Koniec śmierci

Tekst
Autor:Liu Cixin
Z serii: s-f
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koniec śmierci
Koniec śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Koniec śmierci
Audio
Koniec śmierci
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1 rok ery kryzysu
Możliwość życia

Yang Dong chciała się ratować, ale wiedziała, że dla niej nie ma już prawie nadziei.

Stała na balkonie najwyższego piętra ośrodka nadzoru i patrzyła na unieruchomiony akcelerator cząstek. Z tego miejsca widziała cały dwudziestokilometrowy obwód zderzacza cząstek. Wbrew powszechnej praktyce jego pierścień nie znajdował się w podziemnym tunelu, lecz w biegnącej nad ziemią betonowej rurze. W świetle zachodzącego słońca obiekt wyglądał jak ogromna kropka1.

„Jakie zdanie kończy ta kropka? – pomyślała. – Miejmy nadzieję, że tylko to, które ogłasza koniec fizyki”.

Kiedyś Yang Dong była przekonana, że być może życie i świat są brzydkie, ale w skali mikro i makro wszystko jest harmonijne i piękne. Świat, w którym toczy się nasze codzienne życie, jest tylko pianą unoszącą się na powierzchni oceanu doskonałej rzeczywistości. Jednak teraz wydawało się, że ten codzienny świat jest jedynie piękną skorupką, a zamknięta w nim mikrorzeczywistość i makrorzeczywistość, w której on sam jest zamknięty, są dużo brzydsze i bardziej chaotyczne niż ta skorupka.

Zbyt przerażające.

Byłoby lepiej, gdyby mogła przestać myśleć o takich rzeczach. Mogła wybrać zawód, który nie miał nic wspólnego z fizyką, wyjść za mąż, urodzić dzieci i wieść spokojne, szczęśliwe życie jak wiele innych kobiet. Oczywiście takie życie byłoby dla niej życiem połowicznym.

Martwiło ją jeszcze coś innego – jej matka, Ye Wenjie. Yang Dong odkryła przypadkiem w jej komputerze kilka zaszyfrowanych wiadomości. Bardzo ją to zaintrygowało.

Jak wiele starszych osób, matka Yang nie była zbyt obeznana z siecią i własnym komputerem, więc zamiast zniszczyć odszyfrowane wiadomości, tylko je usunęła. Nie zdawała sobie sprawy, że nawet gdyby przeformatowała dysk twardy, do tych danych można by było łatwo dotrzeć.

Pierwszy raz w życiu Yang Dong zachowała coś w sekrecie przed matką i odzyskała informacje zawarte w usuniętych dokumentach. Przeczytanie ich zajęło jej kilka dni, ale dowiedziała się wiele o świecie Trisolarian oraz tajemnicy znanej tylko im i jej matce.

Yang Dong była oszołomiona. Matka, na której przez większość życia całkowicie polegała, okazała się kimś, kogo zupełnie nie znała, osobą, w której istnienie nie mogłaby uwierzyć. Nie śmiała stanąć z nią twarzą w twarz i zapytać o to, bo w chwili, w której by to zrobiła, obraz matki w jej umyśle uległby nieodwracalnemu przeobrażeniu. Lepiej było udawać, że matka nadal jest osobą, którą znała, i żyć jak dotąd. Oczywiście takie życie byłoby dla Yang Dong tylko połowiczne.

Ale czy naprawdę byłoby tak źle żyć tylko połowicznie? O ile się orientowała, takie życie wiodło dużo osób z jej otoczenia. Dopóki ktoś potrafił zapominać i umiał się przystosować, mógł być z niego zadowolony, a nawet szczęśliwy.

Ale koniec fizyki zabrał już jej pół życia, a sekret matki drugą połowę, więc w sumie straciła całe życie. Co jej pozostało?

Yang Dong oparła się o barierkę i spojrzała w przepaść pod sobą, która ją przerażała, a jednocześnie pociągała. Poczuła, że barierka drży pod naciskiem jej ciała, i cofnęła się jak rażona prądem. Bała się zostać tam dłużej. Wróciła do środka.

Znajdowały się tam terminale superkomputera wykorzystywanego do analizowania danych wytwarzanych przez zderzacz. Przed kilkoma dniami wszystkie zamknięto, ale teraz kilka znowu się jarzyło. Przyniosło jej to odrobinę pociechy, ale wiedziała, że nie będzie już miała do czynienia z akceleratorem cząstek, bo superkomputer pracował teraz na potrzeby innych projektów.

W pokoju była tylko jedna osoba, młody mężczyzna, który wstał, gdy weszła Yang Dong. Miał ekstrawaganckie okulary w grubych jasnozielonych oprawkach. Yang powiedziała, że przyszła tylko po to, by zabrać parę rzeczy osobistych, ale kiedy Zielone Okulary usłyszał jej nazwisko, zaczął jej z zapałem wyjaśniać, na czym polega program, nad którym pracuje.

