Koniec śmierci

Tekst
Autor:Liu Cixin
Z serii: s-f
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koniec śmierci
Koniec śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Koniec śmierci
Audio
Koniec śmierci
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CZĘŚĆ II

12 rok ery odstraszania
Epoka Brązu

Z okna widokowego Epoki Brązu można było teraz zobaczyć Ziemię gołym okiem. Gdy statek wytracał prędkość, ci, którzy nie pełnili akurat wachty, przyszli na rufę, by przez szerokie iluminatory przyjrzeć się ojczystej planecie.

Z tej odległości Ziemia nadal przypominała gwiazdę, ale w jej blasku widać było bladoniebieski ton. Zaczęło się ostateczne hamowanie i członkowie załogi, którzy przy zerowej grawitacji unosili się w powietrzu, pofrunęli ku oknom jak liście opadające jesienią z drzew i wylądowali na szerokich taflach szkła. Spowodowana hamowaniem sztuczna grawitacja stopniowo się zwiększała, aż osiągnęła 1 g. Okna stały się podłogą, a leżący na niej ludzie poczuli swój ciężar jak objęcia Matki Ziemi. W pomieszczeniu narastało podniecenie.

– Jesteśmy w domu!

– Wierzysz, że to się dzieje naprawdę?

– Znowu zobaczę swoje dzieci.

– Będziemy mogli mieć dzieci!

Kiedy Epoka Brązu opuszczała Układ Słoneczny, prawo stanowiło, że na statku może się urodzić dziecko tylko wtedy, kiedy umrze jeden z członków załogi.

– Powiedziała, że poczeka na mnie.

– Jeśli ją zechcesz. Jesteś teraz bohaterem ludzkości – o twoje względy będą się starały gromady pięknych dziewczyn.

– Od wieków nie widziałem gromad pięknych dziewczyn!

– Czy to wszystko, co przeszliśmy, nie wydaje się snem?

– Mam wrażenie, że śnię teraz.

– Kosmos mnie przeraża.

– Mnie też. Jak tylko wrócimy, przechodzę na emeryturę. Kupię sobie gospodarstwo na wsi i resztę życia spędzę na solidnym gruncie.

Minęło czternaście lat od całkowitego zniszczenia połączonej floty Ziemi. Ci, którzy ocaleli, po stoczeniu bratobójczych walk zerwali zupełnie kontakt z ojczystą planetą. Jednak półtora roku później Epoka Brązu nadal odbierała z Ziemi przekazy, z których większość stanowiły transmisje radiowe dla jej mieszkańców, ale część przeznaczona była dla ludzi przebywających w kosmosie.

A potem, na początku listopada 208 roku ery kryzysu, wszystkie transmisje radiowe z Ziemi ustały. Na wszystkich częstotliwościach panowała cisza, jakby Ziemia była lampą, którą nagle wyłączono.

Fragment Przeszłości poza czasem
Nyktohylofobia

Gdy ludzkość się dowiedziała, że Wszechświat jest ciemnym lasem, w którym każdy poluje na każdego, przestała być dzieckiem, które siedzi przy jasno płonącym ognisku i głośno krzyczy „hop, hop!”, żeby nawiązać z kimś kontakt. Zgasiło ognisko i trzęsło się w ciemnościach ze strachu. Przerażała je nawet iskra.

Gdy zaczął wracać rozsądek, sieci telefonii komórkowej stopniowo wznowiły działalność, ale wciąż obowiązywały surowe ograniczenia dotyczące promieniowania elektromagnetycznego. Wszystkie stacje radiowe musiały pracować na minimalnej mocy, a każdy, kto łamał te przepisy, ryzykował, że zostanie oskarżony o zbrodnię przeciw ludzkości.

Większość ludzi zdawała sobie sprawę, że ta reakcja jest niewspółmierna do zagrożenia i bezsensowna. Wysyłanie sygnałów elektromagnetycznych w kosmos osiągnęło szczytowe natężenie w erze analogowej, kiedy stacje radiowe i telewizyjne wykorzystywały do transmisji nadajniki o ogromnej mocy. Odkąd jednak zaczęła przeważać komunikacja cyfrowa, większość informacji przekazywano kablami i światłowodami i nawet transmisje radiowe nie wymagały już tak potężnych nadajników jak przy sygnałach analogowych. Ilość promieniowania elektromagnetycznego wydostającego się z Ziemi w kosmos tak bardzo się zmniejszyła, że niektórzy naukowcy z ery powszechnej obawiali się, że przyjaźnie nastawieni obcy nie będą w stanie jej odkryć.

