewej nodze również jest pęknięcie, choć bardzo drobne. Nie jest tak poważne, aby wsadzać ją w gips, ale będziesz musiała oszczędzać i tę nogę, gdy zaczniesz wracać do zdrowia.

– Obie nogi! Będę niepełnosprawna! – Powiedziała Dylan, a na samą tę myśl przeszedł ją dreszcz.

– Będzie dobrze – Joan ścisnęła jej ramię w geście pocieszenia. – Będę przy tobie i pomogę ci.

– Tristanie – powiedziała Dylan. Na skraju swojego pola widzenia dostrzegała go, stojącego obok, ale skupiła się na Joan. – Tristan też mi pomoże. Może z nami zostać.

– Nie! – Ryknęła Joan w odpowiedzi.

Lekarz chrząknął. Z pewnością chciał jak najszybciej się stąd oddalić.

– Zaraz do państwa wrócę. Za chwilę będę wiedział, kiedy możemy zapisać cię na operację, Dylan.

Zniknął, a tymczasem Joan skierowała swoją uwagę z powrotem na córkę.

– Nie przyjmę go pod nasz dach. On jest… – Dziewczyna zmrużyła oczy, podczas gdy jej matka wyraźnie próbowała wziąć się w garść. – Nie potrzebujemy go. – Zakończyła z wymuszonym spokojem.

Tristan zbliżył się do łóżka po przeciwnej stronie.

– Chciałbym pomóc – powiedział łagodnie do Joan. Mimo spokojnego tonu i pozy opanowania trochę zdradzały go dłonie, kurczowo zaciśnięte na barierkach łóżka. Dylan wyciągnęła rękę i splotła swoje palce z jego.

– Nie – powtórzyła Joan stanowczo. – Damy sobie radę we dwie. Wezmę trochę wolnego w pracy i…

– Powrót do zdrowia zajmie Dylan wiele tygodni, pani McKenzie – wtrącił cicho Tristan. – Prawdopodobnie nawet wiele miesięcy.

Minęła chwila pełna napięcia, podczas której Joan zaciskała zęby, a Dylan walczyła, by na jej twarzy nie pojawił się wyraz zwycięstwa. Nie było najmniejszych szans, by matka mogła wziąć aż tyle wolnego. Nawet gdyby szpital zgodził się na tak długą nieobecność, nie było ich stać na utratę pensji.

– Mamo, mieszkamy przecież na drugim piętrze kamienicy. Nie dasz rady sama wnosić i znosić mnie po schodach! – Dylan ścisnęła dłoń Tristana, przeczuwając nieuniknione.

Po wielu długich, pełnych wściekłości sekundach ciszy Joan odwróciła się do intruza i wysyczała tylko:

– Śpisz na kanapie. Zrozumiano?