Był to matematyczny model Ziemi. W odróżnieniu od wcześniejszych podobnych projektów, w tym modelu połączono czynniki biologiczne, geologiczne, astronomiczne, atmosferyczne, oceanograficzne, a także będące obiektem badań innych nauk w celu stworzenia symulacji ewolucji powierzchni Ziemi w przeszłości i w przyszłości.

Zielone Okulary skierował jej uwagę na kilka dużych ekranów. Nie pokazywały się na nich przewijające się kolumny cyfr ani wykresy krzywych, lecz jasne, barwne obrazy, na których kontynenty i oceany wyglądały jak z lotu ptaka. Zielone Okulary powiększył myszką kilka z nich, robiąc zbliżenia rzek i zagajników.

Yang Dong poczuła oddech natury przenikający do tego miejsca, zdominowanego kiedyś przez abstrakcyjne liczby i teorie. Miała wrażenie, jakby uwolniono ją z zamknięcia.

Wysłuchawszy wyjaśnień Zielonych Okularów, Yang Dong zabrała swoje rzeczy, uprzejmie się z nim pożegnała i odwróciła się do wyjścia. Czuła na plecach jego wzrok, ale przywykła do takiego zachowania mężczyzn, więc nie tylko jej to nie rozdrażniło, ale wręcz poprawiło jej humor jak promyk słońca zimą. Naszło ją nagle pragnienie, by z kimś porozmawiać.

Odwróciła się do Zielonych Okularów.

– Wierzy pan w Boga?

Ją samą zaskoczyło to pytanie, ale ze względu na model Ziemi, który pokazywały terminale, nie było ono całkowicie nie na miejscu.

Zielone Okulary gapił się na nią z otwartymi ustami. Po chwili otrząsnął się z oszołomienia i zapytał ostrożnie:

– Jakiego „Boga” ma pani na myśli?

– Po prostu Boga.

Powróciło obezwładniające uczucie wyczerpania. Nie miała siły ani cierpliwości, by dokładniej mu to wytłumaczyć.

– Nie.

Yang wskazała wielkie ekrany.

– Ale fizyczne parametry rządzące istnieniem życia są bezlitosne. Weźmy na przykład wodę w stanie ciekłym – może istnieć tylko w wąskim zakresie temperatur. W skali całego Wszechświata staje się to jeszcze bardziej oczywiste. Gdyby parametry Wielkiego Wybuchu były choćby o jedną biliardową inne, nie mielibyśmy żadnych ciężkich pierwiastków, a zatem nie powstałoby życie. Czy nie jest to dowód na istnienie inteligentnego planu?

Zielone Okulary potrząsnął głową.

– Nie wiem wystarczająco dużo o Wielkim Wybuchu, żeby się odnieść do pani słów, ale jeśli chodzi o środowisko naturalne na Ziemi, jest pani w błędzie. Wprawdzie Ziemia zrodziła życie, ale ono też ją zmieniło. Środowisko, które mamy teraz, jest wynikiem interakcji między nimi. – Chwycił myszkę i zaczął klikać. – Zróbmy symulację.

Wyświetlił na jednym z dużych ekranów panel konfiguracji, okno gęste od ciągów liczb. Odznaczył miejsca w polu wyboru i wszystkie ciągi liczb poszarzały.

– Usuńmy możliwość „życia” i zobaczmy, jak rozwijałaby się Ziemia bez niego. Zostawię obraz gruboziarnisty, żeby nie tracić czasu na obróbkę.

Yang Dong zerknęła na inny terminal i zobaczyła, że superkomputer pracuje pełną mocą. Taka maszyna zużywała tyle energii co małe miasto, ale Yang nie powiedziała mu, by przerwał.

Na ekranie pojawiła się świeżo ukształtowana planeta. Jej powierzchnia była rozżarzona do czerwoności, jak kawałek węgla wyciągnięty z pieca. Następowały w szybkim tempie kolejne ery geologiczne i planeta stopniowo stygła. Zmieniały się kolory i wzory na jej powierzchni, tworząc hipnotyzujący widok. Po kilku minutach planeta przybrała pomarańczową barwę, co oznaczało koniec symulacji.

– Obliczenia zostały przeprowadzone na najbardziej podstawowym poziomie. Bardziej precyzyjne zajęłyby ponad miesiąc.

Zielone Okulary poruszył myszką i powiększył obraz. Przez ekran przesunęła się rozległa pustynia, grupa dziwnie ukształtowanych, wysokich górskich szczytów, okrągłe zagłębienie, które wyglądało jak krater.

– Na co patrzymy? – zapytała Yang Dong.

– Na Ziemię. Bez życia tak wyglądałaby teraz jej powierzchnia.

– A gdzie są oceany?