Poza tym fale elektromagnetyczne są najbardziej prymitywnym i najmniej energooszczędnym sposobem przekazywania informacji Wszechświatu. W ogromie kosmosu fale radiowe szybko słabną, więc większości sygnałów elektromagnetycznych pochodzących z Ziemi nie można odebrać w odległości przekraczającej dwa lata świetlne. Słuchacze wśród gwiazd mogli przechwycić tylko coś takiego jak przekaz Ye Wenjie, która wykorzystała Słońce jako antenę.

Wskutek rozwoju ludzkiej technologii stały się dostępne dwie wydajniejsze metody sygnalizowania: neutrina i fale grawitacyjne. Te drugie były główną metodą odstraszania zastosowaną później przez ludzi wobec Trisolarian.

Teoria ciemnego lasu wywarła głęboki wpływ na ludzką cywilizację. To dziecko siedzące przy wygaszonym ognisku przeszło od optymizmu do pesymizmu i wpadło w paranoję, osamotnione we Wszechświecie.

12 rok ery odstraszania
Epoka Brązu

Większość załogi Epoki Brązu uznała, że nagłe zakończenie wszystkich transmisji z Ziemi jest wynikiem podboju całego Układu Słonecznego przez Trisolarian. Statek przyspieszył i skierował się ku odległej o dwadzieścia sześć lat świetlnych gwieździe z planetami typu ziemskiego.

Ale dziesięć dni później Epoka Brązu odebrała przekaz od dowództwa floty. Został on przesłany jednocześnie do Epoki BrązuBłękitnej Przestrzeni, która znajdowała się po drugiej stronie Układu Słonecznego. Informowano w nim pokrótce o tym, co się zdarzyło na Ziemi, i powiadamiano o stworzeniu skutecznego systemu odstraszania Trisolarian. Nakazywano też obu statkom natychmiastowy powrót na Ziemię. Co więcej, wysyłając ten przekaz, Ziemia podjęła ogromne ryzyko, więc nie nada go powtórnie.

Początkowo Epoka Brązu nie dała wiary tej wiadomości – czy nie mogła to być pułapka zastawiona przez tych, którzy podbili Układ Słoneczny? Statek przestał przyspieszać i wielokrotnie prosił Ziemię o potwierdzenie. Nie otrzymał odpowiedzi, ponieważ Ziemia utrzymywała ciszę radiową.

Akurat w chwili gdy Epoka Brązu miała znowu zacząć się szybko oddalać od domu, zdarzyło się coś niewyobrażalnego – na statku rozwinął się w małej liczbie wymiarów sofon i ustanowił komunikację kwantową z Ziemią. Dzięki temu statek otrzymał w końcu potwierdzenie wszystkiego, co się zdarzyło.

Członkowie załogi dowiedzieli się, że jako jedni z nielicznych, którzy przetrwali zagładę połączonych sił kosmicznych Ziemi, stali się nowymi bohaterami ludzkości. Cały świat czekał z zapartym tchem na ich powrót. Dowództwo floty przyznało im najwyższe odznaczenia wojskowe.

Epoka Brązu ruszyła w podróż powrotną. Statek znajdował się teraz w odległości około dwóch tysięcy trzystu jednostek astronomicznych od Ziemi, daleko poza Pasem Kuipera, ale wciąż bardzo daleko od Obłoku Oorta. Ponieważ dotychczas leciał z prawie maksymalną szybkością, podczas hamowania zużył większość paliwa. Powrót na Ziemię musiał się odbywać z małą prędkością i trwał jedenaście lat.

Gdy w końcu zbliżyli się do Ziemi, ukazała się przed nimi biała plamka, która szybko rosła. Była to Grawitacja, statek wojenny, który został wysłany na ich powitanie.

Grawitacja była pierwszym statkiem wojennym klasy gwiezdnej zbudowanym po bitwie w dniu Sądu Ostatecznego. W erze odstraszania nie konstruowano już statków według z góry ustalonych projektów kadłubów. Większość dużych jednostek tworzono z wielorakich modułów, które można było składać w różnych konfiguracjach. Jednak Grawitacja była wyjątkiem. Jej kadłub był białym cylindrem, tak regularnym, że wydawał się równie nierzeczywisty jak podstawowy kształt umieszczony w kosmosie przez matematyczne oprogramowanie, bardziej przypominał platoński ideał niż obiekt materialny.

Gdyby załoga Epoki Brązu widziała anteny fal grawitacyjnych na Ziemi, rozpoznałaby w Grawitacji ich niemal doskonałą kopię. W istocie rzeczy cały kadłub Grawitacji był jedną wielką anteną fal grawitacyjnych. Podobnie jak jego siostry na Ziemi statek mógł przesyłać na nich w jednej chwili wiadomości do wszystkich zakątków Wszechświata. Anteny fal grawitacyjnych na Ziemi i w kosmosie tworzyły system odstraszania Trisolarian w ciemnym lesie.

