Koniec śmierci

Tekst
Autor:Liu Cixin
Z serii: s-f
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koniec śmierci
Koniec śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Koniec śmierci
Audio
Koniec śmierci
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

62 rok ery odstraszania
Grawitacja, pobliże Obłoku Oorta

Grawitacja ścigała Błękitną Przestrzeń już od pół wieku. W końcu zbliżyła się do celu. Dzieliły ją od niego tylko trzy jednostki astronomiczne. W porównaniu z półtora rokiem świetlnym, które przebyły, były to centymetry.

Dziesięć lat wcześniej Grawitacja przeleciała przez Obłok Oorta. W tym rejonie, znajdującym się około roku świetlnego od Słońca, na skraju Układu Słonecznego, powstawały komety. Błękitna PrzestrzeńGrawitacja były pierwszymi zbudowanymi przez ludzi statkami, które przekroczyły tę granicę. Ale ten obszar wcale nie przypominał obłoku. Od czasu do czasu przelatywała dziesiątki czy setki tysięcy kilometrów od statków niewidoczna gołym okiem kula zamarzniętego pyłu – kometa bez ogona.

Po przejściu przez Obłok Oorta Grawitacja znalazła się w prawdziwej przestrzeni kosmicznej. Z miejsca, gdzie teraz była, Słońce wydawało się jedną z wielu gwiazd za statkiem. Przestało być realnym bytem i stało się złudzeniem. Z każdej strony widać było tylko bezdenną otchłań, a jedynymi obiektami, których istnienie dało się potwierdzić zmysłami, były krople lecące w szyku z Grawitacją. Trzymały się po bokach, ledwie widoczne. Załoga Grawitacji lubiła patrzeć na nie przez teleskopy, bo tylko one dodawały jej otuchy w bezkresnej pustce. Obserwowanie kropli było w pewnym sensie przyglądaniem się sobie, bo w ich lustrzanych powierzchniach odbijała się Grawitacja. Wymiary były nieco zniekształcone, ale dzięki idealnie gładkiej powierzchni obraz bardzo wyraźny. Przy odpowiednio dobranym powiększeniu teleskopów obserwatorzy mogli nawet dostrzec iluminatory, a w nich samych siebie.

Większość ponadstuosobowej załogi nie doświadczyła tego poczucia osamotnienia, ponieważ dużą część z tych pięćdziesięciu lat spędziła w hibernacji. Podczas rutynowego lotu każdy był na wachcie od trzech do pięciu lat.

Cały pościg był skomplikowaną grą w przyspieszanie między GrawitacjąBłękitną Przestrzenią. Przede wszystkim Błękitna Przestrzeń nie mogła stale przyspieszać, gdyż kosztowałoby ją to zbyt dużo cennego paliwa i w końcu pozbawiłoby mobilności. Nawet gdyby udało się jej uciec, nic by nie zyskała, bo wyczerpanie paliwa byłoby równoznaczne z popełnieniem samobójstwa w bezkresnej pustce kosmosu. Z kolei Grawitacja, mimo że miała dużo większą ilość paliwa, też nie mogła nim szafować bez ograniczeń. Musiała przecież wrócić na Ziemię, więc jego rezerwy trzeba było podzielić na cztery równe części: na przyspieszenie w celu opuszczenia Układu Słonecznego, hamowanie przed celem, ponowne przyspieszenie w drodze powrotnej i hamowanie przed Ziemią. Tak więc na pogoń za uciekinierami mogła przeznaczyć tylko jedną czwartą zasobów. Dzięki obliczeniom poprzednich manewrów wykonywanych przez Błękitną Przestrzeń i wiadomościom zebranym przez sofony dowództwo Grawitacji dokładnie wiedziało, jakie ma ona rezerwy, natomiast drugi statek nie miał pojęcia o tym, jaką ilością paliwa dysponują ścigający. Tak więc Grawitacja znała wszystkie karty Błękitnej Przestrzeni, ta zaś licytowała w ciemno. Podczas pościgu Grawitacja stale utrzymywała większą prędkość niż Błękitna Przestrzeń, ale żadna z nich nie rozwijała jej do maksimum. Co więcej, po dwudziestu pięciu latach od rozpoczęcia ucieczki Błękitna Przestrzeń przestała przyspieszać, ponieważ zużyła całe paliwo, które śmiała na to przeznaczyć.

Przez pół wieku trwania pościgu Grawitacja wielokrotnie wywoływała Błękitną Przestrzeń i wyjaśniała, że ucieczka jest bezsensowna, bo nawet gdyby udało się jej w jakiś sposób umknąć łowcom z Ziemi, dopadłyby ją i zniszczyły krople. Natomiast jeśli powróciliby na Ziemię, czekałby ich uczciwy proces. Poddając się, znacznie skróciliby czas pościgu. Ale Błękitna Przestrzeń ignorowała te wezwania.

