Koniec śmierci

Tekst
Autor:Liu Cixin
Z serii: s-f
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koniec śmierci
Koniec śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Koniec śmierci
Audio
Koniec śmierci
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Znowu myślał o Cheng Xin. Ostatnio myślał o niej coraz więcej.

Wieczorem telewizja podała następującą wiadomość:

Na dwunastym posiedzeniu Rada Obrony Planety ONZ podjęła uchwałę 479 w sprawie rozpoczęcia programu Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem. Program ten ma natychmiast wprowadzić w życie komisja składająca się z przedstawicieli Programu ONZ do spraw Rozwoju, Komisji ONZ do spraw Bogactw Naturalnych i UNESCO.

Dzisiaj po południu zostanie uruchomiona oficjalna chińska strona internetowa poświęcona programowi Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem. Według wysokiego urzędnika pekińskiego biura przedstawiciela Programu ONZ do spraw Rozwoju do udziału w aukcji dopuści się oferty od osób fizycznych i przedsiębiorstw, ale nie będzie się rozpatrywać ofert od organizacji pozarządowych.

Tianming wstał i powiedział pielęgniarce, że chce iść na spacer, ale go nie wypuściła, ponieważ zaczęła się już cisza nocna. Wrócił do ciemnego pokoju, odciągnął zasłony i otworzył okno. Nowy pacjent, który zajął łóżko po Lao Li, zaczął zrzędzić.

Tianming wyjrzał na zewnątrz. Niebo pokrywała łuna świateł miasta, ale mimo to widać na nim było kilka srebrnych plamek. Wiedział już, co zrobi z pieniędzmi – kupi Cheng Xin gwiazdę.

Fragment Przeszłości poza czasem
Infantylizm na początku kryzysu

Wiele wydarzeń z pierwszych dwudziestu lat ery kryzysu było niezrozumiałych dla tych, którzy żyli wcześniej, i dla tych, którzy żyli później. Historycy ochrzcili ten okres mianem „kryzysowego infantylizmu”.

Powszechnie uważano, że infantylizm był reakcją na niespotykane zagrożenie dla całej cywilizacji. Może rzeczywiście tak było w indywidualnych wypadkach, ale w odniesieniu do całej ludzkości było to zbyt proste wyjaśnienie.

Wpływ kryzysu trisolariańskiego był dużo głębszy, niż początkowo myślano. Używając niedoskonałych analogii, można by rzec, że w sferze biologii byłby to odpowiednik chwili, w której przodkowie ssaków wyszli z oceanu na ląd, w sferze religii chwili wygnania Adama i Ewy z raju, w sferach historii i socjologii… tu próżno by było szukać jakichkolwiek, nawet niedoskonałych odpowiedników. W porównaniu z tym kryzysem bladło wszystko, czegokolwiek doświadczyła wcześniej ludzka cywilizacja. Kryzys wstrząsnął podstawami kultury, polityki, religii i gospodarki. Chociaż dotknął najgłębszego jądra cywilizacji, jego wpływ najszybciej ujawnił się na jej powierzchni. Główną przyczynę kryzysowego infantylizmu można dostrzec w oddziaływaniach między tymi przejawami i straszną inercją przyrodzonego konserwatyzmu ludzkiego społeczeństwa.

Klasycznymi przykładami tego infantylizmu były program Wpatrujących się w Ścianę i program Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem, zainicjowane przez społeczność międzynarodową w ramach specjalnych agend ONZ, które wkrótce stały się niezrozumiałe dla wszystkich spoza tej epoki. Program Wpatrujących się w Ścianę zmienił historię i tak bardzo wpłynął na dalsze dzieje cywilizacji, że trzeba go będzie omówić w osobnym rozdziale. Te same elementy, które doprowadziły do narodzin wspaniałego projektu Wpatrujących się w Ścianę, legły u podstaw programu Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem. Jednak ten program ugrzązł tuż po rozpoczęciu i nigdy więcej o nim nie słyszano.

Były dwa główne źródła motywacji dla stworzenia programu Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem: zwiększenie siły ONZ na początku kryzysu trisolariańskiego i pojawienie się oraz popularność eskapizmu.

Podczas kryzysu trisolariańskiego cała ludzkość stanęła po raz pierwszy wobec wspólnego wroga, więc całkiem naturalnie nadzieje wielu osób skierowały się ku ONZ. Nawet konserwatyści przyznawali, że organizację tę trzeba zupełnie zreformować, rozszerzyć jej uprawnienia i zwiększyć środki do jej dyspozycji. Radykałowie i idealiści żądali ustanowienia Unii Ziemskiej i przekształcenia ONZ w rząd światowy.