Po jeszcze jednym dniu rejsu Epoka Brązu, eskortowana przez Grawitację, weszła na orbitę geosynchroniczną i powoli zmierzała do portu kosmicznego. Jego załoga widziała gęste masy ludzi wypełniające wielki obszar sektora mieszkalnego koło portu jak podczas ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich albo hadżdżu do Mekki. Statek dryfował przez chmury kolorowych wieńców. Członkowie załogi wypatrywali w tłumie ukochanych. Wszyscy wydawali się mieć łzy w oczach, płakać ze szczęścia.

Epoka Brązu zatrzymała się z ostatnim wstrząsem. Komandor zdał dowództwu floty raport o stanie statku i zadeklarował zamiar zostawienia na nim zredukowanej do minimum załogi. Dowództwo odparło, że ważniejsze jest ponowne spotkanie wszystkich członków załogi z ukochanymi osobami. Nie trzeba było zostawiać nikogo na statku. Na pokład wkroczył kapitan z małym zespołem dyżurnym, którego wzruszeni członkowie obejmowali wszystkich napotkanych załogantów.

Po mundurach przybyszy trudno się było zorientować, do której z trzech flot kosmicznych należą, ale wyjaśnili oni załodze, że nowa Flota Słoneczna jest jedną zespoloną siłą, a wszyscy, którzy brali udział w bitwie w dniu Sądu Ostatecznego, włącznie z mężczyznami i kobietami z Epoki Brązu, będą w niej kluczowymi postaciami.

– Jeszcze za naszego życia zdobędziemy Trisolaris i otworzymy drugi układ słoneczny dla ludzkiej kolonizacji! – oznajmił kapitan floty.

Na to ktoś odparł, że przekonali się, iż kosmos jest zbyt przerażający, i wolą pozostać na Ziemi. Kapitan rzekł, że ta postawa jest całkowicie do przyjęcia. Jako że byli bohaterami ludzkości, każdy mógł wybrać sobie własną drogę życiową, ale może po rozejrzeniu się zmienią nastawienie. On sam osobiście miał nadzieję zobaczyć jeszcze raz ten słynny statek wojenny w akcji.

Załoga Epoki Brązu zaczęła opuszczać pokład. Wszyscy przechodzili długim korytarzem do mieszkalnej dzielnicy portu. Wokół nich rozciągała się otwarta przestrzeń. W przeciwieństwie do powietrza na statku to tutaj miało świeży, miły zapach, jak tuż po burzy. Rozległy obszar wypełniały radosne okrzyki witającego ich tłumu na tle niebieskiej kuli Ziemi.

 

Na polecenie kapitana floty dowódca Epoki Brązu ogłosił apel dla załogi. Po naleganiach tamtego powtórnie sprawdził obecność, żeby potwierdzić, iż wszyscy członkowie zeszli ze statku.

Potem zapadła cisza.

Chociaż świętujący tłum wokół nich nadal tańczył i wymachiwał rękami, nie wydawał żadnych dźwięków. Wszyscy z Epoki Brązu słyszeli tylko głos kapitana floty. Na twarzy miał miły uśmiech, ale w tej niesamowitej ciszy jego głos dźwięczał ostro jak brzeszczot miecza.

– Informuje się was niniejszym, że zostaliście karnie wydaleni ze służby. Nie jesteście już członkami Floty Słonecznej. Nigdy nie da się zmyć plamy, którą pozostawiliście na jej honorze! Nigdy nie zobaczycie waszych ukochanych, bo nie mają oni ochoty się z wami widzieć. Wasi rodzice wstydzą się za was, żony i mężowie większości z was dawno się z wami rozwiedli. Mimo że społeczeństwo nie dyskryminowało waszych dzieci, przez ostatnich dziesięć lat dorastały one w cieniu waszej hańby. Gardzą wami! Zostajecie przekazani sądownictwu Floty Międzynarodowej.

Kapitan floty odszedł z zespołem dyżurnym. W tym samym czasie zniknęły witające ich tłumy, a w ich miejsce pojawiła się ciemność. Błądzące światła kilku reflektorów ukazywały otaczające załogę Epoki Brązu oddziały w pełni uzbrojonej policji. Stały z wymierzoną w nią bronią na platformach wokół szerokiego placu.