Rok wcześniej, kiedy GrawitacjęBłękitną Przestrzeń dzieliło trzydzieści jednostek astronomicznych, stało się coś niezupełnie nieoczekiwanego: Grawitacja i krople weszły w rejon przestrzeni, gdzie sofony straciły połączenia kwantowe z bazą, wskutek czego skończyły się rozmowy Grawitacji z Ziemią w czasie rzeczywistym. Jedynymi środkami łączności pozostały zatem neutrina i radio. Przekaz ze statku docierał teraz na Ziemię po roku i trzech miesiącach, na odpowiedź trzeba było czekać tak samo długo.

Fragment Przeszłości poza czasem
Bardziej bezpośrednie dowody na istnienie ciemnego lasu: martwe strefy dla sofonów

Tuż przed początkiem ery kryzysu, gdy Trisolarianie wysłali sofony ku Ziemi, wystrzelili też z prędkością podświetlną sześć innych w celu zbadania różnych rejonów Galaktyki.

Wszystkie sofony wkrótce weszły w martwe strefy i straciły kontakt z bazą. Temu, który utrzymywał go najdłużej, udało się dolecieć na odległość siedmiu lat świetlnych. Taki sam los spotkał sofony wystrzelone później. Najbliższą martwą strefę, znajdującą się zaledwie około 1,3 roku świetlnego od Ziemi, napotkały sofony towarzyszące Grawitacji.

Gdy splątanie kwantowe między sofonami zostało zerwane, nie można go już było odtworzyć. Każdy sofon, który dostał się do martwej strefy, był na zawsze stracony.

Trisolaris nie mogła pojąć, na jaki rodzaj zakłóceń natrafiły te sofony. Może było to zjawisko naturalne, a może dzieło istot inteligentnych. Zarówno naukowcy trisolariańscy, jak i ziemscy skłaniali się ku temu drugiemu wytłumaczeniu.

Przed zamilknięciem sofonom udało się zbadać tylko dwie pobliskie gwiazdy z planetami. W żadnym z tych układów nie było najmniejszych oznak życia ani cywilizacji. I Ziemia, i Trisolaris doszły do wniosku, że właśnie dlatego pozwolono im tam dotrzeć.

Tak więc choć era odstraszania trwała już od kilkudziesięciu lat, Wszechświat nadal skrywała przed oboma światami zasłona tajemnicy. Istnienie martwych stref zdawało się być bezpośrednim dowodem na to, że jest on istotnie ciemnym lasem – coś dbało o to, by był on nieprzejrzysty.

62 rok ery odstraszania
Grawitacja, pobliże Obłoku Oorta

Utrata kontaktu z sofonami nie oznaczała, że misja Grawitacji zakończy się niepowodzeniem, ale bardzo utrudniała jej zadanie. Wcześniej sofony mogły w każdej chwili przeniknąć do Błękitnej Przestrzeni i donieść o wszystkim, co się tam dzieje; teraz statek ten był dla Grawitacji zamkniętą skrzynką. Poza tym krople straciły możliwość porozumiewania się z Trisolaris w czasie rzeczywistym i musiały się zdać na znajdującą się w nich sztuczną inteligencję. Miało to nieprzewidywalne skutki.

Kapitan Grawitacji zdecydował, że nie może już dłużej czekać. Wydał rozkaz: „Cała naprzód!”.

Gdy Grawitacja się zbliżyła, Błękitna Przestrzeń po raz pierwszy się odezwała i zaproponowała kompromis: załaduje dwie trzecie załogi, włącznie z głównymi podejrzanymi, na pinasy i wyśle na Grawitację, jeśli ta pozwoli reszcie kontynuować podróż w głąb przestrzeni kosmicznej. Dzięki temu w kosmosie pozostanie awangarda ludzkości i zalążek przyszłej cywilizacji, co podtrzyma nadzieję na dalszą jego eksplorację.

Grawitacja stanowczo odrzuciła propozycję. Cała załoga Błękitnej Przestrzeni była podejrzana o morderstwo, więc wszyscy musieli stanąć przed sądem. Kosmos tak ich odmienił, że nie należeli już do rodzaju ludzkiego, i pod żadnym pozorem nie mogli go „reprezentować”.