– Nie ma oceanów. Ani rzek. Cała powierzchnia jest sucha.

– Twierdzi pan, że gdyby na Ziemi nie było życia, nie byłoby też wody w stanie ciekłym?

– Rzeczywistość byłaby prawdopodobnie jeszcze bardziej szokująca. Proszę pamiętać, że to tylko symulacja. Ale i tak może pani przynajmniej zobaczyć, jak wielki wpływ wywarło życie na obecny stan Ziemi.

– Ale…

– Myśli pani, że życie jest tylko wątłą, cienką skorupką pokrywającą powierzchnię tej planety?

– A nie jest tak?

– Tylko wtedy, jeśli zignoruje pani siłę czasu. Gdyby kolonia mrówek przesuwała bez końca grudki ziemi wielkości ziarnka ryżu, przeniosłaby za miliard lat Tai Shan. Jeśli da się życiu dość czasu, okaże się trwalsze niż metal i kamień, potężniejsze od tajfunów i wulkanów.

– Ale przecież góry powstają w wyniku procesów geologicznych!

– Niekoniecznie. Życie może nie jest w stanie podnosić gór, ale może zmienić ich rozmieszczenie. Powiedzmy, że mamy trzy góry, z których dwie są pokryte szatą roślinną. Tę, która jest naga, wkrótce zniszczy erozja. „Wkrótce” oznacza w tym przypadku miliony lat, ale w skali er geologicznych to mgnienie oka.

– Wobec tego jak zniknęły oceany?

– Musielibyśmy sprawdzić zapisy symulacji, co wymagałoby wiele pracy. Domyślam się jednak, że rośliny, zwierzęta i bakterie odegrały ważną rolę w tworzeniu się obecnego składu naszej atmosfery. Gdyby nie było życia, byłaby ona zupełnie inna. Możliwe, że nie mogłaby chronić powierzchni Ziemi przed wiatrem słonecznym i promieniowaniem ultrafioletowym i oceany by wyparowały. Efekt cieplarniany przemieniłby wkrótce atmosferę ziemską w kopię wenusjańskiej, a wtedy po pewnym czasie para wodna uciekłaby w przestrzeń kosmiczną. Po kilku miliardach lat Ziemia byłaby sucha.

 

Yang Dong patrzyła bez słowa na żółtą skorupę planety.

– A zatem Ziemia, na której teraz żyjemy, jest domem, który zbudowało dla siebie życie. Nie ma to nic wspólnego z Bogiem. – Zielone Okulary, wyraźnie zadowolony ze swojej oracji, wyciągnął ręce, jakby chciał objąć ekran.

Yang Dong nie była w nastroju do rozmowy o takich sprawach, ale gdy Zielone Okulary usunął z panelu konfiguracji możliwość istnienia życia, w jej głowie pojawiła się pewna myśl.

– A co ze Wszechświatem? – zadała następne przerażające pytanie.

– Ze Wszechświatem?

– Gdybyśmy użyli podobnego modelu matematycznego dla stworzenia symulacji ewolucji całego Wszechświata i usunęli na początku możliwość istnienia w nim życia, to jak by wyglądał?

Zielone Okulary zastanawiał się przez chwilę, po czym odparł:

– Tak samo. Kiedy mówiłem o wpływie życia na środowisko, ograniczyłem się do Ziemi. Ale skoro mówimy o ewolucji Wszechświata, wpływ życia na niego możemy pominąć, bo jest ono niezwykle rzadkim zjawiskiem.

Yang Dong ugryzła się w język. Starając się przywołać na twarz uśmiech uznania, jeszcze raz się pożegnała. Wyszła z budynku i popatrzyła na usiane gwiazdami nocne niebo.

Z tajnych dokumentów matki wiedziała, że życie we Wszechświecie wcale nie jest takim rzadkim zjawiskiem. Prawdę mówiąc, Wszechświat był zatłoczony.

„Jak bardzo życie zmieniło Wszechświat?” – pomyślała.

Zalała ją fala strachu. Wiedziała, że nie zdoła już się uratować. Próbowała przestać myśleć, przemienić umysł w czarną pustkę, ale uparcie powracało nowe pytanie: „Czy Natura jest rzeczywiście naturalna?”.

4 rok ery kryzysu
Yun Tianming

Po rutynowym sprawdzeniu stanu zdrowia Yun Tianminga doktor Zhang zostawił mu gazetę, mówiąc, że skoro od tak dawna przebywa w szpitalu, to powinien się dowiedzieć, co się dzieje na świecie. W pokoju Tianminga był telewizor, więc słowa lekarza go zaskoczyły. Zastanawiał się, czy nie miał on na myśli czegoś innego.