Niektórzy członkowie załogi obrócili się i zobaczyli, że wieńce unoszące się wokół Epoki Brązu nie są obrazami holograficznymi, lecz zrobione zostały z prawdziwych kwiatów. Teraz jednak w ich otoczeniu statek wydawał się ogromną trumną, która ma wkrótce spocząć w grobie.

Wyłączono elektryczne zasilanie magnetycznych butów załogi, więc pofrunęła w górę i unosiła się w powietrzu jak grupa manekinów czy atrap na strzelnicy.

– Wszyscy członkowie załogi mają natychmiast rzucić broń – przemówił skądś zimny głos. – Jeśli nie posłuchacie, nie będziemy mogli zagwarantować wam bezpieczeństwa. Jesteście aresztowani za morderstwo pierwszego stopnia i zbrodnie przeciw ludzkości.

13 rok ery odstraszania
Proces

Sprawę przeciwko Epoce Brązu prowadził sąd wojenny Floty Słonecznej. Chociaż główne obiekty Floty Międzynarodowej znajdowały się koło orbity Marsa, pasa asteroid i orbity Jowisza, ze względu na ogromne zainteresowanie sprawą ze strony Ziemi Międzynarodowej proces odbywał się na orbicie geosynchronicznej.

Aby pomieścić licznych obserwatorów z Ziemi, baza obracała się w celu wytworzenia sztucznej grawitacji. Za szerokimi oknami sali sądowej pojawiały się po kolei niebieska Ziemia, jasne Słońce i srebrzyste gwiazdy, tworząc kosmiczną metaforę starcia wartości. Proces trwał miesiąc w tych naprzemiennych okresach światła i mroku. Oto fragmenty protokołu.

Neil Scott, 45 lat, komandor, dowódca Epoki Brązu

SĘDZIA: Powróćmy do wydarzeń, które doprowadziły do podjęcia decyzji o ataku na Kwant.

SCOTT: Powtarzam: to była moja decyzja i to ja wydałem ten rozkaz. Wcześniej nie omawiałem jej z żadnym oficerem na statku.

SĘDZIA: Konsekwentnie stara się pan wziąć całą odpowiedzialność na siebie. Nie jest to jednak mądre i korzystne ani dla pana, ani dla tych, których stara się pan bronić.

PROKURATOR: Ustaliliśmy już, że przed atakiem odbyło się głosowanie całej załogi.

SCOTT: Jak wyjaśniłem, spośród tysiąca siedmiuset siedemdziesięciu pięciu członków załogi atak poparło tylko pięćdziesiąt dziewięć osób. To głosowanie nie było ani powodem, ani podstawą mojej decyzji o ataku.

SĘDZIA: Może pan przedstawić listę tych pięćdziesięciu dziewięciu osób?

SCOTT: Głosowanie przeprowadzono anonimowo w wewnętrznej sieci komunikacyjnej statku. Może pan zbadać dziennik pokładowy. Znajdzie pan tam potwierdzenie moich słów.

PROKURATOR: Kolejne kłamstwo. Mamy aż nadto dowodów przemawiających za tym, że głosowanie nie było anonimowe. Co więcej, wynik był zupełnie inny, niż pan twierdzi. Po fakcie sfałszował pan zapisy w dzienniku pokładowym.

SĘDZIA: Musi nam pan przedstawić prawdziwy wynik głosowania.

SCOTT: Nie mam tego, czego pan chce. Wynik, który podałem, jest prawdziwy.

SĘDZIA: Panie Scott, pozwoli pan, że przypomnę panu: jeśli nadal będzie pan utrudniał pracę sądowi, skrzywdzi pan niewinnych członków swojej załogi. Niektórzy głosowali przeciw atakowi, ale bez dowodów, które tylko pan może dostarczyć, nie możemy oczyścić ich z zarzutów i będziemy musieli uznać wszystkich oficerów, podoficerów i szeregowych z Epoki Brązu za winnych.

SCOTT: O czym pan mówi? Jest pan prawdziwym sędzią? To prawdziwy sąd? A co z domniemaniem niewinności?

SĘDZIA: Takiego domniemania nie stosuje się do zbrodni przeciwko ludzkości. To zasada prawa międzynarodowego ustalona na początku ery kryzysu. Ma ona gwarantować, że zdrajcy ludzkości nie unikną kary.

SCOTT: Nie jesteśmy zdrajcami ludzkości! Gdzie pan był, kiedy walczyliśmy o Ziemię?

PROKURATOR: Bez dwóch zdań jesteście zdrajcami! Dwieście lat temu RZT zdradził tylko interesy ludzkości, natomiast wy zdradziliście nasze najbardziej podstawowe zasady moralne, co jest o wiele większą zbrodnią.