Błękitna Przestrzeń najwyraźniej zrozumiała, że dalsze umykanie i opór są daremne. Gdyby ścigał ich tylko statek ziemski i podjęliby z nim walkę, mieliby pewną szansę. Jednak dwie krople całkowicie zmieniły sytuację strategiczną. Dla nich Błękitna Przestrzeń była tylko papierową tarczą strzelniczą, która nie miała żadnej szansy ucieczki. Gdy grupę pościgową dzieliło już tylko piętnaście jednostek astronomicznych, Błękitna Przestrzeń oznajmiła, że się poddaje, i zaczęła ostro hamować. Odległość między nimi szybko się zmniejszyła i wydawało się, że długi pościg zbliża się wreszcie do końca.

Załoga Grawitacji wyszła z hibernacji i przygotowywała statek do walki. Na opustoszałej do niedawna jednostce znowu zaroiło się od ludzi.

Ci, których dopiero obudzono, dowiedzieli się, że cel jest w zasięgu ręki, ale stracili łączność z Ziemią w czasie rzeczywistym. Strata ta nie zbliżyła ich duchowo do załogi Błękitnej Przestrzeni. Przeciwnie, jak dziecko odłączone od rodziców nabrali jeszcze większej nieufności do tych osieroconych łobuzów. Chcieli jak najszybciej przechwycić Błękitną Przestrzeń i wrócić do domu. Chociaż obie załogi znajdowały się w zimnej pustce kosmosu i leciały w tym samym kierunku z tą samą mniej więcej prędkością, charakter ich podróży był zupełnie inny. Grawitacja miała więź duchową z macierzystym portem, natomiast Błękitna Przestrzeń zerwała się z kotwicy.

W dziewięćdziesiątej ósmej godzinie po obudzeniu się załogi z hibernacji do doktora Westa, psychiatry pokładowego na Grawitacji, zgłosił się pierwszy pacjent. Doktora zaskoczyło, że przyszedł akurat komandor porucznik Devon. Według kartoteki był on najbardziej zrównoważonym emocjonalnie człowiekiem na statku. Dowodził żandarmerią pokładową, więc jego obowiązkiem było rozbrojenie i aresztowanie załogi Błękitnej Przestrzeni po jej zatrzymaniu. Członkowie załogi Grawitacji należeli do ostatniego pokolenia na Ziemi, które zachowało męski wygląd, a Devon był wręcz wzorcem męskości. Czasami brano go nawet za człowieka z ery powszechnej. Często opowiadał się za przyjęciem twardej postawy wobec podejrzanych i przywróceniem kary śmierci.

– Panie doktorze, wiem, że mogę panu zaufać – zaczął ostrożnie Devon, tonem zupełnie niepodobnym do jego zwykłej pewności siebie. – Wiem też, że to, co powiem, wyda się zabawne.

 

– Panie komandorze, nie wyśmiałbym nikogo, kto przychodzi do mnie po specjalistyczną poradę.

– Wczoraj około 436950 czasu gwiazdowego wyszedłem z czwartej sali konferencyjnej i wracałem korytarzem siedemnastym do mojej kabiny. Kiedy zbliżałem się do centrum wywiadu, zobaczyłem, że z przeciwnej strony idzie oficer, a przynajmniej mężczyzna w mundurze oficera sił kosmicznych. O tej porze wszyscy oprócz członków załogi na nocnej wachcie powinni już spać. Mimo to nie uważam, że spotkanie kogoś na korytarzu byłoby czymś dziwnym. Tylko że… – Devon potrząsnął głową, a w jego oczach pojawiło się roztargnienie, jakby starał się przypomnieć sobie sen.

– Co było nie tak?

– Minęliśmy się. On mi zasalutował, zerknąłem na niego…

Devon znowu urwał, a lekarz zachęcił go kiwnięciem głowy, by kontynuował.

– To był… to był dowódca piechoty morskiej z Błękitnej Przestrzeni, porucznik Park Ui-gun.

– Mówi pan o statku, który ścigamy?

Ton Westa był spokojny, bez najmniejszej nuty zdziwienia.

– Doktorze, wie pan, że do moich obowiązków należało śledzenie obrazów przekazywanych w czasie rzeczywistym z wnętrza Błękitnej Przestrzeni przez sofony. Znam załogę tego statku lepiej niż naszą. Wiem, jak wygląda porucznik Park Ui-gun.

– Może był to ktoś z naszej załogi, kto jest do niego podobny.

– Nie, nie ma tu nikogo, kto by był do niego podobny. Znam wszystkich z naszego statku. Poza tym… po zasalutowaniu przeszedł obok mnie z miną bez wyrazu. Stanąłem osłupiały. Ale kiedy się odwróciłem, korytarz był pusty.

– Kiedy obudził się pan z hibernacji?

– Trzy lata temu. Musiałem śledzić, co się dzieje na pokładzie statku, który jest naszym celem. Przedtem też należałem do tych, którzy najdłużej powstrzymywali się przed hibernacją.