Przeczytał gazetę i doszedł do następującego wniosku: w przeciwieństwie do okresu sprzed jego pójścia do szpitala wiadomości o Ruchu na rzecz Ziemskiej Trisolaris (RZT) nie usuwały już w cień wszystkich innych. Co najmniej kilka artykułów nie miało nic wspólnego z kryzysem wywołanym przez Trisolarian. Ludzie znów skupiali się na tym, co dzieje się tu i teraz, i zamiast martwić się wydarzeniami, do których dojdzie nie wcześniej niż za czterysta lat, myśleli o życiu w czasach obecnych.

Nie było w tym nic dziwnego. Starał się przypomnieć sobie, co się działo przed czterystu laty: w Chinach panowała dynastia Ming, a Nurhaczi chyba – nie był tego pewien – dopiero założył imperium, które miało zastąpić Mingów, po wymordowaniu milionów ludzi. Na Zachodzie niedawno skończyły się wieki ciemne, maszyna parowa miała się pojawić dopiero za sto lat z okładem, a na elektryczność trzeba było czekać jeszcze trzy stulecia. Gdyby w owych czasach ktoś martwił się tym, co będzie za czterysta lat, zostałby wyśmiany. Martwienie się tym, co przyniesie przyszłość, było równie absurdalne jak lamentowanie nad przeszłością.

Co do samego Tianminga, to ze względu na jego stan zdrowia nie musiał się martwić nawet tym, co się będzie działo w przyszłym roku.

Ale jego uwagę przyciągnęła jedna wiadomość. Znajdowała się na pierwszej stronie pod nagłówkiem:

Na posiedzeniu nadzwyczajnym Trzeciego Stałego Komitetu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych przyjęto ustawę dopuszczającą eutanazję

Tianming był zdezorientowany. Sesję nadzwyczajną zwołano z powodu kryzysu trisolariańskiego, ale ta ustawa zdawała się nie mieć z nim nic wspólnego.

„Dlaczego doktor Zhang chciał, żebym zobaczył tę wiadomość?” – zachodził w głowę Tianming.

Zaniósł się od kaszlu, więc odłożył gazetę i spróbował się zdrzemnąć.

Następnego dnia również w telewizji pokazano kilka reportaży i wywiadów na temat ustawy o eutanazji, ale nie wzbudziło to większego zainteresowania publiczności.

W nocy Tianming miał kłopoty ze spaniem – kaszlał i z trudem łapał oddech. Po chemioterapii był osłabiony i miał nudności. Pacjent z sąsiedniego łóżka przysiadł na brzegu łóżka Tianminga i przytrzymał mu rurkę z tlenem. Nazywał się Li i wszyscy mówili na niego Lao Li, czyli Stary Li.

Lao Li rozejrzał się po sali, upewniając się, że pozostali dwaj pacjenci śpią, po czym powiedział:

– Tianming, niedługo odchodzę.

– Wypisują pana?

– Nie. Skorzystam z tej ustawy.

Tianming usiadł.

– Ale dlaczego? Pana dzieci są takie troskliwe i tak dbają o pana…

– I właśnie dlatego postanowiłem odejść. Jeśli będzie się to jeszcze długo ciągnąć, będą musieli sprzedać swoje domy. Po co? Przecież i tak nie ma na to leku. Muszę wziąć odpowiedzialność za los moich dzieci i ich dzieci.

Lao Li westchnął, poklepał Tianminga po ramieniu i wrócił do swojego łóżka.

Patrząc na cienie rzucane przez kołyszące się drzewa na zasłonkę w oknie, Tianming powoli zasnął. Po raz pierwszy od początku choroby miał przyjemny sen.

Siedział w małej papierowej łódce, płynąc bez wioseł po spokojnej wodzie. Niebo było zamglone, ciemnoszare. Mżył zimny deszcz, ale jego krople nie padały na powierzchnię jeziora, która była gładka jak lustro. Woda, również szara, stapiała się ze wszystkich stron z niebem. Nie było horyzontu, żadnego brzegu…

Gdy obudził się rano, był zdumiony, że w tym śnie miał taką pewność, iż tam będzie zawsze padać, powierzchnia będzie zawsze gładka, a niebo zawsze zamglone i ciemnoszare.

Szpital miał zastosować procedurę, o którą poprosił Lao Li. W środkach przekazu rozgorzała dyskusja nad wyborem właściwego terminu na określenie tego zabiegu. „Wykonać” było z oczywistych względów słowem niestosownym, „wykorzystać” brzmiało równie źle, natomiast „zakończyć” zdawało się sugerować, że śmierć jest już pewna, co niezupełnie zgadzało się ze stanem faktycznym, a więc ostatecznie zdecydowano się na „zastosować”.

Doktor Zhang zapytał Tianminga, czy czuje się na siłach wziąć udział w ceremonii eutanazji Lao Li. Pospiesznie dodał, że ponieważ jest to pierwszy przypadek eutanazji w mieście, byłoby dobrze, gdyby świadkami byli przedstawiciele różnych grup, w tym pacjentów, i że nie chodzi mu o nic innego.