Wzmocnienie pozycji ONZ popierały zwłaszcza mniejsze kraje, ponieważ postrzegały one kryzys jako okazję do otrzymania większej pomocy technicznej i gospodarczej. Natomiast wielkie mocarstwa odnosiły się do tego z rezerwą. W istocie rzeczy po kryzysie dużo inwestowały w obronę kosmiczną. Robiły to po części dlatego, że zdawały sobie sprawę, iż nakłady na nią staną się podstawą ich siły i znaczenia politycznego w przyszłych stosunkach międzynarodowych, ale też z tej przyczyny, że chociaż zawsze chciały przeznaczać dużo pieniędzy na badania podstawowe w dużej skali, w przeszłości uniemożliwiała to postawa ich społeczeństw i ograniczenia narzucane przez politykę międzynarodową. A zatem w pewnym sensie kryzys trisolariański dał przywódcom wielkich mocarstw podobną szansę, jaką dała Kennedy’emu zimna wojna, z tym tylko, że była ona o kilka rzędów wielkości większa. Chociaż wszystkie wielkie mocarstwa nie miały ochoty prowadzić badań pod egidą Organizacji Narodów Zjednoczonych, wzbierająca fala nawoływań do prawdziwej globalizacji zmusiła je do scedowania na ONZ pewnych symbolicznych politycznych zobowiązań, których nie miały zamiaru honorować. Na przykład proponowany przez ONZ system wspólnej obrony kosmicznej uzyskał od nich niewielkie finansowe wsparcie.

Kluczową postacią we wczesnej fazie ery kryzysu była sekretarz generalny ONZ Say. Uważała, że nadszedł czas na utworzenie nowej ONZ, i namawiała do przekształcenia instytucji, która, choć była miejscem spotkań wielkich mocarstw i forum międzynarodowym, niewiele znaczyła, w niezależne ciało polityczne z możliwością autentycznego pokierowania budową obrony Układu Słonecznego.

Dla osiągnięcia tego celu ONZ potrzebowała dostatecznych środków, co było wymogiem, który w świetle ówczesnych stosunków międzynarodowych wydawał się niemożliwy do zrealizowania. Zaproponowany przez Say program Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem był próbą zdobycia takich zasobów. Bez względu na wyniki, już sam fakt podjęcia tej próby był świadectwem jej inteligencji politycznej i wyobraźni.

Podstawą, na której opierał się ten program, była konwencja o międzynarodowej odpowiedzialności za szkody wyrządzone przez obiekty kosmiczne, przyjęta w epoce przedkryzysowej. Konwencję tę, nawiązującą do zasad wyłożonych w konwencji o prawie morza i traktacie antarktycznym, długo negocjowano i poprawiano, ale i tak jej przedmiotem były tylko zasoby znajdujące się w przestrzeni kosmicznej ograniczonej do Pasa Kuipera. Dopiero kryzys trisolariański zmusił narody Ziemi do sięgnięcia wzrokiem dalej.

Ponieważ ludzie nigdy nie postawili stopy nawet na Marsie, wszelkie dyskusje o dalszej przestrzeni były bezsensowne, przynajmniej przed datą wygaśnięcia konwencji, co miało nastąpić pięćdziesiąt lat po jej podpisaniu. Mimo to wielkie mocarstwa traktowały ją jako wspaniałą scenę dla rozgrywania spektakli politycznych i wprowadziły do niej poprawkę dotyczącą surowców poza Układem Słonecznym. Przewidywała ona, że eksploatacja bogactw naturalnych za Pasem Kuipera i inne związane z nimi przedsięwzięcia gospodarcze będzie można prowadzić tylko pod auspicjami ONZ. Zdefiniowano w niej drobiazgowo termin „bogactwa naturalne”, ale zasadniczo odnosił się on do źródeł niezajętych jeszcze przez cywilizacje pozaziemskie. W traktacie tym po raz pierwszy wprowadzono międzynarodową definicję prawną „cywilizacji”. Dokument ten historycy określali później jako poprawkę kryzysową.

Drugim źródłem motywacji dla programu Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem był eskapizm. W owym czasie ruch ten był dopiero w powijakach i jego konsekwencje nie były jeszcze widoczne, więc wiele osób uważało go za uzasadniony wybór w sytuacji kryzysowej. W takich warunkach inne gwiazdy, zwłaszcza z własnymi planetami, stały się cenne.

W pierwotnym projekcie ONZ miała przeprowadzić licytację praw do pewnych gwiazd i krążących wokół nich planet. Do udziału w przetargu planowano dopuścić państwa, przedsiębiorstwa, organizacje pozarządowe i osoby prywatne, a dochód z niej zamierzano przeznaczyć na sfinansowanie podstawowych badań nad systemem obrony Ziemi. Sekretarz generalna Say wyjaśniała, że we Wszechświecie jest mnóstwo gwiazd, ponad trzysta tysięcy w odległości do stu lat świetlnych od Układu Słonecznego i ponad dziesięć milionów w promieniu tysiąca lat świetlnych. Według ostrożnych szacunków wokół co najmniej jednej dziesiątej z nich krążyły planety. Sprzedaż na licytacji małej ich części nie wpłynęłaby na przyszłą eksploatację kosmosu.