SCOTT: (milczenie)

SĘDZIA: Chcę, by zrozumiał pan konsekwencje fałszowania dowodów. Na początku procesu odczytał pan w imieniu wszystkich oskarżonych oświadczenie, w którym wyraziliście skruchę z powodu śmierci tysiąca ośmiuset czterdziestu siedmiu mężczyzn i kobiet na Kwancie. Pora wreszcie okazać tę skruchę.

SCOTT (po długim milczeniu): Dobrze. Przedstawię prawdziwe wyniki. Możecie je znaleźć w zaszyfrowanym zapisie w dzienniku pokładowym Epoki Brązu.

PROKURATOR: Natychmiast je odnajdziemy. Może mi pan podać w przybliżeniu, ilu członków załogi opowiedziało się za atakiem na Kwant?

SCOTT: Tysiąc sześciuset siedemdziesięciu. Dziewięćdziesiąt procent załogi.

SĘDZIA: Spokój! Proszę o spokój na sali! Przypominam publiczności, że podczas rozprawy należy zachowywać milczenie.

SCOTT: Ale to i tak nie miałoby znaczenia. Przystąpiłbym do ataku, nawet gdyby opowiedziało się za nim mniej niż pięćdziesiąt procent. Ostateczna decyzja należała do mnie.

PROKURATOR: Stara się pan bronić załogę, ale Epoka Brązu nie była podobna do nowszych statków, które znajdowały się po drugiej stronie Układu Słonecznego, takich jak Dobór Naturalny. Sztuczna inteligencja na pańskim statku była prymitywna. Bez współpracy tych, którymi pan dowodził, nie mógłby pan zaatakować.

Sebastian Schneider, 31 lat, komandor podporucznik, dowódca systemów namierzania celów i atakowania na Epoce Brązu

PROKURATOR: Poza dowódcą statku jest pan jedynym oficerem z upoważnieniami do zapobieżenia atakowi lub do jego zakończenia.

SCHNEIDER: Zgadza się.

SĘDZIA: Ale nie zrobił pan tego.

SCHNEIDER: Nie.

SĘDZIA: Co pan wtedy myślał?

SCHNEIDER: W tamtej chwili – nie na początku ataku, ale kiedy uświadomiłem sobie, że Epoka Brązu nigdy nie wróci do domu – zmieniłem się. To nie był proces; po prostu zmieniłem się od stóp do głowy. To było jak ta legendarna plomba mentalna.

SĘDZIA: Uważa pan, że to było możliwe? Że na pańskim statku były plomby mentalne?

SCHNEIDER: Oczywiście, że nie. Mówiłem metaforycznie. Sam kosmos jest pewnego rodzaju plombą mentalną… W tamtej chwili zrezygnowałem z mojego ja. Moje istnienie miałoby znaczenie tylko wtedy, gdyby przetrwał kolektyw… Nie potrafię wyjaśnić tego lepiej i nie oczekuję, że Wysoki Sąd mnie zrozumie. Nie zrozumiałby, nawet gdyby wsiadł na Epokę Brązu i przeleciał dwadzieścia tysięcy jednostek astronomicznych od Układu Słonecznego albo jeszcze dalej.

SĘDZIA: Dlaczego?

SCHNEIDER: Dlatego, że Wysoki Sąd wiedziałby, że wróci do domu! Dusza Wysokiego Sądu zostałaby na Ziemi. Wysoki Sąd miałby szansę zrozumieć przemianę, którą przeszedłem, tylko wtedy, gdyby przestrzeń za statkiem stała się bezdenną otchłanią, tylko wtedy, gdyby Słońce, Ziemię i wszystko inne pochłonęła pustka.

Pochodzę z Kalifornii. W 1967 roku, według starego kalendarza, nauczyciel liceum w moim mieście rodzinnym, Ron Jones, zrobił coś ciekawego… Proszę mi nie przerywać. Dziękuję.

By pomóc uczniom zrozumieć nazizm i totalitaryzm, postarał się stworzyć symulację społeczeństwa totalitarnego. Potrzebował zaledwie pięciu dni, by przekształcić klasę w miniaturowe państwo faszystowskie. Wszyscy uczniowie dobrowolnie zrezygnowali z indywidualności i wolności, utożsamili się z nadrzędnym kolektywem i z religijnym żarem starali się realizować cele tego kolektywu. W końcu ten szkolny eksperyment, który zaczął się jako nieszkodliwa zabawa, wymknął się spod kontroli. Jones napisał szczegółową relację pod tytułem Trzecia Fala, a Niemcy nakręcili film na podstawie jego eksperymentu. Kiedy na Epoce Brązu zorientowaliśmy się, że jesteśmy skazani na wieczną tułaczkę po kosmosie, też utworzyliśmy państwo totalitarne. Wie Wysoki Sąd, ile zajęło nam to czasu?