Jednak wbrew tym zapewnieniom Tianming nie mógł się pozbyć uczucia, że kryje się w tym jakiś podtekst. Mimo to zgodził się, bo doktor Zhang zawsze się nim dobrze opiekował.

Dopiero potem uświadomił sobie, że twarz i nazwisko lekarza wydawały mu się znajome, choć nie mógł sobie przypomnieć skąd. Czyżby znał go przed hospitalizacją? Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, ponieważ ich kontakty ograniczały się do rozmów o jego stanie zdrowia i leczeniu. Sposób, w jaki lekarz zachowuje się i mówi, wykonując swoje czynności zawodowe, różni się od tego, w jaki zachowuje się i mówi jako osoba prywatna.

Na ceremonii nie było nikogo z rodziny Lao Li. Utrzymał swoją decyzję w tajemnicy przed nimi i poprosił, żeby miejski Urząd Spraw Obywatelskich – nie szpital – poinformował jego rodzinę dopiero po zakończeniu całej procedury. Nowa ustawa pozwalała na to.

Pojawiło się wielu reporterów, ale większości nie wpuszczono do środka. Pokój do eutanazji urządzono na szpitalnym oddziale ratunkowym. W jednej ze ścian osadzone było lustro weneckie, dzięki czemu świadkowie mogli obserwować, co się dzieje w pokoju, ale pacjent ich nie widział.

Tianming przepchnął się przez tłum widzów do lustra. Gdy zobaczył wnętrze pokoju eutanazji, poczuł strach i wstręt. Zbierało mu się na wymioty.

Ktokolwiek odpowiadał za wystrój tego pomieszczenia, zadał sobie wiele trudu – w oknach wisiały nowe, piękne zasłony, w wazonach stały świeże kwiaty, a na ścianach nalepione były papierowe różowe serduszka. Jednak jego starania, by nadać tej sytuacji pokrzepiający charakter, przyniosły odwrotny skutek: przerażające tchnienie śmierci mieszało się z dziwną wesołością, zupełnie jakby ów dekorator chciał przemienić grobowiec w salę ślubną.

Lao Li leżał na łóżku pośrodku pokoju. Wydawał się spokojny. Tianming uświadomił sobie, że właściwie nie pożegnali się, jak należało, i zrobiło mu się ciężko na sercu. Było tam też dwóch notariuszy, którzy kończyli formalności prawne. Gdy Lao Li podpisał dokumenty, wyszli.

Do pokoju wszedł inny mężczyzna, by wyjaśnić Lao Li kolejne etapy procedury. Chociaż miał na sobie biały kitel, nie było jasne, czy naprawdę jest lekarzem. Najpierw wskazał duży ekran w stopach łóżka i zapytał Lao Li, czy potrafi odczytać wszystko, co się na nim pokazuje. Lao Li skinął głową. Potem mężczyzna poprosił go, by wciskając klawisz myszki obok łóżka, zakreślił właściwe odpowiedzi na ekranie, i wyjaśnił, że jeśli jest to dla niego za trudne, mogą spróbować innych dostępnych metod. Lao Li użył myszki i stwierdził, że dobrze sobie z nią radzi.

Tianming przypomniał sobie, że Lao Li wyznał mu, iż nigdy nie korzystał z komputera. Gdy potrzebował gotówki, musiał stać w kolejce do okienka w banku. A więc po raz pierwszy w życiu posługiwał się myszką.

Potem mężczyzna w białym kitlu powiedział Lao Li, że na ekranie pięć razy ukaże się jedno pytanie. Za każdym razem będzie pod nim sześć guzików ponumerowanych od zera do pięciu. Jeśli Lao będzie chciał odpowiedzieć twierdząco, musi kliknąć w guzik, którego numer będzie się losowo zmieniał przy każdym powtórzeniu pytania. Jeśli będzie chciał odpowiedzieć przecząco, musi nacisnąć zero, i wtedy natychmiast przerwie się całą procedurę. Nie będzie guzików z odpowiedziami „tak” i „nie”.

Mężczyzna wyjaśnił, że przyjęto tę skomplikowaną procedurę, by uniknąć sytuacji, w których pacjent naciskałby stale ten sam guzik, nie zastanawiając się nad odpowiedzią.

Weszła pielęgniarka i w lewą rękę Lao Li wbiła wenflon. Był on połączony rurką z automatycznym aparatem wstrzykującym wielkości notebooka. Mężczyzna w białym kitlu wyjął paczuszkę, zdjął z niej kilka warstw folii ochronnej i wydobył ze środka szklaną fiolkę wypełnioną żółtawym płynem. Jej zawartość wlał ostrożnie do aparatu i wraz z pielęgniarką wyszedł. Lao Li został sam.