Ta niezwykła rezolucja ONZ wzbudziła szerokie zainteresowanie. Stali członkowie Rady Obrony Planety (ROP) dokładnie ją rozważyli i każdy z nich doszedł do wniosku, że w przewidywalnej przyszłości nie będzie ona miała żadnych negatywnych konsekwencji. Poza tym głosowanie przeciw niej przyniosłoby w panującym wówczas w polityce międzynarodowej klimacie straty wizerunkowe. Mimo to nie obeszło się bez sporów czy kompromisów i w ostatecznie przyjętej wersji ograniczono się do gwiazd oddalonych o ponad sto lat świetlnych od Ziemi.

Program ten został jednak wstrzymany krótko po jego rozpoczęciu, i to z prostego powodu: nie było chętnych na kupno gwiazd. Wylicytowano zaledwie siedemnaście, a i to za cenę wywoławczą. ONZ zyskała w sumie tylko około czterdziestu milionów dolarów.

Wszyscy nabywcy pozostali anonimowi. Snuto przeróżne spekulacje, dlaczego wydali tyle pieniędzy na kupno bezwartościowego kawałka papieru, nawet jeśli w założeniu miał on wiążącą moc prawną. Może kupujący uznali, że byłoby fajnie posiadać inny świat, ale co komu z tego, że tylko go widzi, lecz nie może dotknąć? Ba, niektórych z tych gwiazd nie było nawet widać gołym okiem.

Say nigdy nie uznała tego programu za porażkę. Twierdziła, że rezultaty okazały się zgodne z jej przewidywaniami. Zasadniczo program Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem był polityczną proklamacją ONZ.

Szybko o nim zapomniano. Był to klasyczny przykład odbiegającego od norm zachowania ludzkości na początku kryzysu.

4 rok ery kryzysu
Yun Tianming

Na drugi dzień po podjęciu decyzji o kupnie gwiazdy dla Cheng Xin Yun Tianming zadzwonił pod numer znajdujący się na stronie internetowej chińskiego biura programu Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem.

 

Potem zatelefonował do Hu Wena, żeby uzyskać podstawowe informacje o Cheng Xin: adres kontaktowy, numer dowodu tożsamości i tak dalej. Przygotowany był na to, że Wen zareaguje na jego prośbę sarkazmem, litością, zdziwieniem, ale po długiej ciszy usłyszał tylko ciche westchnienie.

– Nie ma sprawy – rzekł Wen. – Ale prawdopodobnie nie ma jej obecnie w Chinach.

– Tylko nie mów jej, że to ja o to proszę.

– Nie martw się. Nie zapytam jej bezpośrednio.

Następnego dnia Tianming dostał od Wena wiadomość ze wszystkimi informacjami, o które prosił, ale w tekście nie było ani słowa o miejscu zatrudnienia Cheng Xin. Wen wyjaśnił, że nikt nie wie, dokąd się udała po ukończeniu w ubiegłym roku Akademii Technologii Kosmicznej. Podał Tianmingowi jej dwa adresy pocztowe: w Szanghaju i w Nowym Jorku.

Po południu Tianming poprosił doktora Zhanga o przepustkę ze szpitala w celu załatwienia pewnej sprawy. Doktor chciał mu towarzyszyć, ale Tianming uparł się, że pojedzie sam.

Wezwał taksówkę i pojechał do pekińskiego biura UNESCO. Po kryzysie wszystkie agendy ONZ w Pekinie bardzo się rozrosły i UNESCO zajmowała teraz większą część budynku przy Czwartej Obwodnicy.

W przestronnym biurze programu Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem powitała Tianminga ogromna mapa gwiezdna. Konstelacje gwiazd łączyły srebrne linie na czarnym jak smoła tle. Mapa była wyświetlona na ekranie o dużej rozdzielczości, a znajdujący się obok komputer pozwalał na przeszukiwanie i powiększanie obrazu. W biurze nie było nikogo oprócz recepcjonistki.

Kiedy Tianming się przedstawił, rozgorączkowana recepcjonistka wyszła i wróciła z jakąś blondynką.

– To dyrektorka pekińskiego oddziału UNESCO, a także jedna z osób zajmujących się wdrożeniem programu Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem w rejonie Azji i Pacyfiku – wyjaśniła.