Pięć minut.

Tak. Pięć minut po rozpoczęciu zebrania całej załogi fundamentalne wartości tego totalitarnego społeczeństwa zdobyły poparcie jej ogromnej większości. A zatem powiem Wysokiemu Sądowi, że kiedy ludzie zagubią się w kosmosie, stworzenie totalitarnego ustroju zajmie im tylko pięć minut.

Boris Rovinski, 36 lat, komandor porucznik, członek kadry kierowniczej Epoki Brązu

SĘDZIA: To pan poprowadził pierwszą grupę abordażową na Kwant po ataku?

ROVINSKI: Tak.

SĘDZIA: Ocalał ktoś z jego załogi?

ROVINSKI: Nikt.

SĘDZIA: Może pan opisać, co pan tam zobaczył?

ROVINSKI: Załoga zginęła wskutek działania fal infradźwiękowych wytworzonych przez kadłub Kwanta, kiedy uderzyły w niego impulsy elektromagnetyczne wywołane przez wybuch bomby wodorowej. Ciała były dobrze zachowane, nie widać było żadnych oznak uszkodzeń zewnętrznych.

SĘDZIA: Co zrobiliście z tymi ciałami?

ROVINSKI: Tak jak Błękitna Przestrzeń, zbudowaliśmy im pomnik.

SĘDZIA: To znaczy zostawiliście je w pomniku?

ROVINSKI: Nie. Wątpię też, czy w pomniku zbudowanym przez Błękitną Przestrzeń były jakieś ciała.

SĘDZIA: Nie odpowiedział pan na moje pytanie. Zapytałem, co zrobiliście z ciałami.

ROVINSKI: Uzupełniliśmy nimi nasze zapasy żywności.

SĘDZIA: Wszystkimi?

ROVINSKI: Wszystkimi.

SĘDZIA: Kto wydał decyzję o przekształceniu ich w żywność?

ROVINSKI: Naprawdę nie pamiętam. W tamtym czasie wydało się to nam zupełnie naturalną rzeczą. Odpowiadałem za logistykę i zapasy na statku, więc kierowałem magazynowaniem i rozmieszczaniem tych ciał.

SĘDZIA: Jak zostały spożyte?

ROVINSKI: Nie zrobiliśmy niczego specjalnego. Zostały zmieszane w systemie biorecyklingu z warzywami i mięsem, a potem ugotowane.

SĘDZIA: Kto to jadł?

ROVINSKI: Wszyscy. Wszyscy na pokładzie Epoki Brązu musieli jadać w jednej z czterech kantyn i było tylko jedno źródło pożywienia.

SĘDZIA: Czy wiedzieli, co jedzą?

ROVINSKI: Oczywiście.

SĘDZIA: Jak reagowali?

ROVINSKI: Jestem pewien, że niektórzy czuli się nieswojo, ale nikt nie protestował. Aha, przypominam sobie, że kiedyś jadłem w mesie oficerskiej i usłyszałem, jak ktoś powiedział: „Dziękuję ci, Carol Joiner”.

SĘDZIA: Co ten oficer miał na myśli?

ROVINSKI: Carol Joiner była oficerem łącznościowym na Kwancie. Jadł jakąś jej część.

SĘDZIA: Skąd o tym wiedział?

ROVINSKI: Każdemu z nas założono kapsułkę umożliwiającą tropienie i identyfikację. Była wielkości ziarnka ryżu, wszczepiona pod skórę lewego ramienia. Czasami proces gotowania jej nie niszczył. Na pewno ten oficer znalazł ją na talerzu i użył komunikatora do jej odczytania.

SĘDZIA: Spokój! Proszę o spokój na sali. Proszę wynieść osoby, które zemdlały. Panie Rovinski, niewątpliwie musiał pan zdawać sobie sprawę, że łamiecie najbardziej podstawowe zasady, które czynią nas ludźmi.

ROVINSKI: Ograniczały nas inne zasady moralne, których Wysoki Sąd nie rozumie. Podczas bitwy w dniu Sądu Ostatecznego Epoka Brązu musiała przekroczyć wyznaczone dla niej parametry przyspieszania. Systemy zasilania były przeciążone, a do układów podtrzymania życia przez dwie godziny nie docierał prąd, co doprowadziło do ogromnych uszkodzeń. Naprawy trzeba było przeprowadzać bardzo wolno. Tymczasem zostały uszkodzone również systemy hibernacji i można było w nich umieścić tylko około pięciuset osób. Ponad tysiąc członków załogi musiało coś jeść, więc gdybyśmy nie zapewnili dodatkowych źródeł pożywienia, połowa zmarłaby z głodu.