Na ekranie pojawiło się pytanie i jednocześnie przeczytał je cichy, łagodny, kobiecy głos:

Czy chcesz zakończyć swoje życie? Jeśli tak, wybierz 3. Jeśli nie, wybierz 0.

Lao Li wybrał 3.

Czy chcesz zakończyć swoje życie? Jeśli tak, wybierz 5. Jeśli nie, wybierz 0.

Lao Li wybrał 5.

Proces ten powtórzył się jeszcze dwukrotnie. A potem:

Czy chcesz zakończyć swoje życie? To ostatnie pytanie. Jeśli tak, wybierz 4. Jeśli nie, wybierz 0.

Tianmingowi zakręciło się z żalu w głowie i o mało nie osunął się na podłogę. Takiego bólu i złości nie czuł nawet wtedy, gdy umierała jego matka. Chciał krzyknąć do Lao Li, żeby wybrał 0, chciał rozbić lustro, zdusić ten głos.

Ale Lao wybrał 4.

Bezgłośnie uruchomił się aparat wstrzykujący. Tianming widział, jak obniża się, a potem znika słupek żółtawego płynu. Lao Li nawet się nie poruszył. Zamknął oczy i zasnął.

Tłum wokół Tianminga rozproszył się, ale on pozostał z dłonią przyciśniętą do szyby tam, gdzie stał. Nie patrzył na leżące za szybą martwe ciało. Miał otwarte oczy, ale na nic nie patrzył.

– Nie czuł bólu. – Głos doktora Zhanga był tak cichy, że brzmiał jak brzęczenie komara. Tianming poczuł dłoń na swoim ramieniu. – To mieszanka dużej ilości barbitalu, środków zwiotczających mięśnie i chlorku potasu. Najpierw zaczyna działać barbital i pacjent zapada w głęboki sen, potem pod wpływem środka zwiotczającego ustaje oddychanie, a chlorek potasu prowadzi do zatrzymania akcji serca. Cały proces trwa nie dłużej niż dwadzieścia, trzydzieści sekund.

Po chwili dłoń doktora Zhanga zsunęła się z jego ramienia i Tianming usłyszał oddalające się kroki. Nie odwrócił się.

Nagle przypomniał sobie, skąd go zna.

– Panie doktorze – zawołał cicho. Kroki ustały. Tianming nadal się nie odwracał. – Zna pan moją siostrę, prawda?

Odpowiedź nadeszła po długim milczeniu.

– Tak. W liceum byłem z nią w jednej klasie. Pamiętam, że parę razy pana widziałem.

Tianming wyszedł machinalnie z budynku. Teraz wszystko stało się jasne. Doktor Zhang działał na rzecz jego siostry – siostra chciała, by umarł. Nie, chciała, żeby „zastosowano wobec niego procedurę”.

Chociaż Tianming często wspominał szczęśliwe dzieciństwo, które spędził z siostrą, to gdy oboje dorośli, odsunęli się od siebie. Nie doszło między nimi do żadnego konfliktu, żadne z nich nie zraniło drugiego, ale zaczęli się postrzegać jako zupełnie różniące się od siebie osoby i czuli, że żywią do siebie nawzajem pogardę.

 

Jego siostra była sprytna, ale niezbyt mądra i wyszła za mąż za podobnego człowieka. Żadne z nich nie zrobiło kariery w swoim zawodzie i nawet kiedy mieli już dorosłe dzieci, nie stać ich było na kupno mieszkania. W domu jej męża nie było dla nich miejsca, zamieszkali więc z ojcem Tianminga.

Natomiast Tianming był samotny. Zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym nie wiodło mu się ani trochę lepiej niż siostrze. Zawsze mieszkał w hotelach robotniczych należących do jego pracodawcy i opiekę nad słabym ojcem pozostawił siostrze.

I nagle zrozumiał sposób myślenia siostry. Jego ubezpieczenie zdrowotne nie wystarczało na pokrycie kosztów pobytu w szpitalu i im bardziej się on przedłużał, tym bardziej rosły. Płacił za to jego ojciec z oszczędności całego życia, ale nigdy nie zaoferował takiej samej sumy jego siostrze, by pomóc jej kupić mieszkanie, a więc wyraźnie go faworyzował. Z punktu widzenia siostry Tianminga ojciec wydawał na niego pieniądze, które należały się jej. Poza tym tracił je na terapie, które mogły tylko przedłużyć mu życie, ale nie wyleczyć chorobę. Gdyby wybrał eutanazję, siostra dostałaby spadek, a on sam mniej by cierpiał.

Niebo wypełniały zamglone, ciemnoszare chmury, jak w jego śnie. Podniósłszy wzrok na tę nieskończoną szarość, Tianming przeciągle westchnął.