Również dyrektorka wydawała się bardzo zadowolona z wizyty Tianminga. Podała mu rękę i powiedziała płynną chińszczyzną, że jest pierwszym obywatelem tego kraju zainteresowanym zakupem gwiazdy. Wolałaby zorganizować ceremonię z udziałem środków przekazu, ale ze względu na jego życzenie ochrony prywatności zrezygnowała z tego. Wydawała się bardzo przygnębiona utratą wspaniałej okazji do rozreklamowania programu.

„Nie przejmuj się – pomyślał Tianming. – Żaden inny Chińczyk nie będzie taki durny jak ja”.

Do biura wszedł dobrze ubrany mężczyzna w średnim wieku. Miał okulary na nosie. Dyrektorka przedstawiła go jako doktora He, badacza z obserwatorium w Pekinie. Astronom miał pomóc Tianmingowi ustalić szczegóły zakupu. Po wyjściu dyrektorki poprosił go, by usiadł, i zaproponował herbatę.

– Dobrze się pan czuje? – zapytał.

Tianming wiedział, że nie wygląda jak okaz zdrowia, ale po zaprzestaniu chemioterapii, która była nieustającą torturą, czuł się dużo lepiej, prawie jakby odżył. Zignorował pytanie i powtórzył prośbę, którą złożył już przez telefon.

– Chcę kupić gwiazdę w prezencie. Tytuł własności gwiazdy powinien zostać zarejestrowany na nazwisko osoby obdarowanej. Nie podam żadnych informacji o sobie, chcę, żeby moja tożsamość pozostała dla niej tajemnicą.

– To żaden problem. Wie pan już, jakiego rodzaju gwiazdę chce pan kupić?

– Znajdującą się jak najbliżej Ziemi. Z planetami. Najlepiej typu ziemskiego – odparł Tianming, patrząc na mapę.

Doktor He potrząsnął głową.

– Przy takiej sumie, jaką pan mi podał, to niemożliwe. Ceny wywoławcze za gwiazdy spełniające te kryteria zaczynają się od kwot dużo wyższych. Może pan kupić tylko gwiazdę bez planet, i to położoną niezbyt blisko. Pozwoli pan, że coś panu powiem: zaproponowana przez pana suma jest za mała nawet na samą gwiazdę, ale po pana wczorajszym telefonie, biorąc pod uwagę fakt, że jest pan pierwszą osobą w Chinach, która wyraziła zainteresowanie naszą ofertą, postanowiliśmy obniżyć cenę wywoławczą jednej z gwiazd do pańskiej propozycji. – Poruszył myszką, powiększając pewien region na mapie. – To ta. Powie pan: „Tak” i jest pańska.

– Jak daleko jest od Ziemi?

– Dwieście osiemdziesiąt sześć i pół roku świetlnego.

– To za daleko.

Doktor He się roześmiał.

– Widzę, że nie jest pan zupełnym laikiem w dziedzinie astronomii. Niech pan pomyśli: czy to, że gwiazda znajduje się dwieście osiemdziesiąt sześć czy dwieście osiemdziesiąt sześć miliardów lat świetlnych od nas, to naprawdę wielka różnica?

Tianming zastanowił się nad tym. Astronom miał rację. Nie było żadnej różnicy.

– Ta gwiazda ma dużą zaletę – powiedział doktor He. – Jest widoczna gołym okiem. Moim zdaniem, kiedy kupuje się gwiazdę, najważniejsze są względy estetyczne. O wiele lepiej jest posiadać odległą gwiazdę, którą widać, niż położoną blisko, ale niewidoczną. Dużo lepiej jest mieć samą gwiazdę, którą widać, niż gwiazdę z planetami, której nie widać. W końcu i tak możemy tylko patrzeć na nią. Nie mam racji?

Tianming kiwnął głową. „Cheng Xin będzie mogła ją widzieć. To dobrze” – pomyślał.

– Jak się nazywa?

– Została skatalogowana przez Tychona Brahe sto lat temu, ale nie otrzymała jakiejś zwyczajowej nazwy. Ma tylko numer.

Doktor He przesunął wskaźnik myszki nad jarzący się punkt i obok niego ukazał się ciąg liter i cyfr: DX3906. Potem cierpliwie wytłumaczył Tianmingowi ich znaczenie, typ gwiazdy, wielkość absolutną i pozorną, położenie w ciągu głównym i tak dalej.

Papierkowa robota związana z zakupem nie zajęła dużo czasu. Aby mieć pewność, że wszystkiego dokonano prawidłowo, doktorowi He pomagało dwóch notariuszy. Potem pojawiła się ponownie dyrektorka, z dwoma urzędnikami z Programu ONZ do spraw Rozwoju i Komisji ONZ do spraw Bogactw Naturalnych. Recepcjonistka wniosła butelkę szampana i wszyscy uczcili zawarcie transakcji.