– Wobec tego musiał pan zauważyć, kiedy wlecieliśmy w martwą strefę sofonów.

– Oczywiście.

– Przedtem spędził pan tyle czasu na obserwowaniu załogi Błękitnej Przestrzeni, że pewnie czuł się pan tak, jakby znajdował się raczej tam niż na Grawitacji.

– Tak, panie doktorze. Często tak się czułem.

– A potem ten podgląd się urwał. Nie mógł pan już niczego tam zobaczyć. I był pan zmęczony… Panie komandorze, to proste. Proszę mi wierzyć – to normalne. Radzę panu więcej wypoczywać. Mamy teraz mnóstwo ludzi, którzy robią to, co konieczne.

– Panie doktorze, brałem udział w bitwie w dniu Sądu Ostatecznego. Mój statek eksplodował, a ja znalazłem się w embrionalnej pozycji w kapsule ratunkowej wielkości pańskiego biurka, która dryfowała w pobliżu orbity Neptuna. Gdy mnie znaleziono, byłem bliski śmierci, ale zachowałem trzeźwość umysłu, nie miałem żadnych halucynacji… Wierzę moim oczom. – Devon wstał i ruszył do wyjścia. Przed drzwiami się odwrócił. – Jeśli jeszcze raz spotkam tego sukinsyna – nieważne gdzie – zabiję go.

Jakiś czas potem zdarzył się wypadek w obszarze ekologicznym nr 3 – pękła rura, którą dostarczano roślinom substancje odżywcze. Wykonana była z włókna węglowego, a ponieważ ciśnienie w niej nie było wysokie, prawdopodobieństwo awarii było znikome. Zanim inżynier ekolog Iwancow przedarł się przez gęstą jak las deszczowy aeroponiczną plantację, inni odcięli już zawór prowadzący do pękniętej rury i zbierali żółty płyn odżywczy.

Stanął jak wryty, gdy zobaczył pęknięcie.

– To… spowodował mikrometeoroid!

Ktoś się roześmiał. Iwancow był doświadczonym i rozsądnym inżynierem, co sprawiło, że jego wybuch był tym zabawniejszy. Wszystkie obszary ekologiczne znajdowały się w środku statku. Obszar ekologiczny numer 3 oddalony był o kilkadziesiąt metrów od najbliższej części pokrywy kadłuba.

– Pracowałem ponad dziesięć lat w dziale konserwacji i wiem, jak wygląda skutek uderzenia mikrometeoroidu! Przecież na brzegach pęknięcia widać typowe ślady ablacji powstałej pod wpływem wysokiej temperatury.

Iwancow dokładnie zbadał wnętrze rury, a potem poprosił technika, by odciął fragment materiału wokół pęknięcia i powiększył go. Wszyscy ucichli, gdy przyjrzeli się obrazowi w tysiąckrotnym powiększeniu. W ściance rury tkwiły drobne czarne cząstki o średnicy zaledwie kilku mikronów. Skrzyły się jak nieprzyjaźnie patrzące oczy. Wszyscy wiedzieli, co widzą. Meteoroid musiał mierzyć nie więcej niż sto mikronów. Przechodząc przez rurę, roztrzaskał się, a jego szczątki wbiły się w jej ściankę naprzeciw otworu wlotowego.

Jak na komendę podnieśli głowy.

Sufit nad rurą był gładki, bez żadnych uszkodzeń. Poza tym znajdowały się nad nim dziesiątki, a może nawet setki grodzi o różnej grubości, które oddzielały to miejsce od kosmosu. Uderzenie w którąkolwiek z nich uruchomiłoby alarm.

Ale mimo że alarmu nie było, meteoroid musiał pochodzić z zewnątrz. Jak można było sądzić na podstawie wyglądu pęknięcia, uderzył w rurę z prędkością względną trzydziestu tysięcy metrów na sekundę. Nie można było nadać takiego przyspieszenia pociskowi wystrzelonemu we wnętrzu statku, a już na pewno nie w strefie ekologicznej.

– Zupełnie jakby był to duch – mruknął podporucznik o imieniu Ike i wyszedł. Celowo użył tego słowa; mniej więcej dziesięć godzin wcześniej widział innego, większego ducha.

Ike starał się zasnąć, kiedy zobaczył, że w ścianie naprzeciw łóżka pojawia się otwór. Miał około metra średnicy i znajdował się tam, gdzie przedtem wisiał hawajski pejzaż. Wprawdzie wiele spośród grodzi na statku mogło się tak przesuwać i zmieniać, że w każdym miejscu mogły się pojawić drzwi, ale powstanie takiego okrągłego otworu było niemożliwe. Poza tym ściany kabin młodszych oficerów wykonane były z metalu i nie mogły się odkształcać. Przyjrzawszy się uważniej, Ike odkrył, że skraj otworu jest idealnie gładki i że odbija się w nim światło jak w lustrze.