 

Ponieważ czekała nas niekończąca się podróż, nawet bez tych ograniczeń pozostawienie takiej ilości cennego białka w kosmosie byłoby naprawdę nierozsądne…

Nie próbuję się bronić i nie próbuję bronić nikogo innego z załogi Epoki Brązu. Teraz, kiedy odzyskałem zasady myślenia ludzi przykutych do Ziemi, jest mi bardzo trudno wypowiadać te słowa. Bardzo trudno.

Ostatnie oświadczenie złożone przez komandora Neila Scotta

Nie mam już wiele do powiedzenia poza przestrogą.

Życie zrobiło milowy krok, kiedy wyszło z oceanu na ląd, ale te pierwsze ryby, które wspięły się na ląd, nie były już rybami.

Podobnie ludzie przestaną być ludźmi, gdy naprawdę wkroczą w kosmos i uwolnią się od Ziemi. A więc do wszystkich tu obecnych kieruję te słowa: Kiedy pomyślicie o wylocie w przestrzeń kosmiczną bez oglądania się za siebie, zastanówcie się, proszę, co robicie. Cena, jaką będziecie musieli zapłacić, jest dużo wyższa, niż sobie wyobrażacie.

Ostatecznie dowódcę Neila Scotta i sześciu innych wyższych oficerów uznano winnymi morderstwa oraz zbrodni przeciwko ludzkości i skazano na dożywocie. Z pozostałych tysiąca siedmiuset sześćdziesięciu ośmiu członków załogi uniewinniono tylko stu trzydziestu ośmiu. Reszta otrzymała wyroki od dwudziestu do trzystu lat więzienia.

Więzienie Floty Międzynarodowej znajdowało się w pasie asteroid, pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza. Tak więc skazani musieli ponownie opuścić Ziemię. Chociaż Epoka Brązu dotarła na orbitę geosynchroniczną, więźniom nie dane było przebyć ostatnich trzydziestu tysięcy kilometrów ich liczącej trzysta pięćdziesiąt miliardów kilometrów podróży do domu.

Kiedy statek więźniarka przyspieszył, znowu poszybowali w górę i opadli na okna na rufie niczym jesienne liście, które nigdy nie osiądą przy korzeniach drzewa.

Przed opuszczeniem bazy floty były komandor porucznik Rovinski, były komandor podporucznik Schneider i około dziesięciu innych oficerów wróciło po raz ostatni, pod strażą, na Epokę Brązu, by przekazać statek jego nowej załodze.

Przez ponad dziesięć lat był on całym ich światem. Starannie przystroili jego wnętrze hologramami łąk, lasów i oceanów, uprawiali na nim prawdziwe ogrody, zbudowali nawet stawy rybne i fontanny, przekształcając go w prawdziwy dom. Ale teraz to już zniknęło. Usunięto wszystkie ślady ich istnienia. Epoka Brązu stała się znowu zwykłym, zimnym statkiem klasy gwiezdnej.

Wszyscy, na których natknęli się w korytarzach, patrzyli na nich chłodno albo po prostu ich ignorowali. Ci, którzy salutowali, dokładali starań, by ich wzrok nie błądził i by więźniowie mieli jasność, że salutowano nie im, lecz eskortującym ich żandarmom.

Schneidera wprowadzono do sferycznej kabiny, by przekazał trzem oficerom szczegóły systemu namierzania celu. Cała trójka traktowała go jak komputer. Zadawali mu pytania głosami wypranymi z emocji i czekali na odpowiedzi. Nie było w nich ani cienia uprzejmości, nie dodano ani jednego zbędnego słowa.

Po godzinie zakończono procedurę. Schneider stuknął kilka razy w unoszący się przed nim interfejs, jakby z przyzwyczajenia zamykał kilka okien. Nagle odepchnął się mocno nogą od sferycznej ściany i poleciał na drugi koniec kabiny. Jednocześnie ściany się przesunęły i podzieliły kabinę na dwie połowy. Trzej oficerowie i żandarm zostali uwięzieni w jednej, Schneider znalazł się sam w drugiej.

Wywołał szybujące okno. Stukał w nie tak szybko, że jego palce tworzyły zamazany obraz. Był to interfejs sterujący systemem komunikacji. Schneider uruchomił antenę do komunikacji międzygwiezdnej.

Rozległ się słaby trzask. W ścianie kabiny pojawiła się mała dziurka i kabinę wypełnił biały dym. W otworze ukazała się lufa pistoletu żandarma i skierowała się na Schneidera.