Dyrektorka oświadczyła, że tytuł własności DX3906 został przyznany Cheng Xin, i wręczyła Tianmingowi najwyraźniej kosztowną czarną skórzaną teczkę ze słowami:

– Pańska gwiazda.

Po wyjściu urzędników doktor He zwrócił się do Tianminga:

– Jeśli pan nie chce, proszę nie odpowiadać, ale zdaje się, że kupił pan tę gwiazdę dziewczynie?

Tianming przez chwilę się wahał, po czym skinął głową.

– Szczęściara! – Doktor He westchnął. – Miło jest być bogatą.

– Tylko nie to! – odezwała się recepcjonistka i pokazała doktorowi język. – Bogatą? Kupiłby pan swojej dziewczynie gwiazdę, nawet gdyby pan miał trzydzieści miliardów juanów? Ha! Nie zapomniałam, co pan powiedział dwa dni temu.

Doktor He był zakłopotany. Obawiał się, że recepcjonistka ujawni jego opinię o programie Gwiazdy Naszym Przeznaczeniem: „Tę sztuczkę, jaką stosuje teraz ONZ, wypróbowała już ponad dziesięć lat temu banda naciągaczy. Sprzedawali naiwnym ziemię na Księżycu i na Marsie. To byłby cud, gdyby ktoś ponownie dał się na to nabrać!”.

Na szczęście recepcjonistka uderzyła w inną nutę.

– To nie jest tylko kwestia pieniędzy. Tu chodzi o romans. Romans! Rozumie pan?

Przez cały czas finalizowania zakupu młoda kobieta rzucała na Tianminga ukradkowe spojrzenia, jakby był postacią z baśni. Najpierw miała zaciekawioną minę, potem patrzyła na niego z podziwem. W końcu, gdy przekazano mu teczkę z aktem własności gwiazdy, na jej twarzy pojawiła się zazdrość.

Doktor He spróbował zmienić temat.

– Najszybciej jak się da, wyślemy obdarowanej oficjalne dokumenty. Zgodnie z pańskim życzeniem nie ujawnimy żadnych informacji o panu. Zresztą nie moglibyśmy, nawet gdybyśmy chcieli: przecież ja nawet nie znam pańskiego nazwiska! – Wstał i podszedł do okna. – Mogę teraz pokazać pańską gwiazdę… przepraszam, gwiazdę, którą pan jej kupił.

– Możemy ją zobaczyć z dachu tego budynku?

– Nie. W mieście jest zbyt duże zanieczyszczenie świetlne. Będziemy musieli pojechać na dalekie przedmieście. Jeśli nie czuje się pan dobrze, możemy się tam wybrać innego dnia.

– Jedźmy teraz. Naprawdę chcę ją zobaczyć.

Jechali ponad dwie godziny, aż łuna, która otaczała Pekin, została daleko za nimi. By uniknąć świateł przejeżdżających samochodów, doktor He zjechał na pole. Potem wyłączył reflektory i wysiedli. Na późnojesiennym niebie gwiazdy były wyjątkowo jasne.

– Widzi pan Wielką Niedźwiedzicę? Niech pan sobie wyobrazi przekątną przeprowadzoną przez ten czworobok utworzony z gwiazd i przedłuży ją. Widzi pan te trzy gwiazdy, które tworzą trójkąt? Niech pan przeciągnie linię z wierzchołka prostopadle do podstawy. Widzi pan? Właśnie tam. Oto pańska gwiazda – ta, którą pan jej podarował.

Tianming wskazał dwie gwiazdy po kolei, ale doktor He powiedział, że to żadna z nich.

– Znajduje się między tymi dwiema, ale trochę na południe od nich. Jej pozorna wielkość wynosi pięć i pięć dziesiątych. Normalnie potrzeba wyćwiczonego oka, żeby ją znaleźć, ale dziś wieczorem pogoda jest idealna, więc powinien pan móc ją dostrzec. Niech pan zrobi tak: proszę nie szukać jej wprost przed sobą, ale przesunąć wzrok trochę w bok. Widzenie peryferyjne jest bardziej wrażliwe na słabe światło. Kiedy ją pan znajdzie, będzie pan mógł spojrzeć prosto na nią…

Z pomocą doktora He Tianming w końcu znalazł DX3906. Bardzo słabo świeciła, więc za każdym razem gdy osłabła jego uwaga, musiał jej szukać od nowa. Chociaż ludzie powszechnie uważają, że gwiazdy są srebrzyste, dokładna ich obserwacja wykazała, że każda ma inny kolor. DX3906 była ciemnoczerwona.