Chociaż dziura była dziwna, Ike był zadowolony, że się pojawiła. W kabinie obok mieszkała podporucznik Wiera Wierienska, inżynier systemu sztucznej inteligencji na Grawitacji.

Ike kilka razy starał się namówić piękną Rosjankę, by się z nim spotkała na osobności, ale ona nie wykazywała zainteresowania jego propozycją. Nadal rozpamiętywał niepowodzenie, jakim skończyła się ostatnia próba, którą podjął przed dwoma dniami.

Akurat oboje skończyli wachtę. Jak zwykle wracali razem do kwater dla oficerów i gdy doszli do drzwi jej kabiny, chciał się do niej wprosić. Wierienska zablokowała wejście.

– Proszę cię, kotku – powiedział Ike. – Pozwól mi wejść. Kto to widział, żeby nigdy nie zaprosić do siebie sąsiada. Pomyślą, że nie jestem prawdziwym mężczyzną.

Wierienska spojrzała na niego z ukosa.

– Każdy prawdziwy mężczyzna na tym statku za bardzo by się przejmował stojącym przed nami zadaniem, żeby myśleć o tym, jak ściągnąć majtki kobiecie.

– A czym się tu przejmować? Kiedy złapiemy tych morderców, nie będzie nam już nic zagrażało. Nastaną dla nas szczęśliwe dni!

– Oni nie są mordercami! Gdyby nie strategia odstraszania, Błękitna Przestrzeń byłaby jedyną nadzieją ludzkości. A mimo to ścigamy ich, sprzymierzywszy się z największymi wrogami rodzaju ludzkiego. Nie jest ci wstyd?

– Eee… kotku, jeśli tak uważasz… to jak…

– Jak się tutaj znalazłam? O to chciałeś zapytać? No dalej, idź do psychiatry i do kapitana i donieś im o mnie! Wprowadzą mnie w stan przymusowej hibernacji, a kiedy wrócimy, wykopią mnie z floty. I tego właśnie pragnę!

Wierienska zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

Teraz jednak Ike miał doskonały pretekst, by wejść do jej kabiny. Rozpiął pas nieważkości i usiadł na łóżku, ale zastygł, kiedy zobaczył, że zniknęła też górna część szafki pod ścianą, a zamiast niej jest tam teraz dolna połowa okrągłego otworu. Brzeg tego, co zostało z szafki, był tak samo gładki i odblaskowy jak brzeg otworu. Wyglądało to tak, jakby szafkę i wszystko w środku, włącznie z poskładanym ubraniem, przeciął niewidzialny nóż. Lustrzana powierzchnia tego przecięcia nakładała się na krawędź okrągłego otworu, tworząc z nim część odbijającego światło wnętrza kuli.

Ike odepchnął się od łóżka. Unosząc się w stanie nieważkości, spojrzał przez otwór i o mało nie wrzasnął ze strachu.

„To musi być koszmarny sen!” – pomyślał.

Przez dziurę widział, że zniknęła również dochodząca do ściany część łóżka Wierienskiej. Jej podudzia zostały odcięte. Chociaż przekrój łóżka oraz nóg był gładki i odblaskowy, jakby pokryty warstwą rtęci, widział mięśnie i kości Wierienskiej. Ale wydawało się, że nic jej się nie stało. Była pogrążona w głębokim śnie, a jej jędrne piersi poruszały się w rytm oddechu w górę i w dół. Normalnie Ike podziwiałby taki widok, ale teraz czuł tylko niezwykły strach. Gdy się uspokoił i przyjrzał lepiej, zobaczył, że przekrój nóg Wierienskiej i jej łóżka tworzył taką samą okrągłą przestrzeń jak otwór w ścianie.

Patrzył na bąbel o około metrowej średnicy, który wymazywał wszystko, co stało mu na drodze.

Wziął z szafki nocnej smyczek do skrzypiec i drżącą ręką wsunął go do dziury. Część smyczka, która się w niej znalazła, zniknęła, ale włosie pozostało naprężone. Wyciągnął go i przekonał się, że jest nieuszkodzony. Mimo to cieszył się, że powstrzymał się przed przejściem przez dziurę. Kto wie, czy wyłoniłby się po jej drugiej stronie bez szwanku?

Opanował się siłą woli i starał się wymyślić najbardziej racjonalne wyjaśnienie niesamowitego widoku. Potem podjął mądrą, jak mu się wydawało, decyzję – włożył czepek snu i z powrotem położył się do łóżka. Zapiął pas nieważkości i nastawił czepek na pół godziny.