„Dobrze – pomyślał. – Skoro chcesz, żebym umarł, umrę”.

Przyszedł mu na myśl Wyrok Kafki, w którym ojciec przeklina syna i skazuje go na śmierć. Syn zgadza się z tym tak łatwo, jakby ktoś kazał mu wynieść śmieci albo zamknąć drzwi, wychodzi z domu, biegnie ulicami w stronę mostu i skacze z niego do rzeki. Później Kafka powiedział biografowi, że kiedy pisał tę scenę, myślał o „gwałtownym wytrysku”.

Teraz Tianming zrozumiał Kafkę, człowieka w meloniku i z teczką, który przed ponad stu laty samotnie przemierzał ciemne ulice Pragi, człowieka, który był równie samotny jak on.

Gdy Tianming wrócił do swego pokoju, czekał tam na niego gość – Hu Wen, kolega ze studiów.

Od czasów studenckich był on dla Tianminga kimś najbliższym definicji przyjaciela, choć stosunki, które ich łączyły, trudno by było nazwać przyjaźnią w pełnym znaczeniu tego słowa. Wen należał do osób, które wszystkich znały i ze wszystkimi dobrze się dogadywały, ale nawet w kręgu jego znajomych Tianming zajmował odległą pozycję. Od wręczenia dyplomów nie miał z nim żadnego kontaktu.

Wen nie przyniósł kwiatów ani niczego innego w tym stylu, tylko cały karton napojów w puszkach.

Po krótkim niezgrabnym powitaniu Wen zadał Tianmingowi zaskakujące pytanie:

– Pamiętasz naszą wyprawę w plener na początku studiów? Tę, kiedy pierwszy raz wyjechaliśmy całą grupą?

Oczywiście pamiętał. Wtedy usiadła obok niego Cheng Xin i po raz pierwszy odezwała się do niego.

Gdyby nie przejęła inicjatywy, to wątpił, by podczas pozostałych czterech lat studiów zdobył się na odwagę i ją zagadnął. Na tej wycieczce siedział sam, gapiąc się na rozległy zbiornik wodny Miyun koło Pekinu. A ona przysiadła obok niego i zaczęła konwersację, rzucając kamyki do wody.

Rozmowa kręciła się wokół tematów wspólnych dla świeżo upieczonych studentów, którzy dopiero się poznają, ale Tianming wciąż pamiętał każde słowo. Potem Cheng Xin zrobiła małą łódkę z papieru i puściła ją na wodę. Pchana przez słaby wiatr powoli odpływała, aż stała się małą plamką w oddali…

Ten najpiękniejszy dzień z czasów studenckich jarzył się w jego umyśle złotą poświatą. W rzeczywistości pogoda wcale nie była wtedy idealna – siąpił deszcz, powierzchnia zbiornika była pomarszczona, a kamyki, które do niego wrzucali, były mokre. Ale od tamtej pory Tianming pokochał deszczowe dni, zapach wilgotnej ziemi i mokre kamyki. Niekiedy robił łódki z papieru i stawiał je na szafce nocnej.

Nagle zaczął się zastanawiać, czy świat w jego spokojnym śnie nie zrodził się z tego wspomnienia.

Wen jednak chciał z nim porozmawiać o tym, co zdarzyło się później podczas tej wycieczki, o wydarzeniach, które nie zrobiły na Tianmingu wielkiego wrażenia, a więc nie zapadły mu tak silnie w pamięć. Mimo to z pomocą Wena udało mu się w końcu przywołać te wyblakłe wspomnienia.

Cheng Xin zawołały przechodzące obok nich przyjaciółki. Wtedy do Tianminga przysiadł się Wen.

„Nie pochlebiaj sobie za bardzo. Ona jest miła dla każdego” – powiedział.

Oczywiście Tianming wiedział o tym. Wtedy Wen zobaczył w jego ręku butelkę wody mineralnej i zmienił temat.

„Co ty, u licha, pijesz?”

Woda w butelce miała zielony kolor, pływały w niej kawałki trawy i liści.

„Pokruszyłem trochę roślin i dodałem je do wody. To najbardziej ekologiczny napój. – Był w dobrym nastroju, więc stał się bardziej gadatliwy niż zwykle. – Może pewnego dnia zacznę go produkować”.

„Musi mieć obrzydliwy smak”.

„Uważasz, że papierosy i wódka mają aż tak dobry smak? Pewnie nawet coca-cola za pierwszym razem smakuje jak lekarstwo. Wszystko, co uzależnia, jest takie”.

– Stary, ta rozmowa odmieniła moje życie! – rzekł Wen.

Otworzył karton i wyjął puszkę. Była ciemnozielona, ze zdjęciem łąki. Widniał na niej napis „Zielona Burza”.