Doktor He obiecał dać Tianmingowi materiały, które miały mu pomóc znaleźć gwiazdę o każdej porze roku.

– Ma pan szczęście, tak jak dziewczyna, która dostała od pana ten prezent – powiedział.

– Nie sądzę. Jestem bliski śmierci.

Wydawało się, że to wyznanie nie zaskoczyło doktora He. Zapalił papierosa i zaciągał się w milczeniu. Po chwili powiedział:

– Mimo to uważam, że jest pan szczęściarzem. Większość ludzi aż do śmierci nie zaszczyci Wszechświata poza Ziemią nawet jednym spojrzeniem.

Tianming przez chwilę patrzył na doktora He, po czym spojrzał ponownie na niebo i łatwo odnalazł DX3906. Przed jego oczami unosił się dym z papierosa doktora He i przez tę zasłonę mrugało słabe światło gwiazdy. „Kiedy ona je zobaczy, mnie już nie będzie na tym świecie” – pomyślał.

Oczywiście gwiazda, którą widział, i gwiazda, którą miała zobaczyć Cheng Xin, były tylko jej obrazem sprzed dwustu osiemdziesięciu sześciu lat. Jej słabe światło musiało podróżować przez trzy wieki, by dotrzeć do ich siatkówek. Żeby światło rzucane w tej chwili dotarło do Ziemi, musiało minąć kolejnych dwieście osiemdziesiąt sześć lat. Do tej pory Cheng Xin obróci się dawno w proch.

„Jakie będzie jej życie? Może będzie pamiętała, że w morzu gwiazd jest jedna, która należy do niej?”

Miał to być ostatni dzień jego życia.

Tianming chciał zauważyć w nim coś szczególnego, ale niczego takiego nie dostrzegł. Obudził się jak zwykle o siódmej, promyk słońca padł na to samo co zawsze miejsce na ścianie, pogoda nie była wspaniała, ale również nie taka zła, niebo było tego samego szaroniebieskiego koloru, dąb pod oknem miał nagie gałęzie (zamiast, powiedzmy, choćby jednego symbolicznego liścia). Nawet śniadanie było takie samo.

Był to dzień jak każdy inny w jego życiu od dwudziestu ośmiu lat, jedenastu miesięcy i sześciu dni.

Podobnie jak Lao Li, Tianming nie poinformował rodziny o swojej decyzji. Nawet próbował napisać list, który można by było dać jego ojcu po zakończeniu procedury, ale zrezygnował z tego, bo nie wiedział, co powiedzieć.

O dziesiątej wszedł o własnych siłach do pokoju eutanazji, tak spokojnie, jakby udawał się na codzienne badanie. Był czwartą osobą w mieście, która postanowiła skończyć z sobą w ten sposób, więc nie wzbudziło to wielkiego zainteresowania środków przekazu. W pokoju było tylko pięć osób: dwóch notariuszy, dyrektor, pielęgniarka i członek dyrekcji szpitala. Nie było doktora Zhanga.

Mógł odejść w spokoju.

Zgodnie z jego życzeniem nie umieszczono żadnych ozdób. Otaczały go tylko białe ściany normalnej sali szpitalnej. Czuł się nieskrępowany.

Powiedział dyrektorowi, że zna procedurę, a więc jego obecność nie jest konieczna. Dyrektor kiwnął głową i przeszedł za szklaną ścianę. Notariusze szybko skończyli sprawy i zostawili go samego z pielęgniarką. Ta nie okazywała niepokoju i strachu, który musiała pokonać za pierwszym razem. Wbiła mu igłę w żyłę delikatnie i bez wahania. Tianming poczuł z nią dziwną więź – w końcu była ostatnią osobą, która będzie z nim na tym świecie. Żałował, że nie wie, kto przyjmował go przed blisko dwudziestoma dziewięcioma laty, gdy się narodził. Tamta położna i ta pielęgniarka należały do małej grupy osób, które szczerze starały się mu pomóc w życiu. Chciał im podziękować.

 

– Dziękuję – powiedział.

Pielęgniarka uśmiechnęła się i wyszła cicho jak kot.

Czy chcesz zakończyć swoje życie? Jeśli tak, wybierz 5. Jeśli nie, wybierz 0.

Urodził się w rodzinie inteligenckiej, ale jego rodzicom brakowało sprytu politycznego i umiejętności zawierania korzystnych znajomości, nie zrobili więc kariery. Chociaż nie należeli do elity, uparli się, by dać mu wykształcenie, które w ich mniemaniu przystało jej członkom. Pozwalali mu czytać tylko klasykę i słuchać muzyki klasycznej, a przyjaciele, których starał się zdobyć, musieli pochodzić z kulturalnych i – ich zdaniem – dystyngowanych rodzin. Mówili mu, że ludzie z ich otoczenia są nieokrzesani i mają prymitywne zainteresowania. Oni mieli bardzo wyrafinowane gusta.