Kiedy się obudził, bąbel wciąż tam był. Ike nastawił więc czepek na następne pół godziny. Gdy się obudził tym razem, nie było już ani bąbla, ani dziury. Na ścianie znowu wisiał hawajski pejzaż i wszystko wyglądało tak jak przed owym dziwnym wydarzeniem.

Ike jednak martwił się o Wierienską. Wypadł z kabiny i zatrzymał się przed jej drzwiami. Zamiast zadzwonić, zaczął w nie walić pięściami. W głowie miał przerażający widok bliskiej śmierci Wierienskiej, leżącej na łóżku z obciętymi nogami.

Trochę trwało, zanim drzwi się otworzyły i niezupełnie jeszcze przebudzona sąsiadka zapytała, czego chce.

– Przyszedłem sprawdzić, czy… nic ci nie jest.

Ike spojrzał w dół i zobaczył, że wystające spod rąbka koszuli nocnej piękne nogi Wierienskiej są w idealnym stanie.

– Idiota! – Wierienska zatrzasnęła drzwi.

Po powrocie do kabiny Ike naciągnął na głowę czepek snu i nastawił go na osiem godzin. W sprawie tego, co widział, jedynym mądrym posunięciem było nic nikomu nie mówić. Z powodu specjalnego zadania, do którego wykonania skierowano Grawitację, stan psychiczny załogi, zwłaszcza oficerów, był pod stałą obserwacją. Na statku znajdował się zespół psychologów składający się z ponad dziesięciu osób, a cała załoga, włącznie z nimi, liczyła nieco ponad stu członków. Niektórzy zastanawiali się, czy Grawitacja jest statkiem wojennym czy szpitalem psychiatrycznym. Do tego był tam jeszcze ten irytujący psychiatra cywilny West, który postrzegał wszystko w kategoriach chorób, zaburzeń i zahamowań psychicznych. Przyglądając się jego poczynaniom, można było dojść do wniosku, że poddałby badaniom psychiatrycznym zapchaną ubikację. Psychologiczne badania przesiewowe na statku były niezwykle dokładne i nawet drobne zaburzenia umysłowe skutkowałyby poddaniem cierpiącej na nie osoby przymusowej hibernacji. Ike bał się stracić okazję do wzięcia udziału w historycznym spotkaniu obu statków. Gdyby się tak stało, po powrocie na Ziemię dziewczyny nie widziałyby w nim bohatera.

Ale po niesamowitym przeżyciu niechęć Ike’a do korpusu psychologicznego i doktora Westa trochę się zmniejszyła. Zawsze uważał, że robią z igły widły, ale nigdy nie wyobrażał sobie, że ludzie mogą mieć tak realistyczne omamy.

W porównaniu z lekkimi omamami Ike’a zetknięcie się mata Liu Xiaominga ze światem zjawisk nadprzyrodzonych można było uznać za naprawdę przerażające.

Liu dokonywał rutynowej inspekcji zewnętrznej kadłuba. W tym celu trzeba było odlecieć pinasą na pewną odległość od Grawitacji i zbadać cały kadłub, wypatrując jakichkolwiek odchyleń od normy, takich jak ślady uderzeń meteoroidów. Był to praktykowany od starożytności zabieg, teraz przestarzały już i właściwie niepotrzebny, a zatem rzadko przeprowadzany. Statek był pełen czujników, które bez przerwy monitorowały kadłub i natychmiast wykryłyby każdy problem. Poza tym zabieg ten można było wykonać tylko wtedy, gdy Grawitacja leciała siłą rozpędu, nie przyspieszała ani nie hamowała. Gdy zbliżyła się do Błękitnej Przestrzeni, częste przyspieszanie i hamowanie stały się konieczne dla wprowadzania poprawek do kursu statku. Teraz zdarzyło się jedno z tych rzadkich okienek, kiedy szli siłą rozpędu, więc mat Liu otrzymał rozkaz wykorzystania go w celu inspekcji.

 

Liu wyprowadził pinasę z zatoczki w środku statku i odleciał na odległość, z której widział całą Grawitację. Gigantyczny kadłub skąpany był w blasku Galaktyki. W przeciwieństwie do czasów, gdy większość załogi pogrążona była w hibernacji, teraz ze wszystkich iluminatorów tryskało światło. Grawitacja wydawała się jeszcze wspanialsza.

Ale Liu zauważył coś niewiarygodnego. Grawitacja miała kształt idealnego cylindra, a jednak wyraźnie widział, że jej ogon kończy się wklęsłością! Była też dużo krótsza, niż powinna być, mniej więcej o dwadzieścia procent. Jakiś ogromny niewidzialny nóż odciął jej ogon.