– To ostatnie ostrzeżenie. Natychmiast przestań i otwórz drzwi.

– Błękitna Przestrzeń, tu Epoka Brązu. – Schneider mówił cichym głosem. Wiedział, że to, jak daleko popłynie ta wiadomość, nie ma nic wspólnego z głośnością.

Pierś Schneidera przeszył promień lasera. Z rany wydobyła się czerwona para powstała z jego krwi. Otoczony czerwoną mgłą Schneider wychrypiał ostatnie słowa:

– Nie wracajcie. To już nie jest wasz dom!

Błękitna Przestrzeń zawsze odpowiadała na usilne prośby Ziemi z większym wahaniem i podejrzliwością niż Epoka Brązu, więc hamowali powoli. Tak więc kiedy otrzymali ostrzeżenie od Schneidera, wciąż oddalali się od Układu Słonecznego. Po tej wiadomości natychmiast przeszli od hamowania do przyspieszania i z pełną prędkością skierowali się naprzód.

Gdy Ziemia dowiedziała się o tym od trisolariańskich sofonów, obie cywilizacje po raz pierwszy w historii miały wspólnego wroga.

Pewną pociechą dla Ziemi i Trisolaris był fakt, że Błękitna Przestrzeń nie mogła obecnie przesłać informacji o położeniu ich układów słonecznych w głąb ciemnego lasu. Nawet gdyby próbowała to zrobić z użyciem całej dostępnej mocy przekazu, było prawie niemożliwe, żeby ktokolwiek je usłyszał. Dotarcie do Gwiazdy Barnarda, najbliższej, którą Błękitna Przestrzeń mogłaby wykorzystać jako superantenę, powtarzając wyczyn Ye Wenjie, zajęłoby jej trzysta lat. Jednak statek nie zmienił kursu. Zamiast w stronę Gwiazdy Barnarda nadal kierował się ku NH558J2, do której nie mógł dotrzeć wcześniej niż za dwa tysiące lat.

Natychmiast ruszyła za nim w pościg Grawitacja, jako jedyny statek w Układzie Słonecznym zdolny do odbywania podróży międzygwiezdnych. Trisolaris wystąpiła z pomysłem wysłania szybkiej kropli – która oficjalnie zwana była sondą kosmiczną, zbudowaną z cząstek powiązanych oddziaływaniem silnym – w celu dogonienia i zniszczenia Błękitnej Przestrzeni, ale Ziemia jednoznacznie odrzuciła tę propozycję. Z punktu widzenia ludzkości problem z Błękitną Przestrzenią był jej sprawą wewnętrzną, natomiast bitwa w dniu Sądu Ostatecznego jej największą raną, która mimo upływu ponad dziesięciu lat nadal się nie zabliźniła. Udzielenie pozwolenia na to, by kropla po raz drugi zaatakowała ludzi, zupełnie nie wchodziło w rachubę. Chociaż w umysłach większości załoga Błękitnej Przestrzeni stała się obcymi, tylko ludzkość mogła wymierzyć jej sprawiedliwość.

Ponieważ musiałoby minąć dużo czasu, zanim Błękitna Przestrzeń mogłaby im zagrażać, Trisolarianie przystali na to. Podkreślali jednak, że skoro Grawitacja może przesyłać wiadomości na falach grawitacyjnych, jej bezpieczeństwo jest dla nich sprawą życia i śmierci, więc krople mogłyby stanowić jej eskortę, a poza tym zapewniłyby jej miażdżącą przewagę nad ściganymi.

W rezultacie Grawitacja leciała w szyku z dwiema oddalonymi od niej o kilka tysięcy metrów kroplami. Kontrast pomiędzy rozmiarami tych dwóch typów statków nie mógłby być większy. Jeśli ktoś oddaliłby się na tyle, by zobaczyć Grawitację w całej okazałości, krople stałyby się dla niego niewidoczne, a jeśli zbliżyłby się do jednej z kropel na tyle, by się jej dobrze przyjrzeć, w jej gładkiej powierzchni ujrzałby wyraźne odbicie Grawitacji.

Zbudowano ją dziesięć lat po Błękitnej Przestrzeni. Poza anteną fal grawitacyjnych niewiele różniło ją od poprzedniczki. Na przykład jej układy napędowe miały tylko trochę większą moc. Wiara w to, że dopadnie ofiarę, opierała się na dużo większych zbiornikach paliwa.

Mimo to ze względu na obecne prędkości obu statków pochwycenie Błękitnej Przestrzeni miało zająć Grawitacji pięćdziesiąt lat.