Wen otworzył ją i podał Tianmingowi. Ten pociągnął łyk. Napój był wonny, ziołowy, z nutką goryczy. Tianming zamknął oczy i znowu znalazł się na brzegu zbiornika podczas deszczu. Obok niego siedziała Cheng Xin…

– To gatunek specjalny. Ten, który masowo idzie na rynek, jest słodszy.

– Dobrze się sprzedaje?

– Wspaniale! Największą przeszkodą są koszty produkcji. Można by pomyśleć, że trawa jest tania, ale dopóki nie zacznę tego robić na dużą skalę, jest droższa niż owoce i orzechy. Poza tym składniki trzeba pozbawić toksyn i poddać odpowiedniej obróbce, żeby nie szkodziły zdrowiu, a to skomplikowany proces. Ale perspektywy są fantastyczne. Interesuje się tym mnóstwo inwestorów, a Huiyuan Juice chce kupić moją firmę. Pierdolić ich.

Tianming gapił się na Wena, nie wiedząc, co powiedzieć. Wen skończył inżynierię lotniczą i kosmonautyczną, ale stał się producentem napojów. Był człowiekiem przedsiębiorczym. Do takich ludzi należało życie. Natomiast osoby pokroju Tianminga, bezwolne i pozbawione inicjatywy, mogły tylko patrzeć, jak życie przemija.

– Mam wobec ciebie dług – powiedział Wen. Wręczył mu trzy karty kredytowe i skrawek papieru, rozejrzał się, nachylił do jego ucha i rzekł szeptem: – Na tym koncie są trzy miliony juanów. Na kartce masz hasło.

– Nigdy nie wystąpiłem o patent ani nic w tym stylu – odparł Tianming.

– Ale to twój pomysł. Bez ciebie nie byłoby zielonej burzy. Jeśli się zgodzisz, będziemy kwita, przynajmniej pod względem prawnym. Ale w kwestii przyjaźni na zawsze pozostanę twoim dłużnikiem.

– Nie jesteś mi nic winny ani pod względem prawnym, ani żadnym innym.

– Musisz to przyjąć. Wiem, że potrzebujesz pieniędzy.

Tianming nie powiedział nic więcej. Dla niego była to astronomiczna suma, ale nie ekscytował się tym. Pieniądze nie uratują mu życia.

Mimo to nadzieja jest upartą istotą. Po wyjściu Hu Wena Tianming poprosił o ponowne badanie. Nie chciał jednak, by wykonał je doktor Zhang. Kosztowało go to sporo trudu, ale udało mu się dotrzeć do zastępcy dyrektora szpitala, sławnego onkologa.

– Gdyby pieniądze nie stanowiły problemu, czy pomogłaby mi jakaś terapia?

Stary lekarz sprawdził w komputerze kartotekę Tianminga i po chwili potrząsnął głową.

– To już nie tylko rak płuc. Ma pan przerzuty w całym ciele. Operacja jest bezcelowa, zostają panu tylko chemio- i radioterapia, tradycyjne metody. Nawet pieniądze tu nie pomogą… Młody człowieku, zapamiętaj powiedzenie: „Lekarz może wyleczyć tylko te choroby, które mają być wyleczone, a Budda może zbawić tylko tych, którzy mają być zbawieni”.

Tianming stracił resztę nadziei, ale zachował spokój. Tego samego popołudnia wypełnił wniosek o poddanie go eutanazji.

Wręczył wniosek opiekującemu się nim lekarzowi, czyli doktorowi Zhangowi. Zhang zdawał się przeżywać jakieś moralne rozterki i unikał wzroku Tianminga. Powiedział mu tylko, że może przerwać chemioterapię, żeby niepotrzebnie nie cierpieć.

Tianmingowi pozostało jedynie zdecydować, na co przeznaczy trzy miliony otrzymane od Wena. „Słuszną” rzeczą byłoby dać pieniądze ojcu i pozwolić mu rozdzielić je między pozostałych członków rodziny, ale byłoby to równoznaczne z przekazaniem ich siostrze, a tego Tianming nie chciał. Postanowił już umrzeć, jak sobie tego życzyła, i uznał, że nic więcej nie jest jej winien.

Zastanawiał się, czy ma jakieś niespełnione marzenia. Byłoby miło udać się w podróż dookoła świata luksusowym statkiem wycieczkowym… ale jego ciało nie nadawało się już do tego i nie zostało mu dużo czasu. Wielka szkoda. Chciałby poleżeć na zalanym słońcem pokładzie i patrząc na hipnotyczne morze, dokonać podsumowania swego życia. Albo mógłby w deszczowy dzień zejść na ląd w jakimś obcym kraju, usiąść na brzegu jeziora i rzucać na jego pomarszczoną powierzchnię mokre kamyki…

1W chińskiej interpunkcji kropkę wyraża się znakiem ° [przypisy są pióra autora amerykańskiego przekładu powieści, Kena Liu].