Liu zamknął oczy i po kilku sekundach ponownie je otworzył. Ogona nadal nie było. Ogarnęło go przerażenie. Gigantyczny statek był organiczną całością. Gdyby nagle stracił ogon, układy rozprowadzania energii zostałyby nieodwracalnie uszkodzone i wkrótce potem statek by eksplodował. Ale nie doszło do tego. Jednostka nadal leciała bez przeszkód, jakby była zawieszona w przestrzeni. Nie słyszał w słuchawkach ani nie widział na ekranie żadnego alarmu.

Nacisnął guzik interkomu i przygotował się do zdania raportu, ale zanim coś powiedział, zamknął kanał. Przypomniał sobie słowa, które pewien stary kosmonauta wypowiedział przed bitwą w dniu Sądu Ostatecznego: „W kosmosie nie możesz polegać na intuicji. Jeśli już musisz się na nią zdać, policz najpierw od jednego do stu, a przynajmniej do dziesięciu”.

Zamknął oczy i zaczął liczyć. Gdy doszedł do dziesięciu, otworzył oczy. Ogona wciąż nie było. Ponownie zacisnął powieki. Jego oddech stał się szybszy, ale Liu starał się pamiętać o przebytym przeszkoleniu i zmusić się do spokoju. Doliczywszy do trzydziestu, znowu otworzył oczy i tym razem zobaczył Grawitację całą i nienaruszoną. Jeszcze raz zamknął oczy, westchnął i czekał, aż zwolni rytm jego serca.

Podleciał pinasą do rufy statku, gdzie znajdowały się trzy gigantyczne dysze napędu jądrowego. Silnik nie był włączony, a reaktor termojądrowy pracował na minimalnej mocy, więc otaczała je tylko słaba czerwona poświata, która przypominała mu barwą chmury na Ziemi po zachodzie słońca.

Mat Liu ucieszył się, że nie złożył raportu. Być może oficera poddano by po czymś takim psychoterapii, ale podoficera takiego jak on czekałaby przymusowa hibernacja, a podobnie jak Ike, Liu Xiaoming nie chciał wrócić na Ziemię jako bezwartościowy mężczyzna.

Doktor West poszedł znaleźć Guan Yifana, cywilnego naukowca, który pracował w laboratorium na rufie. Guanowi przydzielono na kwaterę kabinę w śródokręciu, ale rzadko tam bywał. Większość czasu spędzał w obserwatorium, a posiłki przynosiły mu roboty z obsługi. Załoga nazywała go „pustelnikiem z rufy”.

Obserwatorium, w którym mieszkał i pracował, było małą sferyczną kabiną. Guan miał zaniedbaną powierzchowność, nieogoloną twarz i długie włosy, ale wciąż wyglądał względnie młodo. Gdy West go zobaczył, Guan unosił się w stanie nieważkości pośrodku kabiny ze spoconym czołem i błędnym wzrokiem. Nerwowo szarpał kołnierzyk koszuli, jakby miał trudności z oddychaniem.

– Powiedziałem już panu przez telefon, że jestem zajęty i nie mam czasu na przyjmowanie wizyt.

– Przyszedłem właśnie dlatego, że to, co pan mówił przez telefon, zdradzało oznaki zaburzeń psychicznych.

– Nie jestem członkiem sił kosmicznych. Dopóki nie zagrażam bezpieczeństwu statku ani załogi, nie ma pan nade mną żadnej władzy.

– Dobrze. Wobec tego wychodzę. – West odwrócił się. – Trudno mi tylko uwierzyć, że może tu spokojnie pracować osoba cierpiąca na klaustrofobię.

Guan krzyknął do niego, żeby został, ale West to zignorował. Tak jak się spodziewał, Guan ruszył za nim i go zatrzymał.

– Jak pan na to wpadł? Ja naprawdę mam… klaustrofobię. Czasami czuję się, jakby umieszczono mnie w wąskiej rurze, a czasami, jakby ściskano mnie między dwiema żelaznymi płytami, aż zrobię się cienki jak papier…

– Nic dziwnego. Niech pan zobaczy, gdzie pan jest. – Doktor wskazał kabinę. Przypominała jajko zniesione w gnieździe zrobionym z krzyżujących się rur i kabli. – Bada pan zjawiska w największej skali, ale przebywa w najmniejszym pomieszczeniu. Od jak dawna pan tu siedzi? Od pańskiej ostatniej hibernacji minęły cztery lata, prawda?

– Nie narzekam. Zadaniem Grawitacji jest postawienie uciekinierów przed obliczem sprawiedliwości, nie prowadzenie badań naukowych. Jestem wdzięczny za to, że w ogóle znalazło się tu dla mnie jakieś miejsce… Zresztą moja klaustrofobia nie ma z tym nic wspólnego.