W szkole podstawowej Tianmingowi udało się zaprzyjaźnić z kilkoma kolegami, ale nigdy nie zaprosił ich do domu na zabawę. Wiedział, że rodzice nie pozwoliliby mu przyjaźnić się z takimi „nieokrzesanymi” dziećmi. Gdy znalazł się w szkole średniej, wskutek wzmożonego nacisku rodziców na uzyskanie przez niego elitarnego wykształcenia stał się kompletnym samotnikiem. Wtedy też rodzice się rozwiedli, bo ojciec poznał młodą kobietę, która sprzedawała ubezpieczenia. Potem jego matka wyszła powtórnie za mąż za bogatego przedsiębiorcę.

Tak oto jego oboje rodzice skończyli w związkach z tego rodzaju „nieokrzesanymi” ludźmi, od jakich kazali mu się trzymać z daleka, i wreszcie uświadomili sobie, że nie mieli moralnego prawa narzucać mu wyboru edukacji. Ale co się stało, to się nie odstanie. Tianming nie mógł się wyzwolić z więzów wychowania, które były jak kajdanki zaciskowe – im bardziej starał się z nich oswobodzić, tym mocniej go krępowały. W latach licealnych stawał się coraz bardziej samotny, coraz bardziej wrażliwy i coraz bardziej stronił od innych.

Wszystkie jego wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości były szare.

Nacisnął 5.

Czy chcesz zakończyć swoje życie? Jeśli tak, wybierz 2. Jeśli nie, wybierz 0.

Przed pójściem na studia wyobrażał sobie, że uniwersytet będzie strasznym miejscem: nowe, obce otoczenie, nowy, obcy tłum, jeszcze więcej rzeczy, do których będzie musiał się przystosować. I gdy po raz pierwszy się tam pojawił, wszystko zdawało się potwierdzać jego obawy.

Dopóki nie poznał Cheng Xin.

Dziewczyny pociągały go już wcześniej, ale nie aż tak. Wydawało mu się, że wszystko wokół niego, wcześniej zimne i obce, było teraz przesycone ciepłym słonecznym światłem. Najpierw nie rozumiał, skąd się ono bierze. Było zupełnie tak, jakby słońce przenikało przez grubą warstwę chmur, widoczne dla obserwatorów tylko jako zamglona kula. Dopiero kiedy zniknęło, ludzie pojęli, że to ono było przez cały dzień źródłem światła. Słońce Tianminga zniknęło na początku trwającego tydzień święta ustanowienia Chińskiej Republiki Ludowej, gdy Cheng Xin wyjechała do domu. Tianming odniósł wrażenie, że wszystko wokół stało się szare i ponure.

Było prawie pewne, że poczuł się wtedy tak niejeden chłopak. Ale Tianming nie cierpiał tak jak pozostali, ponieważ nie miał nadziei, że jego pragnienie się spełni. Wiedział, że dziewczęta nie lubią jego rezerwy, jego wrażliwości. Mógł tylko patrzeć na nią z daleka i kąpać się w ciepłym świetle, którym promieniowała, cicho podziwiając piękno wiosny.

Początkowo Cheng Xin wydawała się małomówna. Piękne kobiety często zachowują się powściągliwie, ale Cheng nie była królową lodu. Wprawdzie rzadko się odzywała, ale słuchała, naprawdę słuchała. Gdy z kimś rozmawiała, jej skupione, spokojne spojrzenie mówiło rozmówcy, że jest dla niej ważny.

Cheng Xin różniła się od ślicznych dziewcząt, z którymi Tianming chodził do liceum. Nie ignorowała jego obecności. Za każdym razem gdy go spotykała, uśmiechała się i mówiła: „Cześć”. Zdarzało się, że podczas organizowania wyjazdów czy przyjęć koledzy z roku o nim zapominali. Ale Cheng Xin zawsze zdołała go znaleźć i zaprosić. Później pierwsza z grupy zaczęła zwracać się do niego tylko per „Tianming”, bez podawania nazwiska. Podczas tych – wprawdzie bardzo ograniczonych – kontaktów najbardziej zapadło mu w serce to, że była jedyną osobą, która zdawała się rozumieć, jaki jest wrażliwy, i starała się nie sprawić mu bólu jakąś niestosowną uwagą.

Ale Tianming nigdy tego nie wyolbrzymiał. Była taka, jak powiedział Hu Wen – miła dla każdego.