– A może byśmy się przeszli na plac numer jeden? To pomoże.

Doktor pociągnął Guan Yifana za sobą i obaj podryfowali na dziób. Gdyby statek przyspieszał, przejście z rufy na dziób statku przypominałoby wspinanie się szybem o wysokości jednego kilometra, ale w stanie nieważkości towarzyszącym lotowi siłą rozpędu było to dużo łatwiejsze. Plac nr 1 znajdował się w dziobie cylindrycznego statku, pod przezroczystą kopułą. Człowiek, który tam stał, odnosił wrażenie, że stoi w samym kosmosie. W tym miejscu odczuwało się „efekt desubstancjalizacji” jeszcze silniej niż przed holograficznymi projekcjami pola gwiazdowego na ścianach kabin.

„Efekt desubstancjalizacji” był pojęciem psychologii astronautycznej. Na Ziemi ludzi otaczały przedmioty, a więc w zakodowanym w ich podświadomości obrazie świat przedstawiał się jako materialny, substancjonalny. Jednak w głębi przestrzeni kosmicznej, daleko od Układu Słonecznego, gwiazdy były tylko odległymi błyszczącymi punkcikami, a Galaktyka świetlistą mgłą. Dla zmysłów i umysłu świat tracił materialność i dominowała pusta przestrzeń. A zatem w podświadomym obrazie świata człowieka podróżującego w kosmosie ulegał on dematerializacji, desubstancjalizacji. Ten model był punktem odniesienia psychologii astronautycznej. W umyśle człowieka statek stawał się jedynym materialnym bytem we Wszechświecie. Przy prędkości podświetlnej ruch statku był niedostrzegalny, a Wszechświat zmieniał się w bezkresną, pustą salę wystawową. Tu gwiazdy były omamami, a jedynym wystawianym dziełem statek. Powodowało to głębokie poczucie osamotnienia i mogło wywoływać u podróżnika podświadome złudzenie, że jest jedynym „obiektem na wystawie”. To poczucie kompletnego obnażenia mogło prowadzić do bierności i niepokoju.

Tak więc wiele ujemnych skutków psychologicznych lotów w głąb przestrzeni kosmicznej wynikało z zupełnej otwartości otoczenia zewnętrznego. W długiej karierze zawodowej doktor West niezwykle rzadko miał do czynienia z przypadkami rozwinięcia się klaustrofobii w taki sposób jak u Guan Yifana. Jeszcze dziwniejsze było to, że szerokie, otwarte niebo nad placem nr 1 wydawało się nie przynosić Guanowi żadnej ulgi; ani trochę nie zmniejszył się jego klaustrofobiczny lęk. Potwierdzało to zapewnienie Guana, że jego lęk przed zamkniętą przestrzenią nie ma nic wspólnego z małymi rozmiarami jego obserwatorium. Przypadek ten jeszcze bardziej wzmógł zainteresowanie Westa.

– Nie czuje się pan lepiej?

– Nie, zupełnie nie. Czuję się jak w matni. Wszystko tutaj jest takie… zamknięte.

Guan zerknął na rozgwieżdżone niebo, a potem skierował wzrok w stronę, w którą zmierzała Grawitacja. Doktor wiedział, że szuka Błękitnej Przestrzeni. Statki dzieliło teraz zaledwie sto tysięcy kilometrów i oba leciały z wyłączonymi silnikami, z tą samą mniej więcej prędkością. W skali kosmosu tworzyły praktycznie zwartą formację. Ich dowództwa omawiały szczegóły techniczne połączenia. Mimo to Błękitna Przestrzeń znajdowała się jeszcze za daleko, by można ją było dojrzeć gołym okiem. Niewidoczne były też krople. Na podstawie zawartego przed półwiekiem porozumienia krople przesunęły się na pozycje odległe o około trzysta tysięcy kilometrów zarówno od Grawitacji, jak i Błękitnej Przestrzeni. Dwa statki i krople utworzyły wąski trójkąt równoramienny.

Guan Yifan spojrzał z powrotem na Westa.

– Dziś w nocy miałem sen. Poszedłem gdzieś, w miejsce naprawdę otwarte, otwarte tak, że nawet trudno to sobie wyobrazić. Kiedy się obudziłem, rzeczywistość była bardzo ciasna i zamknięta. Stąd wzięła się u mnie klaustrofobia. To tak, jakby… jakby tuż po narodzeniu zamknięto pana w małym pudełku, ale pan by się tym w ogóle nie przejmował, bo niczego więcej by pan nie znał. Ale gdyby wypuszczono pana stamtąd i z powrotem zamknięto, pana uczucia byłyby zupełnie inne.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?