Szczególnie zapadło mu w pamięć jedno wydarzenie. Wspinali się z kolegami na małą górę. Cheng Xin nagle przystanęła, pochyliła się i podniosła coś z kamiennych stopni szlaku. Była to brzydka gąsienica, miękka i wilgotna, która wiła się w jej białych palcach. Dziewczyna, która szła obok niej, krzyknęła: „Ależ to wstrętny robal! Dlaczego go dotykasz?”. Cheng Xin delikatnie położyła gąsienicę w trawę przy szlaku. „Ktoś mógłby ją rozdeptać” – odparła.

Prawdę mówiąc, Tianming bardzo mało z nią rozmawiał. Z czterech lat studiów zapamiętał raptem kilka rozmów w cztery oczy.

Był chłodny wieczór wczesnym latem. Tianming wdrapał się na taras na dachu biblioteki, swoje ulubione miejsce. Przychodziło tam niewielu studentów, więc mógł być sam ze swoimi myślami. Po burzy niebo było czyste. Świeciła na nim nawet normalnie niewidoczna Droga Mleczna.

– Naprawdę wygląda, jakby była z mleka!2

Tianming zerknął na osobę, która to powiedziała. Wiatr rozwiewał włosy Cheng Xin zupełnie jak w jego śnie. Potem oboje popatrzyli na galaktykę.

– Jest tam tyle gwiazd – rzekł Tianming. – Wyglądają jak mgła.

Cheng Xin odwróciła się do niego i wskazała na kampus i miasto w dole.

– To też jest piękne. Pamiętaj, że żyjemy tutaj, nie w odległej galaktyce.

– Ale przecież studiujemy inżynierię kosmonautyczną. Naszym celem jest odlecieć z Ziemi.

– Po to, by polepszyć tutaj życie, nie po to, by opuścić naszą planetę.

Tianming zrozumiał, że Cheng Xin chciała mu delikatnie wytknąć jego rezerwę i samotność, ale nic nie odpowiedział. Wtedy był najbliżej niej. Być może poniosła go wyobraźnia, ale wydawało mu się, że czuje ciepło promieniujące z jej ciała. Pragnął, by wiatr zmienił kierunek i kilka pasemek jej włosów musnęło jego twarz.

Cztery lata licencjatu dobiegły końca. Tianming nie dostał się na studia magisterskie, natomiast Cheng Xin przyjęto na nie bez problemu. Pojechała na wakacje do domu, ale Tianming ociągał się z wyjazdem. Jego jedynym celem było zobaczyć ją znowu na początku nowego roku akademickiego. Nie miał prawa pozostać w domu studenckim, więc wynajął pokój w pobliżu kampusu i starał się znaleźć pracę. Wysyłał życiorys za życiorysem i chodził na niezliczone rozmowy z potencjalnymi pracodawcami, ale nic to nie dało. Nim się zorientował, minęło lato.

Wrócił na kampus, ale nie mógł znaleźć Cheng Xin. Zasięgnął ostrożnie informacji i dowiedział się, że wraz ze swoim promotorem pojechała na studia magisterskie do Akademii Technologii Kosmicznej w Szanghaju. Tego samego dnia Tianming znalazł w końcu pracę w nowej firmie cywilnego transferu technologii kosmicznej, która rozpaczliwie potrzebowała wykwalifikowanych inżynierów.

I tak oto Tianminga opuściło jego słońce. Z bólem serca wkroczył w prawdziwe życie.

Nacisnął 2.

Czy chcesz zakończyć swoje życie? Jeśli tak, wybierz 4. Jeśli nie, wybierz 0.

Przez pewien czas tuż po rozpoczęciu pracy czuł się szczęśliwy. Odkrył, że w porównaniu z rywalizującymi między sobą kolegami na studiach ludzie w świecie biznesu byli dużo bardziej tolerancyjni i łatwiejsi we współżyciu. Myślał nawet, że skończyły się dla niego dni izolacji towarzyskiej i samotności. Kiedy jednak po kilku biurowych rozgrywkach i złych rozwiązaniach wylądował na szarym końcu, zrozumiał, że rzeczywisty świat jest okrutny, i zatęsknił za życiem studenckim. Ponownie zamknął się w swojej skorupie i odseparował od tłumu. Oczywiście miało to katastrofalne skutki dla jego kariery. Nawet w przedsiębiorstwie państwowym, takim jak jego firma, panowała zacięta rywalizacja. Jeśli ktoś trzymał się na uboczu, nie miał szans na awans. Z roku na rok Tianming zostawał coraz bardziej w tyle.

2Czytelnik anglojęzyczny [również polski] mógłby odnieść mylne wrażenie, że także w języku chińskim nasza galaktyka nosi nazwę „Droga Mleczna”. Tymczasem zwana jest ona Yinhe, czyli „Srebrna Rzeka”, ale chińscy studenci znają nazwę angielską, ponieważ przez wiele lat uczą się tego języka.